I
Stefan co dnia wstawał o trzeciej i szedł do pracy. Przyzwyczaił się do niej, uregulował wedle tego swe życie, porzucił dawne nawyczki i nie wydawała mu się ta praca teraz tak ciężka, jak dnia pierwszego. Monotonię życia przerwała mu tylko słabość. W pierwszych dwu tygodniach zapadł na gorączkę i musiał przez dwa dni leżeć w łóżku. Bolały go wszystkie członki, głowa pałała i zwidywało mu się, że pcha wózek chodnikiem zbyt ciasnym, którędy przejść jego ciało nie może. Było to frycowe, skutek nadmiernego wysiłku i przemęczenia. Ale przyszedł rychło do siebie.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Jak inni budził się o trzeciej, wypijał kawę, brał przygotowaną przez panią Rasseneur kanapkę i szedł, co rano regularnie spotykając Bonnemorta, który szedł spać, i Bouteloupa udającego się do kopalni, gdy wracał po południu do domu. Nosił jak inni czapkę górniczą, spodnie i kaftan płócienny, marzł jak oni i grzał się przy piecu w ogrzewalni, czekał boso przed okienkiem biura, czując w kościach łamanie od przeciągu. Tylko nie zwracał już uwagi na połyskującą jak srebro maszynę, czarne, cicho jak sowy przelatujące klatki, nie słyszał zgrzytu sygnałów, wrzasku podawanych rozkazów i szczęku wózków o szyny. Przeklęty lampista źle czyścił jego lampę, było mu to obojętne, a z odrętwienia budził się jedynie, gdy młody Mouquet wpychał ich do klatki klepiąc dziewczęta po pośladkach. Klatka odczepiała się i spadała w głąb jak kamień, a Stefan nie podniósł nawet głowy, by spojrzeć, jak znika światło dzienne. Nie przyszło mu nawet na myśl, że może zdarzyć się wypadek. Oswoił się też zupełnie z wodą bijącą o dach i ciekącą mu na głowę. Wysiadali potem wypuszczeni przez Pierrona i szli gęsiego na miejsce pracy ociężałym krokiem. Co dnia tak było.
Stefan znał teraz lepiej wszystkie chodniki, jak ulice Montsou, wiedział, gdzie się nachylić, przeskoczyć kałużę, i owe dwa kilometry pod ziemią mógł teraz przebyć bez lampy z rękami w kieszeniach. Spotykał ciągle te same postacie. To dozorcę, oświecającego w przechodzie twarze górników, to ojca Mouque’a wiodącego konia, to Béberta biegącego za parskającym siwkiem Bataille, to znów zamykającego wentyle Jeanlina, chudą Lidię lub tłustą Mouquette.
Przyzwyczaił się też do wilgoci i zaduchu. Komin wiodący do sztolni wydawał mu się teraz wygodny, jak gdyby on sam skurczył się i mieścił teraz tam, gdzie przedtem nie mógł włożyć ręki. Wdychał pył węglowy bez szkody, widział w ciemności, pocił się w spokoju ducha i nauczył się chodzić przez pół dnia w mokrej odzieży. Nie marnował teraz sił i nabył wprawy, której dziwili się jego współkoledzy. Po trzech tygodniach był najlepszym przesuwaczem kopalni i nikt mu nie mógł sprostać w szybkości i wzorowym napełnianiu wózków. Szczupłym i małym będąc, mógł się wszędzie przecisnąć, a białe jego, kobiece ręce stalowymi się zdały przy robocie. Nie skarżył się nigdy, choć upadał ze zmęczenia. Był na to za dumny. Zarzucano mu tylko, że nie zna się na żartach i wpada w wściekłość za lada słowem. Był teraz przyjęty na stałe i pracował w owym kieracie mechanicznej pracy, tracąc co dnia po atomie swej indywidualności.
Maheu polubił serdecznie zdolnego robotnika. Zresztą jak inni poznał, że Stefan ma wyższe wykształcenie. Widział, jak czyta, pisze, rysuje plany, słyszał go, gdy opowiadał o rzeczach, których istnienia nawet nie przypuszczał. To go nie dziwiło, wiedział bowiem, że górnicy są głupsi od maszynistów, zastanowiła go natomiast odwaga tego chłopca, stanowczość, z jaką jął się górnictwa, by nie zemrzeć z głodu.
