V

Stefan, zjadłszy zupę, położył się, nie rozbierając wcale, w swej ciasnej izdebce na poddaszu i zasnął. Znużony był strasznie, gdyż w ciągu dwóch nocy nie spał więcej jak cztery godziny. Zbudziwszy się o zmroku wodził zaspanymi oczyma dokoła, nie mogąc rozpoznać, gdzie się znajduje. Czuł się jak rozbity, głowa mu ciężyła, ledwo utrzymać mógł się na nogach, ale przemógł się i ruszył na przechadzkę przed kolacją.

Pocieplało teraz na dworze i szare niebo nabrało miedzianego koloru, co było znakiem niemylnym, że od północy nadciągają chmury deszczowe i ulewa potrwa długie dni. Już czuć było w powietrzu wilgoć, a noc zstępowała szybko, zatapiając w ciemności dalsze punkty równiny. Niebo ciemniało coraz to bardziej i zdawało się opuszczać coraz to niżej jak całun, nieporuszony i najlżejszym powiewem wiatru. Ponuro było wokół i smutno jak na pogrzebie.

Stefan szedł bez celu, gdzie go oczy niosły. Chciał się tylko pozbyć gorączki. Mijając wejście do Voreux przystanął, chcąc ujrzeć wychodzących górników. Ciemno już było w kopalni. Długie, czarne łachy cieniów leżały na wszystkim, bo latarń jeszcze nie zapalono. Minęła już widocznie szósta, gdyż z bramy wysypywali się gromadkami przesuwacze, ładowniczy, stajenni, hajerzy. Majaczyli w mroku ledwie widzialni, tylko tu i ówdzie rozbrzmiewał wesoły śmiech dziewcząt z sortowni.

Właśnie mijali Stefana Pierron i Brûlé, jego teściowa. Kłócili się, a raczej Brûlé wymyślała mu i czyniła wymówki, iż nie sekundował jej w sporze, który miała przed chwilą z kontrolerem.

— Nędzny tchórzu! Gadzie, co płaszczysz się przed łajdakami wyzyskującymi nas!

Pierron szedł chwilę w milczeniu, a potem rzekł:

— Czy może miałem rzucić się na kontrolera z pięściami? Dziękuję, miałbym kłopotów co niemiara. Nie ma głupich!

— Więc pełzaj przed nimi na brzuchu! — krzyknęła. — Ach, gdyby córka moja była mnie usłuchała... Więc nie dość, że mi zabili męża, mam im jeszcze dziękować za to? O nie... raczej wszystkim oczy wydrapię paznokciami!

Głosy przycichły. Stefan widział jeszcze przez chwilę białe, rozwiane włosy Brûlé i gwałtowne gesty chudych ramion, potem znikła w ciemności. Ale z tyłu za nim szło dwu młodych hajerów rozmawiając. Był to Zachariasz ze swym przyjacielem Mouquetem.

— Wiesz — mówił Mouquet — zjemy teraz podwieczorek, a potem do Wulkanu... dobrze?

— I owszem, ale za małą chwilkę, mam pewien interes.

— Jaki?

Mouquet obrócił się i ujrzał wychodzącą ze sortowni Filomenę. Zrozumiał.

— Ach, tak... no, to pójdę naprzód.

— Dobrze, za małą chwilkę przyjdę tam.

Mouquet odszedł. Niebawem spotkał swego ojca, starego Mouque’a, wychodzącego z kopalni. Ojciec i syn powiedzieli sobie dobry wieczór i każdy poszedł w swą stronę, syn gościńcem ku Montsou, ojciec nad kanałem biegnącą przez pola ścieżką.

Zachariasz popychał Filomenę w tę samą stronę. Opierała się, nie chciała teraz... mówiła, że nie ma czasu. Zresztą cóż za przyjemność widywać się ciągle tylko na polu, zwłaszcza w zimie, gdy błoto, a nie ma zboża, by się w nim położyć.

— Ale nie o to idzie! — szeptał zniecierpliwiony — Mam ci coś powiedzieć.

Otoczył ją ramieniem i łagodnie prowadził w parów, a gdy znikła im z oczu kopalnia, zapytał, czy ma pieniądze.

— A to na co? — spytała.

Zmieszał się bardzo i począł opowiadać, że winien jest komuś dwa franki, a rodzinę jego doprowadziłoby do rozpaczy, gdyby prosił o pieniądze.

