I

Świątynia Westy w Rzymie. W głębi mrok zapadającego wieczora, po środku nizki ołtarz, na którym płonie ogień, wydający z siebie wstęgę dymu. U ołtarza, w głębokiem poręczowem krześle1, siedzi najstarsza z westalek, Kornelia, w białej stoli i zwojach owijającej głowę zasłony.2. Przed Kornelią, w takim samym jak ona stroju, stoi Adrya.

ADRYA

Rozkazowi twojemu posłuszna, zdaję sprawę ze spostrzeżeń, które czyniłam nad Helią, odkąd wraz z tobą, pani, wróciła z wycieczki po Rzymie.

KORNELIA

Mów krótko i jasno.

ADRYA

na stronie

Gdyby głos jej mógł zmieszać się z wodą Tybru, nie potrzebowaliby rzymianie okrętami sprowadzać zapasów lodu!

głośno

Helia jest roztargnioną i smutną.

KORNELIA

Objawy? dowody?

ADRYA

Któż dokładnie opowiedzieć zdoła, jak na liściu róży przygasa blask słońca, lub jak westchnienie wiatru przelatuje w krzaku mirtowym? Ja tego nie potrafię; to wiem tylko, że dziś ani razu nie słyszałam śmiechu Helii, a gdyśmy bawiły się w ogrodzie, ona zerwała pęk fijołków, złożyła go u stóp Fortuny i zaszeptała: „Błagam cię za niego!...” Potem...

KORNELIA

z niepokojem

Za kogo? za kogo?

ADRYA

Szepnęła: za niego! Stojąc obok słyszałam; więcej nie wiem nic.

KORNELIA

Potem?

ADRYA

Wraz z towarzyszkami zasiadłyśmy do haftu frygijskiego; na złotym krokusie, który z pod rąk moich i Helii wychodził, zaświeciła kropla rosy, z jej oka spadła...

KORNELIA

Jedna tylko kropla? Szczęśliwym nazwać się może śmiertelnik, w którego płaczu przeliczyć można krople!

ADRYA

na stronie

Ona szydzi zarówno z łez, jak z uśmiechów ludzkich. Kamienna!

głośno

Tak, wspaniała Kornelio, jedna tylko kropla spadła z oka Helii, lecz rada okupiłabym ją kilku kroplami krwi swojej!

KORNELIA

Nie dziw, bo pozostałoby ci ich wiele.

ADRYA

z żywością

Nie dlatego, że pozostałoby mi ich wiele, ale że kocham Helię.

KORNELIA

Za co?

ADRYA

Za to, że jest dobrą, jak najpogodniejsze słońce i czułą, jak struna najwyborniejszej harfy.

KORNELIA

Ja to jej przyganiam. Powinna wyleczyć się z tych chorób. Ty, Adryo, kochasz Helię i temu to zapewne przypisać trzeba, że zdradzasz tajemnicę jej cichej łzy i modlitwy...

ADRYA

ze zmieszaniem

Rozkazałaś...

KORNELIA

Nie wstydź się i nawet przed sobie nie uniewinniaj. Masz naturę człowieka, nic, tylko powszechną naturę człowieka, w którym lada jaka bojaźń lub żądza igra z miłością, jak wiatr z wiotką mgłą. Mówiąc: kocham, niekiedy siebie, a zawsze innych oszukujesz.

ADRYA

smutnie

Nie próbuję, Kornelio, zanurzać się w twoje myśli, bo czuję, że ich głębia większą jest od mego wzrostu. Przyrzecz mi jednak, że z tego, co ci o Helii powiedziałam, nie wyniknie dla niej żadna boleść.

KORNELIA

wzgardliwie

Co to jest boleść i co to jest radość? Odbicie przemijających objawów świata w mętnem zwierciedle zmysłów ludzkich3. Świat niepojęty, zmysły omylne; jedynym wynikiem zetknięcia się zmysłów ze światem — złudzenie. Zadawanie boleści, albo sprawianie radości oddawna bawić mię przestało. Tego tylko chcę, aby oczy Helii otworzyły się na prawdę, przed którą dotąd spuszcza powieki. Nie dziw. Prawda jest nagą, a ona młodą i rozkochaną w strojach, tak jak i wy. Lecz do was mi nic. Helię straży mojej powierzyła ta, o której niegdyś mówiłam, jak dziś ty o Helii: „kocham ją!”

ADRYA

Snać kochałaś, skoro dbasz o to, co ona straży twojej powierzyła.

KORNELIA

Przyrzekłam, dotrzymuję. Prosta prawość. Ta zaś, o której mówiłam: „kocham ją!”, umarła, a ja żyję i, na Cererę! dla przedłużenia życia, ze smutkiem często spożywani płody ziemi. Jakże pobłażliwą jest miłość, która, po zniknięciu istoty ukochanej, pozwala kochającej żyć i nawet cieszyć się darami życia! Możesz odejść, Adryo, a ostrzeż Helię, aby w dzisiejszem roztargnieniu swojem nie zapomniała, że mniej niż za połowę obrotu wodnego zegara4 przyjdzie na nią kolej podsycania ognia świętego.

