V

Upłynęły dwa tygodnie, rozpoczął się styczeń, a mgły zimne przysłoniły pustą, skostniałą równię. Nędza wzrosła jeszcze po koloniach, głód skręcał robotnikom kiszki. Cztery tysiące franków nadesłane z Londynu przez Międzynarodówkę wystarczyły ledwie na parę dni i to tylko na suchy chleb. Potem nie nadpłynęło nic. Rozwianie się największej nadziei rozpaczą napełniło serca biedaków, na kogóż liczyć, gdy opuścili ich bracia. Odcięci od świata wśród mroźnej zimy zwątpili we wszystko.

Był właśnie wtorek, w koloniach brakło chleba. Stefan z delegatami powzięli pomysł chodzenia za składkami po miastach sąsiednich. Wygłaszano też mowy. Ale nie na wiele się to zdało. Ogół zrazu życzliwy zobojętniał, gdyż strajk odbywał się cicho, bez scen dramatycznych. Skąpe jałmużny podtrzymały jedynie najbiedniejszych. Inni sztuka po sztuce sprzedawali sprzęty domowe. Wszystko przeszło w ręce przekupniów starzyzny, włosie z materaców, garnki i meble. Na czas krótki odetchnięto, drobni bowiem kupcy oprymowani przez Maigrata ofiarowali kredyt, by zyskać odbiorców. Kilku, jak Verdonk i dwaj piekarze Carouble i Smelten, otwarli sklepy, ale wnet zapasy ich się wyczerpały i musieli przestać dawać, nie mając pieniędzy na świeży towar.

Stefan był gotów oddać ciało i duszę za sprawę, poszedł do Marchiennes, zastawił swe ubranie sukienne, by przynajmniej Maheuowie mieli zupę. Zostały mu tylko buty, zachował je, by móc chodzić. Zrozpaczony był, że strajk wybuchł za wcześnie, gdy kasa wsparć była jeszcze pusta niemal. Uważał to za jedyną przyczynę niepowodzenia. Niewątpliwie górnicy zwyciężyliby, mając środki. Wspomniał Souvarina oskarżającego Kompanię, że prze do strajku, by zniszczyć ledwo co założoną kasę.

Drażnił go niezmiernie widok nędzarzy bez chleba i ognia. Wędrował daleko nieraz, aż do zmęczenia. Przechodząc raz koło Requillart ujrzał leżącą na ziemi zemdlałą starą kobietę. Podniósł ją i zawołał do pomocy dziewczynę stojącą pod parkanem.

— A, to ty — rzekł, poznawszy Mouquette — pomóżże mi! Trzeba jej dać czegoś napić się.

Wzruszona do łez pobiegła do rudery, gdzie mieszkała z ojcem, i przyniosła wódkę i kawałek chleba. Starowina przyszła do siebie po wódce i poczęła chciwie jeść chleb. Była to matka jednego górnika z okolicy Cougny. Poszła do Joiselle, by pożyczyć od swej siostry dziesięć sous, ale nie otrzymała pieniędzy i wracając padła ot tutaj. Zjadłszy, odeszła na pół oszołomiona jeszcze.

— Może wstąpisz na kieliszek? — zapraszała go Mouquette uprzejmie.

Wahał się.

— Więc boisz się mnie jeszcze? — spytała.

Zwyciężony jej uśmiechem poszedł. Usposobiła go dla niej dobrze ofiarność, z jaką dała chleba staruszce. Zaprowadziła go do swojej stancyjki i nalała dwa kieliszki jałowcówki. W stancyjce było czysto i Stefan złożył jej gratulacje z tego powodu. Zresztą rodzinie tej nie brakło środków do życia, stary Mouque nie opuścił swej służby w Voreux, jako stajenny zjeżdżał co dnia w dół, a Mouquette brała bieliznę do prania, co jej przynosiło trzydzieści sous dziennie. Można pobaraszkować czasem z chłopcami, ale nie musi zaraz przez to człek rozpróżniaczyć się.

— Powiedz — szepnęła mu do ucha, podchodząc i obejmując go serdecznie w pół — czemu nie chcesz mnie kochać?

Musiał się roześmiać, tak go ubawił ton jej słów.

— Ależ kocham cię przecież! — odparł.

— Nie, nie, ja chcę inaczej! Wiesz, że schnę z tęsknoty za tym. Taką by mi to sprawiło radość!