Gdy szło o stemplowanie, a hajer nie chciał się odrywać od pracy, brał się do tego Stefan i robił dużo lepiej. Ojciec Maheu ciągle dręczył się tym przeklętym stemplowaniem, bał się, że każdej chwili zjawić się może Négrel, Dansaert, dozorca i że poczną kląć i wrzeszczeć. Była to istna plaga. Ze zdumieniem przekonał się, że Stefan potrafi prędzej zadowolić tych panów, choć nie chwalili nigdy, zawsze wykrzykując pogróżkę o płaceniu oddzielnym za stemplowanie. Trwało to już dość długo, w kopalni wrzała teraz głucha niechęć, sam nawet rozsądny Maheu począł wreszcie zaciskać pięści.
Zrazu Stefan był na bakier z Zachariaszem, przyszło nawet do pogróżek, ale Zachariasz, chłopiec dobroduszny, żartował tylko i wnet przy szklance piwa zawarli obaj przyjaźń, a Zachariasz uznał wyższość Stefana. Inaczej było z Chavalem. Od razu poznajomili się i nie gadali sobie głupstw, ale została na dnie tego stosunku cicha nienawiść i nawet żartując, mierzyli się wzrokiem jak dwaj wrogowie. Katarzyna pracowała jak dawniej z uległością nikłej dziewczyny, pchała wózek, uprzejma dla Stefana, uległa wobec kochanka, którego karesy przyjmowała teraz jawnie wobec wszystkich. Stosunek ten został milcząco zatwierdzony. Chaval co wieczora szedł z Katarzyną do Requillart, a potem odprowadzał ją do kolonii, całując w oczach wszystkich. Stefan uspokoił się też i drażnił się z dziewczyną, używając ordynarnych wyrażeń przyjętych w kopalni. Odpowiadała w tym samym tonie, a czasem posuwała się nawet dalej i opowiadała, co robi z nią kochanek. Gdy jednak Stefan spojrzał jej w oczy, mieszała się, bladła, po czym oboje odwracali się od siebie, po całych godzinach nie rozmawiając i czując do siebie nienawiść z powodu czegoś, o czym nie mówili, a co leżało na dnie ich dusz.
Nastała wiosna. Za każdym wyjściem z kopali Stefan wciągał teraz w piersi wonną falę powietrza przesiąkniętego zapachem kiełkujących pędów, co dnia wonniejszą falę budzącego się życia, które nie przenikało tam, gdzie pracował, do krainy zimy, ciemności i wilgoci wiekuistej nie umajonej nigdy latem, nie ogrzanej słońcem. Dni stały się dłuższe.
W maju już przy świetle dziennym spuszczał się Stefan do szachtu, żegnając wzrokiem łunę wschodu, od której różowiła się biała para buchająca z maszyny. Przestali wszyscy dygotać z zimna, po równi szła ciepła fala, a skowronki śpiewały na niebie. Potem o trzeciej widziało się już słońce, pałał cały horyzont, jaskrawiło wszystko kolorami mimo dymu i pyłu węglowego. W czerwcu kołysały się łany pszenicy, odbijając matową zielenią od ciemnego seledynu łąk i pól burakowych. Było to morze bezbrzeżne chybotające się za lada powiewem, a Stefan za każdym wyjazdem z kopalni widział różnicę w dojrzewaniu kłosów. Topole wzdłuż kanału pokryły się liśćmi, trawa osłoniła do połowy wał zsypiska węglowego, na łąkach zakwitły kwiaty, rozbujało się życie, a tylko tam w głębi ziemi ciągle rozlegały się westchnienia nędzy i wyczerpania.