ADRYA

z ukłonem

Niech w samotnem nad nim czuwaniu towarzyszy ci łaska Westy.

Odchodzi.

KORNELIA

sama

Ognia świętego! Ani jeden dzień nie przeminie dla ust człowieka bez kłamstwa, albo pustego dźwięku. Ten płomień posiada zupełnie taką naturę, jak ten, przy którym sporządzoną była uczta śmiesznego Trymalchiona5, a ten dym różni się od innych dymów tem jedynie, że jest wonnym. Ale i wonne dymy nie wzbijają się tylko przed ołtarzami bogów. Wdzięczne ich girlandy krążą także dokoła głów, skąpanych w ohydnym pocie orgii! Obficie napełniały niegdyś złoty dom Nerona i obficie teraz w tygrysie nozdrza wciąga je Domicyan. Płatek śniegu dopóty jest doskonale czystym, dopóki nie dotknie ziemi; a serce człowieka, dopóty wierzy i czci, dopóki umysł jego ślepy. Ta nieśmiertelna wstęga rozwija się dla Westy, która podobno rozciąga opiekę nad czcią niewiast rzymskich. Kłamstwo! Gdyby cześć niewiast rzymskich posiadała w górze opiekunkę potężną i czujną, nie napełniałaby ulic Rzymu widokiem godów weselnych, w których za jedną nagą nimfą pędzą w pościgu gromady pijanych faunów. Jeżeli kiedykolwiek bóstwa czuwały nad światem, teraz pewno śpią tak głęboko, jak dusza moja, która budzi się tylko dla rozlewania goryczy na ołtarzu jedynego boga i kata ziemi — przeznaczenia. Wszystko mi obojętne; ognia, którym płonęłam, żyje tylko jedna drobna iskra: przyjaźń dla Helii. Drobna iskro, dlaczego przeżyłaś inne ? Może dlatego, że dziewczę to jest pogodną jutrzenką, na którą czasem lubi spoglądać moje nocą zmroczone oko. Może dlatego, że jest mi ona żywą pamiątku czasu, w którym mniemałam, że w niebie mieszkają bogowie, na ziemi ludzie czyści i dobrzy, a w duszy ludzkiej miłość, litość i odwaga.

Zamyśla się. Przez drzwi, otwierające się pośród kolumn, wchodzi Helia z koszem, napełnionym gałązkami mirtu, rozmarynu i jałowcu. Stanąwszy przed ołtarzem, milcząc, podsyca ogień czerpanemi z kosza ziołami poświęconemi.

KORNELIA

Miałaś, Helio, lat dziesięć, kiedy w rodzinnym grobowcu Heliuszów, obok prochów zamordowanego ojca twego, złożyłam prochy twojej matki, a ciebie, jedyne ich dziecię, tu przywiozłam. Dostąpiłaś najwyższego zaszczytu, jaki rzymiankę spotkać może: zostałaś dziewicą Westy!6 Dostąpiłaś najwyższego szczęścia, jakie w wieku niecnym prawą niewiastę spotkać może: zostałaś z wiekiem niecnym rozłączoną. Dlaczegoś blada, roztargniona i drzącemi rękoma poświęcone zioła, sypiesz na ołtarz bogini?

HELIA

po krótkiem wahaniu się, stawia kosz z ziołami u stóp ołtarza i przypada do kolan Kornelii

