III
Następnej niedzieli wieczorem siedział Souvarine samotny w gospodzie Pod Nadzieją z głową opartą o ścianę. Piwo nie szło wcale, nikt nie miał dwu sous na kufelek, więc pani Rasseneur tkwiła kwaśna, nieruchoma za bufetem, a Rasseneur, stojąc pod kominkiem zamyślony, wpatrywał się w żar węgla.
Nagle rozległy się trzy stuknięcia w szybę, a Souvarine podniósł głowę, rozpoznawszy sygnał, którym się posługiwał Stefan, ile razy chciał pogadać z nim. Nim jednak maszynista zdołał się ruszyć, Rasseneur otworzył drzwi i, ujrzawszy postać oświetloną światłem izby, zawołał:
— Nie boisz się chyba, bym cię zdradził! Lepiej wam będzie pogadać w cieple.
Stefan wszedł. Pani Rasseneur ofiarowała mu uprzejmie kufelek, ale odmówił skinieniem ręki, a szynkarz mówił dalej.
— Od dawna wiem, gdzie się ukrywasz. Gdybym był szpiegiem, jak twierdzą twoi zwolennicy, już bym od dwu tygodni nasłał na ciebie żandarmów.
— Nie broń się! — odparł Stefan. — Wiem, że nie uprawiasz tego rzemiosła. Można mieć różne poglądy, a szanować się mimo to wzajem.
Zapanowała znowu cisza. Souvarine oparł znów głowę o mur i zapatrzył się w dym papierosa, a ręce jego szukały nerwowo po kolanach ciepłej sierści Pologne. Królicy dziś nie było. Brakowało mu czegoś, sam nie wiedział czego.
Stefan siedzący po drugiej stronie stołu począł nareszcie:
— A więc jutro rozpoczyna się na nowo praca w Voreux. Négrel przywiózł belgijskich górników.
— Tak, przywieziono ich nocą! — potakiwał stojący pośrodku izby Rasseneur. — Robota się rozpocznie, notabene... jeśli nie przyjdzie do walki z Belgami.
Potem dodał podnosząc głos:
— Słuchaj, Stefanie! Kłócić się z tobą nie chcę, chcę ci tylko powiedzieć, że przewiduję nieszczęście, jeśli nie porzucicie bezcelowego oporu. Widzisz, sprawa wasza stoi podobnie licho jak sprawa Międzynarodówki. Widziałem przedwczoraj w Lille Plucharta. Sprawa jego też źle stoi.
I szczegółowo począł opowiadać, jak Międzynarodówka zrazu pozyskała miliony robotników i rozkwitła żywiołową siłą, że burżuje dotąd drżą na jej wspomnienie. Ale niebawem stała się widownią wewnętrznych sporów, współzawodnictwa przywódców o znaczenie i rozpada się teraz obecnie na stronnictwa zwalczające się wzajem. Od czasu, gdy anarchiści wyparli z zarządu rewolucjonistów, wszystko rwie się, główny cel, reforma systemu płacy najemnej, przestał istnieć, sama zasada instytucji opartej o naukowe, ekonomiczne przesłanki ustąpiła miejsca mrzonkom, waśniom i pogardzie wszelkiej dyscypliny. Już dziś przewidzieć łatwo rozchwianie się całej sprawy i rozwiązanie olbrzymiego związku pracy, który niby huragan miał zdmuchnąć z powierzchni ziemi stare, zmurszałe, oparte na wyzysku społeczeństwo.
— Pluchart słaby jest ze zmartwienia — kończył — w dodatku ochrypł do reszty. Mimo to mówi dalej, a nawet jedzie do Paryża, by tam przemawiać. Powtórzył mi trzy razy, że nasz strajk jest przegraną stawką.
Stefan słuchał, nie przerywając, zapatrzony w ziemię. Wczoraj, w rozmowie z kilku towarzyszami zauważył gniew, niechęć ich względem siebie. Były to pierwsze zwiastuny utraty popularności i klęski. Nie chciał jednak przyznać się do porażki wobec człowieka, który mu przepowiedział swego czasu, iż tłum odwróci się od niego z pogardą i pomści na nim zawiedzione nadzieje.
— Niewątpliwie — odparł — strajk przegrany, wiem to tak dobrze, jak i Pluchart. Ale byliśmy doń zmuszeni i z góry wiedzieliśmy, że w ten sposób Kompanii nie zmusimy do ustępstw. Pamiętać tylko należy, że ludzie zwykli upajać się nadzieją, zapominają o tym, co wiedzieli z początku, i niepowodzenie uważają za jakiś piorun spadły z jasnego nieba.
