VI
Doprowadzony do przytomności otrzymanym od Katarzyny policzkiem, Stefan stanął znowu na czele tłumu i donośnym głosem wykrzyknął, by ruszano do Montsou. Równocześnie głos jakiś wewnętrzny począł mu szeptać słowa rozwagi. Nie chciał uczynić tego wszystkiego, co się stało. To dziwne! Wyruszył przecież do Jean-Bart po to, by zapobiec nadużyciom, a oto potem brał udział w szeregu gwałtów, zagrzewał do nich nawet i w tej jeszcze ostatniej chwili rzucił hasło udania się do Montsou, by dzień okropny zakończyć obleganiem budynku dyrekcyjnego.
Mimo tego głosu wewnętrznego zatrzymał tłum przed dyrekcją, choć w drodze miał zamiar iść ku warsztatom i zapobiec zdemolowaniu, na co sobie tłum ostrzył zęby. Teraz, gdy rozpoczęła się kanonada do domu, daremnie szukał oczyma, na co by mógł skierować zawiść tłumu, daremnie myślał nad jakimś mniej karygodnym wybrykiem. Wtem zawołał nań stający w progu kawiarni Tisson człowiek jakiś. Właścicielka zamknęła okiennice, drzwi jedynie były nieco uchylone.
— Hej, to ja! Chodź no tu!
Był to Rasseneur. Około trzydziestu ludzi z kolonii robotniczych, którzy pozostali rano w domu, przyszło tutaj po nowiny. Za zbliżeniem się tłumu wpadli tutaj, by się ukryć. Siedział tu przy stole Zachariasz, Filomena i Pierron z żoną. Ci dwoje odwrócili się od wchodzącego i ukryli twarze w dłoniach.
— Niemiły ci mój widok? — mówił Rasseneur do Stefana. — Aha, rozumiem to! A co, nie mówiłem, rozpoczynają się głupstwa. Krzyczcie o chleb do końca świata... dostaniecie tylko ołowiu!
Stefan tymczasem odwrócił się od niego. Rzucił przez ramię tylko:
— Niemiły mi widok tchórzów, którzy z założonymi rękami przypatrują się, jak my narażamy życie.
— Więc masz zamiar splądrować dyrekcję? — spytał Rasseneur.
— Mam zamiar wytrwać do końca z towarzyszami, choćby przyszło umrzeć.
Zrozpaczony, gotów na wszystko, wmieszał się w tłum. Na drodze troje dzieci rzucało kamieniami. Kopnął każde po kolei i mruknął, że bicie szyb do niczego nie doprowadzi.
Bébert i Lidia uczyli się od Jeanlina używać procy. Każde ciskało kamień o zakład, które zrządzi większe spustoszenie. Lidia niezręcznym rzutem nabiła guza jednej z kobiet, a chłopcy śmiali się z tego, trzymając się za brzuchy. Poza nimi siedzieli obok siebie na ławce stary Mouque i Bonnemort. Nogi Bonnemorta ledwo zdołały dostawić go tutaj. Nie wiadomo nawet, czy go to wszystko interesowało, twarz jego bowiem miała obojętny, tępy wyraz, jak zawsze w dniach, kiedy nie mówił.
Nikt nie słuchał już Stefana. Kamienie padały gradem na dom, a on stał zrozpaczony pośród rozszalałych, których gniew budził się tak powoli, ale raz zbudzony nie znał granic. Tam, na południu zapalono się łatwiej, ale wyrządzano mniej szkód, tutaj krew ludu potrzebowała miesięcy, by się rozgrzać, ale potem szalała, aż do chwili, gdy wściekłość zwierzęca znużyła się własnym szałem. Musiał przemocą wydzierać Levaque’owi siekierę, uspokajać Maheuów rzucających oburącz kamienie. Niepokoiły go zwłaszcza kobiety, Levaque, Mouquette i inne. Opanowała je żądza mordu. Zgrzytały zębami, ściskały pięści i szczekały jak suki smagane dzikimi słowami starej Brûlé, która je podniecała bez przestanku.