Z radości, pani! to z radości! Od radości twarz mi pobladła, ręce drżą i myśli rozlatują się jak ptaki, na świat cały śpiewając: „On wolny”! i ziemie rozkwitłą wiosennemi kwiaty, powietrze złotem słońca przesycone napełniając dwoma, temi tylko dwoma czarodziejskiemi słowy: „On wolny”! Pani, wdzięcznam ci, — jakże wdzięcznam! że uczyniłaś mię dziewicą Westy! Dziś po raz pierwszy zrozumiałam, jak niezmiernie wyniesioną jest westalka! Czuję się ciągle pod opieką tych bóstw dobrych, które goją rany, zadane przez bóstwa srogie. Ty wiesz, jak to było. Wstępowałyśmy na wzgórze Awentyńskie, gdyśmy tego młodzieńca, wiedzionego na śmierć ujrzały i usłyszały wrzaski okrutne, któremi tłumy wyrażały uciechę swoją z jego nieszczęścia czerpaną. Na ten widok zapragnęłam, aby bogowie co prędzej ukryli mię w państwie podziemnem, od tego złego, strasznego świata. Bo dumnej duszy ludzkiej wyrządzać taką obelgę, wolnej duszy zadawać taką mękę, takie młode, piękne życie przecinać, jak ponura Parka przecina swoją przędzę to przeraża i oburza, to boli, tego nie wolno... tego, o pani! zabraniać muszą bogowie, a jeżeli pozwalają — niechaj pamięć ludzka na wieki wyrzuci z siebie ich imiona! Tak myślałam, a raczej tak we mnie krzyczał ból i bunt, gdy nagle wściekły tłum, nakształt lasu, który, przed chwilą rozmiotany i huczący, pokornie giąć się, łagodnie szumieć zaczyna, przycichł, spokorniał, złagodniał, zaszemrał: „Dziewice Westy! Dziewice Westy idą, nadchodzą, zbliżają się, przez liktora poprzedzane, całe w bieli, przeczyste, świętego ognia czujne i dobre stróżki! Ku ziemi rózgi i miecze liktorów! Precz z rózgami i mieczami! Pokój, łaska, przebaczenie! Przebaczenie dla skazańca, któremu na spotkanie wyszły dziewice Westy! Niech wolny odejdzie”7. Że wtedy radość mię nie zabiła, sprawiło to tylko zdziwienie, gdy w uwolnionym skazańcu poznałam przyjaciela moich lat dziecinnych, Juniusza Arulena, tego małego Juniusza, z którym w ogrodzie rodziców moich bawiłam się niegdyś w Psyche i Potwora, w Erosa i Hymen!

coraz ciszej i z coraz większem rozmarzeniem

On ręce od powrozów uwolnione ku niebu wyciągnął, długiem spojrzeniem ziemię, jak ukochaną matkę, powitał, a potem we mnie wzrok utopił, poznał mię także i rzekł: „Witam cię, Helio Flawio; bądź błogosławioną!” Powiedział: „Bądź błogosławioną!” Słyszałam dobrze. Jaką słodycz sączą z siebie dwa te słowa, te dwa małe słowa: „Bądź błogosławioną!”, nie pojmie nikt, kto ich nie słyszał. Juniuszu Arulenie, bądź błogosławionym za to, że tę słodycz poznałam przez ciebie!

Zamyśla się i z pochyloną głową i rozmarzonym uśmiechem, nieruchoma u kolan Kornelii pozostaje.

KORNELIA

do siebie

Kto lub co dopełnia względem śmiertelnych nieśmiertelnego oszustwa? Z każdym ludem, z każdem pokoleniem, z każdem małem, jednem sercem igra w początku i celu swoim niezbadane, jakieś tragiczne, wieczne to samo. Jak piłka, którą bawi się dziecię, każdy lud, każde pokolenie, każde małe, jedno serce, wzbić się musi pod niebo i upaść na ziemię, z tem większą dla siebie szkodą, im większą była wysokość, ku której się wzbiło. Mniemałam, że ją, tę niewinną, przed okrutną zabawką czegoś niewiadomego ochronię. Przez długie lata wszczepiałam w nią swoją prawdę; wystarczyło jednej minuty, aby życie zastąpiło ją swojem oszustwem. Widzę już, że chwyta ją i na igraszkę sobie zabiera wieczne to samo. Głupie, ślepe, biedne dziecko!

głośno

Za co Juniusz Arulenus powiedział ci: Bądź błogosławioną?

HELIA

budząc się z zamyślenia, z rozkoszą

Za to, pani, że uratowałam mu życie. Ty, pani, także, ale i ja... i ja...

KORNELIA

Dobrze. Lecz czyliż obie: ty i ja, uczyniłyśmy go nieśmiertelnym?

HELIA

ze zdziwieniem

Nie...

KORNELIA

Więc umrze. Trochę później, ale umrze. Jestże tak wielkiem dobrem rozstać się z życiem zamiast dziś, jutro?

HELIA

Ależ nie jutro, pani, nie jutro! On żyć będzie długo.

KORNELIA

Gdyby ludzie posiadali odrobinę rozumu, oddawna wyrzuciliby z mowy swojej wyraz: długo. Ani fale wody wiatrem chłostane, ani chmury, niesione na jego skrzydle, nie dorównywają szybkością tej, z jaką ludzie i rzeczy przemijają w przestrzeni i czasie. Przestrzeń i czas pełne są cieni tego, co było, a już nie jest. Cienie tego, co było, tworzą wojsko tak ogromne, że z przestrzeni i czasu wyłonione, zmieścićby się nie mogło na tem, co jest, tak jak legiony rzymskie zmieścić się nie mogą na twoim, Helio, paznogciu. Takie nawet dzieci, jak ty, Helio, mają już za sobą wiele swoich rzeczy przeminionych, — tylko jeszcze o to nie dbają. Czy dawno igrałaś w rodzinnym domu swoim i spoczywałaś w słodkiem objęciu matki?

HELIA

z zamyśleniem

Kiedy o tem myślę, zdaje mi się, że było to wczoraj.

KORNELIA

Jednak nie wiele brakuje, aby od czasu tego upłynęło dwa razy po pięć lat. Czy to długo?

