III

Od wczesnego ranka wrzało we wszystkich koloniach robotniczych. Drogi pełne też były wzburzonych ludzi. Ale z postanowioną wycieczką do Jean-Barta nie śpieszono się, gdyż rozeszła się wieść, że żandarmi i dragoni patrolowali po całej równi. Opowiadano, że przyszli z Douai skutkiem zdrady Rasseneura, który ostrzegł pana Hennebeau. Jedna przesuwaczka przysięgała nawet, że widziała służącego dyrektora niosącego depeszę do biura telegraficznego. Górnicy ściskali pięści i wypatrywali poprzez listwy okiennic żołnierzy na horyzoncie.

Ale około wpół do ósmej zjawiła się wieść inna, która uspokoiła zniecierpliwionych. Alarm był fałszywy, dragoni odbyli jedynie jedną z owych demonstracyjnych przejażdżek, jakie prefekt z Lille nakazał od czasu wybuchu strajku. Górnicy nienawidzili tego urzędnika i zarzucali mu, iż ich oszukał, obiecując interwencję, a teraz nie robi nic, prócz straszenia ich odbywanymi co jakiś czas defiladami wojsk po ulicach Montsou. Gdy dragoni, narobiwszy hałasu końskimi kopytami po bruku, skierowali się najspokojniej do Marchiennes, chórem drwić poczęto sobie z prefekta, któremu nie śni się zapewne, by coś się stać mogło i to bezpośrednio przed awanturą. Aż do dziewiątej stojąc przed domami gapili się najspokojniej na przejeżdżających. Mieszczuchy spali jeszcze, sprzed budynku dyrekcyjnego odjechała kareta. Widocznie odjechała pani Hennebeau, zostawiając męża przy pracy, bo dom był milczący, zamknięty, jakby wymarły. Żadna z kopalń nie była strzeżona wojskiem i tu znowu okazano brak ostrożności, przewidywania, co najczęściej powoduje wszystkie katastrofy. Biła dziewiąta, gdy górnicy wreszcie poczęli ukazywać się na drodze do Vandame.

Stefan spostrzegł zaraz, że nie zbierze się trzy tysiące górników, jak początkowo mniemał. Wielu sądziło, że manifestację odłożono, a gorsze jeszcze było to, że już poszły dwie czy trzy grupy i mogły wszystko popsuć, gdyby nie zdążył stanąć na ich czele. Około stu wyruszyło przed świtem i czekało na resztę w lesie. Stefan poszedł spytać jeszcze Souvarina o radę. Maszynista, jak zawsze, wzruszył ramionami i odparł:

— Głupstwo! Dziesięciu zdecydowanych zrobiłoby więcej jak ta cała banda.

Nie chciał radzić, zanurzył się w leżącej przed nim książce i ani słyszeć nie chciał o tym, by miał współdziałać. Cała rzecz, zdaniem jego, wyrodzić się musi w ckliwe protestowanie, apelowanie do uczuć etc. Jedyną rzeczą mądrą byłoby podpalenie Montsou. Stefan, wychodząc od Souvarina, ujrzał Rasseneura pobladłego, siedzącego przy kominie. Stała nad nim jego żona w swej wieczyście czarnej sukni i kłuła go uroczystymi, grzecznymi słowami.

Maheu twierdził, że trzeba dotrzymać słowa. Uchwała jest rzeczą świętą. Chociaż wszyscy ochłodli przez noc, stary górnik bał się, by nie przyszło do nieszczęścia, i oświadczył, że jest ich obu obowiązkiem stawić się, by powstrzymać innych od wybryków. Maheude potakiwała głową. Stefan w końcu dla uspokojenia siebie i Maheuów dodał, że należy działać rewolucyjnie, nie narażając jednak życia ludzkiego. Nie chciał przyjąć porcji chleba, jaką dlań przysposobiono, natomiast wypił jeden po drugim trzy kieliszki jałowcówki, by się zabezpieczyć przed zimnem. Wziął też trochę wódki do manierki. Alzira miała zostać przy dzieciach. Dziadek Bonnemort, któremu pogorszyło się skutkiem wysiłków dnia poprzedniego, leżał w łóżku.