Nagle zapanował spokój. Zdumienie dokazało tego, czego dokonać nie mogły zaklęcia Stefana. Na ulicy zjawili się Gregoire’owie. Postanowili raz wreszcie udać się do państwa Hennebeau i kroczyli z minami ludzi przekonanych, że cała awantura to tylko żart zacnych górników, których pokora i rezygnacja żywiła ich od stu lat. Strajkujący zgłupieli i zaprzestali rzucać kamieniami, z obawy, by nie trafić tego jegomościa i tej damy poważnej, którzy spadli jakby z nieba. Dali im spokojnie wejść do ogrodu, na schody i zadzwonić do zabarykadowanych drzwi. Właśnie wróciła też z urlopu pokojówka Rózia. Pochodziła z Montsou, znała wszystkich górników, uśmiechała się więc do nich. Uderzeniami pięści zmusiła Hipolita do otworzenia drzwi. Ostateczny był też czas na to, bo ledwo znikli Gregoire’owie, grad kamieni sypnął się na nowo. Tłum oprzytomniał i rozszalały jeszcze bardziej krzyczał:
— Śmierć mieszczuchom! Niech żyje republika socjalistyczna!
Rózia uśmiechała się dalej, idąc korytarzem. Rozśmieszyła ją przygoda i odezwała się do przerażonego służącego:
— O, oni nie mają nic złego na myśli! Znam ich!
Pan Gregoire spokojnie zawiesił kapelusz na wieszadłach. Potem pomógł żonie zdjąć gruby, sukienny płaszcz i rzekł:
— Oczywiście, robią głupstwa, krzyczą i na tym koniec. Wykrzyczą się i pójdą potem na kolację.
Zjawił się pan Hennebeau. Widział scenę z góry. Przyjął gości ze zwyczajną chłodną grzecznością i tylko bladość twarzy świadczyła o łzach przelanych przed chwilą. Teraz był to już tylko urzędnik, dyrektor, świadomy swych obowiązków i swej odpowiedzialności.
— Panie nie wróciły jeszcze! — rzekł.
Gregoire’ów opuścił nagle spokój. Cecylki jeszcze nie było! Cóż się z nią stanie, jeśli te głupstwa potrwają czas jakiś?
— Miałem najszczerszą chęć rozpędzić tę hałastrę — dodał pan Hennebeau — ale niestety jestem sam i nie wiem nawet, w którą stronę wysłać służącego po żandarmów.
Pokojówka Rózia, która przysłuchiwała się, wtrąciła:
— O, oni nie mają na myśli nic złego!
Dyrektor potrząsnął głową. Zgiełk wzrastał ciągle, kamienie tłukły o okiennice.
— Różnie to można brać! — odparł. — Ktoś musiał w nich wmówić, że jesteśmy ich gnębicielami. Ja tymczasem mam odpowiedzialność za spokój... a to straszne! Wiem, że żandarmi od rana jeżdżą po wszystkich drogach, i właśnie ja tylko nie mam do dyspozycji ani jednego! Ale proszę państwa do salonu. Niemiło jest tutaj w tym zgiełku.
Wtem zjawiła się kucharka. Była zrozpaczona i oświadczyła, że nie może brać na siebie odpowiedzialności za obiad, gdyż dotąd nie przybył chłopiec od pasztetnika z Manchiennes z obstalowanymi na czwartą pasztecikami w kruchym cieście. Niezawodnie po drodze napadli go ci rozbójnicy... splądrowali jego koszyk. Zdawało jej się, że paszteciki tłum wziął szturmem, a potem pożarł je i nasycił się. Na każdy sposób ulżyła sobie. Pan dyrektor wiedział teraz, jak sprawa stoi. Jej miłość własna była ocalona. Wolałaby bowiem raczej rzucić cały obiad do pieca, jak zepsuć go.
— Cierpliwości! Cierpliwości! — odparł. — Pasztetnik może się jeszcze zjawić.
