III
Około połowy sierpnia Stefan sprowadził się do Maheuów. Zachariaszowi po ślubie Kompania wyznaczyła inne mieszkanie w kolonii, gdzie już teraz królowała Filomena z dziećmi.
W pierwszych dniach czuł się Stefan zmieszany. Żył teraz obok Katarzyny tak blisko, zajął miejsce jej brata, spał z Jeanlinem w łóżku, stojącym naprzeciw jej łóżka. Widział, jak się rozbierała i ubierała. Zrzuciwszy spódnicę zostawała w cienkiej koszuli blada, wątła, a Stefan bezustannie był podniecony, gdy patrzył na jej białe, jakby pobielone nogi i ręce, od których odbijała jaskrawo opalona słońcem twarz. Odwracał się z początku, udawał, że nie widzi, ale widział. Z początku ujrzał jej nogi, potem czasem, gdy się kładła, dostrzegł przelotnie kolano, rano, gdy się pochyliła nad miednicą, małe okrągłe piersi o niedokształconych sutkach. Śpieszyła się, odwracając od niego oczy. W dziesięciu sekundach była rozebrana, zrzucała trzewiki, wężowym ruchem wsuwała się pod kołdrę i odwracała od patrzącego tak, iż widział tylko bujne sploty rudych włosów.
Stefan nie dawał jej zresztą powodu do gniewu. Chociaż teraz śledził ją wzrokiem, to jednak nie posuwał się dalej, nie zażartował, nie tknął jej nigdy. Rodzice spali w pobliżu, przy tym Stefan miał dla niej dziwne jakieś uczucie przyjaźni połączonej z urazą i to wstrzymywało go od wszelkiej akcji zaczepnej, mimo że żyli ciągle razem, w domu, przy pracy i nawet konieczne potrzeby załatwiali wobec siebie. Wszystko działo się po staremu. Cała odmiana polegała na tym, że teraz Katarzyna myła się po robocie na górze, a mężczyźni na dole.
Nim upłynął miesiąc przestali na siebie zważać. Chodzili rozebrani po pokoju, nim zgasili wieczór świecę. Katarzyna nie śpieszyła się już teraz i po dawnemu, siedząc na łóżku z koszulą wyżej kolan i wzniesionymi w górę rękami, zaplatała włosy, a Stefan bez kalesonów pomagał jej, szukając pogubionych szpilek po ziemi. Zatracili poczucie wstydu, wydawało im się to naturalne, zresztą nie ich było winą, że żyć się nie dało inaczej w ciasnym mieszkaniu. Mimo to nawet w chwilach, gdy o żadnym zbliżeniu nie myśleli, opanowywał ich niepokój. Zdarzały się wieczory, że Stefan nagle dostrzegał jej nagość i wówczas siłą woli odwracał się do ściany, by nie ulec pokusie. Katarzyna miewała też czasem napady wstydliwości i kryła się w łóżko, jak gdyby czuła wyciągające się po nią ręce chłopca. Gasili świecę i leżeli, czując, że nie zasną oboje, że mimo znużenia będą czuwać, myśląc bez przestanku o sobie. Małomówni wtedy byli rankiem i woleli wieczory, kiedy mogli swobodnie rozmawiać jako dwaj koledzy.
Stefanowi byłoby zresztą dobrze spać, gdyby nie Jeanlin, który był dość niespokojny. Alzira oddychała lekko, a Henryś i Leonora do rana nie poruszyli się nawet. W całym domu było słychać chrapanie Maheua i jego żony podobne do syku poruszanego miarowo miecha. W ogóle Stefanowi lepiej tu było jak u Rasseneura, łóżko miał wygodniejsze i zmieniano mu co miesiąc pościel. Zupy też bez porównania lepiej mu smakowały, a choć dawał się czasem we znaki brak mięsa, to pocieszał się myślą, że za czterdzieści pięć franków miesięcznie nie może żądać na każdy obiad królika. Ta kwota uregulowała w zupełności budżet Maheuów, żyli teraz spokojniej, chociaż popłacić dawnych długów nie zdołali. Poczuwali się za to do wdzięczności wobec swego lokatora. Stefan miał zawsze czystą bieliznę, przyszyte guziki, drobiazgi w porządku i czuł wszędzie troskliwą kobiecą rękę.