Stefan teraz nie płoszył par miłosnych, gdy przechadzał się po Requillart. Widział ślady ich stóp na polach pszenicznych, a gniazdka rozpustników zdradzało kołysanie się dojrzewających już kłosów i czerwonego maku. Zachariasz z Filomeną przenieśli się także do pszenicy, a w ślad za nimi Lidia z Jeanlinem. Brûlé chodziła za Lidią bez przestanku, płosząc nieraz swawolników, którzy tak byli zagłębieni w swej zabawie, że trzeba było niemal nastąpić na nich, nim zdecydowali się na ucieczkę. Mouquette zwłaszcza używała jak ryba w wodzie. Gdzie się spojrzało, widać było wśród zboża jej głowę, która potem znikała, a ukazywały się nogi sterczące w górę. Stefan spoglądał na to wszystko pobłażliwie, znieść tylko nie mógł widoku Chavala i Katarzyny. Dwa razy widział ich leżących w zbożu, na którego źdźbła pogniecione patrzył potem z wściekłością. Raz znowu idąc wąską ścieżyną wśród pól, ujrzał poprzez kłosy oczy Katarzyny, które nagle znikły. Wówczas wydało mu się za ciasno na tej równi ogromnej, zawrócił i poszedł do Rasseneura, by tam spędzić wieczór.
— Pani Rasseneur, proszę o kufelek — powiedział — — dziś nie wyjdę już, czuję się zmęczony.
Zwrócił się do towarzysza siedzącego zazwyczaj w kącie z głową o ścianę opartą.
— Souvarine.... napijesz się?
— Dziękuję, nie pijam wcale.
Stefan poznał się z Souvarinem, gdyż zajmował sąsiedni pokój w gospodzie Rasseneura. Był on maszynistą w Voreux, miał około trzydziestu lat, był szczupły, włosy miał długie, jasne, drobne rysy twarzy i małą bródkę. Wyglądał z twarzy jak dziewczyna, ale w oczach jego tlił płomień dziki, łyskający czasem jak stal. W ubogim jego pokoju stała tylko paka z papierami i książkami. Był Rosjaninem, nie mówił nigdy o sobie i nie troszczył się o to, co ludzie o nim mówią. Górnicy, widząc jego białe, delikatne ręce, domyślali się, że pochodzi z wyższego stanu i puścili zrazu plotkę, że skutkiem jakiegoś wypadku, morderstwa może, uciekł ze swej ojczyzny. Ale podbił ich niebawem przyjacielskim obejściem, rozdawaniem drobnej monety między dzieci i niebawem legenda o nim przybrała inną postać. Uważano go teraz za przestępcę politycznego, który schronił się tutaj przed nagonką władz. Lubiano go bardzo i okazywano mu wielki szacunek.
W pierwszych tygodniach stronił od Stefana i później dopiero przy jakiejś okazji opowiedział mu historię swego życia. Był potomkiem ostatnim szlacheckiej bogatej rodziny z guberni tulskiej. W Petersburgu, gdzie studiował medycynę, stał się zwolennikiem socjalnej demokracji i jak bardzo wielu synów rodzin zamożnych wyuczył się rzemiosła, by iść między lud uświadamiać i agitować. Teraz po nieudanym zamachu na cara zmuszony był utrzymywać się ze swego rzemiosła. Raz mieszkał przez miesiąc w piwnicy handlarza owocami i kopał tunel pod ulicą w celu założenia miny. Żył tak w ciągłym niebezpieczeństwie, pod grozą wylecenia wraz z domem w powietrze. Rodzina go odepchnęła, bez pieniędzy więc, na pół zagłodzony chciał wstąpić do francuskich warsztatów rządowych, ale nie przyjęto go, posądzając, iż jest szpiegiem. Dopiero w Montsou, gdy raz chwilowo brakło maszynisty, dostał miejsce. I odtąd pracował na przemian w dzień i w nocy co drugi tydzień, a przełożeni stawiali go za wzór innym.
— Nie chce ci się nigdy pić? — spytał ze śmiechem Stefan.
— Piję przy jedzeniu.
Stefan począł go drażnić — zaręczał, że widział go w zbożu z pewną przesuwaczką. Wzruszył ramionami z zupełną obojętnością... Z przesuwaczką? A to na co? Kobietę, o ile była odważna i miała charakter, uważał za kolegę, przyjaciela, jeśli nie, nie wdawał się z nią. I na cóż obciążać sumienie podłym uczynkiem! Nie uznawał żadnych węzłów trwałych, ni rodzinnych, ni żadnych innych, chciał się czuć wolnym w całym tego słowa znaczeniu.