— Nie pleć! — zawołała — Widziałam przecież doskonale Mouqueta. Chcesz z nim iść do Wulkanu, do tych obrzydliwych śpiewaczek... no przyznaj się!

Zapierał się, bił w piersi, dawał słowo honoru. Wreszcie wzruszył na wszystko to ramionami i rzekł z ciężkim westchnieniem:

— Chodź więc z nami. Przekonasz się, że tam wesoło. I cóż bym robił ze śpiewaczkami... no pójdziesz?

— A dziecko? — odparła — Czyż można brać dziecko, ciągle wrzeszczące? Puść mnie już, czuję, że tam w domu znowu piekło.

Powstrzymywał ją i prosił usilnie, by zważyła, że obiecał Mouquetowi i musiałby się go wstydzić teraz. Mężczyzna nie może przecież kłaść się codzienne spać razem z kurami. Przekonana nareszcie rozpięła kaftanik, paznokciem rozerwała nitkę szwu na podszewce i ze schowku wyjęła monety półfrankowe. Z obawy przed matką chowała w ten sposób zarobione za pracę poza godzinami pieniądze.

— Patrz, mam wszystkiego pięć, ale dam ci trzy, tylko musisz mi przysiąc, że nakłonisz matkę, by się zgodziła na nasz ślub. Mam już dosyć tego małżeńskiego pożycia pod gołym niebem! A przy tym wymawia mi moja matka każdy kawałek chleba, który do ust biorę. No, przysięgaj!

Mówiła apatycznie, beznamiętnie, znużona życiem, jakie dotąd wiodła. Zachariasz zaklinał się, że to rzecz przyrzeczona, a więc święta. Potem, gdy dostał trzy półfrankówki, całował dziewczynę, łaskotał ją, pobudzał do śmiechu i byłby niezawodnie położył ją na ziemi w parowie służącym im już tyle razy za łoże małżeńskie, gdyby nie to, że wyraźnie mu kilkakrotnie powtórzyła, iż jej to nie sprawia żadnej przyjemności. Filomena wróciła sama do kolonii robotniczej, a Zachariasz poszedł drogą przez pola ku Montsou.

Stefan, nie zdając sobie z tego sprawy, szedł za obojgiem w pewnej odległości, myśląc, że jest to zwykła schadzka miłosna. Dziewczęta z kopalni, mimo że dojrzewały późno, oddawały się kochankom swym bardzo prędko. Stefan przypomniał sobie tłum małoletnich rozpustnic czekających pod fabrykami w Lille. Udziałem ich zazwyczaj była rychła śmierć w ostatecznej nędzy. Nagle Stefan ujrzał coś dużo ciekawszego.

W parowie siedział na kamieniu Jeanlin i gniewał się za coś na Lidię i Béberta, którzy przycupnęli obok niego. Stefan słyszał każde słowo.

— Co? Powiecie?... Ha no spróbujcie... popuchną wam gęby! Mówcie smarkacze... czyj to był pomysł?

Istotnie Jeanlin był autorem całej wyprawy. Bił się i bawił ze swymi małymi przyjaciółmi na łące nad kanałem całe popołudnie, zbierając dla odpoczynku dziką sałatę, jak mu kazała matka. Ujrzawszy, że zebrało się jej dużo, osądził, że takiej masy chyba w domu nie potrzeba. Toteż zamiast wracać do kolonii, poszedł do Montsou, postawił Béberta na straży, a Lidię zmusił do tego, iż pukała po kolei do mieszkań robotniczych, proponując kupno sałaty. Był już bardzo doświadczony i wiedział, że dziewczyna potrafi wszystko sprzedać, co chce. Malcy handlowali z takim zapałem, że w końcu nie zostało z całego zapasu ni listka, ale za to Lidia zebrała jedenaście sous. Teraz, pozbywszy się towaru, zasiedli, by dzielić się zyskiem.

— To jest niesprawiedliwość! — mówił Bébert. — Podzielić trzeba na trzy równe części. Jeśli ty chcesz wziąć siedem sous, to nam zostanie po dwa.

— Jak to niesprawiedliwość? — krzyknął czerwony z gniewu Jeanlin. — Przede wszystkim nazbierałem więcej niż wy.

Bébert z trwożną miną podziwiał zawsze sprytniejszego od siebie Jeanlina, a lekkomyślność wrodzona skazywała go na to, iż zawsze musiał być ofiarą. Toteż choć młodszy, Jeanlin często bił go po twarzy i uczynił swym podwładnym.