— Więc — rzekł Rasseneur — skoro uważasz strajk za przegrany, mam nadzieję, że zaczniesz agitować za podjęciem pracy, że zaczniesz nakłaniać ich do opamiętania się.
Stefan spojrzał mu ostro w oczy.
— Dość mówiliśmy o tym... Różnimy się w poglądach. Wszedłem do ciebie, by ci dać dowód, że cię szanuję, ale nie zmieniłem zdania i twierdzę jak zawsze, że gdybyśmy pomarli z głodu, trupy nasze więcej przysłużą się sprawie ludowej, jak cała twoja polityka przezorności. Ach... gdyby któryś z tych przeklętych żołdaków wpakował mi kulę w piersi... jakiż byłby to piękny koniec.
Oczy jego napełniły łzy. Był to szczery, z głębi duszy wyrywający się okrzyk zwyciężonego, ostatnie pożądanie ucieczki od wszystkich cierpień i bólów życia.
— Ślicznie powiedziałeś! — zawołała pani Rasseneur, spoglądając z pogardą na męża.
Souvarine zadumany siedział ciągle z głową o ścianę opartą. Zdawało się, iż nie słyszał, co mówiono, ręce jego tylko szukały czegoś nerwowo po kolanach. Dziewczęcą jego twarz i oczy rozświetliła łuna, niby poblask krwawych wizji płynących korowodem przez jego duszę. Począł mówić niby przez sen, odpowiadając na to, co Rasseneur rzekł o Międzynarodówce, na słowo jakieś, które mu przypadkiem utkwiło w mózgu.
— Nikczemnicy jesteście wszyscy i tchórze... Jeden jest tylko na świecie człowiek, dla którego Międzynarodówka byłaby straszliwym narzędziem zagłady. On ma wolę. Prócz niego nikt... I dlatego z rewolucji nic nie będzie.
Skarżył się na nienawiść ludzką i ciemnotę głosem przesyconym wzgardą, a obu słuchającym zdawało się, że mówi do nich ktoś śpiący lub szalony. W Rosji, mówił Souvarine, wszystko przepadło także, dostał wieści rozpaczliwe. Wszyscy jego towarzysze, owi nihiliści, przed którymi drżała Europa, stali się politykami najmniejszego rodzaju. Ci wszyscy synowie popów, kupców i mieszczuchów, niezdolni wznieść się ponad ideę narodowego wyzwolenia, pracowali teraz nad zbawieniem świata, wierząc, że nastąpi, gdy zgładzą jednego głupiego despotę. Z bólem czuł, że go nie rozumiał nikt, gdy mówił o zżęciu życia niby łanu dojrzałego żyta, z troską widział, że wówczas zaliczali go wszyscy do rzędu dawnych rewolucjonistów międzynarodowych, o których się nikt nie troszczy.
Ze ściśniętym sercem powtarzał więc swoje ulubione:
— Głupstwo!... Głupstwa te nie wyzwolą nas nigdy z nędzy.
Mówił dalej coraz bardziej rozgoryczony o swym niedośnionym śnie braterstwa. Wyrzekł się swej pozycji społecznej i swej klasy w nadziei, że doczeka ugruntowania nowego, opartego na braterstwie i pracy społeczeństwa. I teraz, podczas strajku, dzielił się z nędzarzami ostatnim groszem, traktował ich jak przyjaciół, przezwyciężył początkowe niedowierzanie i podbił w końcu swym spokojem i taktem. Ale cóż z tego? Mimo iż odrzucił precz od siebie wszystkie przesądy klasowe, czuł, że nie zdoła zżyć się z robotnikami. Dziś zwłaszcza rozgoryczyła go notatka, którą znalazł w dziennikach.
Zwrócił się wprost do Stefana, a oczy jego rozbłysły:
— Czytałeś o tych czeladnikach kapeluszniczych w Marsylii, którzy mieli los, a wygrawszy główną wygraną kupili zaraz za sto tysięcy obligacji renty państwowej i oświadczyli, że chcą żyć, nie pracując. Oto wasz ideał. Tak, wszyscy wy, francuscy robotnicy, marzycie tylko o tym, by trafić gdzieś na skarb, wykopać go, skryć się w mysią dziurę i tuczyć się łakociami. Pomstujecie na bogaczów, a samym wam brak poświęcenia, ofiarności i nie jesteście w stanie oddać na cele ogółu tej odrobiny złota, którą ślepy traf rzucił wami pod nogi. Godnymi szczęścia nie staniecie się dopóty, dopóki sami będziecie dążyli do posiadania, ożywieni jedynie żądzą zajęcia miejsca burżuazji, osiągnięcia jej synekur!