Każdego wieczora, gdy opróżnił się pokój gościnny, Stefan rozmawiał poufnie z Souvarinem. Stefan pił piwo, maszynista palił bez ustanku papierosy, od których pożółkły mu już palce. Wzrokiem śledził chmury dymu, a lewa jego ręka szukała dla siebie nerwowo oparcia. Zazwyczaj brał na kolana wielką, zawsze niemal ciężarną królicę, którą nazwał Pologne24. Zwierzątko zaprzyjaźniło się z nim do tego stopnia, że, gdy się tylko ukazał, biegło, obwąchiwało jego spodnie, stawało na tylnych nogach i skrobało póty pazurami, aż je wziął na kolana. Potem przytulone doń zasypiało najspokojniej, a Souvarine mimowolnym ruchem gładził jedwabistą szarą sierść.
— Wiecie, dostałem list od Plucharta — rzekł jednego wieczora Stefan.
Prócz nich i Rasseunera nie było nikogo. Wszyscy górnicy poszli już spać.
— Ach! — wykrzyknął gospodarz i przybiegł do swych lokatorów. — I cóż pisze?
Od dwu miesięcy Stefan prowadził z nim ożywioną korespondencję, a Pluchart uczył go, jak ma agitować pośród robotników w Voreux.
— Pisze, że związek prosperuje doskonale. Mnóstwo robotników wpisuje się ciągle.
— I cóż ty na to? — spytał gospodarz Souvarina.
— Ot niewinne głupstwo! — odpowiedział, gładząc czule łeb Pologne.
Stefan zaperzył się. Był nowicjuszem, zapalonym, a mało oczytanym neofitą. Idzie tu przecież o olbrzymi związek robotników całego świata, o młodą a słynną już Międzynarodówkę niedawno założoną w Londynie. To nie głupstwo, to początek walki, którą uwieńczy zwycięstwo sprawiedliwości. Upadną szranki dzielące proletariat różnych narodowości, stan robotniczy całego świata powstanie i zażąda chleba, na który zarabia swą ciężką pracą. Co za prosta a cudna w swej prostocie gigantyczna organizacja. Oparta jest na zasadzie sekcji reprezentujących gminy, potem federacja obejmuje wszystkie sekcje danej prowincji, potem grupa narodu całego, a na szczycie rada naczelna, w której każda narodowość ma swego sekretarza. Nie minie i sześć miesięcy, a socjaliści zdobędą świat, podyktują prawa pracodawcom i złamią opornych.
— Głupstwo! — powtórzył Souvarine. — Wasz Karol Marx wierzy w mechaniczne działanie sił przyrodzonych. Potępia wszelką politykę, spiski... prawda? Wszystko ma się odbywać jawnie... i cała korzyść, to podwyższenie płac?... Mówię wam, niech piorun trzaśnie w tę waszą rewolucję! Podpalcie świat na czterech rogach, usuńcie z ziemi połowę ludzkości, potem drugą połowę, zniszczcie wszystko, a gdy z tego świata nie zostanie nic, to może na gruzach jego powstanie lepszy!
Stefan roześmiał się. Nie rozumiał, o co idzie Souvarinowi, i sądził zawsze, że mówi tak dla samego tylko efektu. Rasseneur także pragnął tylko rzeczy możliwych, chciał nawet, by się wszystko odbyło spokojnie, cicho, jak przystało pragnąć człowiekowi dobrze się mającemu. Toteż wzruszał ramionami. Chciał tylko wyklarować i poprawić to, co złe.
— No i cóż? Może zechcesz założyć w Montsou sekcję?
Tego właśnie chciał Pluchart, który był sekretarzem federacji północnej. Wskazywał na specjalne korzyści, które by odnieśli górnicy w razie strajku. A zdaniem Stefana strajk mógł wybuchnąć lada dzień. Sprawa oddzielnego płacenia za stemplowanie skończyć się dobrze nie może. Wystarczy jeden jeszcze krok Kompanii w tym kierunku, a wszystkie kopalnie staną.
— Najwięcej kłopotu będzie ze składkami — począł poważnie Rasseneur.
— Cóż to jest pięćdziesiąt centimów rocznie na fundusz rezerwowy, a dwa franki do sekcji! A jednak obawiam się, że wielu nie zapłaci i tego.
— Tym bardziej — dodał Stefan — że wpierw powinniśmy tu założyć kasę wsparć, którą by można zamienić w danym razie na kasę strajkową. Zresztą pomyślimy nad tym... Ja jestem gotów... ale co powiedzą inni?