Dla ostrożności wymykali się z domu pojedynczo. Jeanlin znikł od dawna. Maheu z żoną poszli niby to ku Montsou, a Stefan wprost przez pola do lasu, by się połączyć z oczekującymi. Po drodze spotkał gromadę kobiet. Wśród nich była Brûlé i Levaque. Jadły przyniesione im przez Mouquette kasztany wraz z łupinami, by lepiej wypełnić żołądki. Stefan nie znalazł w lesie nikogo, górnicy ruszyli już do Jean-Bart. Zwrócił się więc szybko w tamtą stronę i zdążył tam właśnie w chwili, gdy kobiety i owa setka z lasu wkraczali w podwórze kopalni. Zewsząd płynęli tu górnicy bezładnie, bez przywódców, bez broni, jak woda zalewająca tamy. Stefan zobaczył Jeanlina, który wydrapał się na wysoko zawieszony pomost i usadowił się tam jak na trybunie cyrkowej. Przyśpieszył kroku i jeden z pierwszych stanął na miejscu. Cały tłum liczył około trzysta głów.

Pewne wahanie ogarnęło wszystkich, gdy Deneulin ukazał się na schodach prowadzących do kasy.

— Czego chcecie? — krzyknął silnym głosem.

Gdy znikła mu z oczu kareta, pędzony niewytłumaczonym niepokojem wrócił do kopalni. Ale wszystko było w porządku, robotnicy zjechali, eksploatacja odbywała się normalnie. Uspokoił się więc i właśnie rozmawiał z dozorcą, gdy dano mu znać o zbliżaniu się strajkujących. Wyjrzał oknem sortowni i na widok fali ludzkiej, rozlewającej się po równi, poczuł swą niemoc. Jakże bronić tych zewsząd otwartych i łatwo dostępnych zabudowań fabrycznych. Zresztą zdołałby skupić koło siebie najwyżej dwudziestu ludzi zaufanych. Poznał, że jest zgubiony.

— Czego chcecie? — powtórzył blady z gniewu, ale zdecydowany odważnie stawić czoło klęsce.

W tłumie ruch się począł i pomruk rozległ. Wreszcie przecisnął się naprzód Stefan i rzekł:

— Proszę pana, nie przychodzimy robić panu krzywdy, ale konieczne jest, by praca stanęła.

Deneulin od razu zaczął go traktować jak wariata.

— Czyż myślicie, że nie robicie mi krzywdy, przerywając pracę. Zupełnie, jakbyście mnie zabili skrytobójczo. To na jedno wychodzi. Ale nie, ludzie moi zjechali i pracować będą. Chcąc temu przeszkodzić, musicie mnie naprzód zabić.

Na te ostre słowa powstał w tłumie wrzask. Maheu musiał trzymać Levaque’a, który chciał się rzucić z pięściami na Deneulina, którego Stefan jeszcze usiłował przekonać o słuszności postępowania metodą rewolucyjną. Ale Deneulin odpowiedział, że każdy ma prawo do pracy. Zresztą nie chce wdawać się w dyskusję tych wszystkich teorii i chce być u siebie panem. Żal mu tylko, że nie ma pod ręką czterech żandarmów, by hołotę wypędzić z kopalni.

— Tak, sam jestem winien! — dodał. — Na drabów jak wy najlepsza jeszcze kula. Rząd myli się, sądząc, że was ułagodzi koncesjami. Gdy wam tylko da broń w rękę, obalicie go, kanalie przeklęte!

Stefan trząsł się z gniewu, ale opanował się. Półgłosem rzekł Deneulinowi:

— Proszę pana usilnie, byś dał rozkaz wyjeżdżania. Nie mogę inaczej zaręczyć, że zdołam utrzymać w karbach moich towarzyszy. W ręku pańskim leży bezpieczeństwo kopalni.

— Nie! Wynoście się do stu diabłów! Któż wy to jesteście? Nie jesteście moimi robotnikami, nie macie prawa stawiać żądań. Rozbójnicy tylko biegają w taki sposób po drogach! Rabusie!

Zgiełk zgłuszył ostatnie jego słowa. Kobiety miotały straszne obelgi.

Trzymał się ostro i przyjemność mu nawet sprawiało, że może bez ogródek wyrażać tłumowi całą swą pogardę. Ruina nadeszła, po cóż miał się więc krępować. Strajkujących napływało coraz to więcej. Już około pięciuset parło na schody i bramę do kopalni wiodącą i Deneulin narażał się teraz osobiście na zemstę rozgoryczonych! Nadbiegł dozorca i począł go odciągać.