Rasseneur roześmiał się na myśl, że kapelusznicy marsylscy powinni byli wyrzec się swej wygranej. Wydało mu się to głupie. Ale Souvarine rozgorzał i ogarnięty fanatyzmem krzyknął:
— Padniecie i wy wraz z waszymi wrogami! Uczynimy z was i z nich jeden śmietnik, jedną kałużę błota i krwi! Zniknie również ze świata cała rasa ludzi żądnych użycia, żeru i próżniactwa! Patrzcie na moje ręce!... Gdybym miał w nich dość siły, chwyciłbym ziemię i rozdarłbym na kawałki!... Poszarpałbym jak zgniłe jabłko!... Zgładziłbym was wszystkich!
— Ślicznie powiedziałeś! — zawołała pani Rasseneur godząca się na wszystko, co było krwawe.
Zapadła znowu cisza. Po chwili Stefan napomknął znów o robotnikach belgijskich. Pytał Souvarina, jakie rozporządzenia wydano w Voreux. Ale maszynista zapadł znowu w zadumę, bąknął więc jedynie, że rozdano żołnierzom strzegącym kopalni ostre ładunki. Ręce jego tak biegały po kolanach, że wreszcie uświadomił sobie, że szukają tam miękkiej ciepłej skóry Pologne.
— Gdzież się podziała Pologne? — spytał.
Szynkarz roześmiał się i spojrzał na żonę. Po chwili wahania odparła:
— Pologne? Jest w piekarniku.
Od czasu przygód swych w rękach Jeanlina biedna królica, której coś się stać musiało, wydawała na świat same nieżywe małe, by więc nie żywić darmozjada, Rasseneur zdecydował się podać ją dziś na obiad w sosie z ziemniakami.
— Sam zjadłeś dziś kawałek Pologne. Smakowała ci... prawda?
Souvarine zrazu nie mógł pojąć. Potem twarz jego ściągnął kurcz nerwowy i wbrew woli dwie wielkie łzy stoczyły mu się po policzkach.
Ale nie zauważono tego, gdyż w tej chwili rozwarły się gwałtownie drzwi i wszedł Chaval popychając przodem Katarzynę. Rozbijał się od paru godzin chełpliwie po wszystkich szynkach Montsou, aż naraz przyszło mu do głowy zajść do Rasseneura, by pokazać jemu i Souvarinowi, że się ich nie boi. Wszedł i rzekł do swej kochanki:
— Do stu diabłów, mówię ci, że wypijesz tu kufel piwa. Rozbiję łeb każdemu, kto na mnie spode łba popatrzy!
Katarzyna, ujrzawszy Stefana, zbladła śmiertelnie, Chaval roześmiał się szyderczo.
— Pani Rasseneur — zawołał — dwa kufelki! Oblewamy podjęcie pracy!
Bez słowa nalała im piwo jako szynkarka będąca zawsze na usługi gości. Nastała cisza, nikt się nie ruszył.
— Znam takich — począł arogancko Chaval — którzy mówią, że jestem szpiegiem. Czekam więc, by mi to powiedziano w oczy. Rozprawię się ze śmiałkiem!
Nikt silę nie odezwał. Mężczyźni odwrócili głowy i spoglądali po ścianach.
— Są uczciwi robotnicy i gałgany leniący się do pracy! — wykrzykiwał dalej Chaval. — Nie kryję się z tym, że porzuciłem Deneulina i jutro zjeżdżam do Voreux z dwunastu Belgami, których powierzono memu nadzorowi, co jest dowodem, że mnie dyrekcja ceni. Jeśli się to komuś nie podoba, to... pogadać możemy.
Gdy i na to wezwanie nie odpowiedziano, wpadł we wściekłość i krzyknął na Katarzynę:
— Czemu nie pijesz? Dalej, trąć się ze mną! Na pohybel łajdakom, co robią awantury zamiast pracować uczciwie.