Pan Hennebeau otworzył drzwi do salonu. Wtem ujrzał w mroku korytarza siedzącego na ławce człowieka.
— To ty, Maigrat? Cóż tam nowego?
Maigrat wstał. Blada, tłusta jego twarz wyrażała przestrach wielki. Stracił pewność siebie i pokornie począł mówić, że przyszedł prosić pana dyrektora o pomoc przeciw rozbójnikom.
— Jakże dam pomoc? — odparł dyrektor. — Sam, jak widzisz, jestem zagrożony i nie mam obrony. Trzeba było zostać w domu i pilnować towarów.
— O, zasunąłem żelazne wrzeciądze i zostawiłem żonę.
Dyrektor nie mógł ukryć pogardy i zniecierpliwienia. Jak to, tę nędzną, wycieńczoną biciem istotę zostawił na obronę domu?
— Mówię ci raz jeszcze — rzekł — że nie mogę nic poradzić. Próbuj się sam bronić. Radzę, idź natychmiast do domu. Słyszysz? Znowu wołają o chleb?
Zgiełk wzrósł jeszcze i Maigratowi zdało się, że słyszy, jak go wołają po nazwisku. Wracać nie mógł, byliby go rozszarpali, a do rozpaczy i szaleństwa doprowadzała go myśl, że splądrują sklep. Przyłożył twarz do szyby drzwi wejściowych, pokrytej kratą, i patrzył, a Gregoire’owie przeszli do salonu.
Pan Hennebeau silił się na spokój, zabawiał gości, ale daremnie. Tak zabarykadowany, przed nastaniem wieczoru oświetlony pokój tętnił okrzykami tłumu, a wrzaski te i uderzenia kamieni, mimo że zgłuszone okiennicami i portierami, dolatywały tu przecież, tym groźniejsze nawet i bardziej niepokojące, że głuche, niewyraźne. Rozmowa obracała się ciągle dokoła tego rozruchu niespodzianego. Pan Hennebeau mówił, że nie przeczuwał nic podobnego, ludzie bowiem jego nic takiego nie przewidywali. Niewątpliwie ten przeklęty Rasseneur jest wszystkiemu winien! Zresztą za chwilę przybędą żandarmi. Jest to zgoła niemożliwe, by go miano zostawić na pastwę tłumu. Gregoire’owie myśleli o córce. Co się stanie? A ona biedaczka taka lękliwa! Może jednak wobec niebezpieczeństwa panie zawróciły do Marchiennes. Oczekiwano jeszcze z kwadrans. Wrzask wzrastał ciągle, kamienie bębniły po okiennicach, pobyt w domu stał się męką nie do zniesienia. Pan Hennebeau podał już projekt, by wyjść, rozpędzić napastników i pójść na spotkanie powozu, gdy w tejże chwili wpadł Hipolit z krzykiem:
— Panie dyrektorze! Pani wróciła! Zabijają panią!
Powóz nie mógł przebyć napełnionej groźnymi grupami drogi z Requillart. Négrel wykonał drugi pomysł, przebyto więc pieszo przestrzeń stumetrową, dzielącą ich od budynku dyrekcyjnego. Miano zapukać do bocznej furtki ogrodowej. Pewnie ogrodnik lub który inny usłyszy i otworzy. Zrazu wszystko szło dobrze. Zapukano do furtki, ale nagle kilka kobiet spostrzegło przybyłych i wpadło w uliczkę. Sprawa poczęła się psuć. Nikt nie otwierał, Négrel nie mógł mimo wysiłków drzwi wyważyć, a tłum dokoła nich wzrastał z każdą chwilą. Négrel bał się, że ich tu otoczą, a więc powziął myśl desperacką przejścia środkiem oblegających do drzwi frontowych. Popychał przed sobą damy. Ale powstał ścisk, bo zewsząd począł napierać tłum, gapiąc się na te postrojone panie, ugrzęzłe w tłumie. Zamęt powstał taki, że stało się coś, czego sami biorący udział w zajściu pojąć nie mogli. Łucja, Janka i pani Hennebeau dotarły do drzwi półotwartych przez Rózię i wśliznęły się do środka. Za nimi wszedł Négrel i zaryglował drzwi, pewny, że widział Cecylkę wchodzącą nasamprzód. Ale nie było jej. Zginęła po drodze. Tak się przeraziła, że obróciła się tyłem do drzwi i rzuciła potem w sam tłum.