HELIA

Kiedy o tem myślę, zdaje mi się, że od czasu tego przeżyłam jedną minutę.

KORNELIA

Gdybyś się znajdowała u kresu najdłuższego z ludzkich istnień, powiedziałabyś tak samo: przeżyłam jedną minutę. Tak samo powie Juniusz, gdy znajdzie się u kresu życia, choćby najdłuższego. Widzisz tedy sama, jak malutki odniosłaś tryumf! Nieodzownego prawa przemijania nie złamałaś; nie pokonałaś śmierci, tylko ją nad głową dziś od niej uwolnionego zawiesiłaś. Juniusz nie umarł jeszcze, ale umrzeć musi, umrzeć może dziś nawet; w tej chwili właśnie, gdy mówimy o nim, umiera...

Helia czyni ruch przerażenia, Kornelia w milczeniu patrzy na nią przez chwilę ze zmieszanym wyrazem litości i zadowolenia. Potem ze wzrastającą ironią mówi dalej

bo w życiu człowieka żadna godzina za drugą nie ręczy. Ranek, obdarzający zbawieniem, poprzedza często południe, przynoszące zgubę. Juniusza, z rana od śmierci wybawionego, spotkać może w wieczór mnóstwo przygód śmiertelnych. Jeżeli na niebie zaświecą błyskawice, upadnie może pod ich ognistym mieczem; jeżeli na Tybr wypłynie, pogrąży się może w jego nurtach; jeżeli rumaka rączego dosiędzie, może spadając z jego grzbietu, głowę roztrzaska o płytę bazaltu, o tę samą płytę, po której przed chwilą wesołą stopą bezpiecznie przebiegł zbrodniarz. Bo to zważ, to sobie zważ nadewszystko, że sprawiedliwości niema na ziemi, tak samo, jak wiecznego trwania. Cnotliwego przed śmiercią nie strzeże cnota, ani zbrodniarza w jej objęcia nie popycha zbrodnia. Życie jednego i drugiego przecina Parka ślepa, nie widząc, gdzie i kiedy trafią ostrza jej nożyc, a o to tylko dbając, aby nie opuściły żadnej nici. Widzisz więc, widzisz sama, jak malutki odniosłaś tryumf i że radość twoja jest sprawą tego czegoś niewiadomego, co dokonywa nad nami nieśmiertelnego oszustwa. Piłką jesteś, Helio, którą niewidzialna ręka podrzuciła w górę. Czy pozwolisz jej igrać z sobą, jak chłopię igra z piłką?

HELIA

przyciszonym głosem

Mówisz, pani, rzeczy, od których robi się zimno. Słowa twoje pewno prawdziwe, lecz przypomniały mi te szrony, które zeszłej zimy na Rzym spadły i tak w twarze kłuły, że ludzie od tego płakali. Chce mi się płakać. Tylko co byłam pełną radości i tryumfu, a teraz chce mi się płakać i głowę pogrążyć w piasku.

po chwili zamyślenia, podnosząc głowę

Jednak muszę o nim myśleć! Może jestem piłką, z którą igra niewidzialne chłopię... nic to! muszę myśleć o nim! Obraz jego, jak motyl w pajęczynie, uwiązł mi w mózgu i trzepotem skrzydeł napełnia głowę! Motylu, któryś przyleciał do mnie, zrazu tak żałobny, potem tak radosny, muszę o tobie myśleć! Pani, on, pacholęciem będąc, już kochał cnotę i marzył o sławie nieśmiertelnéj. Pamiętam... w ogrodzie... rosły kaktusy wielkie, kolczaste, z ramionami, powykręcanemi jakby w niepojętej męce; o zmroku korony ich kwiatów podobnemi się stawały do głów zakrwawionych... Juniusz... pamiętam, skórę wilczą na wysmukłą postać zarzuciwszy, mieczyk dziecinny ujmował i bawiąc się w Herkulesa, jak tamten głowy Hydrze, ścinał krwawe kwiaty kaktusów. Potem dumny, z boską iskrą w oczach, wołał: „Gdy z szyi mi zdejmą tę złotą kulę8, znak wieku dziecinnego, a w zamian obleką mię w togę dojrzałości, Herkulesem będę, ścinającym głowy hydrom świata!”

KORNELIA

Czy ściął choć jedną?

HELIA

z dumą

Próbował i dlatego właśnie dziś...