Ale dziś żądza pieniędzy podniecała go do oporu.

— Prawda, Lidio, że on nas oszukuje? Ale jeżeli nie podzieli sprawiedliwie, to poskarżymy jego matce.

Jeanlin podsunął mu pięść pod nos.

— Powtórz jeszcze raz! Piśnij słówko jeszcze, a idę zaraz sam do mojej matki i powiem, żeście sprzedali sałatę, która była jej własnością... Ha, zresztą, mądralo, może mi powiesz, kiedyś taki przebiegły, jak podzielić jedenaście sous na trzy równe części? Spróbuj, ośle jakiś! No, macie tu każde po dwa sous i milczeć! Bierzcie prędko, bo się rozmyślę i schowam wszystko do kieszeni.

Bébert zmieszany wziął dwa sous. Lidia przysłuchiwała się kłótni drżąc, gdyż bała się Jeanlina i spokojnie znosiła jego kaprysy, z uległością kochającej męża a często bitej żony. Gdy jej podał dwa sous, wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się przychlebnie. Ale Jeanlin rozmyślił się już.

— Ha, i cóż zrobisz z pieniędzmi? Matka zabierze ci je na pewno, bo nie potrafisz dobrze schować. Wiesz co, lepiej ja ci je przechowam. Gdy ci będzie potrzeba, powiesz mi.

I schował dziewięć sous do kieszeni. By zamknąć jej usta, objął małą i śmiejąc się przewrócił ją na ziemię. Próbowali oni już owej miłości, którą zabawiali się starsi. Przez szpary w drzwiach i ścianach podpatrywali, jak się to robi, i naśladowali potem ruchy dorosłych, kryjąc się po kątach. Wiedzieli już wszystko, nie mogli jednak dokazać niczego, próbowali nieraz całymi godzinami, bawiąc się jak młode psy. Jeanlin nazywał to zabawą w ojca i matkę, a ile razy brał ze sobą Lidię, dziewczyna nie posiadała się z radości. Drżąc na całym ciele, instynktownie oddawała mu się, czasem nawet gniewając się już, ale zawsze czekając z utęsknieniem na to coś... do czego nigdy nie dochodziło.

Béberta nie dopuszczano do tej zabawy i ile razy chciał dotknąć Lidii, dostawał potężnego kuksa w bok. Patrzył zły, rozgorączkowany, jak się tarzali po ziemi, nie zwracając nań wcale uwagi. Toteż największą przyjemnością było dlań, gdy mógł im przeszkodzić, przerazić ich, krzycząc, że ktoś ich widzi.

— Hej, jakiś pan się patrzy.

Tym razem nie kłamał, gdyż widział ich Stefan. Dzieci uciekły, a on obszedł parów i poszedł dalej drogą ponad kanałem, śmiejąc się ze strachu, jakiego tym występnym malcom napędził. Wcześnie zaczynali, to prawda, ale jakże mogło być inaczej? Widzieli to ciągle dokoła siebie, słyszeli bez przestanku tłuste żarty i opowiadania. Chybaby ich trzeba uwiązać na łańcuchu. Ale nastroiło go to smutnie.

O sto kroków dalej napotkał znowu parę gruchającą. Znajdował się właśnie w Requillart, gdzie dziewczęta zabawiać się zwykły ze swymi kochankami. Było to miejsce zborne, pełne krzaków, zakątków, skąd przesuwaczki przynosiły sobie zawsze swe pierwsze dzieci.

Rozleciały się do reszty ogrodzenia starej kopalni i każdy miał teraz przystęp wolny na plac zarzucony gruzem i szczątkami starych szop, pośród których sterczały jeszcze szkielety wież szachtowych. Leżały tu stare, niezdatne do użytku wózki, stosy przegniłego drzewa, a bujna roślinność pokryła ten zakątek opuszczony. Rosła tu wysoka trawa i kępy młodych, ale silnych już drzewek. Każdej z dziewcząt było tu jak w domu, nie brakło dla nikogo ciemnych zakamarków, zresztą załatwiano się najspokojniej w świecie na stosach belek, za kupami gruzu, w wózkach, kładziono się obok siebie, tak że nieraz trącano się łokciami, ale każdy zajęty był sobą i nie zwracał uwagi na sąsiada. Tutaj właśnie, dokoła wygasłych pieców i szachtów znużonych wyrzucaniem węgla ze swych głębi, życie z podwójną siłą wrzało, kwitła wolna, żadnymi więzami nie skrępowana miłość w łonach ledwie dojrzałych dziewcząt płodziła dzieci, nie troszcząc się o los, jaki je czeka, ślepa na ból i nędzę człowieczą.