Na widok bezbronnej ofiary powstał krzyk.
— Niech żyje republika socjalistyczna! Śmierć mieszczuchom!
Niektórzy uważali dziewczynę za panią Hennebeau, inni za jej przyjaciółkę. Nie poznano Cecylki, gdyż miała woalkę na twarzy. Ale nie szło o to, kim była, wściekłość tłumu wzniecił widok jej sukni jedwabnej, futra, białych piór na kapeluszu, zapach perfum, bijący od niej, zegarka, białej cery i delikatnych rąk próżniaczki, która nie tknęła się nigdy węgla.
— Czekaj! — wrzeszczała Brûlé. — Przypniemy ci gdzieś twoje koronki!
— Nam skradła to wszystko, łajdaczka! — wołała Levaque. — Patrzcie ubiera się to w futra, gdy my giniemy nieledwie z zimna. Rozbierzmy ją do naga i dajmy jej nauczkę?
Nadbiegła Mouquette.
— Tak! — zawołała. — Trzeba ją osmagać!
Wyciągnęły się dłonie. Każda z nędzarek chciała dostać część toalety Cecylki. O, pewnie naga nie będzie ładniejsza od innych. Mówią, że często bogaczki jedwabiami zakrywają zgniliznę. Dość niesprawiedliwości! Teraz te damy, które płacą po pięćdziesiąt sous za upranie spódnicy, będą musiały ubierać się jak robotnice!
Cecylka drżała ze strachu. Nogi jej jakby w ziemię wrosły. Nie ruszała się, powtarzając jedynie w kółko:
— Proszę was, panie! Nie róbcie mi nic złego! Proszę was, panie!
Nagle wydała chrypliwy okrzyk. Szyję jej objęły ręce. Uczynił to stary Bonnemort, którego tłum zbliżył do Cecylki. Chwycił ją za gardło.
Głód i półwiekowa uległość uczyniły go wpół idiotą. Jakaż moc wyrwała go z tego odrętwienia i kazała zostać mścicielem? Sam nie umiałby objaśnić ten starzec, który dla ratowania towarzyszów pracy narażał wiele razy swe życie. Działał pod przymusem jakimś. Fascynowała go biała szyja dziewczyny. Bez słowa wbił pazury w jej ciało jak chora bestia jakaś, którą nawiedziło wspomnienie własnej mocy.
— Nie, nie! — wołały kobiety. — Rozebrać do naga! Rozebrać!
Négrel i pan Hennebeau, spostrzegłszy się, otworzyli drzwi i mężnie usiłowali przyjść Cecylce z pomocą. Ale tłum przyparł ich do kraty ogrodowej i ruszyć się nie mogli. Walczono, a przerażeni Gregoire’owie ukazali się na ganku.
— Puść ją, stary! — krzyknęła Maheude. — To panna z Piolaine!
Poznała Cecylkę, gdyż zdarto jej woalkę z twarzy.
I Stefan zrozpaczony był, że tłum mścić się chce na tym dziecku. Wysilał się, by odwrócić uwagę od ofiary. Nagle błysła mu myśl, podniósł w górę siekierę Levaque’a i krzyknął:
— Do Maigrata! Do Maigrata! Tam chleba dość! Do Maigrata!
Szybko począł rąbać drzwi sklepu. Znaczna część tłumu poszła za nim, a pośród innych Levaque i Maheu.