— Na miłość boską! Panie dyrektorze! Niechybnie krew popłynie! I na cóż wywoływać mordy? Czyż to co pomoże?

Deneulin bronił się. Ostatni raz zwrócił się do tłumu i wrzasnął:

— Rozbójnicy, czekajcie! Niech tylko wojsko nadejdzie!

Odciągnięto go. Pierwsze szeregi naparły na schody tak, że poręcz pękła. Rej wodziły kobiety, wrzeszczały, piszczały, by podniecić mężczyzn. Drzwi nie zaryglowane otwarły się zaraz. Ale schody były za wąskie dla tłumu i mimo pchania nie zdołano by wejść, gdyby tylne szeregi nie znalazły sobie dostępu z innej strony. Wkroczono od strony poczekalni, przez sortownię, nawet kotłownię. W niespełna pięciu minutach zalał tłum całą kopalnię. Pełno było ludzi na wszystkich trzech piętrach. Wrzeszczano, krzyczano z wielkiej radości, że udało się zdobyć kopalnię mimo oporu rozzłoszczonego dyrektora.

Maheu przybiegł przerażony do Stefana i rzekł:

— Na miłość boską, nie daj go zabić!

Stefan chciał już biec za Deneulinem, by go bronić, ale widząc, że zabarykadował się w poczekalni dozorców, odparł:

— A choćby go i zabili, czyż to nasza wina? Taki wariat!

Panował dotąd nad sobą i nie dał się owładnąć złością na dyrektora. Równocześnie bolało go, że, mimo iż był przywódcą, tłum sobie teraz nic z niego nie robił i rozgorzał zemstą, gdy należało tylko wymusić swe żądanie. Daremnie przekładał, że należy uzbroić się w zimną krew, nie dawać wrogom broni w rękę przez niszczenie bezcelowe.

— Do kotłów! Gasić ognie! — krzyknęła Brûlé.

Levaque znalezionym olbrzymim pilnikiem wywijał jak mieczem i wrzeszczał potężnym głosem:

— Przeciąć liny! Przeciąć liny!

Wszyscy powtórzyli okrzyk. Stefan i Maheu przerażeni poczęli protestować, ale nikt ich wśród hałasu nie słyszał. Schwyciwszy sposobny moment mógł wreszcie zawołać Stefan:

— Ależ ludzie są na dole!

Wrzaski wybuchły ze zdwojoną siłą.

— Tym lepiej! Po co zjeżdżali! Niech giną zdrajcy! Niech pozdychają tam na dole! Zresztą mają drabiny.

Myśl, że są drabiny, utwierdziła tłum w chęci poprzecinania lin, a wreszcie i Stefan przestał stawiać opór w nadziei zapobieżenia większemu nieszczęściu. Pobiegł jedynie do maszyny, by wyciągnąć klatki, w których mogli znajdować się ludzie. Inaczej przecięte u samej góry, siedemset metrów długie liny stalowe, padając w dół, niechybnie by je strzaskały.

Ale maszynisty nie było, palacze też znikli, więc chwycił w rękę rękojeść motoru, puścił maszynę w ruch i poczekał, aż liny nawiną się na bębny. Równocześnie Levaque z kilku innymi wspinali się w górę wieży szachtowej. Ledwo klatki zaklinowały się hakami w drzewie rusztowania, rozległ się zgrzyt pilnika gryzącego stal. Nastała cisza, zgrzyt przeraźliwy rozlegał się donośnie, a wszyscy podnieśli głowy i czekali z zaciekawieniem. Maheuowi stojącemu blisko wieży serce skakało z dzikiej radości. Zdawało mu się, że zęby pilnika przecinające dostęp do jednej z owych nor niedoli gryzą niedolę samą i nędzę i świat od niej oswobodzają.

Ale Brûlé nie dała za wygraną. Zbiegła po schodach do hali maszyn z okrzykiem:

— Gasić ognie! Do kotłów! Do kotłów!

Runął za nią tłum kobiet, a z tłumem Maheude z zamiarem przeszkodzenia, by wszystkiego nie zniszczono, tak jak mąż jej pilnował przecinających lin. Można przecież domagać się swego, nie niszcząc cudzej własności. Kobiety wypędziły z kotłowni palaczy, a Brûlé uzbrojona w wielką szuflę przykucnęła przed pierwszym piecem szybko nabierając węgle i wyrzucając je na ceglaną posadzkę.