Istotnie, od pół roku prosiła, by ją kochał. Przytulała się doń coraz to silniej, oplatała rękami, wznosiła nań oczy z takim błaganiem o miłość, iż go to rozczuliło. Okrągła pełna twarzyczka jej o cerze zniszczonej węglem nie miała w sobie nic pociągającego, ale oczy błyszczały, a od całej postaci bił taki żar pożądania, iż wydała mu się ładna. Nie miał zresztą siły odmawiać tak pokornie wyrażonej prośbie.

— Godzisz się! Nareszcie się godzisz! — zawołała.

Oddała mu się z taką niezręcznością i dziewiczym zakłopotaniem, jak gdyby pierwszy raz miała do czynienia z mężczyzną. Gdy odchodził, obsypywała go wyrazami wdzięczności, dziękowała, całowała go po rękach.

Stefan wstydził się poniekąd tej przygody. Nie było się co chwalić, iż posiadł Mouquette. Odchodząc poprzysiągł sobie, że nie wróci. Mimo to jednak wdzięczność czuł pewną dla tej dobrej dziewczyny.

Wróciwszy do kolonii, usłyszał nowinę, wobec której zapomniał o wszystkim. Rozeszła się pogłoska, że Kompania zgodziłaby się na ustępstwa, gdyby delegaci raz jeszcze zgłosili się do dyrekcji. W rzeczy samej w walce tej traciło towarzystwo więcej jeszcze jak mrący z głodu górnicy. Zapamiętałość spowodowała obustronną ruinę. Każdy dzień strajku kosztował setki tysięcy. Maszyny obumarłe nie amortyzowały się, narzędzia niszczały, unieruchomiony ogromny kapitał znikł, jakby go pochłonęła ziemia. Po wyczerpaniu się zapasów odbiorcy poczęli grozić, że zwrócą się do Belgii, co stanowiło wielkie niebezpieczeństwo na przyszłość. Co jednak głównie panicznym strachem przejmowało dyrekcję, choć starała się to ukryć, to ciągłe psucie się i częściowe zapadanie galerii i sztolni. Dozorców było za mało, belki pękały, skały rysowały się i spadały co godzina niemal. Niedługo szkody urosną do tego stopnia, że cały miesiąc zejdzie na naprawkach, nim się zacznie wydobywać węgiel. Obiegały po okolicy wieści. W Crèvecoeur miał się zapaść chodnik na przestrzeni trzystu metrów i zamknął dostęp do sztolni Cinque Paumes, w Madeleine sklepienie sztolni Maugrétout spękało i chodnik napełnił się wodą. Dyrekcja kryła to długo, aż w końcu prawda wyszła na jaw wobec dwu wypadków, które zdarzyły się jeden po drugim w krótkich odstępach czasu. Jednego dnia, niedaleko Piolaine pękła powierzchnia ziemi wprost nad północną galerią kopalni Mirou i zasypała ją, a niedługo potem nastąpiło w Voreux wewnętrzne oberwanie się skał i zatrzęsło całym Montsou, tak że zapadły się niemal całkiem w głąb ziemi dwa domy.

Stefan i delegaci wahali się uczynić ponowny krok, nie znając zamiarów dyrekcji. Dansaert zapytany dawał wymijające odpowiedzi. Rzeczywiście dyrektor ubolewa nad tym, będzie się starał doprowadzić do ugody, ale bliższych szczegółów nie zna. W końcu postanowili pójść do pana Hennebeau, by nie mieć na sumieniu, że zaniedbali czegoś, że nie dali sposobności przeciwnikom do wyznania, iż nie mieli słuszności. Zaprzysięgli tylko przedtem, że od żądań nie ustąpią i utrzymają je w całej rozciągłości.

Spotkanie odbyło się we wtorek, w dzień kiedy nędza górników doszła do zenitu. Przemawiano do siebie mniej uprzejmie niźli za pierwszym razem. Maheu przemawiał znów i oświadczył, że wysłano ich, by zapytali, czy dyrekcja nie ma im co nowego do powiedzenia. Pan Hennebeau wyraził zrazu swe zdziwienie.

