Czarny Korsarz

Rozdział I. Piraci z Tortugi

Wśród spowijających morze gęstych mroków donośnym echem rozbrzmiała wypowiedziana ochrypłym głosem pogróżka.

— Hej, wy tam! Stójcie! Albo poślemy was na dno!

Niewielka łódź, która opornie cięła atramentowe fale, oddalając się w pośpiechu od ledwie majaczącego na horyzoncie wysokiego brzegu — zupełnie jakby uciekała przez jakimś niebezpieczeństwem — zatrzymała się raptownie. Dwaj znajdujący się na jej pokładzie marynarze podnieśli się jak na komendę i szybko wciągnęli wiosła. Z niepokojem wpatrywali się w przestrzeń przed sobą, aż w końcu dostrzegli wielki cień, który niczym duch wyłonił się z morskiej otchłani.

Obydwaj mężczyźni mieli pod czterdziestkę, ostre rysy twarzy, a ich gęste, nastroszone brody, które prawdopodobnie nigdy nie widziały szczotki ani grzebienia, przydawały im iście zuchwałego wyglądu.

Na głowach nosili podziurawione jak rzeszoto szerokie kapelusze filcowe o postrzępionych rondach. Ich wypłowiałe, podarte i pozbawione rękawów koszule flanelowe ledwo okrywały masywne torsy. Obaj byli przepasani czerwoną tkaniną — podobnie jak reszta odzienia w godnym pożałowania stanie. Przytrzymywała ona dwa wielkie i ciężkie pistolety, których używano pod koniec szesnastego wieku. Nawet ich krótkie spodnie były obszarpane, a nogi i bose stopy ubabrane w czarnym błocie.

Krótko mówiąc, dwóch obdartusów. Gdyby osławione gujańskie kolonie karne powstały już w tamtych czasach, można by ich z powodzeniem wziąć za dwóch zbiegłych więźniów. W świetle gwieździstej poświaty patrzyli na wyłaniający się zza granatowej linii horyzontu cień. Gdy ten zaczął nabierać coraz wyrazistszych kształtów, spojrzeli po sobie z niepokojem.

— Co widzisz, Carmaux? — zapytał ten, który wyglądał na młodszego. — Przypatrz się dobrze, masz lepszy wzrok ode mnie. Wiesz, że to kwestia życia lub śmierci.

— Widzę statek oddalony o jakieś trzy strzały z pistoletu, ale nie umiem powiedzieć, czy płynie od strony Tortugi1, czy z hiszpańskich kolonii.

— Czyżby przyjaciele? Aż trudno uwierzyć, że ośmieliliby się podpłynąć tak blisko, niemal pod lufy fortecznych dział. W dodatku ryzykują spotkanie z flotą wielkich żaglowców eskortujących galeony pełne złota!

— Kimkolwiek są, to już nie gra roli. Spostrzegli nas, Van Stillerze, i na pewno nie pozwolą nam uciec. Lepiej nawet nie próbować, bo jeden kartacz2 by im wystarczył, żeby nas posłać do diabła.

Ten sam, co uprzednio, donośny głos ponownie rozległ się w ciemności, niosąc się echem daleko ponad wodami Zatoki:

— Kto tam?

— Diabeł — odburknął człowiek zwany Van Stillerem.

Jego kompan zaś wszedł na ławkę i krzyknął na całe gardło:

— A kto śmie pytać, kim jesteśmy? Jeśli cię zżera ciekawość, to sam tu do nas zejdź, a przywitamy cię pięknie kulką z pistoletu.

Ta bezczelna zaczepka, zamiast rozsierdzić człowieka wypytującego przybyszów, wprawiła go chyba w zadowolenie, gdyż odparł:

— Moi dzielni przyjaciele! Chodźcie tu do nas i uściśnijcie Braci Wybrzeża3!

— Bracia Wybrzeża! — krzyknęli dwaj mężczyźni w łodzi, nie posiadając się z radości.

A ten, który nazywał się Carmaux, dodał:

— Niech mnie morze pochłonie, że nie rozpoznałem głosu, który przynosi nam te wspaniałe wieści.

— Kto to niby jest? — zapytał jego kompan, zabierając się energicznie do wiosłowania.

— Spośród wszystkich śmiałków z Tortugi tylko jeden pirat mógłby poważyć się na wyprawę pod same hiszpańskie forty.

— Czyli kto?

— Czarny Korsarz.

— Niech mnie kule biją! To on! We własnej osobie!

— Mamy dla niego przykre wieści — wyszeptał Carmaux i westchnął. — Niestety nie żyje...

— Być może łudził się, że jeszcze zdąży go wybawić z rąk Hiszpanów, prawda, przyjacielu?

— Tak, Van Stillerze.

— I pomyśleć, że to już drugiego mu wieszają!

— Tak, drugiego... Dwaj bracia zgładzeni na przeklętej szubienicy!

— Będzie chciał ich pomścić, Carmaux?

— Mam nadzieję. A my mu w tym pomożemy. Dzień, w którym ten przeklęty gubernator Maracaibo4 zawiśnie, będzie najpiękniejszym dniem mojego życia. Sprzedam wtedy dwa szmaragdy, które noszę zaszyte w spodniach. Dostanę za nie przynajmniej tysiąc piastrów5, co starczy na obfitą wyżerkę w gronie moich kamratów.

— Jesteśmy! A nie mówiłem?! To „Błyskawica” Czarnego Korsarza!

Statek, który chwilę temu był tylko cieniem, teraz znajdował się na pół kabla6 od łodzi.

Był to trzymasztowy żaglowiec, jeden z tych, których używali piraci z Tortugi podczas łowów na ogromne, hiszpańskie galeony, wywożące do Europy skarby z Ameryki Środkowej, Meksyku i innych ziem położonych w pobliżu równika.

Te zwinne korsarskie statki wyposażone były zazwyczaj w potężne maszty, umożliwiające żeglugę nawet przy najlżejszej bryzie. Miały wąską stępkę oraz zadarte wysoko dziób i rufę, zgodnie z prawidłami ówczesnej sztuki konstruktorskiej, a także dysponowały pierwszorzędnym uzbrojeniem.

Dwanaście karonad7 gotowych zionąć niszczycielskim ogniem ze swoich czarnych gardzieli wyzierało po stronie sterburty i bakburty8, na kasztelu9 natomiast prężyły się dwie lekkie armaty ładowane kartaczami, mogące obrócić w perzynę każdy statek.

Korsarski żaglowiec stanął w dryf, czekając na przybicie łodzi. W świetle latarni widać było stojący na dziobie tuzin uzbrojonych ludzi, którzy nie zawahaliby się wypalić z muszkietów przy najmniejszym podejrzanym ruchu.

Dwaj marynarze wciągnęli wiosła, po czym przycumowali do żaglowca. Załoga rzuciła im drabinkę, a oni z zaskakującą zręcznością wspięli się na pokład.

Dwóch zbrojnych z załogi wycelowało w nich muszkiety, podczas gdy trzeci, oświetlając nowo przybyłych światłem latarni, zbliżył się do nich i zapytał:

— Kto wy?

— Na Belzebuba, mego stróża! — wykrzyknął Carmaux. — To nie poznajecie już przyjaciół?

— A niech mnie rekin połknie, jeśli to nie Bask Carmaux! — wykrzyknął człowiek z latarnią. — Jakim cudem jeszcze żyjesz! Wszyscy na Tortudze myśleli, żeś martwy! A tu proszę — kolejny wskrzeszony! A czy to nie przypadkiem hamburczyk Van Stiller?

— Z krwi i kości — odpowiedział pirat.

— A więc i ty wywinąłeś się od stryczka?

— Cóż... śmierć mnie nie chciała, więc postanowiłem pożyć jeszcze parę lat.

— A wasz kapitan?

— Sza! — uciszył go Carmaux.

— Możesz mówić. Nie żyje?

— Stado indorów! Już żeście sobie pogdakali? — zawołał szorstki głos, ten sam, który wcześniej groził dwóm mężczyznom w łodzi.

— Niech mnie piorun trzaśnie! Czarny Korsarz! — wyjąkał drżącym głosem Van Stiller.

Carmaux zaś rzekł podniesionym tonem:

— Jestem na twoje rozkazy, kapitanie.

Z mostku kapitańskiego zszedł mężczyzna i z ręką opartą na kolbie przypiętego do pasa pistoletu skierował się w ich stronę.

Od stóp do głów ubrany w czerń, która przydawała mu elegancji, co było nietypowe dla korsarzy z Zatoki Meksykańskiej, którzy zazwyczaj zadowalali się parą spodni i koszulą, dbając bardziej o broń niźli o ubranie.

Miał na sobie cienki kaftan z czarnego jedwabiu, obszyty koronką tego samego koloru, z mankietami z czarnej skóry. Z tej samej tkaniny uszyte były spodnie, przewiązane w pasie szeroką szarfą z frędzlami. Do tego wysokie buty z cholewami, a na głowie nosił szerokorondny filcowy kapelusz ozdobiony długim, czarnym piórem, które zadziornie się zakrzywiało i opadało mu na ramię.

Podobnie jak jego ubiór, także i wygląd miał w sobie coś żałobnego. Na tle czarnych koronek kołnierzyka i wielkiego kapelusza odcinała się blada, posągowa twarz, którą zdobiła krótka, lekko kręcona czarna broda upodabniająca go do Jezusa z Nazaretu.

A rysy twarzy miał przepiękne: regularny nos, małe, czerwone jak korale usta, szerokie czoło przecięte ledwie widoczną zmarszczką, która przydawała mu smutku oraz kształtne, czarne niczym dwa węgielki oczy, długie rzęsy, które raz po raz rozbłyskiwały z taką mocą, że na ich widok drżeli nawet najzuchwalsi korsarze z Zatoki.

Wysoka, smukła sylwetka, pełna elegancji postura i arystokratyczne dłonie od pierwszego wejrzenia wskazywały na jego szlachetne pochodzenie, a także na wrodzone zdolności przywódcze.

Dwaj kamraci ujrzeli, że mężczyzna ruszył w ich kierunku. Spojrzeli po sobie z niepokojem, szepcząc:

— Czarny Korsarz!

— Kim jesteście i skąd przybywacie? — zapytał Czarny Korsarz i zatrzymał się przed nimi, z ręką niezmiennie wspartą na rękojeści pistoletu.

— Jesteśmy piratami z Tortugi, należymy do Bractwa Wybrzeża — odpowiedział Carmaux.

— Skąd przybywacie?

— Z Maracaibo.

— Uciekliście z rąk Hiszpanów?

— Tak, kapitanie.

— Pod czyim dowództwem pływaliście?

— Czerwonego Korsarza.

Na te słowa Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz. Stał przez chwilę w milczeniu i mierzył obu piratów płomiennym spojrzeniem.

— A więc na statku mojego brata — odezwał się w końcu drżącym głosem.

Gwałtownie chwycił Carmaux za ramię i zaciągnął go niemalże siłą na rufę. Przechodząc pod mostkiem kapitańskim, spojrzał w kierunku mężczyzny wyczekującego na rozkaz i rzucił:

— Pozostań na pełnym morzu, panie Morgan. Załoga ma być w gotowości bojowej, kanonierzy z zapalonymi lontami. W przypadku zagrożenia od razu meldujcie!

— Tak jest, panie kapitanie — odpowiedział marynarz. — Żadna łajba nie zbliży się bez twojej wiedzy.

Czarny Korsarz, nie zwalniając uścisku na ramieniu Carmaux, zszedł pod pokład i skierował się do małej, bardzo elegancko umeblowanej kabiny, oświetlonej pozłacaną lampą, co było niezgodne z panującym na korsarskich statkach zakazem palenia świateł po dziewiątej wieczorem. Wprowadził do środka Carmaux i wskazał mu krzesło, po czym utkwił w nim wzrok i przez chwilę przypatrywał mu się uważnie z założonymi rękami. Jego twarz przybrała siny odcień i była bledsza niż zwykle, a pierś unosiła się i opadała w rytm szybkiego oddechu.

Dwukrotnie otwierał usta, żeby zadać pytanie, jednak od razu je zamykał w obawie przed odpowiedzią, której nie chciał usłyszeć.

W końcu przemógł się i zapytał bezdźwięcznym głosem:

— Zabili go, tak?

— Kogo?

— Mojego brata, tego, którego zwano Czerwonym Korsarzem.

— Tak, panie kapitanie — odpowiedział Carmaux i westchnął — Tak samo, jak zabili Zielonego Korsarza.