Ale kobiety nie odstąpiły swej ofiary, która z rąk Bonnemorta przeszła teraz w ręce starej Brûlé. Na czworakach Bébert, Lidia i Jeanlin wpełzli jej pod spódnicę, by zbadać, czy dama jest tak samo zbudowana jak robotnica. Poczęto ją szarpać, suknie trzeszczały już, gdy nagle zjawił się jeździec, wbił konia w tłum i walił szpicrutą tych, którzy nie dość szybko się rozstępowali.
— A kanalie! Rzucacie się więc także na nasze córki!
Był to Deneulin, przybywał na obiad proszony. Szybko zeskoczył z konia, objął Cecylkę ramieniem, a drugą ręką kierował koniem, posługując się nim niby klinem. Zwierzę poczęło wierzgać, a zwarta masa oblegających cofnęła się na przyzwoitą odległość. U bramki ogrodowej ponowiła się walka, ale przeszedł, gniotąc kilka ramion, nabijając parę sińców. Ta niespodziana pomoc uwolniła pana Hennebeau i Négrela, walczących na pięści z rozżartymi robotnikami. Négrel wziął na ręce omdlałą, a Deneulin zakrywał dyrektora potężnymi barkami. Gdy znikali w drzwiach, trafił go w ramię kamień.
— Dobrze, rozbijcie mi ramię, gdyście już porozbijali maszyny!
Zatrzasnął drzwi. Posypał się na nie grad kamieni.
— Cóż za wariaty. Minuta spóźnienia, a byliby mi strzaskali czaszkę jak wydrążoną dynię! Nie ma z nimi co mówić. Powariowali. Strzelać, to jedyna rada.
W salonie Gregoire’owie płakali nad Cecylką, choć przyszła do siebie i nie poniosła żadnego szwanku. Przerażenie ich wzrosło jeszcze bardziej, gdy weszła ich kucharka, Melania, i doniosła, że robotnicy zdemolowali Piolaine. Nie dostrzeżono jej, gdy wśród największego ścisku przedostała się tu i wśliznęła przez na pół uchylone drzwi. W jej wyobraźni kamień Jeanlina, który stłukł jedną szybę, zmienił się w kanonadę, która podziurawiła mury. Poglądy pana Gregoire’a uległy wstrząśnieniu. Chciano rozszarpać jego córkę, zburzono dom! Więc w istocie robotnicy mieli mu za złe, że żyje z ich pracy, jak przystało na porządnego człowieka?
Pokojówka przyniosła serwetę zmaczaną w wodzie kolońskiej i odezwała się:
— Robią głupstwa, ale nie mają nic złego na myśli.
Pani Hennebeau była bardzo blada, nie mogła dotąd przyjść do siebie i dopiero gdy poczęto winszować Négrelowi męstwa, uśmiechnęła się swobodniej. Małżeństwo było sprawą postanowioną. Pan Hennebeau spoglądał to na żonę, to na młodego człowieka, którego chciał zabić dziś rano, to znów na dziewczynę, która go od niego uwolni. Nie śpieszno mu do tego było! Bał się raczej, że po utracie kochanka żona stoczy się niżej jeszcze, może padnie w objęcia lokaja...
— A jakże wy się czujecie, dziewczęta? — spytał Deneulin córek. — Nie poturbowano was?
Bały się, ale zarazem uradowane były bardzo, że raz zdarzyło im się widzieć coś takiego. Śmiały się teraz z niebezpieczeństwa.
— Sapristi! — mówił dalej Deneulin. — Ładny to był dzień... ani słowa! Wiecie co — moje panny córki? Jeśli chcecie mieć posagi, to musicie je sobie same zdobyć!... Ba, nie koniec na tym! Przygotujcie się na to, że będziecie musiały utrzymywać starego ojca!
Usiłował żartować, ale głos mu drżał. Dziewczęta rzuciły mu się na szyję. Łzy napełniły jego oczy.