Na pustkowiu tym jednak mieszkał człowiek. Staremu Mouque’owi wyznaczyła Kompania dwie izdebki tuż pod starą wieżą szachtu grożącą ciągle zawaleniem. Mouque, zainstalowany jako dozorca, podparł część porysowanej powały i zamieszkał tu z synem, drugą izbę oddawszy córce. Ponieważ w oknach nie było ni jednej całej szyby, pozabijał je deskami i chociaż teraz było ciemno, za to wiatr nie hulał po mieszkaniu. Zresztą Mouque nie dozorował niczego, karmił konie w kopalni, a o ruiny Requillart nie troszczył się wcale, bo i nie było potrzeby. Na całej przestrzeni dawnej kopalni utrzymywano w możliwym stanie sam tylko szacht, a to w tym celu, by służył za wentylator dla sąsiedniej w Voreux.

Mouque żył i starzał się tu, a wkoło niego kwitła miłość. Mouquette, ledwo skończyła jedenaście lat, uprawiać ją też poczęła z wielkim zamiłowaniem i zapałem zdumiewającym. Ale nie była ona już wówczas słabowitą, trwożną dziewczyną jak Lidia, rozrosła się bardzo prędko i stanowiła od pierwszej chwili ponętny kąsek dla wąsatych, podrosłych chłopców. Ojciec nie miał nic przeciw temu, zwłaszcza, że Mouquette okazywała mu należny szacunek i nie wprowadzała nigdy do domu swych przygodnych kochanków. Zresztą nawykł do takiego stanu rzeczy. Ile razy szedł do Voreux lub stamtąd wracał, to znaczy ilekroć wychodził ze swej nory, musiał uważać, by nie nadeptać na jakąś parkę leżącą w trawie. Jeszcze gorzej było, gdy szedł po drzewo do kuchni lub kapustę dla królików na drugi koniec placu. Wówczas z trawy jedna po drugiej podnosiły się głowy wszystkich dziewcząt z Montsou, a stary bardzo uważać musiał, by nie potknąć się o jakąś nogę leżącą w poprzek ścieżki. Z wolna i Mouque, i dziewczęta nawykli wzajem do tych spotkań. Stary uważał już tylko, by nie upaść, i oddalał się cichym, dyskretnym krokiem jako człowiek doświadczony i pobłażliwy, dziewczęta zaś nie zadawały sobie nawet trudu przerywania zabawy na jego widok. Ale poznał w ten sposób wszystkie i one go poznały i były mu wdzięczne, że nie zwraca na nie więcej uwagi jak na sroki używające życia wśród gałęzi rozłożystych grusz po ogrodach. O ta młodość, jak ona umie się urządzać i korzystać z czasu! Tylko czasem, zwłaszcza wieczorem podnosił głowę i nadsłuchiwał ze współczuciem, gdy któraś z rozkochanych dziewcząt zbyt głośno sapała i dyszała w zaroślach. Jedno go tylko gniewało. Oto jakaś para miała brzydkie przyzwyczajenie romansowania w sposób odmienny od innych i to pod murem jego domu. Nie przeszkadzało mu to zgoła do spania, tylko mur był bardzo lichy, a trącali weń silnie, tak że za każdym razem trząsł się od podstaw. Mogło to kiedy jeszcze spowodować katastrofę.

Co wieczora przychodził przed kolacją do Mouque’a ojciec Bonnemort. Starcy niewiele z sobą mówili, przez cały ciąg półgodzinnej wizyty nie zamienili często i dziesięciu słów. Cieszyło ich samo to, że mogą widzieć się, dumać, przeżuwać stare wspomnienia, mówić już nie potrzebowali. Siadali na belce obok siebie, bąknęli czasem słowo i opuściwszy głowy zapadali w zadumę. Dokoła pieścili się kochankowie, rozlegały się pocałunki i śmiechy, falą bił w niebo zapach zdeptanej trawy i rozgrzanych miłosnymi uściskami ciał kobiecych. Obaj ongi wzięli tutaj swe żony w posiadanie. Przed czterdziestu trzema laty ojciec Bonnemort położył swą żonę na jednym wózku, gdyż była tak mała, że inaczej nie mógłby był jej posiąść. Ach, piękne to były czasy! Kiwali chwilę głowami i rozstawali się zazwyczaj bez pożegnania.