Z piersi kapitana wyrwał się rozdzierający krzyk. Straszliwie zbladł, chwycił się dłonią za serce, po czym opadł na krzesło, zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza.

Zamarł tak na kilka chwil, a kajutę wypełnił jego szloch. Po chwili zerwał się na równe nogi zawstydzony tym odruchem słabości. Okropne uczucie, które nim zawładnęło, wyparowało w okamgnieniu. Na jego twarzy na powrót zagościł spokój, czoło wypogodziło się, skóra przybrała swój dawny odcień, tylko spojrzenie płonęło blaskiem tak ponurym, że przyprawiało o ciarki.

Dwukrotnie obszedł kabinę, by trochę ochłonąć, po czym usiadł na krześle i rzekł:

— Obawiałem się, że nie zdążę na czas. Teraz pozostaje mi tylko zemsta. Rozstrzelali go?

— Powiesili, panie.

— Jesteś tego pewien?

— Widziałem na własne oczy, jak zawisł na szubienicy wzniesionej na Plaza de Granada.

— Kiedy go zabili?

— Dzisiejszego popołudnia.

— Jak umarł?

— Jak bohater, panie. Czerwony Korsarz nie mógł przecież umrzeć inaczej.

— Mów dalej.

— Kiedy pętla zaciskała się na jego szyi, wykrzesał z siebie resztkę sił, by splunąć gubernatorowi w twarz.

— Temu ścierwu Van Gouldowi?

— Tak, księciu flamandzkiemu.

— Znowu on! Wszędzie tylko on! Czyżby poprzysiągł mi nieubłaganą nienawiść? Zabrał mi braci: jednego zdradziecko zabił, a dwóch powiesił!

— Nienawidził ich, bo to byli najodważniejsi korsarze w Zatoce, panie.

— Ale pozostaje mi jeszcze zemsta! — krzyknął złowrogim głosem pirat. — Nie, nie spocznę póki nie zniszczę Van Goulda i całej jego rodziny i póki nie obrócę w popiół miasta, którym rządzi. Maracaibo, przywiodłoś mnie do zguby, więc teraz ja przywiodę do zguby ciebie! Choćbym miał wezwać z Tortugi wszystkich korsarzy i wszystkich bukanierów10 z San Domingo i Kuby, nie pozostanie z ciebie kamień na kamieniu! A teraz mów, przyjacielu! Opowiedz mi wszystko od początku. Jak was schwytano?

— Nie w otwartej walce, lecz podstępem, kapitanie. Twój brat, kapitanie, o czym zresztą wiedziałeś, obrał kurs na Maracaibo, by pomścić śmierć Zielonego Korsarza. Podobnie jak i ty, poprzysiągł księciu flamandzkiemu śmierć na szubienicy. Było nas osiemdziesięciu, byliśmy gotowi na wszystko, także do walki zbrojnej, lecz w naszych zamiarach nie przewidzieliśmy nadchodzącego załamania pogody. Przy wejściu do Zatoki zaskoczył nas straszny huragan, który zepchnął statek na płyciznę, gdzie rozszalałe fale roztrzaskały go w drzazgi. Zaledwie dwudziestu sześciu piratów z trudem dotarło do brzegu. Wszyscy byliśmy w opłakanym stanie, zupełnie wyczerpani, w dodatku bez broni. Czerwony Korsarz podnosił nas ciągle na duchu. Obawiał się, że Hiszpanie mogą zauważyć naszą obecność i rozpocząć pościg, więc poprowadził nas przez bagniska. Jednak zamiast znaleźć w leśnej gęstwinie bezpieczne schronienie, wpadliśmy w zasadzkę. Trzystu Hiszpanów pod wodzą Van Goulda we własnej osobie otoczyło nas zwartym pierścieniem. Tych, którzy stawiali opór, zabili, a pozostałych wzięli w niewolę i powlekli do Maracaibo.

— Mój brat był wśród nich?

— Tak, kapitanie. Choć był uzbrojony zaledwie w sztylet, bronił się jak lew. Wolał zginąć w walce, niż dać się powiesić, ale Flamandczyk, gdy tylko go rozpoznał, zamiast przeszyć go szablą czy kulą, wyznaczył mu inną śmierć. Zawlekli nas do Maracaibo i skazali na śmierć przez powieszenie. Po drodze żołnierze znęcali się nad nami, a miejscowi nie szczędzili obelg. Wraz z moim przyjacielem Van Stillerem mieliśmy więcej szczęścia od naszych kamratów. Wczoraj rano udusiliśmy stojącego na warcie strażnika i uciekliśmy. Znaleźliśmy schronienie w chacie pewnego tubylca, skąd widzieliśmy śmierć twojego brata i jego ludzi. Późnym wieczorem, dzięki pomocy naszego czarnego przyjaciela, wsiedliśmy do łodzi z zamiarem przepłynięcia Zatoki Meksykańskiej i dotarcia do Tortugi. Oto cała historia, kapitanie.

— A mój brat nie żyje... — rzekł Czarny Korsarz z przerażającym spokojem.

— Byłem blisko niego, tak jak teraz blisko ciebie, kapitanie.

— I wciąż wisi na tej przeklętej szubienicy?

— Będzie tak wisieć przez trzy dni.

— A potem wrzucą go do rynsztoku?

— Tak, kapitanie.

Czarny Korsarz gwałtownie wstał i podszedł do pirata.

— Strach cię obleciał? — zapytał wyzywającym tonem.

— Nie boję się nawet Belzebuba, kapitanie.

— Więc nie obawiasz się śmierci?

— Nie, panie.

— Popłyniesz ze mną?

— Gdzie?

— Do Maracaibo.

— Kiedy?

— Dzisiejszej nocy.

— Złupimy miasto?

— Nie, na razie jest nas za mało, ale wkrótce Van Gould o mnie usłyszy. Popłyniemy my dwaj i twój kompan.

— Sami? — zapytał zdumiony Carmaux.

— Zgadza się.

— Co zamierzasz?

— Odzyskać zwłoki brata.

— Uważaj, kapitanie! Jeszcze wpadniesz w ich łapska.

— Czy wiesz, kim jest Czarny Korsarz?

— Do stu tysięcy piorunów! Toż to najzuchwalszy pirat z Tortugi.

— Zatem zaczekaj na mnie na mostku, ale wpierw każ szykować szalupę.

— Mam lepszy pomysł, szybciej będzie naszą łodzią.

— Zgoda. A teraz ruszaj!

Rozdział II. Śmiała wyprawa

Carmaux usłuchał rozkazu i oddalił się pośpiesznie, wiedział bowiem, że z groźnym Korsarzem nie ma żartów.

Van Stiller czekał na niego na pokładzie w towarzystwie kwatermistrza i kilku piratów, którzy wypytywali go o tragiczną śmierć Czerwonego Korsarza i jego ludzi, domagając się krwawej zemsty na Hiszpanach z Maracaibo i nade wszystko na samym gubernatorze. Hamburczyk, gdy dowiedział się, że mają przygotować łódź, by popłynąć na brzeg, z którego cudem uciekli, nie krył zdumienia i obawy.

— Mamy tam wrócić?! — wykrzyknął. — Przecież zapłacimy za to głową, Carmaux.

— No cóż! Tym razem nie popłyniemy tam sami.

— A niby kto zamierza nam towarzyszyć?

— Czarny Korsarz.

— A to zupełnie co innego. Ten czort wcielony wart jest więcej niż stu korsarzy.

— Tyle tylko, że on sam z nami popłynie.

— To nic, Carmaux. Z nim nic nam nie grozi. Płyniemy prosto do Maracaibo?

— Tak, przyjacielu, jeśli wyprawa zakończy się sukcesem, to dobra nasza. Hej, kwatermistrzu, wrzuć do łodzi trzy muszkiety, trochę amunicji, parę kordelasów11 dla nas obu i coś na ząb. Nigdy nic nie wiadomo, co się może wydarzyć ani kiedy wrócimy.

— Już wszystko załadowane — odkrzyknął kwatermistrz. — Dołożyłem też tytoniu.

— Dziękuję ci, przyjacielu. Jesteś perłą wśród kwatermistrzów.

— A oto i on — powiedział w tej samej chwili Van Stiller.

Na mostku pojawił się Czarny Korsarz. Ubrany był w swój żałobny strój, do boku przypasał długą szpadę, a za pas włożył dwa duże pistolety i jeden z tych ostrych, hiszpańskich sztyletów zwanych mizerykordią12. Przez ramię przewiesił obszerną pelerynę, kruczoczarną jak reszta ubioru.

Zbliżył się do stojącego na mostku kapitańskim marynarza, najprawdopodobniej swojego zastępcy i zamienił z nim kilka słów. Chwilę później zwrócił się do obu korsarzy:

— W drogę!

— Jesteśmy gotowi — odpowiedział Carmaux.

Wszyscy trzej opuścili się na pokład łodzi, którą już wcześniej przycumowano do rufy, by załadować na nią broń i żywność. Czarny Korsarz szczelnie owinął się peleryną i zajął miejsce na dziobie, podczas gdy piraci złapali za wiosła i odpłynęli.

Na korsarskim żaglowcu szybko wygaszono światła pozycyjne, strymowano13 żagle. „Błyskawica” ruszyła kursem za łodzią, halsując14, aby jej nie wyprzedzić. To Morgan odprowadzał swojego dowódcę w pobliże wybrzeża, by w razie zagrożenia przyjść mu z pomocą.

Czarny Korsarz leżał z głową wspartą na ramieniu i milczał. Bystrym wzrokiem dokładnie lustrował mroczny horyzont, próbując przeniknąć ciemności spowijające południowoamerykańskie wybrzeże. Od czasu do czasu odwracał głowę w stronę swojego statku, który nieustannie podążał ich śladem w odległości siedmiu lub ośmiu kabli, po czym znów kierował wzrok z powrotem na południe.

Tymczasem Van Stiller i Carmaux energicznie wiosłowali, a lekka i zwrotna łódka pruła czarne fale. Ani jeden, ani drugi nie wydawał się być zmartwiony powrotem na ziemie zamieszkałe przez ich bezwzględnych wrogów, albowiem w odwadze i przemyślności niezwykłego Korsarza, którego imię wzbudzało strach we wszystkich nadmorskich osadach rozległej Zatoki Meksykańskiej, pokładali bezgraniczną wiarę.

Wody jeziora Maracaibo15 były gładkie, zupełnie jakby wylano na nie oliwę, co ułatwiało wioślarzom sprawną i szybką żeglugę. Zwieńczone od strony morza dwoma wzniesieniami, układające się w podkowę niewysokie brzegi akwenu chronią wewnętrzne wody jeziora przed uderzeniami fal, co zapobiega tworzeniu się w ich głębinach silnych prądów morskich.

Dwaj piraci wiosłowali zawzięcie od godziny, kiedy Czarny Korsarz, który do tej chwili pozostawał niemal w całkowitym bezruchu, zerwał się nagle na nogi, jakby chciał lepiej przyjrzeć się temu, co rysowało się na szerokim horyzoncie.

W oddali, mniej więcej na południowym zachodzie, w jednominutowych odstępach błyskało światło, odbijając się od powierzchni wody.

— Maracaibo — powiedział Czarny Korsarz ponurym głosem, który zdradzał z trudem tłumioną wściekłość.

— Zgadza się — potwierdził Carmaux.

— W jakiej odległości się znajdujemy?

— Będą ze trzy mile16, panie kapitanie.

— A więc o północy dotrzemy na miejsce.

— Tak.

— Czy straż pilnuje wybrzeża?

— Tylko łodzie celników.

— Musimy ich ominąć.

— Znamy miejsce, gdzie możemy bezpiecznie przybić do brzegu i ukryć łódź w nabrzeżnym gąszczu.

— Naprzód!

— Za pozwoleniem, kapitanie...

— Mów!

— Lepiej by było, żeby nasz statek nie podpływał już bliżej.

— Już zawrócił. Zaczeka na nas na pełnym morzu — odparł na to Czarny Korsarz.

Przez kilka chwil stał w milczeniu, po czym zapytał:

— To prawda, że hiszpańska flota patroluje okolicę?

— Tak, kapitanie, oddziały admirała Toledo czuwają nad bezpieczeństwem na wodach od Maracaibo po Gibraltar17.

— Ha! Czyli że nas się boją?! Ale razem z Franciszkiem l’Olonnais poślemy ich wszystkich na dno. Cierpliwości, jeszcze kilka dni i Van Gould przekona się, z kim ma do czynienia.