Przez otwarte drzwi słychać było zgrzyt łopaty, którą palacz w Voreux zgarniał pod kocioł węgle. Stojąca na bufecie lampa kopciła.
— Wszystko takie drogie! — odezwała się pani Rasseneur, która weszła przed chwilą. Wieczyście ubrana w swą czarną suknię wydawała się wysoka niezmiernie.
— Czy uwierzycie... płaciłam dziś jaja po dwadzieścia dwa sous! Musi przyjść do krachu, tak być nie może.
Na to zgodzili się wszyscy. Każdy czynił swe uwagi, wyliczano krzywdy. Rewolucja nie poprawiła losu robotnika, przeciwnie powiększyła jego nędzę, a burżuazja pasie się od roku 1789 zagarniając ostatnie kęsy biedaków. Trudno doszukać się jednego punktu, gdzie by robotnik korzystał z należnych mu praw, miał udział w bogactwach nagromadzonych w ostatnich stu latach. Zadrwiono z nich, ogłaszając ich za wolnych obywateli. Nie wystarcza prawo wybierania posłów, którzy potem opływają we wszystko, nie troszcząc się o nędzarzy więcej jak o stare trzewiki. Nie, tak czy owak koniec temu położyć trzeba, wszystko jedno czy pokojowo, czy przez anarchię. Niechby się świat spalił, a człowiek pożarł człowieka. Dzieci chyba dożyją i doczekają się lepszej doli. Trudno pomyśleć, by wiek ten nie miał ujrzeć wielkiej rewolucji, prawdziwej rewolucji, która by oczyściła społeczeństwo od podstawy do wierzchołka i urządziła je lepiej, sprawiedliwej.
— Musi przyjść do krachu! — powtórzyła pani Rasseneur stanowczo.
— Tak, tak — zawołali wszyscy trzej — musi przyjść do krachu.
Souvarine pogłaskał znów łeb Pologne, która aż nos kurczyła z rozkoszy, i zapatrzony gdzieś w dal, rzekł półgłosem:
— Czyż można podnieść płace? Jakże wyłamać się spod żelaznego prawa płacy, mocą którego ustanowione są na minimum i wystarczają ledwo na to, by robotnik miał suchy chleb i mógł płodzić dzieci. Jeśli spadną poniżej tej normy, robotnicy giną z głodu, a popyt za nowymi podnosi znowu płace. I znowu gdy dojdą do pewnej wysokości, podaż robotników obniża je na powrót do normalnej stopy. Jest to niewzruszona równowaga głodomorów, przekleństwo przymusowej pracy.
Ilekroć Souvarine zapomniał się i wygłaszał takie zdania teoretyczne, wprawiał tym w wielkie zakłopotanie Stefana i Rasseneura, którzy nie umieli mu odpowiedzieć.
— Widzicie więc — dodał, spoglądając na nich — że trzeba pierwej wszystko zniszczyć. Tak, nie ma innej rady. Ziemię należy obmyć krwią i oczyścić ogniem! Potem... zobaczymy!
— Pan ma słuszność! — potakiwała pani Rasseneur, mimo swego radykalizmu rewolucyjnego osoba nader ugrzeczniona.
Stefan zawstydzony, nie mogąc sprostać Souvarinowi, przerwał dyskusję. Powstał i rzekł:
— Chodźmy spać. Wszystko to nie zmieni faktu, że muszę wstać o trzeciej.
Souvarine odrzucił niedopałek papierosa, ujął grubą królicę ostrożnie pod brzuch i postawił na ziemi.
Rasseneur zamknął drzwi wejściowe i rozeszli się, ważąc w głowach myśli.
Co wieczora toczono takie rozmowy w pustej izbie. Stefan, siedząc godzinę nad jednym kuflem, słuchał i myślał, i myślał, a drzemiące w nim idee budziły się i nabierały wyraźnych kształtów. Poczuł chęć do czytania i zwrócił się do sąsiada z prośbą o książki. Ale na nieszczęście Souvarine miał niewiele francuskich, a same prawie tylko niemieckie i rosyjskie. W końcu dostał dzieło o stowarzyszeniach spółdzielczych, które zresztą Souvarine skwalifikował jako głupstwo. Prócz tego pilnie czytywał pismo, które abonował jego sąsiad. Była to „Walka”, anarchistyczny tygodnik wychodzący w Genewie. Souvarine był ciągle jednako zamknięty w sobie, zobojętniały na wszystko, jakby życie było dlań rzeczą uboczną. O czym rozmyślał, odgadnąć było trudno.