Nic nowego się nie stało i stać się nie może, póki robotnicy trwać będą w swym uporze. To szorstkie oświadczenie wytworzyło najgorszy nastrój i gdyby nawet delegaci przyszli z najlepszymi zamiarami, musiałoby ich podniecić do wytrwania przy swoim. W końcu dyrektor oświadczył, że chcąc stworzyć podstawę do ugody proponuje, by górnicy przyjęli oddzielną zapłatę za stemplowanie, a Kompania podniesie płace od wózka o te dwa centimy, które rzekomo zarabia przy nowej taryfie. Dodał zaraz, że proponuje jedynie od siebie, bo nic nie postanowiono, ale ma nadzieję uzyskać tę koncesję w Paryżu. Delegaci odrzucili propozycję i powtórzyli swe żądania przywrócenia dawnej taryfy i podwyższenia płacy od wózka o pięć centimów. Wobec tego przyznał się pan Hennebeau, że jest upoważniony zawrzeć ugodę wedle swej propozycji i namawiał, by się zgodzili i nie skazywali żon i dzieci na śmierć głodową. Z oczami w podłogę utkwionymi, nie ustępowali i na wszystko odpowiadali zdziczałymi, twardymi głosami: Nie. Pożegnanie nie było przyjacielskie, pan Hennebeau zatrzasnął drzwi, a delegaci odeszli, dudniąc po bruku trzewikami z wściekłością zwyciężonych, doprowadzonych do ostateczności.

Około drugiej kobiety kolonii uczyniły krok dla skłonienia do uległości Maigrata. Nie było innej nadziei, jak zmiękczenie serca tego człowieka i uzyskanie kredytu. Taki pomysł przyszedł do głowy Maheudy ufającej dobroci serca ludzkiego. Namówiła Brûlé i Levaque, ale napotkała na odmowę pani Pierron, która się tłumaczyła, że nie może zostawić męża ciągle jeszcze chorego. Przyłączyły się do nich inne kobiety i ruszyły w dwadzieścia może, a mężczyźni, widząc, jak kroczą ulicą nędzne i ponure, potrząsali z niepokojem głowami.

Drzwi zamykano z pośpiechem, jakaś mieszczka schowała srebro.

Widziano je w takiej sytuacji po raz pierwszy i obawiano się, że rzecz skończy się źle. Zazwyczaj śmiano się, widząc włóczące się po ulicach kobiety. U Maigrata rozegrała się gwałtowna scena. Zrazu zaprosił je uprzejmie, by weszły, śmiał się zjadliwie i udawał, iż myśli, że przyszły popłacić długi. Pięknie to doprawdy, że zebrały się razem, by mu zapłacić i podziękować. Po rozmowie z Maheudą udał, że wpada w gniew. Co? Czyż drwią z niego? Żądają kredytu, chcą go puścić z torbami? Nie, nie da ni ziemniaka, ni okruszyny chleba! Niech idą do Verdonka i obu piekarzy skoro tam poczęły teraz brać. Kobiety słuchały trwożnie, pokornie, tłumaczyły się, patrzyły mu w oczy, szukając tam nadziei, że się da ubłagać. Począł znów żartować i ofiarował Brûlé cały sklep, jeśli go weźmie za kochanka. Tak straciły męstwo, że się roześmiały, a Levaque poszła nawet dalej i ofiarowała się zastąpić Brûlé. Począł gadać grubiaństwa i popychać kobiety ku drzwiom. Gdy nie ustępowały, dał jednej w twarz. Wyszły, ale z daleka krzyczały, że się zaprzedał Kompanii, a Maheude, wzniósłszy ręce w górę, przeklinała go i życzyła śmierci, bo człowiek taki nie wart, by miał co jeść.

Powrót był smutny. Mężczyźni spojrzeli na ich puste ręce i zwiesili głowy. Wieczór zapadał, więc znowu kłaść się trzeba bez łyżki strawy! Przyszłość wydała im się straszna, czarna, bez promyka nadziei. Ale sami tego chcieli, toteż nikt nie pisnął o poddaniu się, nadmiar nędzy uczynił ich tylko dzikimi, jak zwierzęta ścigane, i woleliby byli teraz umrzeć, jak wyjść z domu. Poprzysięgli solidarność i tej solidarności dotrzymywali zarówno tu, jak i w kopalni, gdy jednemu koledze zdarzyło się nieszczęście. Inaczej być nie mogło, przeszli dobrą szkołę i umieli walczyć z losem. Od dwunastego roku życia hartowali się w ciężkiej pracy, więc nietrudno im było dać sobie radę z buntującym się żołądkiem, przeciwnie umacniało ich to jeszcze w wierze w swe siły i dumie i zagrzewało do ofiarności i walki.