Owinął się znów peleryną, zasunął kapelusz na oczy i usiadł, wpatrując się nieruchomo w jasny punkt, który zwiastował latarnię morską. Łódź pomknęła przed siebie, lecz już nie kierowała się ku przesmykowi prowadzącemu do jeziora Maracaibo. Piraci zmienili kurs i wyminęli patrole, które niechybnie zatrzymałyby łódź i uwięziły jej załogę.

Pół godziny później brzeg zatoki był już wyraźnie widoczny, dzieliła ich od niego odległość trzech lub czterech kabli. Gęsto zalesiona namorzynami18 plaża łagodnie schodziła do morza. Zaduch panujący pośród tych porastających ujścia rzek i cieków wodnych roślin powodował okropną gorączkę, jak choćby vomito prieto, czyli żółtą febrę. Nieco wyżej, na tle rozgwieżdżonego nieba, kłębiła się bujna roślinna szata, ponad którą górowały pękate korony gigantycznych rozmiarów drzew.

Carmaux i Van Stiller zwolnili i odwrócili się ku brzegowi. W obawie przed zasadzką, płynęli dalej z wielką ostrożnością, zachowując ciszę i rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Czarny Korsarz przez cały czas nawet nie drgnął, położył tylko przed sobą trzy załadowane na pokład przez kwatermistrza muszkiety. Był gotów powitać prochem każdą łajbę, która ośmieliłaby się zbliżyć na odległość strzału.

Było już po północy, gdy łódka dobiła do plaży, wbijając się w sam środek gęstwiny i powykręcanych korzeni namorzynów.

Czarny Korsarz wstał. Omiótł wzrokiem wybrzeże, po czym zwinnie zeskoczył na ziemię i przywiązał łódź do jednej z gałęzi.

— Zostawcie muszkiety — rozkazał Van Stillerowi i Carmaux. — Macie pistolety?

— Tak, kapitanie — odpowiedział hamburczyk.

— Wiecie, gdzie jesteśmy?

— Jakieś dziesięć, dwanaście mil od Maracaibo.

— Zdołamy zakraść się tam dzisiejszej nocy?

— To niemożliwe, kapitanie. To nieprzebyty gąszcz i nie damy rady się przez niego przedrzeć przed świtem.

— Musimy więc zaczekać do jutrzejszego wieczora?

— Chyba że chcesz podjąć ryzyko i pojawić się w mieście za dnia. W przeciwnym razie musimy odczekać.

— Pojawienie się w mieście za dnia byłoby nieostrożnością — odparł Czarny Korsarz, jakby mówił do siebie. — Gdybym miał wsparcie swojego statku, który mógłby nas w każdej chwili zabrać na pokład, byłbym gotów podjąć takie ryzyko, ale „Błyskawica” żegluje teraz daleko, po wodach wielkiej Zatoki Wenezuelskiej.

Pogrążył się w zadumie na kilka chwil, po czym rzekł:

— Uda nam się jeszcze odnaleźć mojego brata?

— Jego ciało będzie wisiało na Plaza de Granada przez trzy dni — odparł Carmaux. — Tak, jak mówiłem.

— A więc mamy czas. Znacie kogoś w Maracaibo?

— Tak, Murzyna, który poratował nas łodzią w trakcie ucieczki. Zamieszkuje w odludnym szałasie na obrzeżach lasu.

— Nie zdradzi nas?

— Ręczymy za niego.

— Zatem w drogę!

Carmaux szedł przodem, Czarny Korsarz w środku, a Van Stiller zamykał pochód. Wdrapali się na skarpę, po czym zagłębili w samo serce mrocznej puszczy, zachowując ostrożność i nasłuchując. W dłoniach trzymali nabite pistolety, w każdej chwili spodziewając się zasadzki.

Dookoła rozpościerała się nieprzebrana gęstwina, wśród której panowały ciemności jak we wnętrzu wielkiej jaskini. Bujne korony drzew wieńczące pnie różnych kształtów i rozmiarów przysłaniały całkowicie nieboskłon.

Niezliczone liany to pięły się wysoko, mocno oplatając palmy, to zwisały długimi warkoczami prosto ku ziemi albo rozrastały się we wszystkich kierunkach, co na tyle utrudniało przemarsz, że śmiałkowie zmuszeni byli torować sobie drogę, karczując roślinność za pomocą swoich kordelasów. Z kolei plątanina potężnych korzeni wyrastających z ziemi wymuszała na nich szukanie jakiejś okrężnej drogi wolnej od takich przeszkód. Co jakiś czas w leśnej gęstwinie rozbłyskiwały niczym lampiony ławice małych światełek, które na zmianę wirowały wokół drzew, iskrzyły się w ich koronach i tańczyły tuż przy ziemi. Na chwilę nagle gasły, po czym rozjarzały się na nowo, tworząc przepiękne świetlne fale, rodem ze świata baśni.

Były to olbrzymie świetliki zamieszkujące lasy Ameryki Środkowej zwane vaga-lume19. Siła wytwarzanego przez nie światła pozwala odczytać z odległości kilku kroków nawet najdrobniejsze pismo. Zaledwie kilka sztuk tych owadów zamkniętych w słoiku wystarczy do oświetlenia całego pokoju. Nie brakowało też Lampyris occidental, robaczków świętojańskich, innego gatunku fosforyzujących owadów, które żyją w olbrzymich rojach w gujańskich lasach równikowych.

Trzej korsarze kontynuowali marsz w całkowitym milczeniu, wciąż zachowując należytą czujność — dobrze zdawali sobie bowiem sprawę, że oprócz ludzi muszą strzec się także mieszkańców lasu — krwiożerczych jaguarów, a nade wszystko węży, zwłaszcza żararak, których skóra przybiera odcień zeschłych liści, czyniąc je niemal niedostrzegalnym dla ludzkiego oka w świetle dnia.

Pokonali tak bez mała dwie mile, gdy idący na przedzie Carmaux, który najlepiej znał te okolice, zatrzymał się nagle i wycelował przed siebie pistolet.

— Jaguar czy człowiek? — bez cienia strachu spytał Czarny Korsarz.

— Mógł to być jaguar, ale równie dobrze mógłby to być szpieg — odparł Carmaux. — W tych dzikich krainach nigdy nie można być pewnym jutra.

— Którędy przeszedł?

— Dwadzieścia kroków ode mnie.

Pirat ukucnął, wstrzymał oddech i cały zamienił się w słuch. Usłyszał szelest liści, lecz tak niewyraźny, że tylko wyjątkowo czujne ucho byłoby w stanie go wyłowić.

— To może być zwierzę — rzekł, prostując się. — Nie jestem pewien! Ale my się niczego nie boimy. Szable w dłoń i za mną.

Obszedł pień wielkiego drzewa, które górowało nad pobliskimi palmami, po czym zatrzymał się w gąszczu gigantycznych liści, wytężając wzrok w ciemności. Szelest liści ustał, jego ucho tymczasem wyłapało brzęk metalu, a chwilę później jakby suchy trzask przypominający odgłos odciąganego kurka.

— Stójcie! Ktoś nas śledzi i czeka tylko na odpowiedni moment, aby nas powystrzelać.

— Czyżby zauważyli, że przybiliśmy do brzegu? — wymamrotał zaniepokojony Carmaux. — Hiszpanie wszędzie mają szpiegów.

Trzymając szablę w prawej dłoni, w lewej zaś pistolet, Czarny Korsarz zaczął bez najmniejszego szmeru przeszukiwać liściasty gąszcz. Nagle Carmaux i Van Stiller zobaczyli, jak rzuca się na postać ukrytą w zaroślach. Błyskawiczny atak udaremnił próbę ucieczki czającego się pośród roślinności człowieka, który uderzony z pełnym impetem rękojeścią szpady w twarz upadł na wznak.

Carmaux pośpiesznie podniósł broń, którą tamten wypuścił z ręki w chwili upadku, nie zdoławszy oddać nawet jednego strzału, podczas gdy Van Stiller trzymał go na muszce.

— Drgnij tylko, a już po tobie — powiedział Van Stiller.

— To jeden z naszych wrogów — zauważył Czarny Korsarz.

— Żołnierz przeklętego Van Goulda — dopowiedział Van Stiller. — Chętnie się dowiem, dlaczego czaił się właśnie tutaj.

Hiszpan, który solidnie oberwał w głowę, powoli dochodził do siebie i próbował się podnieść.

Carrai! — wymamrotał drżącym głosem. — Chyba wpadłem w ręce samego diabła?

— Zgadłeś — powiedział Czarny Korsarz. — Niech będzie i samego diabła, skoro tak nas, piratów, lubicie nazywać.

Hiszpan zadrżał, co nie umknęło uwadze Carmaux.

— Nie trzęś tak portkami, przynajmniej na razie — rzekł i zaśmiał się w głos. — Oszczędzaj siły na później, gdy będziesz już dyndał i wywijał w powietrzu fandango20 z zaciśniętym na szyi powrozem.

Następnie zwrócił się do Czarnego Korsarza, który w milczeniu obserwował jeńca, i rzekł:

— Posłać mu kulkę, kapitanie?

— Nie — odparł tenże.

— A może wolisz go powiesić na jednej z gałęzi tego tam olbrzymiego drzewa.

— Bynajmniej.

— A co jeśli to jeden z tych, co wieszali naszych kamratów i Czerwonego Korsarza, kapitanie?

Na te słowa oczy Czarnego Korsarza rozbłysły złowrogim blaskiem, który jednak szybko zgasł.

— Nie chcę jego śmierci — rzekł oschle. — Żywy przyda nam się bardziej niż jako wisielec.

— Zatem zwiążmy go porządnie — odpowiedzieli jednogłośnie dwaj piraci.

Oderwali kawałek czerwonej tkaniny, którą byli przepasani, po czym skrępowali nim nadgarstki więźnia, ten z kolei ani myślał stawiać opór.

— Przyjrzyjmy się, coś ty za gagatek — powiedział Carmaux.

Zapalił kawałek odciętego od armaty lontu, który przechowywał w kieszeni, i zbliżył go do twarzy Hiszpana. Nieszczęśnik, który wpadł w ręce straszliwych piratów z Tortugi, miał na oko trzydzieści lat, kanciastą twarz pokrytą rudawą brodą i szare, rozbiegane z przerażenia oczy, był chudy i tyczkowaty niczym jego krajan Don Kiszot.

Miał na sobie żółty, skórzany kaftan wyszywany arabeskami, szerokie i krótkie spodnie w czarno-czerwone paski i wysokie buty z czarnej skóry. Na głowie nosił stalowy hełm przystrojony mocno już przerzedzonymi piórami nie pierwszej świeżości, a za pasem, w znacznie już zardzewiałej pochwie, tkwiła szabla.

— Na rogi Belzebuba! — wykrzyknął Carmaux, śmiejąc się. — Z tego, co widzę, gubernator Maracaibo nie żywi swoich wojaków kapłonami21, bo ten tu jest chudszy niż wędzony śledź. Myślę, panie kapitanie, że warto go powiesić.

— Nie kazałem go wieszać — odparł Czarny Korsarz, a następnie trącił więźnia końcem szabli i rzekł:

— Teraz nam się wyspowiadasz!

— I tak już po mnie, więc nic ci nie powiem — odparł Hiszpan. — Nikt przecież nie wychodzi żywy z twoich rąk. Nawet jeśli powiem ci to, co chcesz usłyszeć, wcale nie mogę być pewny, że dożyję jutra.

— Zuch z niego — rzekł Van Stiller.

— A swoją odpowiedzią zasłużył sobie na łaskę — dodał Czarny Korsarz. — No już, będziesz gadał?

— Nie — powiedział jeniec.

— Obiecuję, że ocalisz życie.

— A kim ty jesteś, żeby ci wierzyć?

— Przecież wiesz, kim jestem.

— Piratem.

— Owszem, ale piratem, co się zwie Czarny Korsarz.

— Najświętsza Panienko z Gwadelupy! — krzyknął Hiszpan i zrobił się blady jak ściana. — Czarny Korsarz tutaj?! Przybyłeś wyrżnąć nas wszystkich w pień i pomścić śmierć brata, Czerwonego Korsarza?

— Zgadza się, a jeśli nie wyśpiewasz mi wszystkiego — powiedział Czarny Korsarz ponurym głosem — pozabijam was wszystkich, a z Maracaibo zostaną zgliszcza!

— Święci pańscy! Co ty tu robisz? — powtórzył jeniec, który nie otrząsnął się jeszcze z szoku.