KORNELIA

Więc próba się nie udała; lecz gdyby nawet bogowie stokroć lepszem uwieńczyli ją powodzeniem, nie ubyłoby przez to światu cierpienia i występków, nie przybyłoby szczęścia i cnoty. Wielu już, — jakże wielu! dziecinnemi mieczykami ścinało hydry świata, a jakimże po nich jest świat? Takim samym, jakim był przed nimi. Powiadają nawet niektórzy, że nic nie sprzyja więcej wzrostowi hydr, nad kąpiele ze krwi małych Herkulesów. Bo wielki Herkules, który pokonał smoka i do szczętu oczyścił stajnię Augiaszową, — to mit, w którego prawdziwość nie wierz wcale. Bogowie w nieskończonej dobroci swojej nie dali ludziom ani tej siły, która pokonywa złe, ani tej, która cierpliwie je znosi. Bohaterowie o czynach skutecznych są pięknemi snami ludzkości; na jawie istnieją tylko niecierpliwi malcy, występujący do boju przez głupotę, której się śni, że jest mądrością.

HELIA

Dlaczego przez głupotę?

KORNELIA

Dlatego, że głupotą jest składać siebie w ofierze — niczemu.

HELIA

O pani, co nazywasz niczem?

KORNELIA

Zarówno człowieka, który dla świata nic nie może, jak świat, który jest katem człowieka.

HELIA

Przerażasz mnie, pani! lecz wiedzieć chcę, gdy kochamy, czyliż przedmiot miłości naszej jest nam niczem?

KORNELIA

Nikt nikogo nie kocha.

HELIA

Bogowie!

na stronie

Gdy znagła go uwolniono, jak on ramiona ku niebu, ziemi, ku temu miastu wyciągnął! On kocha niebo, ziemię i Rzym.

KORNELIA

Jeśli ktokolwiek pierwszego dnia dekady powie ci: „kocham!”, to z dźwięku, jaki wyda rozlane wino, albo przebity palcem liść maku, wywróż sobie, czy powtórzy to jeszcze w dniu jej ostatnim. Bo pierwszą własnością miłości jest: nietrwałość. Na ruchomym piasku, z tumanu kurzawy, buduje swój pałac ten, kto mu daje podstawę — z serca, a ściany — z uczuć człowieka.

HELIA

do siebie

Więc może w jego pamięci moje imię już przeminęło!

KORNELIA

A druga rzecz: to, że tylko skorupy ludzkie znają się, przyciągają i łączą. To, co je napełnia: uczucia, wrażenia, myśl, tak utajonem bywa, tak przed istotami innemi umyka, że, dla rozpoznania drobnej choćby ich części, uzbroić trzeba oko w surową przenikliwość. Przenikliwym nazywa się ten, kto rozpoznać zdołał cząstkę istoty człowieka, zawartej w jego formie. Dlatego, Helio, w związkach ludzkich, którym na imię miłość lub przyjaźń, skorupy tylko w stanie spojenia przez świat przechodzą, a każda dusza odosobniona troskliwie okrywa się zasłoną, pod którą utajona o siebie dba zawsze, a często przeciwko drugiej spiskuje. Platon miał piękny sen, w którym widział spojone dusze ludzkie, nie skorupy, istoty, nie formy. Biedny mędrzec! na własnym piedestale umieścił naturę człowieka, oblał ją własnem światłem i mniemał, że jest ona wysoką i promienną. Piękny sen Platona pozostał nieziszczonym; ten zaś, kto tak jak on nie śni, jakąż wartość przywiązywać może do ogniw, łączących to, co grube i kruche, a w wiecznem utajeniu i osamotnieniu pozostawiających to, co posiada w sobie pierwiastek szlachetny i nieśmiertelny? Jeżeli kiedykolwiek poznasz dwoje ludzi, którzy w miłości albo w przyjaźni wytrwali od początku do końca dekady9, nie wołaj: sophos!10 Wiedz, że spojone są tylko skorupy ich, nie dusze, formy, nie istoty, które, gdy wychylonym będzie cały czar rozkoszy, albo zerwanym cały plon korzyści, w wiecznej samotności pozostaną jedna dla drugiej ukryte, chłodne, lub — wrogie.

HELIA

ze zgnębieniem

Taka przejmuje mię trwoga, jakbym wnet w bramy Hadesu wstępować miała!

nagłym ruchem prostując się

O, pani, czy Petus i Arya przeszli przez świat i z niego zstąpili tem tylko spojeni, co grube i kruche?

KORNELIA

ruchem zgrozy podnosi ręce ku głowie, chwilę milczy, potem mówi głosem miększym niż wprzódy, trochę drżącym