Było tu dziesięć pieców i pięć kotłów. Do wszystkich rzuciły się kobiety. Levaque oburącz chwyciła szuflę, Mouquette zakasała się wysoko, by spódnica jej nie zajęła się od ognia, i wszystkie z rozwianymi włosami pracowały, potniejąc w tym strasznym żarze, podobne do czarownic, zajętych jakąś tajemniczą operacją w czeluściach piekielnych. Kupy pałających węgli rosły coraz to wyżej, aż wreszcie od żaru pękł sufit hali.

— Dość tego! — krzyknęła Maheude. — Buda zaczyna się palić!

— Tym lepiej! — odparła Brûlé. — Przysięgłam, że pomszczę na tych drabach śmierć mego męża.

W tej chwili gdzieś z góry rozległ się głos Jeanlina:

— Na bok! Gaszę! Puszczam parę!

Wśliznął się tu jeden z pierwszych, uszczęśliwiony tym chaosem, pilnie szukając czegoś, co by mógł zniszczyć. Nagle wpadło mu na myśl odkręcić kurki i wypuścić parę z kotłów.

Strugi pary buchnęły z łoskotem salwy karabinowej. Wszystkie kotły opróżniły się z piekielnym sykiem, od którego bolało w uszach. Hala znikła w tumanie pary, a kobiety ruszały się w tej mgle niby cienie niewyraźne. Węgle przygasły. I tylko wysoko ponad białym wirem widać było Jeanlina. Siedział na drabinie z otwartymi z rozkoszy ustami, szczęśliwy, że był twórcą tej burzy straszliwej.

Trwało to z kwadrans. Wreszcie wylano na węgle kilka wiader wody i znikło niebezpieczeństwo ognia. Ale zaciekłość tłumu nie zgasła, owszem rozgorzała teraz dopiero na dobre. Mężczyźni uzbroili się młotami znalezionymi w ślusarni, kobiety rozdzieliły między siebie sztaby żelazne i za czyjąś radą zabierano się do niszczenia maszyn, dziurawienia kotłów i niszczenia całej kopalni.

Stefan posłyszał o zamiarze i nadbiegł wraz z Maheuem. Już go ogarniał szał zemsty, ale walczył jeszcze z sobą, błagał towarzyszy, by wstrzymali się od wykroczeń. Wszak liny przecięte, para z kotłów wypuszczona, ogień zgaszony, więc dalsza praca uniemożliwiona. Nie słuchano go i już miał ulec, gdy nagle uwaga wszystkich skierowała się na małe drzwi zamykające wylot szachtu drabinowego. Rozległy się okrzyki:

— Precz ze zdrajcami!

— Nędznicy!

— Śmierć im!

Pierwsi górnicy stanęli w drzwiach, olśnieni światłem dziennym, odurzeni zgiełkiem. Stali ze spuszczonymi oczyma przez chwilę, potem poczęli przedzierać się pojedynczo przez tłum, próbowali uciekać.

— Precz z tchórzami!

— Precz z obłudnikami!

Tłum strajkujących obiegł drzwi. W niespełna trzy minuty opróżniły się budynki kopalni. Pięciuset górników utworzyło szpaler, przez który przesuwał się długi korowód łamistrajków. Okrzykami pogardy witano każdego ukazującego się w otworze drzwi, okrytego pyłem węglowym i potem, z ubraniem w nieładzie skutkiem walki o pierwszeństwo wydostania się na wierzch.

— O patrzcie — wołano — na tego! Ma trzy cale nóg, a potem zaraz tyłek.

— A ten! Nos mu odpadł skutkiem sprawek miłosnych w Wulkanie.

— A ta pokraka! Z oczu mu kapie woskowina, z której by można narobić świec do dziesięciu kościołów!

— A ten, a ten długi bez łydek! Patrzcie! Dłuższy jak Wielki Post!

Głośny śmiech obudziło ukazanie się jednej przesuwaczki. Gruba była niezmiernie, piersi jej wisiały na brzuchu, który wraz z pośladkami tworzył coś w rodzaju beczki. Chciano ją macać, żarty stawały się coraz to ordynarniejsze, pięści migały w powietrzu, a biedacy szli ciągle, czekając ciosów, szczęśliwi, gdy wreszcie minęli szpaler i mogli umknąć co tchu.

— A iluż ich tam? — spytał Stefan.