— Gadaj, bo wypruję z ciebie flaki.

— I tak już jestem trupem.

— Czarny Korsarz to człowiek honoru, weź to pod uwagę. On nigdy nie złamał raz danego słowa — odparł kapitan uroczyście.

— Niech ci będzie, zaufam ci.

Rozdział III. Jeniec

Na dany przez kapitana znak Van Stiller i Carmaux podnieśli jeńca i posadzili u stóp drzewa. Nie rozwiązali mu jednak rąk, choć byli pewni, że nie będzie próbował ucieczki.

Czarny Korsarz usiadł naprzeciw niego, na olbrzymim korzeniu, który wił się niczym monstrualny wąż, a dwaj piraci stanęli na straży przed zaroślami, obawiali się bowiem, że jeniec nie jest sam.

— Powiedz mi — rzekł Czarny Korsarz po kilku minutach milczenia — czy ciało mojego brata wciąż jest wystawione na widok publiczny?

— Tak — odpowiedział jeniec. — Gubernator rozkazał nie ściągać go przez trzy dni i trzy noce, potem rzuci zwłoki do lasu na pożarcie dzikim bestiom.

— Myślisz, że da się wykraść ciało?

— Być może, bo Plaza de Granada jest strzeżona tylko przez jednego wartownika. Piętnastu wisielcom trudno by przecież było uciec.

— Piętnastu?! — powiedział Czarny Korsarz złowrogim tonem. — Ten łotr Van Gould nie oszczędził nawet jednego?

— Nikogo.

— I nie straszna mu zemsta piratów z Tortugi?

— Maracaibo ma mury umocnione i obsadzone armatami.

Pogardliwy uśmiech zagościł na ustach dumnego Czarnego Korsarza.

— Co nam mogą zrobić armaty? Nasze kordelasy znaczą wiele więcej. Mieliście okazję się o tym przekonać podczas szturmu na San Francisco de Campeche22, na St. Augustine23 na Florydzie i w innych miejscach.

— To prawda, ale Van Gould czuje się bezpiecznie w Maracaibo.

— Ach tak?! W takim razie zobaczymy, jak się poczuje, gdy rozmówię się z Franciszkiem l’Olonnais.

— Franciszek l’Olonnais! — wykrzyknął Hiszpan, którego przeszedł dreszcz przerażenia.

Czarnego Korsarza najwyraźniej nie obeszło przerażenie jeńca, bo kontynuował swoje przesłuchanie, choć nieco innym już tonem:

— Co tu robiłeś?

— Pełniłem wartę na plaży.

— Sam?

— Tak.

— Podejrzewaliście, że napadniemy na miasto?

— Obawialiśmy się ataku, wartownicy zauważyli podejrzany statek.

— Czy gubernator rozkazał wzmocnić obronę fortu?

— Nie tylko, wysłał też kilku zaufanych ludzi do Gibraltaru, by ostrzec admirała.

Tym razem to Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz, tyle że był to dreszcz niepokoju, bo bać to się raczej nie miał w zwyczaju.

— Ach tak! — wykrzyknął, a jego blada twarz zrobiła się czerwona ze złości. — A więc mój statek może być w niebezpieczeństwie? — zamyślił się, po czym wzruszył ramionami i dodał:

— To nic! Kiedy okręty admirała dotrą do Maracaibo, będę już na pokładzie „Błyskawicy”.

Zerwał się gwałtownie, zagwizdał na dwóch piratów stojących na czatach przed zaroślami i rzucił krótko:

— Wracamy.

— A co robimy z jeńcem? — zapytał Carmaux.

— Zabierzemy go ze sobą. Odpowiadacie za niego głową.

— Niech mnie kule biją! — wykrzyknął Van Stiller. — Przywiążę go sobie sznurem do pasa, wtedy odejdzie mu ochota na ucieczkę.

Ruszyli w drogę gęsiego. Prowadził Carmaux, Van Stiller zaś zamykał pochód i pędził przed sobą jeńca, nie chcąc ani na chwilę stracić go z oczu.

Wstawał świt. Różowe promienie jutrzenki rozpraszały ciemności i rozlewały się po niebie, przenikając przez baldachim gigantycznych drzew. Liczne w południowej Ameryce, a zwłaszcza w Wenezueli małpy budziły się do życia, wypełniając gęstwinę dzikimi krzykami.

Na czubkach smukłych i eleganckich palm zwanych assai, w bujnych koronach ogromnych drzew kapokowych, w gąszczu sipos, olbrzymich lian oplatających pnie drzew i czepiających się powietrznych korzeni storczyków, pośród zachwycających bromelii, obficie obsypanych szkarłatnymi kwiatami, figlarnie niczym chochliki pląsały małpy wszelkiej maści.

Nieopodal baraszkowało stadko uroczych małpek mico, które pomimo swoich lilipucich rozmiarów — mieściły się w pirackiej kamizelce! — pod względem bystrości i zwinności nie miały sobie równych w świecie człekokształtnych. Kawałek dalej z kolei harcowały gromady sahuì, nieco większych od wiewiórek, o rudej sierści i grzywie jak u lwiątek, a także czeredy mono, najchudszych wśród wszystkich małp, wyposażonych w tak długie, patykowate kończyny, że z daleka łatwo je pomylić z olbrzymimi pająkami. Nie brakowało też stadka prego, które z dzikim upodobaniem niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze, stając się prawdziwym utrapieniem plantatorów.

Wszędzie było widać nieprzeliczone chmary ptactwa, a najprzeróżniejsze ptasie okrzyki zlewały się z wrzaskami małp. Wśród rozłożystych liści drzew pomponasse, z których wytwarza się piękne i lekkie panamskie kapelusze, w zagajnikach laransia o kwiatach wydzielających odurzające zapachy, na wspaniałych palmach quaresme o purpurowych kwiatach trajkotały na cały głos malutkie mahiaco, gatunek papug o ciemnoniebieskiej główce; skrzeczały też ary, dorodne ptaki o czerwonym upierzeniu, które od świtu do zmierzchu z uporem godnym lepszej sprawy wrzeszczą bez ustanku „arà arà”, oraz choradeira, ptaki-płaczki, wyśpiewujące smętnie swą wieczną skargę.

Piraci i ich hiszpański jeniec, nawykli do marszu przez gęstą dżunglę porastającą kontynent i wyspy Zatoki Meksykańskiej, nie zatrzymywali się, by podziwiać rośliny, małpy czy ptaki. Maszerowali najszybciej, jak się dało, wyszukując w gąszczu przetarte przez drapieżniki lub tubylców przejścia, albowiem pragnęli czym prędzej wydostać się na otwartą przestrzeń i ujrzeć wody jeziora Maracaibo.

Czarny Korsarz popadł zgodnie ze swoim zwyczajem w posępną zadumę, która towarzyszyła mu wszędzie bez względu na to, czy przebywał akurat na pokładzie statku, czy też korzystał z uroków Tortugi.

Owinięty w swoją długą, czarną pelerynę, z kapeluszem nasuniętym na oczy, kroczył za Carmaux z głową zwieszoną na piersi. Z dłonią wspartą na szpadzie, nie spoglądając ani na towarzyszy, ani na jeńca, maszerował niczym samotny wędrowiec przedzierający się przez dżunglę.

Piraci, którzy dobrze znali jego zwyczaje, o nic nie wypytywali i pozwolili mu rozmyślać w samotności. Od czasu do czasu szeptem zamieniali ze sobą kilka słów, chcąc uzgodnić kierunek marszruty, po czym przyśpieszali kroku, zagłębiając się coraz to bardziej w splątaną sieć niekończących się sipos, drzew palmowych, jacarandò i massaranduba, które chroniły ich przed hordami uroczych ptaszków trochilidi o lśniąco błękitnych piórach i czerwono-ognistym dziobie, znanych też pod nazwą „ptaki-muchy”. Byli już w drodze od dobrych dwóch godzin, w dodatku coraz bardziej przyśpieszali kroku. W pewnym momencie Carmaux zaczął uważnie przyglądać się podłożu i otaczającym go drzewom, po czym przystanął, wskazując Van Stillerowi zagajnik cajueiro, drzew o skórzastych liściach, które przy wietrznej pogodzie wydają dziwaczne dźwięki.

— To tutaj, Van Stillerze? — spytał. — Chyba mnie pamięć nie myli.

Chwilę później pośród zarośli dało się słyszeć przyjemne dla ucha, łagodne dźwięki, które brzmiały, jakby ktoś je wygrywał na flecie.

— Cóż to takiego? — odezwał się Czarny Korsarz, podnosząc nagle głowę i zrzucając z siebie pelerynę.

— Flet Moko — odparł uśmiechnięty Carmaux.

— Kim jest Moko?

— To Murzyn, który pomógł nam w ucieczce. Jego szałas stoi w tym zagajniku.

— Dlaczego gra?

— Zapewne zajęty jest hipnotyzowaniem swoich węży.

— Czyżby był zaklinaczem tych gadów?

— Zgadłeś, kapitanie.

— Ale ten flet może nas zdradzić.

— Zabiorę mu go, a węże wyślemy na wycieczkę po dżungli.

Czarny Korsarz gestem dłoni nakazał im iść dalej, ale dobył szabli na wypadek przykrej niespodzianki. Carmaux zdążył już zniknąć w zaroślach. Szedł ostrożnie ledwie widoczną w gąszczu ścieżynką, aż nagle zatrzymał się, wydając z siebie okrzyk, w którym zdziwienie mieszało się z obrzydzeniem.

Przed splecionym z gałęzi szałasem, zadaszonym szerokimi liśćmi palmowymi, na wpół ukrytym pod cujerą, olbrzymią rośliną ocieniającą częstokroć tubylcze chaty i obfitującą w podobne do dyni owoce siedział czarnoskóry mężczyzna budową ciała przypominający Herkulesa24: szeroki w barkach, o bardzo umięśnionych ramionach i nogach, które z pewnością skrywały wielką siłę.

Miał mięsiste wargi, płaski nos i wystające kości policzkowe. W jego twarzy było coś dziecięcego, biła z niej bliżej nieokreślona naiwna dobroć.

Mężczyzna siedział na pniu drzewa i grał na flecie z cienkiej trzciny bambusowej, wydobywając z niego łagodne, przeciągłe dźwięki, które wywoływały w słuchającym przedziwną niemoc.

Przed nim wił się posłusznie z tuzin najbardziej niebezpiecznych węży środkowej Ameryki: popielato-brązowe żararaki, o małej trójkątnej głowie i smukłym ciele, tak jadowite, że nie bez powodu Indianie ochrzcili je przydomkiem „przeklętych”; ich jeszcze bardziej jadowite kuzynki żararaki urutu, zwane także wężami krzyżowymi ze względu na plamę na głowie w kształcie krzyża, posiadające jad paraliżujący nerwy wokół miejsca ukąszenia; tak zwane kaskawele, znane także jako grzechotniki straszliwe, oraz zupełnie czarne węże naja, których jad powoduje błyskawiczną śmierć.

— Moko — krzyknął Carmaux, przerywając czarodziejski rytuał.

Melodia urwała się. Murzyn wbił w pirata swoje porcelanowe oczy i z niedowierzaniem rzekł:

— To wy? Co tu jeszcze robicie?! Myślałem, ze już dawno dotarliście do Zatoki, daleko od Hiszpanów.

— Tak, to my, ale... niech mnie piorun trzaśnie, jeśli sądzisz, że podejdę do ciebie bliżej, skoro dookoła roi się od tych paskudnych gadzin.

— Moje węże nie zrobią krzywdy przyjaciołom — roześmiał się Murzyn. — Zaczekaj chwilę, biały przyjacielu, tylko je uśpię.

Przyniósł wypleciony z liści koszyk, włożył zwierzęta do środka, bacząc, by się nie rozpełzły, zamknął go dokładnie, na wszelki wypadek przyciskając wieko dużym kamieniem, po czym rzekł:

— Teraz bez obaw możesz podejść bliżej, biały bracie. Jesteś sam?

— Nie, przyprowadziłem ze sobą kapitana mojego statku, brata Czerwonego Korsarza.

— Czarnego Korsarza? On tutaj? No to Maracaibo ma się czego obawiać!

— Posłuchaj mnie, czarny bracie, chcemy cię prosić o kolejną przysługę: pozwól nam skorzystać z twojego szałasu. Możesz liczyć na naszą wdzięczność.

W tej chwili nadszedł Czarny Korsarz wraz z Van Stillerem prowadzącym jeńca. Pozdrowił Murzyna skinieniem dłoni, po czym wziął na stronę Carmaux i zapytał:

— To ten człowiek pomógł ci w ucieczce?