Dziś jednak, właśnie w chwili gdy zjawił się Stefan, ojciec Bonnemort wstał z belki i odchodząc rzekł do swego przyjaciela:

— Dobranoc, stary!... Słuchaj no, a pamiętasz tę rudą?

Mouque przez chwilę milczał, potem wzruszył ramionami i zawracając do domu, mruknął:

— Dobranoc, dobranoc, stary.

Stefan usiadł na belce. Posmutniał jeszcze bardziej czegoś. Patrzył na zgarbione plecy starca, tak rozmownego dziś rano. Co za nędza!

A te upadające przez cały dzień pod ciężarem pracy dziewczęta. I po cóż wieczorem płodzą znowu dzieci, żer dla cierpienia i pracy nowy. Nie skończy się to nigdy, póki nie przestaną wydawać na świat ciągle nowych głodomorów. Lepiej by zrobiły ściskając kolana, gdy zbliża się kochanek niosący to nieszczęście. Dziwne obsiadły go myśli i to dlatego może właśnie, że sam był i nie miał z kim płodzić nędzarzów. Duszno było teraz, a wielkie krople poczęły mu padać na gorące ręce. Rozkosz opętała wszystkich, rozkoszy żądza silniejsza jak rozum.

Siedział tak bez ruchu w cieniu, aż nagle przeszła mimo niego jakaś para.

Kochankowie szli od Montsou, dziewczyna była widocznie jeszcze dziewicą, gdyż gorącym szeptem tłumaczyła coś i opierała się mężczyźnie, który ją ciągnął pod starą szopę, gdzie na ziemi leżała kupa zbutwiałych lin. Była to Katarzyna z Chavalem. Ale Stefan ich nie poznał i mimo woli ogarnięty zmysłowością począł śledzić, jak się to skończy. I po cóż było ratować dziewczynę, po co przeszkadzać, wszak często dziewczęta mówią... nie, właśnie gdy mają największą ochotę.

Katarzyna, wyszedłszy z domu, poszła gościńcem ku Montsou.

Od dziesiątego roku życia, to jest od chwili gdy poczęła pracować w kopalni, zażywała nieograniczonej swobody, chodziła sama wszędzie, jak zresztą wszystkie dziewczęta w jej wieku, a nie oddała się dotąd żadnemu mężczyźnie jedynie dlatego, że była nikła, płciowo nie dojrzała, przeto żaden nie uczuł do niej pociągu. Doszedłszy do stolarń Kompanii, przeszła drogę i wstąpiła do pewnej praczki, pewna, że tam zastanie Mouquette, gdyż w domu tej praczki był rodzaj kasyna, gdzie od rana do wieczora różne kumoszki fundowały sobie wzajem kawę i robiły plotki. Ale spotkało ją rozczarowanie. Kolej fundowania przyszła właśnie na Mouquette i dziewczyna tak się wyszastała, że obiecanych dziesięciu sous nie mogła pożyczyć Katarzynie. Daremnie starała się ją pocieszyć, traktując szklanką gorącej kawy, ale Katarzyna sama nie chciała, by Mouquette zadłużyła się u innych dla niej.

Szybko więc wyszła i zwróciła się ku domowi. Właśnie gdy mijała ostatnie domy Montsou, pod gospodą Piquetta spotkała Chavala.

— Hej, gdzież to tak biegniesz? — spytał.

Wydał jej się wstrętny, zwłaszcza dziś, gdyż nie miała ochoty z nim rozmawiać.

— Wstąp na kieliszek słodkiej... na jeden kieliszek tylko!

Odmówiła. Poczyna się ściemniać, czekają na nią w domu. Zbliżył się i stojąc na środku drogi począł ją namawiać półgłosem. Od dawna już chciał ją skłonić, by poszła z nim do jego stancyjki na pierwszym piętrze gospody Piquette’a, gdzie było łóżko w sam raz na dwoje. Ale zawsze wzbraniała się, bała się go. Teraz roześmiała się i przyrzekła, że pójdzie w owym tygodniu, kiedy to żadna dziewczyna nie może być zapłodniona. Od słowa do słowa wygadała się nareszcie, że nie może sobie kupić wstążki, bo nie ma pieniędzy.