W pierwszych dniach lipca zaszła znaczna zmiana w położeniu Stefana. Zdarzyło się coś, co przerwało monotonię życia górników. Oto hajerzy w sztolni Wilhelma natrafili na pusty chodnik, co dowodziło, że w tej stronie węgla spodziewać się już nie można. Stało się to pewnością po kilku dniach, ku wielkiej konsternacji inżynierów. Cała kopalnia nie mówiła o niczym innym. Pokład musiał w tym miejscu załamywać się i iść gdzieś poniżej chodnika, w kierunku przeciwnym. Starzy hajerzy rzucili się na jego poszukiwanie jak gończe psy, ale tymczasem robotnicy rąk założyć nie mogli, dyrekcja przeto ogłosiła submisyjną licytację akordów w innym pokładzie. Jednego dnia po wyjściu z kopalni ojciec Maheu zaproponował Stefanowi, by przystąpił z nim do spółki jako hajer na miejsce Levaque’a, który zgodził się do roboty gdzie indziej. Sprawę załatwiono i uzyskano zgodę dozorcy i inżyniera, którzy byli ze Stefana bardzo zadowoleni.
Tego samego wieczora udali się do kopalni, by przeczytać ogłoszenie. Przeznaczone do licytacji partie leżały w pokładzie Filonnière i nie wydawały się korzystne. Stefan czytał, a stary potrząsał głową. Gdy nazajutrz zjechali i oglądali nowy chodnik, Stefan zwracał uwagę ojca Maheu na oddalenie jego od szachtu, na kruchość sklepienia, twardość węgla, małą objętość żyły. Ale należało pracować dla chleba, więc następnego dnia stanęli do licytacji w ogrzewalni. Zastali tu już paruset robotników natłoczonych przed małą estradą, na której zasiedli inżynierowie i dozorcy. Licytacja odbywała się tak prędko, że słychać było tylko głuche warczenie głosów, wykrzykiwanie cyfr, przygłuszane nowymi wykrzykami i nowymi cyframi.
Czas jakiś drżał ojciec Maheu na myśl, że nie złapie ani jednego z licytowanych miejsc. Współzawodnicy zbijali do niemożliwości ceny, podkupywali się wzajem przerażeni kryzysem przemysłowym i myślą, że braknie im pracy. Widząc natłok, inżynier Négrel nie śpieszył się, pozwalał cenom spadać jak najniżej, a pomocnicy jego obchodzili grupy, opowiadając o doskonałości licytowanych miejsc. Ojciec Maheu, by dostać swe pięćdziesiąt metrów sztolni, musiał stoczyć o to zaciętą walkę z przeciwnikiem, który również uparł się na to miejsce. Obaj współzawodnicy opuszczali po centymie z ceny wózka, a gdy wreszcie zwyciężył Maheu, uczuł, że go za łokieć pociąga dozorca Richomme i usłyszał jego gniewny szept, którym mu tłumaczył, że przy postawionej cenie w żaden sposób na swoje wyjść nie będzie mógł.
Gdy odchodzili, Stefan klął, a gniew jego wybuchnął całą siłą, gdy zobaczył Chavala wracającego z Katarzyną z pszenicy, gdzie się zabawiali, podczas gdy teść in spe musiał walczyć ciężko o chleb dla nich wszystkich.
— Psiakrew! — krzyknął Stefan. — To ostatnie łotrostwo! Puszczają robotników wzajem na siebie jak dzikie zwierzęta, by się gryzły na śmierć.
I Chaval zaperzył się i przysięgał, że na miejscu ojca Maheu i jego konkurenta nigdy by nie licytował cen. Nadbiegł z ciekawości i Zachariasz i oświadczył, że to jest podłe, ale przerwał mu Stefan, wołając gwałtownie:
— To się wnet skończy! Przyjdzie dzień, kiedy staniemy się panami sytuacji... zobaczycie!
A Maheu, który od chwili ukończenia licytacji ust nie otworzył, zbudził się jakby z ciężkiego snu i powtórzył:
— Panami... Do kroćset tysięcy! Już czas najwyższy!