— Tak, panie kapitanie.

— Nienawidzi Hiszpanów?

— Tak samo jak my.

— Zna Maracaibo?

— Nie gorzej niż my Tortugę.

Czarny Korsarz odwrócił się w kierunku Murzyna i podziwiając w milczeniu jego imponującą muskulaturę, rzekł jakby do siebie:

— Tak, takich ludzi właśnie mi trzeba.

Następnie wszedł do szałasu i rozejrzał się po jego wnętrzu. Zauważył stojące w kącie splecione z gałęzi krzesło, usiadł na nim i na powrót pogrążył się w zadumie.

Tymczasem Murzyn pośpieszył przygotować posiłek, na który złożyły się różne smakołyki: placuszki z manioku, rodzaju mąki otrzymywanej z zawierających trujące substancje bulw, które po starciu i odciśnięciu soków tracą swoje szkodliwe właściwości; owoce gravioli, kształtem przypominające szyszki, skrywające pod kolczastą skórką biały, smakowity miąższ o kremowej konsystencji; tuziny pachnących bananów zwanych „złotymi”, mniejszych od tych tradycyjnych, ale smaczniejszych i pożywniejszych.

Jakby jeszcze tego było mało, Moko uraczył gości tak zwanym pulque, sfermentowanym napojem powszechnie pozyskiwanym z agawy, serwując go w wydrążonej dyni.

Trzej piraci, którzy podczas nocnej wędrówki niczego nawet nie przegryźli, najedli się teraz do syta, nie zapominając przy tym o nakarmieniu więźnia. Po jedzeniu wyciągnęli się wygodnie na świeżo naciętych liściach, które Moko specjalnie dla nich zniósł do szałasu, po czym zasnęli snem tak spokojnym, jakby znajdowali się w najbezpieczniejszej na świecie kryjówce.

Sam Moko tymczasem mocno związał powierzonego jego pieczy jeńca i zaczął pełnić wartę.

Przez cały dzień żaden z piratów się nie poruszył, lecz gdy tylko zapadły ciemności, Czarny Korsarz ocknął się raptownie.

Był bledszy niż zwykle, a jego czarne oczy płonęły ponurym blaskiem.

Nerwowym krokiem kilkukrotnie okrążył szałas, po czym zatrzymał się przed więźniem, mówiąc:

— Dałem ci słowo, że cię nie zabiję, choć mógłbym powiesić cię na pierwszej lepszej gałęzi. Musisz mi odpowiedzieć na pytanie: Czy dam radę zakraść się niepostrzeżenie do pałacu gubernatora?

— Chcesz go zamordować, by pomścić śmierć Czerwonego Korsarza?

— Zamordować?! — zawołał gniewnie pirat. — Ja się pojedynkuję, a nie morduję zdradziecko! Jestem człowiekiem honoru. Pojedynek pomiędzy mną a nim, tak, ale nie morderstwo.

— Gubernator jest stary, a ty, panie, młody. Poza tym nie zdołasz przedostać się do jego sypialni niezauważony. Nad jego bezpieczeństwem czuwają liczne straże.

— Wiem, że jest odważny.

— Jak lew.

— Wciąż jest pełen krzepy. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.

Odwrócił się w stronę dwóch piratów, którzy także już wstali, i polecił Van Stillerowi:

— Zostaniesz tu i będziesz miał oko na jeńca.

— Do tego wystarczy Murzyn, kapitanie.

— Nie, Murzyn jest silny jak Herkules, więc pomoże mi przenieść zwłoki mojego brata. — Chodź, Carmaux, wkrótce wypijemy butelkę hiszpańskiego wina w Maracaibo.

— Do stu zdechłych wielorybów! O tej porze, kapitanie? — zawołał zdziwiony Carmaux.

— A co, strach cię obleciał?

— Gdzieżby znowu, za tobą poszedłbym choćby do piekła zagrać na nosie samemu Belzebubowi, ale boję się, że nas złapią.

Drwiący uśmiech wykrzywił wąskie wargi Czarnego Korsarza.

— To się jeszcze okaże — odparł. — Chodź!

Rozdział IV. Pojedynek w Maracaibo

W owych czasach Maracaibo było jednym z najważniejszych miast w Zatoce Meksykańskiej znajdujących się w posiadaniu hiszpańskich kolonizatorów, choć liczba jego mieszkańców nie przekraczała dziesięciu tysięcy.

Położone malowniczo na południowym krańcu Zatoki Wenezuelskiej, naprzeciw przesmyku otwierającego się na wody szerokiego jeziora o tej samej nazwie, które wcina się daleko w głąb lądu, Maracaibo od samego początku stało się ważnym ośrodkiem handlu, do którego sprowadzano wszystkie produkty z pozostałych wenezuelskich miast.

Hiszpanie wybudowali w nim solidny fort, wyposażony w liczne armaty, a na dwóch wysepkach, które strzegły miasta od strony Zatoki, postawili potężne garnizony, które miały chronić miasto w razie łupieżczych napadów.

Podróżnicy, którzy jako pierwsi postawili tu stopę, wznieśli w okolicy piękne domy, a nie brakowało też pałaców zaprojektowanych przez architektów przybyłych z dalekiej Hiszpanii, poszukujących szczęścia w Nowym Świecie. W Maracaibo wyjątkowo liczne były gospody, gdzie zwykle gromadzili się majętni właściciele kopalń i gdzie o każdej porze roku tańczono fandango i bolero25.

Kiedy Czarny Korsarz, Carmaux i Moko wkroczyli do miasta, nie napotykając na swej drodze żadnych przeszkód, na ulicach wciąż było gwarno, a w tawernach zaopatrzonych w zamorskie trunki roiło się od klientów, Hiszpanie bowiem nawet we własnych koloniach nigdy nie odmawiali sobie kieliszka malagi26 czy rodzimego sherry27.

Czarny Korsarz zwolnił kroku. Z nasuniętym na oczy kapeluszem, szczelnie owinięty peleryną, choć wieczór był ciepły, z lewą ręką dumnie wspartą na rękojeści wiernej szpady, czujnie obserwował domy i ulice, starając się zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół otoczenia.

Gdy dotarli na główny plac miasta, Plaza de Grenada, Czarny Korsarz zatrzymał się nagle na rogu jednego z budynków i oparł się ciężko o mur.

Jego oczom ukazał się widok tak makabryczny, że przyprawiłby o ciarki nawet najbardziej bezdusznego człowieka na ziemi.

Naprzeciw pałacu, na którym powiewała hiszpańska flaga, na piętnastu ustawionych w półkolu szubienicach wisiało piętnastu nieboszczyków.

Ich stopy były bose, ubrania w strzępach, z wyjątkiem jednego wisielca, który odziany był w szaty czerwone jak ogień, a na nogach miał wysokie, pirackie buty.

Nad wisielcami krążyły całe stada zopilotes i urubu, niewielkich, czarno upierzonych sępów, powszechnie znanych w Ameryce Środkowej jako czyściciele miast. Najwyraźniej chciały jak najszybciej rozpocząć swą upiorną ucztę, nie czekając, aż ciała nieszczęśników zaczną się rozkładać.

Carmaux zbliżył się do Czarnego Korsarza i powiedział wzruszony:

— To nasi kamraci.

— Tak — potwierdził stłumionym głosem Czarny Korsarz. — Chcą zemsty, więc będą ją mieli!

Wyprostował się nadludzką siłą woli, po czym zwiesił głowę na piersi, jak gdyby chciał ukryć pełne wzruszenia oblicze, i oddalił się szybkim krokiem w stronę tak zwanej posady, niewielkiego hoteliku, w którym przesiadywali, opróżniając całe beczki wina, lubujący się w nocnym życiu mieszkańcy miasta.

Czarny Korsarz wypatrzył wolny stolik, po czym usiadł, a raczej bezwładnie opadł na wysoki fotel i zwiesił głowę. Carmaux zaś zawołał:

— Hej, karczmarzu, ty szelmo, podaj nam karafkę twego najzacniejszego jerez! Tylko, żeby mi było prawdziwe hiszpańskie, bo inaczej marny twój los! Morskie powietrze tak mnie wysuszyło, że z chęcią opróżniłbym całą twoją piwniczkę!

Na wypowiedziane przezeń w nienagannym baskijskim słowa karczmarz zagęścił ruchy i niezwłocznie pośpieszył do stolika z butelką osławionego trunku.

Carmaux napełnił trzy szklanice, lecz Czarny Korsarz był tak bardzo pogrążony w rozmyślaniach, że nawet nie tknął swojej.

— Do stu zdechłych wielorybów! — wymamrotał Carmaux, trącając łokciem Murzyna. — Kapitan jest wzburzony jak nigdy, nie chciałbym teraz znaleźć się w skórze Hiszpanów. Muszę przyznać, że to niebywała zuchwałość z naszej strony zapuścić się aż tutaj. No ale on niczego się nie boi.

Rozejrzał się po karczmie z zaciekawieniem, ale i z pewną bliżej nieokreśloną obawą. Zauważył kilku uzbrojonych w długie navajas28 osobników, którzy podejrzliwie mu się przyglądali.

— Coś mi się zdaje, że nam się przysłuchują — szepnął do Moko. — Co to za jedni?

— Baskowie w służbie gubernatora.

— Rodacy walczący pod obcą flagą. Ha! Jeśli myślą, że ich navajas robią na mnie wrażenie, to grubo się mylą.

Tymczasem mężczyźni zagasili cygara, zwilżyli gardła kilkoma kielichami malagi i zaczęli rozmawiać między sobą tak głośno, że Carmaux nie miał najmniejszych problemów, by wyłapać, co mówią.

— Widzieliście wisielców? — zapytał jeden z nich.

— Dziś wieczorem znowu im się przyjrzałem — odrzekł inny. — Ci łajdacy wciąż dają niezłe przedstawienie. Na widok jednego z nich, tego z wywalonym na wierzch jęzorem, można pęknąć ze śmiechu.

— A Czerwony Korsarz? — rzucił trzeci. — Wetknęli mu do ust cygaro, żeby jeszcze śmieszniej wyglądał. — Chętnie bym mu jeszcze podał parasol, coby się jutro osłonił przed słońcem. Zobaczymy, czy...

Huk uderzającej o stół pięści przerwał zdanie w połowie. Aż podskoczyły wszystkie kielichy. Carmaux nie mógł już dłużej znieść tych bezczelnych zniewag. Odskoczył od stolika tak błyskawicznie, że Czarny Korsarz nawet się nie zorientował.

— Niech mnie piorun trzaśnie! — zagrzmiał. — Wielka mi odwaga obśmiewać nieboszczyków! Spróbujcie pośmiać się z żywych, moi drodzy caballeros29!

Pięciu kompanów, zaskoczonych nagłym wybuchem gniewu nieznajomego, podniosło się jak na komendę, ściskając w dłoniach swoje navajas. Jeden z nich, bez wątpienia najodważniejszy, zapytał z groźnym wyrazem twarzy:

— Kim jesteś, caballero?

— Porządnym Baskiem, który szanuje zmarłych, lecz który umie także rozpruć flaki żywym.

Słysząc tę zaczepkę, mężczyźni wybuchli śmiechem, co jeszcze bardziej rozjuszyło pirata.

— Ach, więc to tak?! — rzucił blady z gniewu.

Carmaux spojrzał w stronę Czarnego Korsarza, który ani drgnął, zupełnie jakby całe zajście go nie dotyczyło. Następnie wyciągnął rękę w stronę tego, który zadał mu pytanie, i z całej siły go pchnął, wykrzykując mu w twarz:

— Myślisz, że prawdziwy wilk morski nie poradzi sobie z takim lądowym szczurem jak ty?!

Pchnięty Bask zatoczył się na stół. W mgnieniu oka jednak się podniósł, błyskawicznie wyciągnął zza pasa nóż i otworzył go z głośnym trzaskiem. Już miał rzucić się na Carmaux i przeszyć go ostrzem na wylot, kiedy Moko, który dotychczas przyglądał się całemu zajściu, na dany przez Czarnego Korsarza znak wskoczył pomiędzy dwóch raptusów, wywijając groźnie ciężkim, drewnianym krzesłem z żelaznymi okuciami.

— Stój albo cię zatłukę! — krzyknął do uzbrojonego Baska.