— Ależ ja ci kupię! — zawołał.

Zarumieniła się, czując dobrze, że powinna odmówić. A jednak opanowała ją teraz właśnie żądza posiadania wstążki. Przyjęła więc pod warunkiem, że mu zwróci pieniądze. Począł żartować i powiedział, że albo pójdzie do niego na noc, albo zwróci dziesięć sous. Ale gdy namawiał, by poszli do Maigrata, nasunęła się nowa trudność.

— Nie, nie do Maigrata! Matka zakazała mi tam chodzić.

— Głupstwo, nie powiesz, gdzieś kupiła, i koniec. Maigrat ma najładniejsze wstążki w całym Montsou.

Maigrat poczerwieniał, ujrzawszy Katarzynę z Chavalem w roli dwojga kochanków kupujących podarunki ślubne i pokazywał wstążki z wściekłością człowieka, z którego sobie zadrwiono. Potem, gdy wyszli ze sklepu, śledził za nimi, póki nie znikli w zmierzchu. Właśnie zjawiła się jego żona, prosząc o jakieś wyjaśnienie. Napadł na nieboraczkę, zbeształ ją wrzeszcząc, że ta hołota nie poczuwająca się do wdzięczności popamięta sobie go i zginie z głodu, choćby leżała w prochu i lizała jego trzewiki.

Chaval szedł obok Katarzyny z rękami na piersiach skrzyżowanymi i kierował ją biodrem tylko, tak, że tego nie zauważyła. Nagle spostrzegła, że zeszli z drogi i znaleźli się na ścieżce wiodącej do Requillart. Ale nie dał jej czasu na gniewanie się, objął ją wpół i wszystkie zarzuty i wahania zbijał silnymi argumentami szeptanymi do ucha.

Jakaż głupia, że się go boi. Czyż mógłby zrobić coś złego takiemu słodkiemu maleństwu, istocie delikatnej i miękkiej jak jedwab. Pocałował ją w kark tuż za uchem, aż zadrżała na całym ciele. Dławiło ją w gardle i nie wiedziała, co mówić. Więc to prawda, kocha ją. W sobotę w nocy zgasiwszy świecę zadała sobie właśnie pytanie, co by się stało, gdyby ją tak objął. Zasnęła zaraz, ale pamiętała, że nie postanowiła wówczas powiedzieć: nie.... ogarnięta żądzą miłości. I czemuż teraz odczuwa na tę samą myśl wstręt i wyrzuty sumienia? Łaskotał ją po karku wąsami. Oczy jej się same zamknęły i nagle zjawił się przed nią ów człowiek, ów przesuwacz, którego rano zgodził ojciec do roboty.

Obejrzała się dokoła. Chaval zaprowadził ją do ruin Requillart pod szopę, której szkielet czarny przejął ją dziwnym strachem.

— O, nie, proszę cię... puść mnie!

Ogarnął ją instynktowny strach przed mężczyzną, strach, który ściąga kurczowo muskuły dziewczyny za zbliżeniem się zdobywcy-mężczyzny, wówczas nawet, gdy go kocha. Dziewictwo jej, mimo że wiedziała wszystko, wzdrygało się wobec ciosu ostatecznego, wobec bólu nieznanego, zranienia mającego nastąpić.

— Nie, nie chcę! Mówię ci, jestem jeszcze za młoda... Później, gdy dojrzeję... to dobrze... ale nie dziś!

Zamruczał głucho.

— Głupia!... Nie bój się... nic ci nie zrobię.

Przestał mówić, chwycił ją i obalił na ziemię. Padła plecami na stos leżących tam przegniłych lin. Nie broniła się i oddała mu się z pokorą odziedziczoną po przodkach, z uległością, która nakazywała niedojrzałym dziewczętom oddawać się w biały dzień na polu w zbożu. Głos jej ucichł, słychać było teraz już tylko gorący, chrapliwy oddech mężczyzny.

Stefan nadsłuchiwał nieporuszony. Jedna więcej... mniejsza z tym.

Teraz, gdy widział całą komedię, doznawał niemiłego uczucia, jakieś opanowało go zazdrosne podniecenie graniczące z wściekłością. Nie zważając na kochanków wstał i przeskoczył stos belek. Byli oni zresztą w tej chwili zbyt zajęci, by sobie z niego coś robić. Uszedł ze sto kroków i obejrzawszy się ze zdumieniem spostrzegł, że załatwili się już i idą w tę samą stronę, ku kolonii robotniczej. Mężczyzna objął znowu ramieniem kochankę, tulił ją do siebie jakby z wdzięczności, szeptał jej ciągle do ucha, a ona nagliła, śpiesząc do domu nierada, że się spóźniła.