Dziwił się nieprzerwanemu korowodowi i gniew w nim wzbierał na widok tłumu łamistrajków. Myślał, że zjechało kilku górników zmożonych głodem, zastraszonych przez dozorców. A więc okłamano go tam w lesie. Prawie cały personel Jean-Barta stanął do pracy. Nagle wydarł mu się z piersi okrzyk. Na progu ujrzał Chavala.

— Na rany boskie! Więc na takie spotkanie nas zaprosiłeś?

Powstał zgiełk straszny, wszyscy rzucili się na zdrajcę. Co za łajdak! Wczoraj przysięgał, obiecywał odwieść innych od pracy, a zaraz po przysiędze zdradził. To niepojęte!

— Bierzcie go! Wrzucić do szachtu! Niech zdycha!

Chaval ze strachu blady jak trup bąkał coś, chciał się tłumaczyć. Ale trzęsący się ze złości Stefan nie dopuścił go do słowa.

— Chciałeś być na dole, będziesz na dole... Dalej, naprzód, psie nikczemny!

Słowa jego zgłuszył nowy wrzask. Na progu stanęła Katarzyna. Olśniona światłem, przerażona zgiełkiem, trzymała się ledwie na nogach po przebyciu stu dwu drabin, a z rąk jej ciekła krew. Jęknęła, widząc matkę rzucającą się na nią z pięściami.

— I ty, nędznico! Gdy matka twoja przymiera głodem, zdradzasz ją wraz z tym twoim wisielcem?

Maheu wstrzymał rękę żony, ale rozwścieczony także trząsł dziewczyną i gorzko wyrzucał jej postępowanie zbrodnicze. Oboje wpadli w pasję i krzyczeli głośniej od innych.

Widok Katarzyny do ostateczności doprowadził Stefana. Począł wołać:

— Prędzej! W drogę! Idziemy do innych kopalń! A ty, nędzna bestio, idziesz z nami.

Chaval ledwie zdążył w ogrzewalni wdziać saboty i zarzucić kaftan wełniany na skostniałe plecy. Porwano go i musiał pędzić cwałem pośrodku zbitego tłumu. Katarzyna mimo oszołomienia ubrała się także i biegła tuż za swoim tyranem. Była pewna, że zginie, gdy go opuści.

Jean-Bart opróżnił się w ciągu dwu minut. Jeanlin, dorwawszy się rogu sygnałowego, trąbił na nim chrypliwie, jakby zwoływał rozpierzchłą trzodę. Kobiety zakasały się wysoko, by móc biegnąć prędko, a Levaque potrząsał siekierą, jak kapelmistrz batutą. Zewsząd napływali górnicy, tak że tłum liczył już przeszło tysiąc głów. Bezładnie jak potok górski wylali się na drogę. Brama w parkanie kopalni była za wąska, obalono parkan.

— Do kopalń! Śmierć zdrajcom! Nie ma pracy!

I Jean-Bart zapadł nagle w zupełną ciszę. Nie było ni człowieka w całej kopalni. Deneulin wyszedł z pokoju dozorców, ruchem ręki nakazał, by mu nikt nie towarzyszył, i poszedł obejrzeć kopalnię. Był blady, ale spokojny. Zatrzymał się przy szachcie zjazdowym, podniósł głowę do góry i patrzył na przecięte liny. Luźno zwisały końce stalowych sznurów, świecąc w szarym otoczeniu połyskującą metalicznie raną zadaną pilnikiem. Potem poszedł Deneulin do hali maszynowej, spojrzał na nieruchome ramię dźwigni, podobne do ręki paralityka, dotknął oziębłego już metalu i wstrząsnął się, jakby dotknął trupa. Potem zszedł do kotłowni, zwiedził kolejno wszystkie piece pełne teraz wody i trącił nogą kocioł, który brzęknął donośnie jak dzwon. Tak, sprawa była skończona. Ruina nastąpiła nieodwołalnie. Choćby nawet zmienił liny, zapalił pod kotłami, gdzież znajdzie robotnika? Jeszcze czternaście dni strajku i koniec. Musi zgłosić upadłość. Teraz, uświadomiwszy sobie swą klęskę, nie czuł już nienawiści do rozbójników z Montsou. Krzywda ludzka gromadząca się od stu lat takie wydała owoce. Było to winą ogółu. Ci górnicy to niewątpliwie ordynarna hołota, ale to zarazem ludzie, których nie nauczono czytać i pozbawiono ostatniego kęsa chleba.