Pięciu wojowniczych najemników zrobiło krok do tyłu w obawie, że zamaszyście wywijający w powietrzu ciężkim krzesłem olbrzym o skórze czarnej jak węgiel roztrzaska im zaraz głowy. Szamotanina zaalarmowała kilkunastu siedzących w sąsiedniej sali biboszów30, którym przewodził drągal o fizjonomii zbira z przepasaną u boku szablą, w zawadiacko przechylonym na jedno ucho kapeluszu, ubrany w napierśnik z kordobańskiej skóry.

— Co tu się dzieje? — zapytał oschle i teatralnym gestem wyciągnął szablę z pochwy.

— Dzieją się tu rzeczy, mój drogi caballero... — odparł Carmaux, komicznie się kłaniając — które nie powinny cię obchodzić.

— Na wszystkich świętych! — warknął drągal, przyjmując groźny wyraz twarzy. — Widzę, że nie poznaliście jeszcze don Gamary y Mirandy, hrabiego Badajoz, szlachcica z Camarguy, i wicehrabiego...

— Wicehrabiego od siedmiu boleści — odparł Czarny Korsarz, zrywając się na równe nogi i mierząc wzrokiem dryblasa.

Władca Gamary i innych posiadłości najpierw spurpurowiał jak piwonia, a potem zbladł, po czym rzucił ochrypłym głosem:

— Do stu diabłów! Zaraz poślę cię na tamten świat i będziesz mógł się przywitać z tym ścierwem, które dynda sobie teraz wraz ze swoją piracką hałastrą na Plaza de Granada.

Na te słowa Carmaux już miał się rzucić na bezczelnego pyszałka, lecz powstrzymał go Czarny Korsarz, który ściągnął kapelusz, zrzucił pelerynę i szybkim ruchem dobył szpady, mówiąc drżącym głosem:

— Sam jesteś ścierwo, a twej padliny diabeł nie przyjmie nawet do piekła.

Gestem ręki dał znak, żeby wszyscy się rozstąpili. Jego ruchy zdradzały niebywałą pewność siebie i mogłyby zbić z pantałyku nawet najzuchwalszego adwersarza. Niewątpliwie świadczyły o wybornej znajomości fechtunku. Ustawił się na wprost szlachcica, po czym przyjął postawę do walki.

— Walcz, wicehrabio od siedmiu boleści! — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Za chwilę będzie tu o jednego trupa więcej.

Przeciwnik ustawił się w pozycji wyjściowej, lecz po chwili wyprostował się i rzekł:

— Zaraz, zaraz, caballero. Gdy staję z kimś w szranki, mam prawo poznać imię mojego przeciwnika.

— Pochodzę z lepszej niż ty rodziny. To ci wystarczy?

— Nie, panie, chcę poznać twoje imię.

— Moje imię? Niech tak będzie, ale tym gorzej dla ciebie, bo już nikomu go nie wyjawisz — odparł, po czym zbliżył się do niego i wyszeptał mu kilka słów do ucha. Dryblas wydał okrzyk zaskoczenia, w którym zabrzmiała nuta strachu. Cofnął się o dwa kroki, zupełnie jakby chciał schronić się w stojącej za jego plecami gromadce pobratymców i wyjawić jej dopiero co poznany sekret, lecz Czarny Korsarz jak błyskawica przystąpił do ataku, zmuszając go do natychmiastowej obrony.

Zgromadzeni wokół bibosze utworzyli wokół walczących szeroki krąg. Moko i Carmaux stali w pierwszym szeregu, obaj ze spokojem przyglądali się pojedynkowi, zwłaszcza ten ostatni dobrze znał umiejętności kapitana.

Pyszałkowaty szlachcic już po pierwszych ciosach zrozumiał, że ma przed sobą groźnego przeciwnika, który wykorzysta każdy najdrobniejszy moment nieuwagi i niepewności, żeby tylko wysłać go na tamten świat, w związku z czym bronił się, jak tylko umiał, uciekał się do wszystkich możliwych i znanych mu trików i forteli.

Nie był to jednak pierwszy lepszy szermierz, którego można tak po prostu lekceważyć. Był wysoki, barczysty i umięśniony. Ręka mu nie drżała, a ramię miał sprawne i silne. Widać było, że łatwo się nie podda.

Jednak zwinny i szczupły Czarny Korsarz nie dawał mu chwili wytchnienia. Był stale gotowy wyprowadzić cios, uderzał bez ustanku, nie chcąc, by nawet chwila zwłoki przesądziła na korzyść nieprzyjaciela.

Szpada Czarnego Korsarza zagrażała awanturnikowi z każdej strony i zmuszała go do ciągłego odparowywania ciosów. Uderzenia klingi o klingę krzesały iskry, lśniąca szpada to zadawała energiczne pchnięcie, to uderzała z całym impetem w ostrze rywala, który wydawał się coraz bardziej zdezorientowany.

Po kilku minutach pojedynku, mimo siły na miarę Herkulesa, don Gamara y Miranda zaczął dyszeć i ustawać w walce. Odparowywanie wszystkich ciosów Czarnego Korsarza sprawiało mu widoczną trudność. Spokój odczuwany na początku walki powoli go opuszczał. Czuł, że gra idzie o jego skórę i niewiele brakuje, by zasilił w zaświatach towarzystwo wisielców z Plaza de Granada.

Czarny Korsarz zaś wydawał się tak rześki, jakby dopiero co wyciągnął szpadę z pochwy. Poruszał się ze zwinnością jaguara, napierając coraz to bardziej na przeciwnika.

Jedynie jego oczy, rozświetlone ponurym blaskiem, zdradzały wewnętrzne wzburzenie. Ani na chwilę nie odwracał wzroku od wroga, jakby chciał go zahipnotyzować i wytrącić z równowagi. Gapie przerwali okrąg i usunęli się, by ustąpić miejsca szlachcicowi, który cofał się nieustannie, zbliżając się do przeciwległej ściany. Carmaux przyglądał się pojedynkowi z uśmiechem, nie miał bowiem wątpliwości co do jego rozstrzygnięcia.

W pewnym momencie dryblas uderzył plecami o mur. Zbladł jak płótno, a wielkie krople potu zrosiły mu czoło.

— Dość już — wycharczał zmęczonym głosem.

— Nie — odrzekł Czarny Korsarz złowrogo. — Moja tajemnica musi umrzeć razem z tobą.

Ogarnięty strachem przeciwnik skulił się w sobie, po czym rzucił się naprzód, wyprowadzając kilka ciosów jeden po drugim.

Nieruchomy niczym skała Czarny Korsarz odparował wszystkie z jednakową szybkością.

— Teraz przybiję cię do ściany — zagroził.

Sparaliżowany strachem dryblas, przeczuwając swój rychły koniec, wrzasnął jak opętany:

— Pomocy! To jest Cza...

Lecz szpada Czarnego Korsarza przeszyła mu pierś, przygwożdżając go do ściany i gasząc ostatnie słowa na jego ustach.

Krew trysnęła mu z ust i rozlała się na skórzany napierśnik, który nie zatrzymał śmiertelnego pchnięcia. Wybałuszył nieludzko oczy, rzucając przeciwnikowi ostatnie, pełne przerażenia spojrzenie, po czym osunął się ciężko na ziemię, łamiąc ostrze, które przybiło go do ściany.

— No i zszedł — drwiąco skwitował Carmaux, po czym pochylił się nad trupem, wyrwał mu szpadę z dłoni i wręczył kapitanowi, który ponuro przyglądał się pokonanemu.

— Skoro swoją połamałeś, to weź tę w zamian. Na Bachusa! To ostrze wykute w Toledo, najprawdziwsze z prawdziwych, jestem tego pewien, mój panie.

Czarny Korsarz bez słowa chwycił szpadę, podniósł kapelusz, rzucił na stół złotego dublona31 i wyszedł z karczmy wraz z Carmaux i Moko, zanim gapie mieliby odwagę go zatrzymać.

Rozdział V. Ciało na szubienicy

Zanim Czarny Korsarz z dwoma towarzyszami powrócił na Plaza de Granada, zapadły już takie ciemności, że nie można było dostrzec człowieka z odległości dwudziestu kroków.

Spowijającą plac głęboką ciszę przerywało tylko od czasu do czasu złowieszcze krakanie urubu pilnujących piętnastu wiszących ciał. Nie było słychać nawet kroków strażnika pełniącego wartę przed gubernatorskim pałacem, wzdłuż którego fasady stały szubienice.

Czarny Korsarz, Carmaux i Moko szli ostrożnie i powoli, trzymając się blisko murów i kryjąc się za pniami palm. Mając oczy i uszy szeroko otwarte, niespokojnie ściskając w rękach — kapitan szpadę, a pozostali dwaj szable, usiłowali niepostrzeżenie przedostać się do powieszonych kamratów.

Gdy zalegającą w mieście ciszę raz na jakiś czas przerywał złowrogi podejrzany hałas, wówczas przystawali na chwilę w cieniu drzew lub pod ciemnymi sklepieniami wieńczącymi bramy budynków i czekali niespokojnie, aż zagrożenie minie.

Zaledwie kilka kroków dzieliło ich od szubienicy, na której wisiał owiewany nocną bryzą, prawie nagi Czerwony Korsarz, gdy wtem kapitan wskazał kompanom postać poruszającą się w pobliżu pałacu gubernatora.

— Niech mnie niech mnie żarłacz ludojad połknie! — wymamrotał Carmaux. — Przeklęty strażnik! Ten człowiek gotów zepsuć nam cały plan.

— Moko jest silny — odparł Murzyn. — Moko pójdzie i porwie strażnika.

— Który podziurawi cię szpadą...

Murzyn uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy białych niczym kość słoniowa zębów, a ostrych tak, że niejeden rekin mógłby mu ich pozazdrościć, po czym rzekł:

— Moko jest przebiegły i umie się poruszać bezszelestnie jak węże, które zaklina.

— Idź! — powiedział Czarny Korsarz. — Zanim zdecyduję, czy cię zabrać ze sobą, chcę się przekonać, ile jesteś wart.

— Zaraz się przekonasz, mój panie. Schwytam tego człowieka tak, jak swego czasu chwytałem żararaki.

Odwiązał sobie od pasa wypleciony ze skóry lekki, zakończony pętlą sznur, którym posługiwali się meksykańscy vaqueros32 przy łapaniu byków, po czym oddalił się bezszelestnie.

Ukryty za pniem palmy Czarny Korsarz przyglądał mu się uważnie, być może podziwiał odwagę tego człowieka, który prawie zupełnie bezbronny miał stawić czoło dobrze uzbrojonemu i gotowemu na wszystko żołnierzowi.

— Nie wie, co to strach — odezwał się Carmaux.

Czarny Korsarz skinął tylko głową na potwierdzenie, ale nic nie powiedział. Nie spuszczał wzroku z tubylca, który czołgał się po ziemi niczym wąż, z każdą chwilą coraz bardziej przybliżając się do pałacu gubernatora.

Uzbrojony w halabardę i przypasaną do boku szablę wartownik maszerował teraz w kierunku pałacowych drzwi.

Moko, gdy tylko zauważył, że strażnik odwrócił się do niego plecami, zaczął czołgać się jeszcze szybciej, trzymając lasso w zaciśniętej dłoni. Gdy odległość między nimi zmalała do dwunastu kroków, porwał się z ziemi, zakręcił kilkukrotnie liną w powietrzu i pewnym ruchem zarzucił pętlę. Rozległ się cichy świst, a chwilę później stłumiony okrzyk. Wartownik upuścił halabardę i wywijając rękami i nogami na wszystkie strony, runął na ziemię.

Moko dopadł do niego jednym tygrysim skokiem, błyskawicznie zakneblował mu usta, po czym związał go czerwonym sznurem, który nosił przy boku. A na koniec podniósł go z taką łatwością, jakby to był chłopiec, a nie dorosły mężczyzna.

— Jest twój — rzekł Moko, rzucając jeńca do stóp kapitana.

— Zuchwały jesteś — odparł Czarny Korsarz. — Przywiąż go do drzewa i chodź za mną.

Moko usłuchał. Z pomocą Carmaux wykonał polecenie, po czym obaj dołączyli do kapitana, który przyglądał się dyndającym na sznurach ciałom.

Czarny Korsarz stał naprzeciw pirata ubranego w czerwień. Okrutnie z niego zadrwiono, wtykając mu w usta niedopalone cygaro.

Na ten widok Czarnemu Korsarzowi wyrwał się z piersi przerażający okrzyk.

— Przeklęci! — wycedził. — I jeszcze musieli go na koniec upokorzyć!