W tym to czasie wyjaśniło mu się w głowie. Idee krążące mu w niej dotychczas były to raczej odczucia niż myśli. Teraz wszedł w dziedzinę jasno sformułowanych problemów. Gdzie przyczyna bogactwa jednych i nędzy innych? Czemu jeden człowiek depce drugiego, który nie ma nadziei wyrwać się spod przemocy? Pierwszym nabytkiem było uświadomienie sobie swej niewiedzy. Uczuł wstyd i od tej pory nie śmiał ust otworzyć, gdy rozmawiano o trapiących go pytaniach. Opanowała go istna żądza wiedzy, rzucił się więc do niej na oślep i bez metody. Prowadził ożywioną korespondencję z bardziej oczytanym i z ruchem społecznym obeznanym Pluchartem. Sprowadzał teraz książki i pożerał je trawiony gorączką. Oddziałało nań zwłaszcza dzieło medyczne pt.: Higiena górnika. Autor, lekarz belgijski, wyliczał wszystkie cierpienia niszczące całe pokolenia górników. Czytał prócz tego wiele socjalno-politycznych artykułów, których nie rozumiał, jak również pożyczał od Souvarina broszury anarchistyczne i gazety, które składał pilnie jako cenny materiał do przyszłych dyskusji. Dzieło o towarzystwach spółdzielczych gorączkowało go przez miesiąc i Stefan marzył o olbrzymiej, cały świat ogarniającej organizacji produkcyjno-konsumcyjnej, która by usunęła pieniądz i oparła ustrój społeczeństwa na pracy. Powoli stawiał się śmielszy, czuł, że jest teraz więcej wart, bo myśli.
Rozgorzał zapałem neofity, nienawiścią do gnębicieli i nadzieją, że wstąpi w pierwsze szeregi gnębionych, walczących o swe ludzkie prawa. Jak się wziąć do tego, nie wiedział jednak. Co wieczór wiódł długie dysputy z Rasseneuerem, który pragnął rzecz załatwić pokojowo, i Souvarinem, który chciał wszystko niszczyć. W głowie mu huczało i leżąc w łóżku, konstruował różne plany odwetu. Skłaniał się do teorii pokojowej, mawiał, że polityki nie należy wprowadzać do czysto ekonomicznej kwestii społecznej. Było to gdzieś wyczytane zdanie, które najodpowiedniejsze mu się wydało do zastosowania tutaj pośród flegmatycznych górników. Ale jak zreformować społeczeństwo, by przy tej okazji nie wyleciała ni jedna szyba, nie wiedział.
I w domu u Maheuów kładziono się teraz spać później, a Stefan zwracał rozmowę ciągle na zajmujący go temat.
Odkąd począł się uświadamiać, zaczęło mu ciążyć to życie kolonii, gdzie ludzie natłoczeni byli jak śledzie w beczce. Czyż byli zwierzętami w klatce, czyż dokoła nie było olbrzymiej równi, mogącej całe miasta pomieścić? Czemuż żyć tak, że nie można zmienić koszuli, by gołego ciała nie pokazać drugiemu? A jakie z tego skutki dla zdrowia i moralności!
— Tam do licha! — wykrzyknął Maheu. — Byle tylko więcej pieniędzy, zaraz by się można wygodniej urządzić. To prawda, wcale niezdrowo tak żyć jedno na drugim. Kończy się zawsze na tym, że chłopcy się psują, a dziewczęta rodzą dzieci!
Cała rodzina brała udział w dyspucie, każdy dorzucał swą uwagę, a lampa kopciła, zatruwając do reszty powietrze przesycone już i tak odorem smażonej cebuli.
To prawda, życie niewesołe! Człek musi jak zwierzę obracać kierat, co dawniej było karą galernika, narażać się bez przestanku, a wreszcie, gdy zechce jeść, nie ma wieczorem kawałka mięsa w domu. Z głodu się nie umrze i tyle. Suchym chlebem żyj, człowieku, i to jeszcze w ciągłych długach, pod ustawiczną grozą jak zbrodniarz. Gdy przyjdzie niedziela, ruszać się nie można ze znużenia, a cała przyjemność polega na upiciu się i zmajstrowaniu żonie dziecka. Ot, psie życie! Nie ma co mówić!
Maheude wtrącała też swoje trzy grosze.
— A co najsmutniejsze, to przekonanie, że tak będzie ciągle... Póki człek młody, wygląda szczęścia, wygląda, a szczęście nie przychodzi. Nie życzę nikomu nic złego, ale doprawdy czasem porywa mnie oburzenie.