Stefan uczuł chęć spojrzenia im w oczy. Głupia to była chętka, toteż przyśpieszył kroku, by jej nie ulec. Ale nogi same wypowiedziały mu posłuszeństwo, przystanął przy pierwszej latarni na drodze i skrył się w cieniu. Zakręciło mu się w głowie, gdy poznał Katarzynę i Chavala, i zatoczył się. Nie chciał wierzyć oczom. Więc to była Katarzyna, którą po męsku ubraną widział w kopalni? Jakże się to stało, że jej nie poznał przedtem? Tak, to była ona, nie zapomniał przecież jej zielonych, przezroczystych i głębokich jak woda oczu. Poczuł, że ogarnia go żądza zemsty a zarazem pogarda dla niej. Dziewka rozpustna!

Katarzyna i Chaval minęli go, nie widząc, że na nich patrzy.

Chaval pod latarnią pocałował ją w kark, a dziewczyna zaśmiała się nerwowo i zwolniła kroku. Stefan miał teraz drogę zamkniętą, musiał iść za nimi i patrzyć na pieszczoty, które go doprowadzały do wściekłości. Więc mówiła prawdę, dziś rano jeszcze była dziewicą, a on, osioł, nie wierzył i wahał się zrobić to, co zrobił teraz drugi. Dał sobie dziewczynę zdmuchnąć sprzed nosa, a co więcej, zrobił jeszcze to głupstwo, że zabawiał się przyglądaniem wszystkim szczegółom swej klęski. Wzbierała w nim wściekłość, ściskał pięści, chciał się rzucić na przeciwnika, a czerwone płaty latały mu przed oczyma.

Przechadzka trwała pół godziny. Kochankowie, zbliżywszy się do Voreux, zwolnili jeszcze kroku, przystawali dwa razy nad kanałem, rozmawiając i dając sobie pieszczotliwe przezwiska. Stefan musiał też zatrzymywać się z obawy, by nie być poznanym. Teraz wmawiał w siebie już tylko brutalny żal. Ma nauczkę, by drugi raz nie krępował się wobec dziewcząt! Gdy minęli Voreux, mógł już swobodnie pójść do Rasseneura na kolację, ale nie zrobił tego i poszedł dalej za nimi, aż do kolonii, czekał jeszcze z kwadrans w cieniu, aż Chaval puścił kochankę i pozwolił jej wejść do domu, i dopiero upewniwszy się, że nie są już razem, ruszył z powrotem. Szedł bez myśli, bez celu i opamiętał się aż gdzieś daleko na pół drogi do Marchiennes.

Dopiero około dziewiątej wrócił, przypomniawszy sobie, że musi coś zjeść i pójść spać, jeśli jutro ma wstać o czwartej. Kolonia spała, ani jedno światło nie błyskało przez otwory okiennic, w cienie zapadły długie szeregi domów, z których dolatywało miarowe chrapanie śpiących. Napotkał tylko kota, który uciekł w puste ogrody. Dzień się skończył. Wyczerpani pracą ludzie po kolacji rzucili się od razu do łóżek, tylko u Rasseneura siedzieli u stołu maszynista i dwaj robotnicy dzienni. Stefan, nim wszedł, jeszcze raz ogarnął spojrzeniem czarny horyzont. Wyglądał teraz znowu jak rano. Przed nim jak zwierz przyczajony leżała Voreux, na której czarnym cielsku błyszczał tu i ówdzie żółty punkt latarni. Trzy ogniska węglowe na wzgórzu paliły się znowu, jak czerwone księżyce, a na tym tle rysowała się chwilami ogromna sylwetka ojca Bonnemort i jego konia. Dalej nie było widać nic. Znikło Montsou, Marchiennes, las Vandames, olbrzymia płaszczyzna pól buraczanych i pszenicznych i tylko w dali piece wapienne tliły czerwono, a niebieskawo baterie koksowe. Noc zapadła i począł mżyć drobny, monotonny deszcz, szmerem kropel napełniając tę pustkę i nicość, z której dochodziło tylko głośne, ciężkie sapanie pompy pracującej dniem i nocą bez przestanku.