Trąciła o jego kufel, a tak słabo, że szkło ledwo dźwiękło. Chaval wyjął z kieszeni garść srebrnej monety i z pijacką pychą rzucił pieniądze na stół, oświadczając, że to przynosi człowiekowi rzetelna praca, podczas gdy próżniaki nie mogliby pokazać nawet dwu sous. Zachowanie się dawnych towarzyszy jątrzyło go. Przeszedł więc do zaczepek osobistych.
— A... więc po nocy wyłażą z jam krety? Dziwna rzecz, że żandarmów nie ma nigdy tam, gdzie być powinni! Śpią, czy co?
Stefan spokojny, zdecydowany wstał:
— Cicho bądź! — rzekł. — Nudzisz mnie. Tak, wiedz zatem, że pieniądze twe cuchną jakąś podłą zdradą i wstręt mnie zbiera dotknąć ręką twarzy sprzedawczyka. Ale dość tego, chcę skończyć. Już dawno jeden z nas powinien był ustąpić drugiemu ze świata.
Chaval ścisnął pięści.
— Doskonale! A... podła jucho! Długo ci trzeba było pluć w twarz, nim ci się krew rozgrzała. Czekaj, zapłacisz mi teraz za łajdactwa, jakieście robili ze mną!
Katarzyna rzuciła się pomiędzy nich, ale nie potrzebowali jej odsuwać, odstąpiła sama po małej chwili, czując, że rozprawa jest nieunikniona. Stała oparta o ścianę tak poważna, że nie drżała nawet. Szeroko rozwartymi oczyma patrzyła na mężczyzn, którzy gotowali się do śmiertelnej walki... o nią.
Pani Rasseneur zabrała spokojnie kufle, by ich nie porozbijali, potem usiadła za bufetem, nie okazując nawet nietaktownego zainteresowania się rozprawą. Rasseneur tylko oświadczył, że nie można dopuścić, by dwaj dawni towarzysze zabijali się, i chciał interweniować. Souvarine odciągnął go jednak za ramię i rzekł:
— To nie twoja rzecz... jednego z nich za wiele. Silniejszy przeżyje.
Nie czekając ataku, Chaval machnął pięściami w powietrzu. Był wyższy, ale chudszy od przeciwnika. Mierzył w jego oczy i walił obu rękami niby szablami, gadając ustawicznie, by widzów olśnić swą odwagą. Ale obelgi miotane na Stefana rozjątrzały tylko jego samego.
— Tak, gnido! Rozwalę ci nos! Będziesz łaził po świecie bez nosa! No, nadstaw łeb, zrobię z twej trąby pomyje dla świń! Zobaczymy, czy potem, ...... jakiś, będą za tobą latały dziewki!
Milcząc, zacisnąwszy zęby, stanął niższy wzrostem Stefan w pozycji, osłaniając pięściami twarz i piersi. Zważał pilnie na każdy cios przeciwnika, parował szybko i ze straszliwą siłą.
Z początku nie robili sobie wielkiej krzywdy. Walka przeciągała się. Przewrócił się jedynie stołek i biały piasek podłogi zgrzytał pod ciężkimi trzewikami zapaśników. Wreszcie jednak poczęli dyszeć ciężko, a twarze ich oblała łuna wewnętrznego, błyskającego oczyma płomienia wściekłości.
— Masz! zdychaj! — wrzasnął Chaval.
Istotnie zdradzieckim skrytobójczym ciosem omal że nie zmiażdżył ramienia Stefana. Stefan stłumił okrzyk bólu i odpowiedział potężnym prostym ciosem w piersi przeciwnika. Byłby je strzaskał, gdyby Chaval nie był uskoczył. Ale cios trafił go w bok, a był tak silny, że uderzony stracił na chwilę oddech. Rozwścieklony, czując, że ręce mu słabną, wierzgał jak koń, celując obcasem w brzuch Stefana.
— Masz w bebechy! Czas już, by wylazły na wierzch!
Stefan uniknął kopnięcia, ale rozwścieklony naruszeniem reguł walki krzyknął:
— Milcz, nikczemniku! Nie waż się kopać, bo wezmę stołek i łeb ci rozwalę.
Walka teraz zawrzała na serio. Rasseneur oburzony chciał znowu interweniować, ale powstrzymała go żona. Wszak obaj goście mieli prawo załatwić tu swe rachunki. Stanął więc tylko u kominka, by tam nie wpadli walczący. Souvarine najspokojniej skręcił sobie papierosa, zapomniawszy go tylko zapalić, a pod ścianą blada jak trup stała Katarzyna, szarpiąc nerwowo obu rękami kaftanik na piersiach. Musiała całą siłą wstrzymywać się, by nie krzyknąć, nie zabić jednego z walczących, wołając, że go woli. Z przerażenia nie wiedziała już zresztą, którego woli.