Wszyscy milczeli. Czuli w chwilach takich cały ogromny ciężar życia. Dławiły ich chmury oblegające ciasny horyzont poznania i odczucia. Tylko dziadek Bonnemort spoglądał zdziwiony... Za jego czasów ludzie nie trapili się podobnymi myślami. Człek się rodził pośród węgla, kuł pokład i koniec. Po cóż czegoś pragnąć? Skąd się brał ten prąd żądań?
— Nie należy się buntować — mruczał — dobry kufelek też coś wart. Przełożeni są nieraz źli, ale tak jest i było od początku świata, kto by tam sobie łamał głowę, by wymyślić co innego!
Stefan zapalił się. Co, i myśleć nie wolno robotnikowi? Ho, ho, właśnie dlatego, że robotnik dziś poczyna myśleć, będzie niedługo całkiem inaczej. Za czasów dziadka człek żył w kopalni, jak bydlę, jak maszyna do rąbania węgla, ślepa i głucha na wszystko. Ale dziś budzi się górnik, z głębi kopalni poczyna kiełkować ziarno, a niezadługo zobaczycie, co z niego wyrośnie. Powstaną ludzie, armia ogromna ludzi, która upomni się o swe prawa. Czyż od czasów rewolucji nie są wszyscy obywatele równi? Dziś, gdy każdy, biedny czy ubogi, ma prawa polityczne, dziś robotnik ma być niewolnikiem tego, kto kupił jego czas i siły? Kompanie przemysłowe gnębią nędzarzy w straszny sposób, a nie ma już nawet dawnych cechów, gdzie robotnicy jednego zawodu mogliby znaleźć oparcie i ochronę wobec przemocy. Ale przyjdzie oświata, a z nią czasy lepsze. Wystarczy spojrzeć tu i tam, rodzice i dziadkowie nie umieją się podpisać, dzieci i wnuki piszą i czytają jak profesorowie. Kiełkuje już posiew, rośnie armia ludzi, którzy zawołają: światła i praw! I czyż nie walczyć o przyśpieszenie tej chwili, czyż nie trzeba czynić tego, choćby przyszło użyć siły?
Maheu, mimo że całkiem przekonany, wątpił w powodzenie.
— Odprawią, gdy się tylko ruszymy. Stary ma słuszność. Nie ma nadziei, nigdy nie zabraknie górników, co zechcą sprzedać swą pracę za nędzny zarobek. Nie ma nadziei!
Milczano chwilę, wreszcie ozwała się Maheude, jakby budząc się ze snu.
— Gdyby choć prawdą było, co mówią księża, że tam spotka nas nagroda!
Przerwał jej głośny śmiech. Nawet dzieci wzruszały ramionami. Przestały wierzyć pod wpływem warunków, w jakich żyły, ale nie wierząc w niebo, bały się jednak duchów ziemi. Był to jakby powrót do pierwotnego kultu.
— Księża! Ha, ha, ha — śmiał się Maheu — gdyby w to sami wierzyli, to mniej by jedli, a więcej pracowali, w celu zapewnienia sobie tam lepszego miejsca. O nie, po śmierci nie ma nic!
Maheude ciężko wzdychała.
— Mój Boże! Mój Boże!
Opuściła ręce na kolana i rzekła z rozpaczą:
— A więc nie ma nadziei!
Wszyscy spojrzeli po sobie. Dziadek Bonnemort splunął w chustkę do nosa, a Maheu zapomniał fajki w ustach. Dwoje malców usnęło, a siedząca między nimi Alzira słuchała pilnie. Katarzyna oparłszy twarz na pięściach wpatrywała się w Stefana swymi wielkimi oczyma. Byłaby słuchała do rana. W całej kolonii cisza panowała, przerywana tylko krzykiem dziecka w odległym domu i pijaka zapóźnionego w szynku. Zegar ścienny na dole tykał miarowo, a z mokrej, posypanej piaskiem podłogi wznosiła się fala wilgoci.
— A cóż to znowu za poglądy! — zawołał Stefan — czyż nam koniecznie do szczęścia potrzeba Boga i raju? Nie możemy to sobie sami wywalczyć szczęścia na tej ziemi?
Mówił z zapałem, rozdzierał mgły zacieśniające horyzont, a jasnego światła snopy oblewały dusze słuchaczy. Pierzchła nędza, nie byli to już ludzie w beznadziejnej rezygnacji, jako owce co dnia pędzone do strzyży, oddające swą wełnę bez myśli i oporu. Byli to teraz ludzie roztęsknieni za swobodą. Bóg zmarł, ale nie zmarła sprawiedliwość i wystarczy ona do ugruntowania szczęścia ludzkości. Zapanuje kiedyś równość, braterstwo, i dnia tego wstanie nowy świat, ogromna, ogarniająca ziemię całą organizacja pozwalająca, by każdy obywatel żył pełnią życia i jego rozkoszy. Stary świat w gruzy się rozleci, a ludzkość oczyszczona z win dawnych utworzy jedną olbrzymią rzeszę pracowników pracującą na podstawie zasady: Nagroda wedle pracy!