Pan Hennebeau posłyszał wyznanie i twarz mu pojaśniała, Vandame wpadnie w ręce Montsou! Oto nagroda za strajk, oto sposób uzyskania względów rady nadzorczej. Ilekroć trafiały go nieszczęścia życiowe, cofał się w swą skorupę urzędniczą i udziałem szczęścia swego mienił wtedy precyzyjne, gorliwe spełnianie rozkazów przełożonych.
Uspokojono się, w salonie jasno oświeconym zapanowała cisza, słychać było jedynie niby ciosy siekiery rąbiącej drzewo. Cóż się więc stało z krzyczącymi? Kamienie nie tłukły już o okiennice. Zaciekawieni wyjrzeli wszyscy przez szyby ganku. Ale niewiele widać było, więc udano się na górę, by spojrzeć poprzez listwy żaluzji.
— O, widzisz pan tego szubrawca Rasseneura? Stoi w progu szynku naprzeciwko! — rzekł pan Hennebeau do Deneulina. — Wiedziałem, że jest wszystkiego sprężyną!
Ale nie był to Rasseneur, lecz Stefan, który rąbał drzwi sklepu Maigrata, wołając do górników, że mają wszelkie prawo odebrać złodziejowi te zapasy, szubrawcowi, który głodził ich na jedno skinienie Kompanii. Wszyscy odbiegli od budynku dyrekcyjnego i rzucili się na sklep. Ponowiły się okrzyki: Chleba! Chleba! Tam, za tymi drzwiami jest chleba dość. Głód ogarnął wszystkich. Nikt nie chciał czekać, czując, że za chwilę padnie omdlały na ziemię. Ścisk się zrobił taki, że Stefan nie mógł rąbać, bojąc się kogoś skaleczyć.
Maigrat z korytarza domu dyrektora wyniósł się do kuchni. Ale stąd nic nie widział, fantazja tylko malowała mu najokropniejsze obrazy napadu na jego magazyn. Wyszedł więc na podwórze, by skryć się za studnią. Ale posłyszał trzask drzwi własnych, wrzaski i powtarzane swe nazwisko. Więc to nie był sen? Nie widział, ale słyszał wszystko. Każdy cios siekiery czuł w sercu. Teraz pewnie puszczą deski! Jeszcze pięć minut i po wszystkim. Wyobraził sobie, co się stanie. Wpadną zbóje, wypróżnią szuflady, worki, wszystko wypiją i zjedzą, zniszczą sam nawet dom i nie zostawią mu nawet kija żebraczego, by z nim mógł chodzić od wsi do wsi. Nie mógł wytrzymać. Nie, raczej zginąć, jak dać się zrujnować. Przez szyby widocznego stąd okna swego domu widział twarz żony. Stała i czekała jak zawsze na ciosy, mające spaść na nią. Pod owym oknem stała komórka i można było po parkanie podwórza dyrekcyjnego dostać się na jej dach, a potem, po dachu i grzbiecie muru dojść aż do okna. Powziął myśl wrócenia tam, skąd oddalił się lekkomyślnie. Może czas jeszcze zabarykadować drzwi meblami? Przyszły mu na myśl bohaterskie sposoby obrony, płonąca nafta, gorący olej i inne. Chciwość walczyła w nim z tchórzostwem, aż jęczał. Wreszcie na odgłos silniejszego ciosu siekiery chciwość zwyciężyła. Tak, położy się wraz z żoną na workach z chlebem... nie ustąpi!
Za chwilę podniósł się okrzyk:
— Patrzcie! Patrzcie! Kot na dachu! Dalej w niego kamieniami!
Oblegający ujrzeli Maigrata na dachu komórki. Podniecony, mimo swej tuszy, prędko wydostał się na dach i pełzał po dachu i murze ku oknu. Ale przeprawa była trudna, brzuch mu zawadzał, więc ranił sobie ręce o cegły. Byłby się może mimo to wydrapał aż do góry, ale drżączka go napadła na myśl, że może zostać trafiony kamieniem. Nie widział tłumu pod sobą zwrócony doń grzbietem, ale słyszał krzyk:
— Kot! Dalej w niego kamieniem! Trzeba go strącić na dół!