Podobny do wycia dzikiego zwierza krzyk Czarnego Korsarza przeszedł w rozdzierający szloch.

— Nie załamuj się, kapitanie! — wzruszony Carmaux próbował podnieść na duchu swojego dowódcę.

Czarny Korsarz ruchem ręki wskazał na powieszone ciało.

— Robi się, kapitanie — rzekł Carmaux.

Moko, z pirackim nożem w zębach, wspiął się na rusztowanie. Jednym ruchem przeciął sznur i zaczął wolno opuszczać ciało w dół. Carmaux stanął pod nim. Choć ciało Czerwonego Korsarza zaczęło się już rozkładać, pirat delikatnie chwycił je w ramiona, a następnie owinął w rozłożoną na ziemi czarną pelerynę swojego kapitana.

— Chodźmy — rzekł Czarny Korsarz, wzdychając. — Zrobiliśmy, co do nas należało. Ocean czeka na ciało jednego ze swych nieustraszonych synów.

Murzyn podniósł owiniętego w pelerynę nieboszczyka, po czym wszyscy trzej, pogrążeni w smutku i ciszy, opuścili plac. Na jego skraju Czarny Korsarz odwrócił się i spojrzał po raz ostatni na czternastu piratów, których ciała posępnie majaczyły w ciemnościach, i rzekł smutnym głosem:

— Żegnajcie, odważni nieszczęśnicy, żegnajcie, kamraci Czerwonego Korsarza! Piracka brać wkrótce pomści waszą śmierć.

Skierował ogniste spojrzenie na górujący nad placem pałac gubernatora i dodał smutno:

— Van Gould, pomiędzy tobą a mną jest tylko śmierć!

Ruszyli w drogę. Chcieli jak najszybciej wydostać się z Maracaibo i dotrzeć do brzegu morza, by wrócić na korsarski statek. Nie powinni byli dłużej tam przebywać, po nieprzyjemnej przygodzie w karczmie stracili pewność siebie.

Minęli trzy lub cztery całkowicie opustoszałe ulice, gdy Carmaux, który szedł na przedzie, dostrzegł nagle wpółukryte pod ciemnymi arkadami ludzkie cienie.

— Wolniej! — powiedział po cichu, odwracając się w stronę kompanów. — Jeśli mnie wzrok nie myli, to chyba ktoś się na nas zaczaił.

— Gdzie? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tam, pod arkadami.

— Czyżby ludzie z karczmy?

— Do stu zdechłych wielorybów! A jeśli to Baskowie ze swoimi navajami?

— Damy im radę, słono nam zapłacą za tę zasadzkę — powiedział Czarny Korsarz, dobywając szpady.

— Mój kordelas pokaże im, kto tu rządzi! — odparł Carmaux.

Trzej mężczyźni, owinięci w obszerne peleryny, najpewniej serape33, stanęli na czatach po prawej stronie ulicy, a dwaj pozostali, do tej pory ukryci za porzuconym wozem, zamykali przejście z lewej strony.

— To Baskowie — potwierdził Carmaux. — Widzę, jak błyszczą im navajas u pasa.

— Ty zajmij się tymi dwoma po lewej, ja biorę na siebie tych z drugiej strony — rozkazał Czarny Korsarz. — A ty, Moko, zajmij się moim bratem, weź ciało i wynieś je stąd. I zaczekaj na nas na skraju dżungli.

Baskowie ściągnęli serape i owinęli nimi lewe ramiona, po czym wyciągnęli długie noże o ostrzu tak ostrym, jak klinga szpady.

— Czyli jednak! — powiedział Bask, którego Carmaux poturbował w karczmie. — Nie pomyliliśmy się.

— Z drogi! — krzyknął Czarny Korsarz i wysunął się przed swoich kamratów.

— Wolnego, caballero — odparł Bask i postąpił krok naprzód.

— Czego chcesz?

— Zaspokoić naszą ciekawość.

— To znaczy?

— Dowiedzieć się kim jesteś, caballero.

— Człowiekiem, który zabija tych, co mu wchodzą w drogę — dumnie odparł Czarny Korsarz, postępując naprzód ze szpadą zaciśniętą w dłoni.

— Zatem powiem ci, caballero, że my się wcale nie boimy i nie damy się zaszlachtować jak ten biedak, którego przygwoździłeś do muru. Podaj swoje imię i tytuły albo inaczej nie opuścicie Maracaibo żywi. Jesteśmy w służbie jego mości gubernatora i odpowiadamy za osoby, które przechadzają się po ulicy o tak później porze.

— Jeśli chcecie je poznać, podejdźcie i zapytajcie — odparł Czarny Korsarz, błyskawicznie przybierając postawę en garde34, po czym dodał: — Carmaux, bierz tych dwóch po prawej.

Pirat dobył kordelasa i zaczął nim wymachiwać, podchodząc jednocześnie w stronę dwóch przeciwników, którzy zagradzali przejście po drugiej stronie chodnika.

Baskowie ani drgnęli. Stali w bezruchu na lekko rozstawionych nogach, w pozycji, która pozwoliłaby im sparować każdy cios. Lewe dłonie zaciskali na pasie, w prawicach trzymali navajas, opierając kciuk na szerszej stronie ostrza. Oczekiwali w gotowości na dogodny moment do odparcia przeciwnika.

Najprawdopodobniej byli to tak zwani diestros, czyli najemnicy obyci w pojedynkach, za pan brat z najkrwawszymi walkami; nieobce im były najstraszliwsze ciosy, jak javeque, czyli nikczemne cięcie, które oszpecało twarz, czy straszne desjarretazo, pchnięcie zadane w plecy przeciwnika na wysokości ostatniego żebra i rozcinające kręgosłup.

Czarny Korsarz, widząc, że przeciwnicy nie zamierzają atakować, zniecierpliwiony, że nie może utorować sobie przejścia, z prędkością błyskawicy runął na trzech wrogów stojących przed nim, rozdając ciosy na prawo i na lewo, podczas gdy Carmaux rzucił się na dwóch pozostałych, tnąc szablą jak szalony.

Zuchwali napastnicy wcale się nie przestraszyli. Z niezwykłą zręcznością odskakiwali do tyłu, parując ciosy raz długimi ostrzami swoich noży, raz za pomocą owiniętych wokół lewego ramienia serape.

Obaj piraci zorientowali się prędko, że mają przed sobą niebezpiecznego przeciwnika i stali się ostrożniejsi.

Gdy jednak ujrzeli, że Moko bezpiecznie oddalił się z ciałem nieboszczka Czerwonego Korsarza i zniknął w spowitej mrokiem ulicy, z całą zajadłością rzucili się na nieprzyjaciół, chcieli bowiem jak najszybciej rozstrzygnąć sprawę, zanim zwabione odgłosami walki straże przybędą Baskom na pomoc.

Czarny Korsarz, którego szpada przewyższała długością navajas i który we władaniu nią mógł poszczycić się wyjątkowymi umiejętnościami, narzucał wrogom warunki toczonego pojedynku. Kordelas Carmaux z kolei był wyraźnie krótszy i pirat musiał więc mieć się na baczności i co rusz powracać do pozycji wyjściowej.

Siedmiu mężczyzn było pochłoniętych zawziętą walką. Rozdawali i parowali ciosy, wysuwali się naprzód, cofali, uskakiwali na prawo i na lewo, a ostrza ich oręża krzyżowały się ze szczękiem.

W pewnym momencie jeden z Basków stracił na chwilę równowagę, potknął się, nieopatrznie odsłaniając pierś. Wówczas Czarny Korsarz błyskawicznie doskoczył do przeciwnika, zadając mu decydujący cios.

Ugodzony szpadą Bask padł bez życia na ziemię.

— Pierwszy! — krzyknął Czarny Korsarz do pozostałych. — Następny proszę!

Pozostali dwaj Baskowie wcale się nie ulękli. Nie cofając się ani o krok, stali przez chwilę niewzruszeni naprzeciw pirata. Raptem zwinniejszy z nich pochylił głowę ku ziemi, wysunął do przodu owinięte serape ramię i ruszył do ataku, zupełnie jakby chciał zadać groźny cios w parte baja, czyli w podbrzusze. Odpowiednio wymierzony rozpruwa wnętrzności. To była jednak tylko zmyłka, bowiem Bask niespodziewanie się wyprostował, uskoczył w bok, zamierzając zajść przeciwnika od tyłu, by wyprowadzić desjaretazzo, wspomniane już śmiertelne pchnięcie w plecy.

Czarny Korsarz jednak uchylił się z kocią zwinnością, po czym rzucił się do przodu z wyciągniętą szpadą, lecz jej ostrze utknęło w owijającym ramię przeciwnika serape. Próbował na powrót ustawić się w pozycji do ataku, dogodnej do parowania ciosów, które teraz zadawał mu drugi z Basków, gdy nagle z jego piersi wyrwał się krzyk wściekłości.

Ostrze szpady złamało się w połowie pod naporem ramienia wroga, który szykował się do zadania mu desjaretazzo.

Odskoczył w tył, wymachując resztką szpady i krzyknął:

— Carmaux! Do mnie!

Mimo że wiernemu kamratowi nie udało się jeszcze pokonać przeciwników, którzy pod naporem jego ataku cofnęli się do skrzyżowania ulic, przywołany rozkazem Czarnego Korsarza przybiegł w okamgnieniu.

— Do stu zdechłych wielorybów! — zagrzmiał. — Wpadliśmy w tarapaty. Jeśli zdołamy przepędzić tę sforę wściekłych psów, będzie to nie lada wyczyn.

— Odstrzelimy przynajmniej dwóch z tych łajdaków — odparł Czarny Korsarz, ładując w pośpiechu wyciągnięty zza pasa pistolet.

Już zamierzał strzelić do tego, który stał najbliżej, gdy nagle ujrzał ogromny cień spadający na czterech przeciwników, którzy chwilę wcześniej — pewni swojego zwycięstwa — zdążyli zbić się w zwartą grupę. Uzbrojony w pokaźnych rozmiarów kij mężczyzna zjawił się w samą porę.

— Moko! — wykrzyknęli jednocześnie Czarny Korsarz i Carmaux.

Murzyn nie odezwał się ani słowem. Uniósł kij i zaczął grzmocić wrogów na oślep, w mgnieniu oka powalając wszystkich nieszczęśników na ziemię. Jednemu rozkwasił głowę, innemu pogruchotał żebra.

— Dzięki ci, przyjacielu! — krzyczał Carmaux. — Do stu piorunów! Co za jatka!

— Uciekajmy! — rzekł Czarny Korsarz. — Nic tu po nas.

Z okien okolicznych domów wyjrzało kilku ciekawskich mieszkańców, których wybudziły ze snu jęki i krzyki rannych.

Dwaj piraci i Moko wzięli nogi za pas i zniknęli za najbliższym zakrętem.

— Gdzie zostawiłeś ciało? — zapytał Czarny Korsarz.

— Jest za murami miasta.

— Dziękuję za pomoc.

— Pomyślałem, że mogę wam się przydać i wróciłem najszybciej, jak mogłem.

— Czy po drodze natrafiłeś na jakieś patrole?

— Nie widziałem nikogo.

— Musimy się zatem szybko wycofać, nim się ktoś zjawi — powiedział Czarny Korsarz.

Już mieli wyruszyć w dalszą drogę, gdy Carmaux, wysłany przodem na zwiady, zawrócił prędko i rzekł:

— Panie kapitanie, zbliża się patrol!

— Skąd?

— Z tamtej uliczki.

— Pójdziemy inną. Miejcie broń w pogotowiu, przyjaciele. Naprzód! Carmaux, wróć na plac po nóż zabitego przeze mnie Baska. Skoro nie ma nic innego pod ręką, nie pogardzę nawet navają.

— Jeśli pozwolisz, oddam ci swój kordelas, a sam zatrzymam navaję, umiem się nią posługiwać.

Dzielny pirat położył przed Czarnym Korsarzem własną broń, po czym pobiegł na plac po navaję, która w jego sprawnej dłoni mogła się okazać tak samo skuteczną bronią jak oddany kapitanowi kordelas.

Oddział był coraz bliżej, zbliżał się szybkim krokiem, zaalarmowany krzykami walczących i szczękiem krzyżujących się ostrzy.

Prowadzeni przez Moko piraci puścili się biegiem wzdłuż murów zabudowań. Przebiegli tak około stu pięćdziesięciu kroków, gdy nagle usłyszeli miarowy krok innego oddziału.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Wezmą nas w dwa ognie.