Wieczór ten był dla Maheuów ciężki. Siedząc dokoła wygasłego ogniska, na którym tliły ostatnie kawałki węgla, milczeli wszyscy. Wypróżniwszy materace, zdecydowano się przed dwoma dniami sprzedać zegar z kukułką, a izba bez jego tykotu wydawała się tym zimniejsza i pustsza. Na pustej szafarni stało już tylko różowe pudełko, skarb Maheudy, podarek od męża. Oba lepsze stołki sprzedano, a dziadek i dzieci siedzieli ściśnieni na starej, omszonej ławce przyniesionej z ogrodu. Zapadał zmierzch szary, od którego zimniej się jeszcze robiło.

— Co począć? — spytała Maheude skulona w kącie na ziemi pod kominkiem.

Stefan patrzył na portrety cesarza i cesarzowej przylepione na ścianie. Byłby je dawno sprzedał, gdyby nie opór ojca Maheu. Syknął tylko przez zęby.

— Prawda, za te głupie mordy, które gapią się na naszą nędzę, nie dałby nikt ni dwu sous.

— Może by sprzedać pudełko? — rzekła po chwili z wahaniem Maheude.

Maheu, siedzący na brzegu stołu ze zwieszonymi nogami i opuszczoną na piersi głową, wyprostował się i odparł:

— Nie, nie chcę.

Maheude powstała z trudem i poczęła chodzić po izbie. Czyż podobna było przypuścić, iż przyjdzie do takiej nędzy! Pusto wszędzie, ni okruszyny chleba, nie ma do kogo zwrócić się, ogień dogasa!

Ogarnął ją gniew na Alzirę, którą rano wysłała na zsypisko, by zbierała kawałki węgla. Dziecko wróciło bez niczego i powiedziało, że Kompania nie pozwala zbierać. Niech diabli wezmą Kompanię! Czyż się przez to kogo okrada? Alzira rozpłakała się i przyrzekła, że jutro pójdzie, choćby miała dostać bicie od dozorcy, który jej dzisiaj tym groził.

— A gdzież ten gałgan, pytam się? Miał przynieść sałaty! Przynajmniej mógłby człek gryźć jak zwierzę. Zobaczycie, ta szelma znowu nie wróci na noc jak wczoraj. Nie wiem, co on robi, ale wygląda, jak gdyby miał zawsze pełny żołądek.

— Może — odparł Stefan — żebrze po ulicach.

Maheude podniosła w górę pięści.

— O gdyby tak było!... Dzieci moje... żebrać po ulicach! Raczej wolałabym je pozabijać i zginąć potem.

Maheu skulił się znów na brzegu stołu, dzieci zdziwione, że nie podają im wieczerzy, poczęły płakać, a Bonnemort cmokał językiem usiłując w ten sposób pozbyć się uczucia głodu. Wszyscy siedzieli i kostnieli coraz bardziej. Wszystko, na co cierpieli, dawało im się teraz coraz bardziej we znaki. Dziadek kaszlał coraz bardziej i spluwał czarno, a przy tym zapadł na reumatyzm graniczący z wodną puchliną, ojciec dostał astmy i opuchły mu kolana, matka i dzieci cierpiały na skrofuły i dziedziczną blednicę. Póki była praca i środki utrzymania, nie zważano na te zawodowe choroby, ale teraz po koloniach marli już ludzie jak muchy. Koniecznie trzeba było coś znaleźć na kolację. Ale gdzie szukać, dokąd iść?

Gdy się ściemniło i smutek począł bardziej jeszcze ciężyć, Stefan walczący ze sobą już od chwili wstał zdecydowany i rzekł:

— Niedługo wrócę. Spróbuję, może co przyniosę.

Wyszedł. Przyszła mu na myśl Mouquette. Może ma kawałek chleba, jeśli ma, da z radością. Ale smuciło go, że to go zmusza do powrotu do Requillart. Ha, trudno, będzie go znów całowała po rękach, a on będzie dla niej czuły, jeśli się okaże potrzeba! Nie wolno opuszczać przyjaciół w potrzebie.

— I ja spróbuję! — ozwała się Maheude. — Już wytrzymać trudno.

Zatrzasnęła drzwi za sobą, zostawiając tamtych przy kawałeczku świecy, który Alzira znalazła właśnie i zaświeciła. Znalazłszy się na dworze, stanęła na chwilę, pomyślała i wstąpiła do sąsiadki Levaque.

— Słuchaj — rzekła — pożyczyłam ci niedawno bochenek chleba, może byś teraz oddała.