Dziecko! różanemi usty bełkocesz o rzeczach krwawych! W żywej pamięci mam tych, których imiona wymówiłaś i innych... i innych, którzy z tymi razem byli i przeminęli. Wówczas, jak ty teraz, stałam zapatrzona w jutrzenkę życia i ustami, na których mleko dzieciństwa nie oschło, mówiłam: dzień będzie piękny! Dzień przyszedł straszny: cały w chmurach, błocie i krwi. Lecz pod chmurami, w deszczach krwawych, w błotnistej posoce, imiona, które wymówiłaś, towarzyszyły mi natarczywem pytaniem: „A my? a my, czyści, mężni, wielcy, dobro świata nad życie swoje kochający?” W widokach i doświadczeniach życia wyczytałam odpowiedź — bardzo prostą. Tacy są w lesie ludzkości drzewami najwyższemi, w które uderzają gromy. Zdawać się może, iż dlatego tylko tworzy ich kaprys bogów czy natury, aby istniały na ziemi przedmioty godne świetnych i srogich gromów. Bo nędzną krzewinę strzaskać — rzecz powszednia; w przeraźliwem łamaniu się cedrów niebotycznych przeznaczenie znajduje dla siebie rozkosz i chlubę. Są to dzieci tytanów, którzy w zaraniu świata walczyli z Jowiszem, ród nieśmiertelny i nieszczęsny. Jowisz zwycięża je zawsze; zawsze odradzają się i zawsze giną, jako ślad swojego pobytu na ziemi pozostawiając na niebie jej przeszłości zorzę krwawą, coraz szerszą, lecz od której ziemia nie staje się coraz jaśniejszą. Pocóż więc istnieją i giną? I poco istocie wolnej podnosić czoło jaknajwyżej, aby w nie przeznaczenie ugodziło z jak największą rozkoszą i chlubą?

HELIA

zwolna powstaje z ziemi i sypiąc na ogień poświęcone zioła, z cicha mówi:

Westo nieśmiertelna, opiekuj się cieniami tych, którzy przeminęli i nieprzeliczonem wojskiem napełniają czas i przestrzeń! Westo wspaniała, błagaj Jowisza, aby gromy nie padały na najwyższe drzewa! Westo dobra, z nieba ludzkości zetrzyj krwawą zorzę! Westo, wiecznie młoda, niech ci, którzy w początku dekady mówią sobie: „kocham!”, powtarzają to wtedy jeszcze, gdy wiele razy po pięć lat przeminie!

Osuwa się na klęczki i czoło o rzeźby ołtarza opiera.

Wchodzą: Adrya, Klaudya, Paulina, Pompilia, niosąc kwiaty, wino, mleko, poświęcone ziarna pszenicy i jęczmienia. Wieńcami z kwiatów zdobią ołtarz, z amfor leją wino i mleko, w ogień sypią ziarna.

ADRYA

do Pauliny

Czas nam spocząć. Helia dziś czuwać będzie; nam czas spocząć. Prędzej z amfory wylewaj wino, ja ostatnie ziarna biorę z kosza.

KLAUDYA

do Adryi

Czy Kornelia dziś odejść ztąd nie zamierza? czy obie z Helią czuwać będą? Widzisz, jak znowu z dna jej duszy podniosły się chmury i na posępnem czole osiadły?

ADRYA

do Klaudyi

Niema na świecie takiego nurka, któryby mógł się spuścić na dno jej duszy...

PAULINA

do Adryi

Czy tak głęboka?

ADRYA

do Pauliny i Klaudyi

Tak ciemna i pełna postrachów. Patrzcie tylko, patrzcie!

Kornelia powolnym ruchem wstaje i nieruchoma patrzy w przestrzeń.

PAULINA

do Klaudyi, Pompilii i Adryi

Jaka ona biała! Ani jedna kropla krwi nie przebija się na powierzchnię tego marmuru ! Czy z niej kto krew wytoczył?

POMPILIA

A w oczach zapalił wulkany? Na czarnobrewą Junonę, jeszcze te oczy pod czarnemi brwiami goreją!

ADRYA

Ilekroć patrzę na nią, myślę, że oddechem mogłaby świat zmrozić, a spalić go wzrokiem!

PAULINA

Daleko starsza od nas, jest z pomiędzy nas najpiękniejszą!

KLAUDYA

Jest piękną, jak Persefona w tej połowie roku, którą z Plutonem w podziemnem państwie przepędza.

ADRYA

I jak grobowiec, po którym błądzą cienie zamordowanych. Podobno też zamordowano wielu jej blizkich... a inni — co dla tej wyniosłej sroższem nad śmierć być musi — chodzą po świecie w latiklawach11 złotem haftowanych i z czołami napiętnowanemi wyrazem: podły!

PAULINA i POMPILIA

razem

Wiele przeżyła.

KLAUDYA

Dla nas, które żyć zaczynamy, jest zbyt ponurą: nie lubię jej!

ADRYA

A jam jej ciekawa. Ale baczność... baczność! uciszmy się! Czy widzicie, jak czarne brwi i blade usta jej zadrżały, jak odrętwiałemi rękoma zasłonę nad twarzą rozgarnia! Święty szał ją porywa... jak wiele razy już bywało... i wnet, wnet zapewne dziwne rzeczy mówić zacznie. Cyt! słuchajmy!

PAULINA, POMPILIA, KLAUDYA

Słuchajmy porwanej szałem świętym; bogowie przez nią mówią... bodajby łaskawi!

ADRYA

Ona przychyla ucha ku mowie tylko — srogich!