Chaval walczył już teraz ostatkiem sił, spotniały walił pięściami na oślep. Mimo wściekłości, Stefan ciągle parował ciosy, kilka jednak dosięgło go. Ucho miał naderwane, paznokieć Chavala zdarł mu kawałek skóry z karku i rana piekła go tak, że, zakląwszy, palnął znów przeciwnika w piersi. Chaval uskoczył, ale pochylił się przy tym, cios więc trafił go w twarz, miażdżąc nos i wbijając jedno oko w jamę oczną. Krew mu się rzuciła nosem, a oko spuchło i zsiniało. Krew go oślepiła, oszołomiło wstrząśnienie czaszki, ale machał jeszcze rękami, aż wreszcie cios w piersi położył go na ziemi. Padł ciężko jak wór gipsu.
Stefan czekał.
— Wstawaj! Może jeszcze masz ochotę? Ha?
Chaval po chwili oszołomienia poruszył się. Z trudem dźwignął się na kolana, pochylił i jedną ręką począł czegoś szukać w kieszeni. Potem zerwał się i rzucił na Stefana ze skowytem wilka.
Katarzyna śledziła jego każdy ruch i w tej chwili z piersi jej mimo woli wydarł się okrzyk, który był zarazem wyznaniem na korzyść Stefana.
— Uważaj, on ma nóż!
Stefan zdążył ledwo pierwszy cios sparować ręką. Silne ostrze, oprawne w bukową rękojeść, rozcięło szeroko gruby wełniany trykot jego kaftana. Chwycił Chavala za przegub ręki, poczęli się mocować. Stefan wiedział, że zginie, jeśli puści, a Chaval szarpał się, chcąc uwolnić rękę do sztychu. Ostrze chwiało się w tę i w tę stronę, muskuły ręki Chavala drętwiały powoli. Dwa razy czuł Stefan ostrze noża na skórze, musiał wytężyć wszystkie siły, ścisnął przegub tak strasznie, że palce rozwarły się, a nóż wypadł na ziemię.
Rzucili się nań obaj. Stefan chwycił go i podniósł w górę, waląc Chavala ciosem drugiej ręki na ziemię. Klęknął na leżącym i przyłożył mu ostrze do gardła.
— Tak, zdrajco nikczemny, zginiesz teraz!
Jakaś straszna żądza przysłoniła mu oczy, nagle nim owładnęło pożądanie krwi. Nigdy atak nie był tak silny, a przecież nie był pijany. Walczył ze złem odziedziczonym, jak z szałem erotycznym walczyłby morderca-psychopata. Przezwyciężył się wreszcie, rzucił nóż poza siebie i rzekł ochrypłym głosem:
— Wstań! Idź precz!
Rasseneur znowu wziął się do interweniowania, nie bardzo jednak zbliżając się do zapaśników z obawy jakiegoś ukrytego może gdzie jeszcze noża. Przy tym niezadowolony, że rozprawa odbywa się u niego, począł się złościć. Żona uspokoiła go jednak zaraz uwagą, że zawsze krzyczy przed czasem. Souvarine, którego ledwo nie skaleczył w nogę rzucony przez Stefana nóż, zdecydował się wreszcie zapalić papierosa. Sprawa została więc zakończona? Katarzyna ogłupiałym spojrzeniem wodziła po obu zapaśnikach.
Więc obaj żyli?
— Idź! — rzekł Stefan — albo dobiję cię!
Chaval wstał. Wierzchem dłoni obtarł krew płynącą z nosa i z zakrwawioną twarzą, podbitym okiem wyszedł wściekły, że poniósł porażkę. Instynktownie ruszyła za nim Katarzyna. Ale u drzwi zwrócił się i rzucił jej w twarz garść obelg:
— O nie, nie! Jeśli jego wolisz, suko, to idź spać z nim! Tylko nie waż się pokazywać u mnie, bo połamię ci kości!
Zatrzasnął za sobą drzwi i wyszedł. Cisza zapadła znowu, słychać było tylko trzaskanie węgli w kominie, na ziemi leżało przewrócone krzesło, a w piasek podłogi wsiąkała krew Chavala.