I snuł coraz dalej fantazję, tym piękniejszą, im wyżej unosiła się w chmury.
Maheude zrazu wierzyć nie chciała. Bała się. Nie, nie, tak pięknie być nie może, to tylko życie codzienne czyni nieznośnym i napełnia pasją, że człek by potrzaskał wszytko, co tej szczęśliwości stoi na zawadzie! Gdy widziała, że oczy męża poczynają błyszczeć, przerywała Stefanowi, wołając zapalczywie:
— Maheu, nie słuchaj go! Sam czujesz, że opowiada bajki! Gdzieżby kiedy bogacze chcieli pracować?
— Poprosimy ich grzecznie! — odparł Stefan.
Czar jednak działał. Maheude poczęła się uśmiechać zrazu trwożliwie, potem śmielej. Zbudziła się w niej wyobraźnia i stara, apatyczna kobieta przekroczyła wreszcie próg przybytku cudów. Rada była, że może na godzinę zapomnieć o rzeczywistości, pomarzyć, miała teraz swój kącik, dokąd schronić się mogła przed nędzą życia. W jednym zgadzała się tylko bez zastrzeżeń ze Stefanem i mężem. Sprawiedliwość zapanować musi. Urodził się nowy Mesjasz w jej sercu.
— Tutaj masz słuszność! — wolała. — Dobra sprawa zwycięży! Sprawiedliwość przyjść musi! Za to dałabym się porąbać na kawałki. A czyż nie jest sprawiedliwe, by nareszcie na nas kolej przyszła... ha?
Maheu więc pofolgował też swemu zapałowi.
— Psia krew! Nie jestem bogaczem, ale dałbym pięć franków, by dożyć tego! Co to będą za awantury! Ho, ho! Słuchaj no, jak myślisz, daleko to jeszcze?
Stefan wpadł znowu w ferwor oratorski. Gmach kapitalizmu trzeszczy we wszystkich wiązaniach, nie przetrzyma pewnie i paru miesięcy. Ale gdy przyszło mówić o środkach do osiągnięcia celu, znikała jego pewność siebie. Mieszało mu się w głowie wszystko, co dotychczas czytał, toteż skąpił objaśnień, nie chcąc się zdradzić. Dawał im tylko wyciąg ze wszystkich systemów osłodzony pewnością szybkiego tryumfu. Pocałunkiem braterskim załagodzi się wszystko i nastanie równość klas, choć co prawda pewną liczbę zacietrzewionych trzeba będzie pewnie nauczyć rozumu. Maheuowie pojmowali teraz najciemniejsze rzeczy, przyjmując najdziwaczniejsze przypuszczenia ze ślepą wiarą nawróconych, przekonani jak pierwsi chrześcijanie, że świat stary runie, a na jego gruzach zajaśnieje lepszy, królestwo boże na ziemi. Alzira, pozbierawszy okruchy zdań, zbudowała sobie własny obraz szczęśliwości niedalekiej pod postacią ciepłego domu, gdzie każde dziecko sypia w osobnym łóżku i może jeść i bawić się do syta, zaś aniołowie gotują obiad i sprzątają. Katarzyna nieruchoma z oczyma utkwionymi w opowiadającego słuchała, a gdy Stefan mówić przestawał, ciało jej przebiegał dreszcz.
Maheude opamiętywała się zazwyczaj pierwsza.
— Oho, minęła dziewiąta, jutro się nie zwlecze nikt z łóżka!
Wstawali od stołu zrozpaczeni. Zdawało im się, że byli magnatami, a teraz nagle ubierać się muszą w łachmany.
Szli po schodach na górę, czuli kopeć i zaduch czyniące powietrze ciężkim, a dziadek Bonnemort idący do kopalni mruczał, że oddałby ten raj za kawałek mięsa pływającego w zupie. Rozbierali się wszyscy, gaszono świecę, a Stefan słyszał, jak Katarzyna przewraca się niespokojnie, nie mogąc zasnąć.