Naraz stracił równowagę, stoczył się w dół jak kula, zrobił koziołka na rynnie, padł na mur, skośnie, tak że odrzucony ku ulicy spadł na nią, uderzając głową o kamień i zabił się na miejscu. Mózg wyprysnął, Maigrat nie żył. Spoza szyb nieruchoma patrzyła dalej żona jego.
Zrazu wszyscy zgłupieli, Stefanowi wypadła z rąk siekiera, Maheu, Levaque i inni zapomnieli o sklepie i patrzyli na mur, skąd ściekał cienki wężyk krwi. Krzyki umilkły, cisza głęboka zaległa ulicę, którą coraz bardziej zasnuwał mrok.
Ale niedługo krzyki wybuchły. Przyskoczyły do trupa kobiety rozszalałe widokiem krwi.
— Jest przecież sprawiedliwość! Nareszcie, sprośny wieprzu, przyszło ci na koniec!
Otoczyły ciepłe jeszcze zwłoki, śmiały się szyderczo, miotały obelgi i kopały martwe ciało tego, który za życia wzbraniał się dać chleba, gdy były głodne.
— Winnam ci była sześćdziesiąt franków, złodzieju! — krzyczała rozwścieklona na równi z innymi Maheude. — Już ci śmierć za mnie zapłaciła! Nie odmówisz teraz kredytu! Ale czekaj, czekaj, teraz ja muszę cię jeszcze nakarmić!
Paznokciami wydarła trochę zmarzłej ziemi i wepchnęła mu jej garść przemocą w otwarte usta.
— Nażryj się! Nażryj się, nędzniku!
Szyderstwa i obelgi stawały się coraz to gwałtowniejsze, a umarły leżał cicho, wpatrzony otwartymi oczyma w pociemniałe niebo. Ziemia, której miał pełne usta, to był teraz chleb jego. Bronił chleba nędzarzom, teraz takim chlebem żywić się będzie. Niewiele szczęścia przyniosło głodzenie biedaków.
Kobiety jednak nie nasyciły jeszcze swej zemsty. Krążyły dokoła niego, jak żądne krwi wilczyce. Rozmyślały, jaką by zadać mu obelgę, w jaki sposób dać wyraz swemu gniewowi.
Naraz wrzasnęła Brûlé:
— Trzeba go wykastrować jak wałacha!
— Tak, tak! Za dużo nabroił łajdak!
Mouquette ściągnęła mu spodnie, a Brûlé i Levaque rozłożyły nogi, po czym Brûlé kościstymi rękami wiedźmy chwyciła genitalia. Objęła je ręką i szarpnęła, aż wygiął się jej suchy grzbiet i strzeliły stawy rąk. Ale miękkie organy oparły się. Musiała chwycić jeszcze raz i ciągnąć długo, mim wreszcie wydarła krwawy, kosmaty ochłap mięsa. Poczęła nim wywijać w powietrzu wydając okrzyki tryumfu.
— Mam! Mam!
Wrzaski powitały ohydny łup.
— Wieprzu sprośny! Nie będziesz teraz już zapładniał naszych dziewcząt!
— Tak... koniec! Już nie będziemy zmuszone nadstawiać ci, by dostać bochenek chleba!
— Hę... słyszysz! Winnam ci dwa franki, może chcesz... à conto? Jeśli masz ochotę, to zgoda!
Dowcipy rozweseliły bardzo kobiety. Pokazywały sobie krwawy ochłap, jak złe zwierzę, które im się dało we znaki, potwora złośliwego, którego teraz trzymały pokonanego w rękach. Pluły nań i powtarzały z dziką radością:
— Już nie może! Już nie może! Już nie jest mężczyzną! Można ścierwo cisnąć do ziemi, by tam zgniło.