KORNELIA

w zupełnem zapomnieniu miejsca i otoczenia, w dal zapatrzona

Niegdyś, bogowie, ja także lekkiem, wonnem kadzidłem wzbijałam się ku wam, ku cnocie, ku szczęściu; lecz ogarnął mię czar niecny i w jedną duszę sto paszcz pogrążywszy, jak dzikie zwierzę miód z leśnego ula, wyżarł z niej wszelką słodycz!

podnosi wysoko głowę

Tylko tej wyniosłości wyżreć nie mógł, którą mu z paszczy wyrwałam zakrwawioną duszę, czyniąc ją kamienną, lecz wolną i czystą.

zwraca wzrok ku ołtarzowi

Więc, ogniu Westy, nie kłamię, gdy zwę cię świętym, chociaż wiem, że bóstwo, na którego ołtarzu płoniesz, jeżeli kiedykolwiek było i czuwało, teraz przeminęło, albo śpi. Świętym jesteś dlatego, że otacza cię samotność, powietrze czyste i cień smutny, tak dla przedziwnie smutnych przeznaczeń człowieka stosowny! Świętym jesteś, bo płoniesz zdala od cuchnących oddechów i krwawych widowisk czasu, bo pod twojem skrzydłem dusza pozostać może wolną, ciało czystem, a serce długiemi haustami poić się wzgardą i gniewem! Świętym jesteś, ogniu Westy, bo dotykają cię tylko dłonie dziewicze, bo ciebie jednego tylko teraz w Rzymie zapala cel, złudny wprawdzie, lecz wzniosły! Obok ciebie, ogniu nieśmiertelny, goreję jak lampa pokutna; u stóp twych zgasnę, jak gwiazda, która w mgłach brudnych, krwawych świecić nie chciała.

Wylewa na ołtarz trochę wina z amfory, poczem twarz zakrywszy zasłoną, zwolna odchodzi.

Adrya, Paulina, Pompilia, Klaudya, szepcąc pomiędzy sobą, odchodzą także.

HELIA

sama, podnosi głowę z nad rzeźb ołtarza

Żądłem gadziny wpiła się we mnie i Syzyfowi nie tak ciężko toczyć skałę, jak pamięci mojej straszne jej słowa. Takiemi pewno w państwie podziemnem rozpaczają cienie przeminionych. Lecz ja rozpaczy znieść jeszcze nie mogę! Taki niepokój mną wstrząsa, tak na łożu Prokrustowem mię rozciąga, że czuję wyciekającą z siebie młodość... więdnę... jak marny robak po ziemi wić się pragnę...

z krzykiem

Westo, ratuj! Westo, wiecznie młoda... jam tak młoda!...

Pochyla głowę ku samej ziemi i twarz ukrywa w dłoniach.

Drzwi umieszczone naprzeciw tych, przez które wchodziły westalki, uchylają się i cicho, ostrożnie wchodzi przez nie stara mamka Helii, Gigea. Przez drzwi, które zostają wpółotwartemi, widać drzewa ogrodu, białe kwiaty, świecące na niebie gwiazdy.

GIGEA

zatrzymuje się w pobliżu ołtarza i przy świetle płonącego na nim ognia liczy złote monety

Same sestercye! Na Wenerę, wszakże to garść samych sestercyów rzucił mi ten młokos! Dopóki trzymałam je w łapie, myśleć mogłam, że są drobiazgiem; ale teraz widzę, widzę... dwie, cztery, ośm... oj, oj! dziesięć! oj, oj, oj! dwanaście, piętnaście, dwadzieścia! Jeszcze nigdy żadna wspaniałomyślność tak hojnie za żadną podłość nie zapłaciła! Ehe, clarissimusem jest ten, kto tak płaci, clarissimusem, choćby go matka ociemniałym urodziła! Dobrze, najjaśniejszy, dobrze! Będziesz gorliwie przez Gigeę usłużonym! Tylko, jak ja się do niej wezmę?

patrząc na Helię

Leży, biedactwo, na ziemi rozciągnięta, z twarzą w rękach, jak nieżywa! No, i nie szkodaż to, aby taka młodość tak marniała? Karmiłam ją piersią swoją; sprawię téż, aby skosztowała najsmaczniejszego mleczka, jakie sączy z siebie życie. Gdybym nie uczyniła tego dla clarissimusa, to uczyniłabym przez miłość dla niej. Turkawka moja! Ale jak ja się do niej wezmę? Jeżeli powiem wprost: „idź do ogrodu, clarissimus czeka tam na ciebie”, to rozgniewa się i przepędzi mię, jak czarownicę. Jeżeli nawet powtórzę jego słowa: „powiedz boskiej Helii, że jestem tym, którego jej spotkanie od śmierci uratowało”, to nie przepędzi mię może, ale i pójść nie zechce, pewno nie zechce, niewiniątko takie, dziewica Westy! Niewinność powstrzyma ją od tego i — strach. Oj, strach! Z tem żartów niéma. Za takie rzeczy dziewica Westy żywcem do ziemi idzie! Tak, tak! żywcem do ziemi! Mnie samej te dwa zęby, które mam jeszcze, na te myśl od trwogi zadzwoniły. No, ale jej nic się nie stanie, bo ja przecież tę parę gołąbków ukryję przed wszelkiem okiem. Zresztą, gdyby człowiek rozmyślał nad tem: czy nie udławi się kąskiem jadła, żadnegoby nigdy nie wziął do ust. Tylko jak się tu do niej wziąć?

przybliża się i woła z cicha

Helio! Helio!