Przerwała. To, co ujrzała, odebrało jej nadzieję. W izbie panowała nędza gorsza jeszcze jak u niej.

Kobieta tępo patrzyła w wygasłe ognisko, a mąż jej spojony przez gwoździarzy spał z głową na stole. Oparty o ścianę stał Bouteloup i drapał się mechanicznie po piersiach z ogłupiałą miną poczciwca, który dziwi się, że zabrano mu oszczędności, a teraz każą głodować.

— Bochenek chleba? — zawołała Levaque. — Ależ właśnie miałam iść prosić cię o drugi.

Mąż jej zajęczał przez sen. Pchnęła go pięścią, aż uderzył głową o stół.

— Milcz, wieprzu. Dobrze ci tak, niech ci popali wnętrzności. Zamiast dać się spoić, mogłeś pożyczyć od którego dwadzieścia sous!

Klęła i to jej sprawiało ulgę, pozwalało zapomnieć o strasznym brudzie i fetorze wydzielającym się ze wszystkiego. Niech biorą diabli cały kram, cóż ją to obchodzi! Béberta nie ma od rana. Tym lepiej! Co za ulga byłaby, gdyby nie wrócił całkiem. Oświadczyła, że idzie spać, przynajmniej ogrzeje się. Trąciła Bouteloupa.

— No, chodźmy spać! Ogień zgasł. Mniejsza z tym, i tak nie warto patrzyć na puste garnki. Ludwiku, rusz się raz. Słyszysz, idziemy spać, przytulimy się do siebie i będzie nam ciepło. A ten pijanica niech sobie tu zdycha.

Maheude wyszła i poszła prosto do Pierronki. Śmiechy dolatywały poprzez drzwi. Zapukała i ucichło zaraz. Długo trwało, nim jej otworzono.

— A, to ty! — zawołała, udając zdziwienie. — Sądziłam, że to lekarz. — Nie dając jej przyjść do słowa, mówiła dalej, wskazując na męża siedzącego u sutego ognia.

— Ciągle chory, ciągle kwęka. Wygląda nieźle, ale z żołądkiem kiepsko ciągle. Dlatego musi mieć ogień i człek wydawać musi ostatki na węgiel.

Pierron istotnie wyglądał doskonale, tłusty był, rumiany, choć kaszlał, by udawać chorego. Maheude poczuła zapach pieczeni. Niezawodnie pochowano półmiski. Okruchy chleba walały się po stole, na którym stała zapomniana flaszka wina.

— Matka poszła do Montsou za chlebem — mówiła dalej Pierronka — czekamy z upragnieniem jej powrotu.

Ale słowa uwięzły jej w gardle, gdy idąc za spojrzeniem sąsiadki zobaczyła flaszkę zapomnianą. Połapała się zaraz i zmyśliła historyjkę. Tak, to wino, właściciele Piolaine przynieśli je dla męża, któremu lekarz zalecił bordeaux. Poczęła się rozwodzić nad ich dobrocią i sercem Cecylki, która roznosi sama po koloniach dary swe.

— Wiem, znam ich! — odparła Maheuda.

Serce jej ścisnęło się na myśl, że dary owe dochodzą zawsze rąk ludzi, którzy ich nie potrzebują. Właściciele Piolaine leją więc wodę do rzeki. Ale czemuż ich dziś nie widziała w kolonii? Może by się dało co uprosić.

— Przyszłam tu — rzekła — by zobaczyć, czy wam trochę lepiej jak nam. Może masz choć garść klusek? Oddam ci z całą pewnością.

Pierronka udała rozpacz.

— Nie mam nic, moja droga. Ani garstki grysiku. Jeśli matka wróci bez niczego, będziemy musieli kłaść się bez wieczerzy.

W tej chwili doszedł płacz z piwnicy, a Pierronka wpadła w pasję i poczęła walić pięściami w drzwi. Zamknęła tam tę rozpustnicę Lidię za karę, że włóczyła się cały dzień Bóg wie gdzie. Nie można sobie z tą dziewczyną dać rady, ciągle gdzieś przepada.

Maheude nie mogła się zdecydować odejść. Ciepło ją objęło słodkie, a na myśl, że tu ludzie jedzą, poczęły jej dokuczać kurcze żołądka. Niewątpliwie wyprawili starą i zamknęli Lidię, by zjeść w spokoju królika. Ach, niech mówi kto co chce, ale rozpustnej kobiecie wiedzie się zawsze.

— Dobranoc! — rzekła nagle.