Brûlé zatknęła zdobycz na kij i niby z chorągwią poszła przodem, a za nią uformował się orszak wyjących wiedźm. Krople krwi ściekały po kiju, spoza szyb patrzyła bez ruchu żona Maigrata i w ostatnich przebłyskach zachodu zdawało się, iż się uśmiecha. Szyby zaszłe parą widocznie zmieniły obraz jej twarzy. Chociaż uciemiężona, bita, zdradzana i wyzyskiwana co dnia, biedna kobieta w głębi serca mogła się też cieszyć widokiem śmierci tyrana.
Reszta tłumu spoglądała w niemym osłupieniu na zwierzęce kaleczenie zwłok. Ni Maheu, ni Stefan nie mieli siły przeszkodzić straszliwej zemście i tańcowi wiedźm. Z progu gospody Tisona wyzierała blada z oburzenia twarz Rasseneura, zdumione twarze Zachariasza i Filomeny, obaj starzy poważnie potrząsali głowami, a Jeanlin trącał łokciem Béberta i zmuszał Lidię do patrzenia na ochłap wiszący na kiju. Kobiety zawróciły i korowodem przedefilowały popod oknami dyrekcji. Damy i panny patrzące poprzez żaluzję wyciągały szyje. Całej sceny nie widziały, gdyż przeszkadzał mur, a teraz ledwie widzieć mogły w mroku.
— Cóż te baby niosą na kiju? — spytała Cecylka, która odważyła się już patrzyć. Łucja i Janka oświadczyły, że musi to być skóra królika.
— Nie, nie — rzekła pani Hennebeau. — Splądrowali pewnie jatki, i niosą kawałek wieprzowiny.
W tej chwili zadrżała i umilkła. Pani Gregoire trąciła ją kolanem. Obie damy zdrętwiały, panny pobladły, nie pytały już i ścigały szeroko otwartymi oczyma krwawą wizję.
Stefan chwycił siekierę, ale niepodobna było rozbić sklepu. Trup zagradzał drogę. Wielu cofnęło się. Zemsta została nasycona. Wszyscy osmutnieli, Maheu stał ze spuszczoną głową, gdy nagle ktoś począł mu szeptać do ucha, by uciekał. Obejrzał się i zobaczył zadyszaną, ubraną ciągle jeszcze w strój roboczy Katarzynę. Gwałtownym ruchem odepchnął ją, nie chcąc słuchać, grożąc biciem. Spojrzała nań z rozpaczą, potem podbiegła do Stefana.
— Uciekaj, uciekaj — szepnęła. — Żandarmi idą!
Odpędzał ją też. Na jej widok przypomniał sobie otrzymany policzek. Ale nie poszła, wyrwała mu z rąk siekierę, porwała za ramię i pociągnęła za sobą.
— Mówię ci, że idą żandarmi! Słuchajże mnie! Chaval dał znać i prowadzi ich tutaj. Oburzyłam się i przybiegłam. Uciekaj! Nie chcę, by cię złapali!
I pociągnęła go za sobą w chwili, gdy w oddali rozległ się ciężki tętent pędzącego oddziału konnicy.
Zabrzmiał okrzyk:
— Żandarmi! Żandarmi!
Rzucono się do ucieczki z takim pośpiechem, że w dwie minuty droga była wolna i tak pusta, jakby przeszedł nią huragan. Na jasnym tle zmarzłej ziemi czarną plamą rysował się tylko trup Maigrata. Rasseneur, który sam jeden pozostał w gospodzie Tisona, oklaskiwał łatwe zwycięstwo siły zbrojnej, a mieszczuchy Montsou ocierali pot z czół, drżeli na całym ciele, dzwonili zębami i za nic na świecie nie odważyliby się wyjść na ulicę. Noc otuliła czarną wielką równię, zajaśniały na niej w dali gwiazdy czerwonych pieców pierścieniowych i baterii koksowych.
Oddział mimo galopu sunął powoli i gdy zjawił się na mieście, nie można już było w ciemności rozróżnić żołnierzy. A za oddziałem, pod jego osłoną przybył nareszcie wózek pasztetnika. Zeskoczył zeń chłopiec i wyjął spokojnie zamówione paszteciki.