HELIA

podnosząc głowę

Kto mię woła?

spojrzenie jej pada na wpółotwarte drzwi

Na ziemi białe chryzantemy... na niebie gwiazdy złote... Jaka cudna noc!

GIGEA

na stronie

Aha! złapię ją na cudną noc!

głośno

To ja, turkawko. Przyszłam zobaczyć, czy cię jeszcze dymy jałowcu i rozmarynu nie zadusiły. Uf, jak tu duszno!

HELIA

Duszno i smutno. Dzień był radośny, a noc taka smutna!

GIGEA

To od woli zależy, turkawko; naprzód od woli bogów, naturalnie, ale potem i człowieka. Owszem, noc jest świeżą i wonną; tu tylko spalony jęczmień, za pozwoleniem, śmierdzi.

HELIA

patrząc na otwarte drzwi

Platany nieruchome, za ich gałęźmi gwiazdy, a pod palmami białe chryzantemy, które przed zmrokiem polewałam sama. Motyle zawieszały się do snu na brzegach kielichów, które je teraz kołyszą w zefirze i rosie... Dobrze motylom!

GIGEA

Zrób, jak motyle. Idź pomiędzy kwiaty...

HELIA

Innym razem uczynić to mogę; dziś nie. Nad świętym ogniem czuwam.

postępuje zwolna ku drzwiom

Tak mię ciągnie ku sobie ta cudna noc! Możeby mi powiedziała, że Kornelia kłamie!

GIGEA

zabiegłszy jej drogę, szerzej drzwi otwiera

Ja prosta kobieta, jednak wolałabym nie trzymać w garści sestercyów, niż nie widzieć gwiazd na niebie! Stara jestem, a na Wenerę, w taką noc, jeszczeby mi może chłystek jaki głowę zawrócić zdołał! Tobie zaś to właściwe; tobie należy się jeszcze wszystko: gwiazdy, kwiaty, zefiry, rosy i co tam więcej jest takiego. Miłość też... Idź do ogrodu...

HELIA

Miłość! Coś ty rzekła, Gigeo! miłość! Jam dziewica Westy! mnie to wzbronione. I dobrze. Nikt nikogo nie kocha... pocóż być igraszką...

GIGEA

Ehe, nikt nikogo nie kocha! Bajki! Ja, stara Gigea mówię ci, że to są bajki. Wszyscy, przeciwnie, kochają się na świecie, kto tylko żyw, kochał, kocha, albo kochać będzie i to jest, zaprawdę, najmilszy podarunek bogów. Ale idź do ogrodu, idź do ogrodu! tam przekonasz się sama, czy nikt nikogo nie kocha! Ehe! toż powiedziała! toż głupstwo powiedziała! idź, idź!

Zlekka popycha ją ku drzwiom.

HELIA

wahając się jeszcze, na ołtarz spogląda

Ale gdyby ten ogień zgasł...

GIGEA

E! gdyby i zgasł, Rzym nie runąłby przez to! Ale nie zgaśnie, przyrzekam ci, że nie zgaśnie! Idź!

HELIA

Na chwilę tylko...

GIGEA

Naturalnie, że na chwilę...

do siebie

Ale w jednej chwili może czasem zmieścić się wiele rzeczy...

HELIA

błagalnie

Niech ogień nie zgaśnie...

GIGEA

Niemowlęciem będąc, nie potrzebowałaś długo mię prosić, abym pierś ci podała. Pocóż teraz drogocenny czas na prośby tracisz? Idź do ogrodu!

Helia wybiega.

GIGEA

podsycając płomień gałęźmi

Rozpalajże się, rozpalaj tak wysoko, abyś trwał, dopóki z Helią nie powrócimy! Mnie-bo trzeba przybrać postać łasicy i krążyć dokoła pary gołębi... straż trzymać... no, i widokiem czułej uciechy cieszyć się... skoro już własne przeminęły... przeminęły...

ogień wielkim płomieniem wybucha

Ot tak, ot tak! Teraz na długo ci wystarczy!

wylewa na ołtarz trochę mleka

Wspaniała Westo, niewiastą jesteś! Miejże litość dla biedactwa tego, tak ślicznego i dla tak hojnego clarissimusa! Ale już lecę straż nad nimi trzymać! lecę!

Wybiega.