Noc zapadła, a księżyc świecił poprzez chmury. Maheude nie poszła wprost przez ogrody, ale skręciła na drogę. Nie miała odwagi wracać. Domy stały czarne, zamknięte, wszędzie widny był głód. I na cóż pukać? W ostatnich tygodniach nawet zapach cebuli, ów zapach zwiastujący z dala mieszkania ubogich, znikł i teraz czuć było tylko piwniczny zaduch nor niezamieszkałych. Przygłuszone klątwy gasły powoli, robiła się cisza, nędzarze padali na barłogi wyczerpani, a we śnie nawet wygłodniałych trapiły zmory skutkiem pustych żołądków.

Mijając kościół, ujrzała przemykający cień. Poznała księdza Joire, proboszcza Montsou, i podbiegła żywo. Pewnie miał coś do roboty w zakrystii i wracał teraz do domu. Poznała po wypukłych plecach poczciwca, który chciał żyć w zgodzie z wszystkimi. Chodził nocami widocznie dlatego, by nie zostać dostrzeżonym i nie znaleźć się w sytuacji, gdzie trzeba by oświadczyć się po stronie jednych lub drugich. Zresztą został już przeniesiony gdzie indziej i niedawno oprowadzał po Montsou swego następcę, chudego księdza o połyskujących krwawo oczach.

— Księże proboszczu! — zawołała Maheude.

Nie zatrzymał się nawet.

— Dobry wieczór! Dobry wieczór, droga pani!

Maheude znalazła się znów pod drzwiami swego mieszkania. Weszła, gdyż nogi się pod nią uginały. Nikt się z miejsca dotąd nie ruszył. Maheu siedział na kraju stołu, Bonnemort i dzieci na ławce przytuleni do siebie dla rozgrzania. Nie przemówił nikt przez cały czas słowa, a kawałeczek świecy spalił się niemal cały i rzucał ostatnie już błyski. Na skrzyp drzwi dzieci odwróciły głowy, ale poopuszczały je znowu widząc, że matka wróciła z niczym, tłumiły łkanie z obawy gniewu rodziców. Maheude usiadła znowu na swoim miejscu. Nikt nie przerwał milczenia pytaniem. Rozumiano się bez pytań i nie chcąc się nimi męczyć, czekano bez nadziei na pomoc Stefana. Czas mijał, zdawało się, że i Stefan nie wróci.

Ale wrócił i przyniósł w chustce tuzin gotowanych, ostygłych ziemniaków.

— Więcej nic zdobyć nie mogłem — rzekł.

Była to kolacja Mouquette. Chleba nie miała. Ucałowała go serdecznie i zmusiła, by wziął ziemniaki.

— Dziękuję — rzekł do Maheude, która chciała mu wydzielić porcję. — Jadłem już.

Kłamał i przymglonym wzrokiem patrzył na dzieci, rzucające się na jedzenie. Ojciec i matka nie jedli też, by im więcej zostawić, ale dziadek pożerał łapczywie, tak że z trudem ocalono jeden ziemniak dla Alziry.

Stefan przyniósł także nowiny. Dyrekcja, oburzona uporem górników, zamierza zwrócić książki robotnicze kierownikom akordów. Wyzywano na walkę. Obiegała też gorsza jeszcze pogłoska. Oto dyrekcja chlubiła się, że zdołała skłonić znaczną część górników do podjęcia pracy. Nazajutrz miał zjechać cały personel kopalń Victoire i Feutry-Cantel, a w Madelaine i Mirou zgłosiła się podobno do roboty trzecia część robotników.

— Do stu tysięcy diabłów! — krzyknął Maheu — ze zdrajcami trzeba zrobić porządek!

Zeskoczył ze stołu i z rozpaczliwą gwałtownością krzyknął:

— Jutro wieczór w lesie! Przeszkodzili nam w Bon-Joyeux, to urządzimy zgromadzenie w lesie.

Wykrzyk ten ocucił zajętego jedzeniem dziadka. Było to hasło dawne, robotników górniczych konspirujących przeciw wojskom królewskim.

— Tak, tak, w Vandame! I ja się stawię!

— Wszyscy się stawimy! — krzyknęła Maheude. — Musi raz skończyć się ta niesprawiedliwość i zdrada!

Stefan podjął się powiadomić kolonie, by stawiły się w Vandame wieczorem, a że właśnie światło zagasło, przeto po omacku udano się do zimnych łóżek. Dzieci płakały.