Często w rozmowach brali udział sąsiedzi, Levaque zwłaszcza z furią czepił się myśli podziału dóbr, w czym mu wtórował Pierron, na tyle jednak ostrożny, że szedł spać, ile razy poczęto rzucać gromy na Kompanię. Czasem wpadł też Zachariasz, ale nie bawił długo znudzony tą polityką. Wolał iść do Rasseneura na kufelek. Chaval wysunął się od razu na pierwszy plan. Był najradykalniejszy, chciał krwi! Co dnia przepędzał godzinę u Maheuów niby dla rozmowy, ale w gruncie rzeczy pędzony zazdrością. Znudził się już Katarzyną, ale odkąd wiedział, że śpi w jednej izbie ze Stefanem, ciągle narażona na jego pieszczoty, nie mógł sobie dać rady.
Wpływ Stefana rósł z dniem każdym. Zrewolucjonizował on powoli całą kolonię, a propaganda jego była tym skuteczniejsza, że równocześnie wzbudzał szacunek ogółu. Maheu okazywał mu wielki szacunek, gdyż Stefan płacił regularnie, nie pił, nie grał i wolał ponad wszystko siedzieć w książkach. Sława jego, jako wykształconego młodego człowieka, rozeszła się wnet szeroko, a sąsiadki objawiały mu swe uznanie, obarczając go pisaniem listów. Stał się niejako pisarzem miejscowym i adwokatem, załatwiając korespondencje i rozstrzygając drażliwe kwestie. Wreszcie we wrześniu założył swą kasę wsparć, która była wprawdzie jeszcze nikła, licząc pośród członków samych tylko mieszkańców kolonii, ale rokowała nadzieję, że obejmie górników wszystkich kopalń miejscowych, zwłaszcza gdyby zachowująca się dotąd biernie Kompania nie stawiała i nadal przeszkód. Stefan został niedługo potem sekretarzem związku i pobierał za związaną z tym pisaninę małą kwotę, co go uczyniło niemal bogaczem. Nieżonaty trzeźwy robotnik, o ile zwłaszcza nie posiadał żadnych zobowiązań, mógł nieźle żyć z zarobku, niestety takich było w Voreux niewielu.
Stefan zmienił się i powierzchownie. Zgłuszony nędzą pociąg do elegancji wrócił teraz. Sprawił sobie sukienne ubranie, cienkie trzewiki i wkrótce tym zadziałał na umysły. Kupiono27 się do niego jako przywódcy, co mu sprawiało wielką radość. Upajał się nektarem popularności. Dumny czuł się, że może stać na czele, rozkazywać, on, który przybył tu niedawno jako prosty przesuwacz. Wierzył ślepo w bliskość rewolucji i był pewny, że odegra w niej wybitną rolę. Spoważniał też, przemawiał często z coraz mniejszą tremą i utwierdził się ostatecznie w poglądzie, że konieczny będzie gwałtowny przewrót.
Tymczasem kończyła się jesień, a przymrozki październikowe zwarzyły rośliny. Po dachu królikarni nie przewracali się już chłopcy z przesuwaczkami, w ogródkach rosły jeszcze tylko buraki, czosnek i sałata zimowa, a ze zwieszonych nisko chmur począł padać po całych dniach deszcz, spłukując czerwone mury domów, dudniąc w rynnach i przelewając się przez górne brzegi kadzi. W izbach tlały bez przerwy węgle w piecykach, zatruwając powietrze. Nastał znowu czas wielkiej nędzy.
Stefan nie mógł sypiać po nocach, gdyż kładł się rozgorączkowany mowami. Słyszał, jak Katarzyna rozbiera się po ciemku i wślizguje pod kołdrę. Właśnie napadła ją na nowo wstydliwość, śpieszyła się ogromnie z rozbieraniem i to tak niezręcznie, że odkrywała się jeszcze coraz więcej. Leżąc już w łóżku, bała się odetchnąć, ale Stefan czuł doskonale, że nie śpi i myśli o nim. Leżeli oboje wysilając się, by nie uczynić najlżejszego szelestu, ale wysiłki te nie zdawały się na nic. Stefan dwa razy już miał się zerwać i iść do niej. Co za głupota opierać się instynktownemu pociągowi, walczyć? Dzieci spały, wiedział, że czeka nań, że bez słowa obejmie go ramionami i przyciśnie usta do jego ust. Mijały z wolna kwadranse. Nie wstał i nie poszedł do niej, a Katarzyna nie poruszyła się z obawy, że może go tym zwabić. Im dłużej żyli blisko siebie, tym grubszy oddzielał ich mur wstydliwości i serdecznej przyjaźni. Czemu się tak działo, nie zdołaliby sobie tego objaśnić.