Czarny Korsarz zatrzymał się i dobył krótkiej pirackiej szabli.

— Zostaliśmy zdradzeni? — wyszeptał.

— Kapitanie — odezwał się Moko — widzę ośmiu ludzi uzbrojonych w halabardy i muszkiety.

— Przyjaciele — odparł Czarny Korsarz — trzeba będzie drogo sprzedać życie.

— Rozkazuj, kapitanie, jesteśmy gotowi — odparli zdecydowani na wszystko kamraci.

— Moko!

— Tak, kapitanie!

— Przenieś ciało mojego brata na pokład „Błyskawicy”. Dasz radę to zrobić? Odnajdziesz naszą szalupę na plaży i bezpiecznie odpłyniesz z Van Stillerem.

— Tak, panie.

— A my porachujemy się z naszym wrogiem. Gdybyśmy jednak polegli, Morgan będzie wiedział, co robić. Idź, zanieś ciało na statek, później tu wrócisz, by sprawdzić, czy jeszcze żyjemy.

— Trudno mi zostawić was samych, jestem silny, mogę się przydać.

— Moją wolą jest pochować mojego brata w morzu, tak jak Zielonego Korsarza. Bardziej się nam przydasz na pokładzie „Błyskawicy” niż tutaj.

— Wrócę z posiłkami.

— Morgan przybędzie z odsieczą, jestem tego pewien. Idź już, oddział jest tuż-tuż.

Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Jako że droga była odcięta przez dwa zbliżające się patrole, Moko pobiegł w boczną uliczkę i wdrapał się na mur okalający pobliski ogród.

Czarny Korsarz zaczekał, aż Moko przeskoczy na drugą stronę, po czym zwrócił się do Carmaux:

— Przygotujmy się do ataku na oddział, który nadchodzi od przodu. Jeśli damy radę przełamać ich opór, być może uda nam się wymknąć poza miasto i skryć się w dżungli.

Przyczaili się na rogu ulicy. Drugi oddział, dostrzeżony przez Moka, znajdował się teraz nie dalej niż trzydzieści kroków od nich, pierwszy z kolei pozostawał niewidoczny, najwyraźniej zatrzymał się.

— Bądź gotów — rzekł Czarny Korsarz.

— Jestem — odparł pirat, ukrywając się za węgłem domu.

Ośmiu halabardników nagle zwolniło kroku, jakby w obawie przed zasadzką. Jeden z nich, być może dowódca, ostrzegł pozostałych:

— Powoli, chłopcy! Ci zbóje z pewnością są niedaleko.

— Nas jest ośmiu, panie Elvaez — odpowiedział jeden z nich — a karczmarz mówił, że piratów było tylko trzech.

— A więc to tak! Co za szuja z tego karczmarza, zdradził nas! Niech no go tylko dostanę w swoje łapy, to mu wypruję flaki, a dziura, którą mu wytnę, będzie tak wielka, że wyleje się przez nią całe wyżłopane przez niego wino! — wymamrotał Carmaux.

Czarny Korsarz uniósł kordelas w górę, po czym dał znak do ataku. Gdy tylko oddział wychynął zza rogu, piraci z prędkością błyskawicy ruszyli przed siebie, tnąc szablami na lewo i prawo.

Wzięci z zaskoczenia żołnierze rozpierzchli się pod gradem ciosów. Zanim otrząsnęli się z zaskoczenia, Czarny Korsarz i Carmaux byli już daleko. Nie umknęło jednak ich uwadze, że śmiałków było zaledwie dwóch, rzucili się więc za nimi w pogoń, krzycząc wniebogłosy.

— Zatrzymać ich! To piraci! Piraci!

Czarny Korsarz i Carmaux pędzili jak szaleni, tyle że zupełnie na oślep. I tak jak wpadli w zawiły labirynt uliczek i zaułków, tak zupełnie nie mieli pojęcia, jak się z niego wydostać. Co rusz skręcali za róg kolejnego domu. Jak na złość, nie mogli jednak znaleźć żadnej drogi prowadzącej poza miasto.

Mieszkańcy — obudzeni krzykiem strażników i zaalarmowani obecnością morskich rozbójników, przed którymi drżano w całej Ameryce Południowej — zerwali się z posłań na równe nogi. Zewsząd dało się słyszeć trzaskanie drzwi i okien, tu i ówdzie ktoś strzelał z muszkietu.

Sytuacja uciekinierów pogarszała się z minuty na minutę. Krzyki i strzały mogły wszcząć alarm w całym mieście i ściągnąć im na kark garnizon wojska.

— Do stu piorunów! — krzyczał Carmaux, biegnąc co sił w nogach. — Wrzeszczą jak rozgęgane gęsi! Przyniosą nam zgubę! Jeśli nie znajdziemy sposobu, by się stąd wydostać, zadyndamy na szubienicy!

Po chwili okazało się, że droga, którą biegli, była zamknięta.

— Kapitanie! — wykrzyknął nagle Carmaux. — Wpadliśmy w pułapkę. To ślepa uliczka.

— A niech to diabli! Nie ma tu nawet żadnego muru, na który można by się wspiąć i przeskoczyć na drugą stronę — zauważył Czarny Korsarz.

— Same wysokie domy.

— Zawracamy, Carmaux. Żołnierze są jeszcze daleko, cofniemy się i znajdziemy inną drogę, która pozwoli nam wydostać się z miasta.

Już miał wprowadzić słowa w czyn, gdy nagle dodał:

— Albo nie, mam inny pomysł! Myślę, że przy odrobinie sprytu uda nam się zatrzeć za sobą ślady.

Odwrócił się w kierunku zabudowań zamykających ulicę. Stał tam skromny, dwupiętrowy dom z kamienia i z drewna. Na jego górnym piętrze znajdował się mały taras, który zdobiły wazony i kwiaty.

— Carmaux — rzekł Czarny Korsarz — otwórz mi te drzwi!

— Tutaj się schowamy?

— To chyba najlepszy sposób, by żołnierze zgubili nasz trop.

— Dobrze pomyślane, kapitanie. Jako właściciele nie będziemy musieli za nic płacić.

Wziął do ręki długą navaję, wsadził jej ostrze w szczelinę drzwi i podważył rygiel.

Obaj piraci weszli prędko do środka i zamknęli za sobą drzwi akurat w tej chwili, gdy żołnierze mijali uliczkę, krzycząc na cały głos:

— Zatrzymać ich! Zatrzymać!

Błądząc po omacku w ciemnościach, piraci natrafili na schody prowadzące na górę. Wspięli się po nich bez wahania i zatrzymali na półpiętrze.

— Musimy oświetlić sobie drogę i zobaczyć, gdzie dalej iść — powiedział Carmaux. — I trzeba by poznać lokatorów. Przykra niespodzianka czeka tych biedaków.

Wyciągnął krzesiwo35 i kawałek lontu, zapalił go, dmuchając lekko, by rozniecić płomień.

— Hej! Tu są otwarte drzwi! — rzucił.

— I ktoś tu chrapie — dodał Czarny Korsarz.

— To dobry znak! Ci, którzy smacznie śpią, są zwykle pokojowego usposobienia.

Czarny Korsarz otworzył drzwi bez najmniejszego szmeru i wszedł do skromnie umeblowanego pomieszczenia. Wydawało się, że ktoś leży na łóżku.

Czarny Korsarz przy pomocy lontu zapalił świecę, którą dostrzegł już wcześniej na starej skrzyni służącej za komodę. Zbliżył się do łóżka i zdecydowanym ruchem ściągnął nakrycie. Na łóżku leżał łysy jegomość w podeszłym wieku, cały pomarszczony, o żółtawoczerwonym kolorze skóry. Mężczyzna miał kozią bródkę i kędzierzawe wąsy. Spał tak głęboko, że nie zbudziło go nawet światło w pomieszczeniu.

— Jego z pewnością nie musimy się obawiać — stwierdził Czarny Korsarz.

Złapał go za ramię i mocno potrząsnął, lecz bez skutku.

— Wystrzał z muszkietu byłby tu potrzebny — odezwał się Carmaux.

Dopiero za trzecim szarpnięciem człowiek otworzył oczy. Na widok dwóch uzbrojonych ludzi gwałtownie się poderwał i krzyknął przerażony, wytrzeszczając oczy:

— Umieram!

— Wolnego, przyjacielu! Na umieranie jeszcze przyjdzie czas — powiedział Carmaux, po czym dodał: — Mnie to się raczej wydaje, że dopiero teraz wstąpiło w ciebie życie.

— Kim jesteś? — zapytał Czarny Korsarz.

— Poczciwym człowiekiem, który nikomu nie wyrządził krzywdy — odparł starzec, szczękając zębami.

— Nie zamierzamy zrobić ci nic złego, jeśli tylko powiesz nam to, czego chcemy się dowiedzieć.

— Wasza wielmożność nie jest złodziejem?

— Jestem piratem z Tortugi.

— Pi-ra-tem! Więc jednak umarłem!

— Już ci obiecałem, że nie zrobimy ci krzywdy.

— Czego zatem chcecie od kogoś takiego jak ja?

— Na początek chcielibyśmy wiedzieć, czy przebywasz sam w tym domu.

— Sam, panie.

— Kto mieszka w sąsiedztwie?

— Sami prawi mieszczanie.

— Czym się zajmujesz?

— Jestem biednym człowiekiem.

— Akurat! Biednym człowiekiem, który posiada dom, gdy ja nie mam nawet własnego łóżka — zaszydził Carmaux. — Szczwany lisie! Martwisz się o swoje pieniądze!

— Nie mam pieniędzy, wasza wielmożność.

Carmaux wybuchnął śmiechem.

— Pirat stał się wielmożą! Ależ ten człowiek to najweselszy kompan, jakiego dotychczas poznałem!

Starzec spojrzał na niego spode łba, ale starał się nie dać po sobie poznać, że poczuł się urażony.

— Do rzeczy! — powiedział groźnym tonem Czarny Korsarz. — Czym się zajmujesz w Maracaibo?

— Jestem skromnym notariuszem, panie.

— Doskonale. Zatrzymamy się w twoim domu, skromny notariuszu, i zostaniemy w nim tak długo, jak to będzie konieczne. Nie skrzywdzimy cię, lecz jeśli nas zdradzisz, skrócimy cię o głowę. Zrozumiałeś?

— Czego wy ode mnie chcecie... — załkał nieszczęśnik.

— W tej chwili niczego. Ubierz się w swoje szaty, ale siedź cicho, bo w przeciwnym razie spełnimy groźbę.

Notariusz usłuchał, lecz był tak wystraszony, że dygotał na całym ciele, i Carmaux zmuszony był mu pomóc.

— Zwiąż go teraz — rozkazał Czarny Korsarz — ale uważaj, by ci nie uciekł!

— Odpowiadam za niego, jak za siebie samego, kapitanie. Tak go zwiążę, że nawet palcem nie ruszy.

Pirat zabrał się do roboty. Czarny Korsarz tymczasem otworzył okno wychodzące na ulicę, by móc obserwować to, co się dzieje na zewnątrz.

Wszystko wskazywało na to, że żołnierze oddalili się, nie było bowiem już słychać ich pokrzykiwań, tu i ówdzie tylko można było dostrzec zaalarmowanych wrzawą mieszkańców, którzy wyglądali przez pobliskie okna i dyskutowali ze sobą podniesionymi głosami.

— Słyszeliście? — krzyczał tęgi jegomość z długim arkebuzem36 w ręku. — Mówią, że piraci odważyli się napaść na miasto.

— To niemożliwe — odpowiedziały mu liczne głosy.

— Słyszałem krzyczących żołnierzy.

— Przegonili ich?

— Tak myślę, bo nic już nie słychać.

— To dopiero zuchwałość! Zakraść się do miasta pełnego uzbrojonych po zęby żołnierzy!

— Bez wątpienia przybyli na ratunek Czerwonego Korsarza.

— Ale znaleźli tylko jego trupa.

— Niemiłe zaskoczenie dla tych łajdaków!

— Miejmy nadzieję, że żołnierze złapią jeszcze paru, by było kogo wieszać — powiedział człowiek z arkebuzem. — Drewna na szubienice jest pod dostatkiem. Dobranoc przyjaciele! Do zobaczenia jutro!

— Zgadza się — wyszeptał Czarny Korsarz — może i drewna na szubienice nie brakuje, lecz na naszych statkach jest wystarczająco dużo kul, by Maracaibo obrócić w gruzy. Pewnego dnia jeszcze o mnie usłyszycie!

Ostrożnie zamknął okno i wrócił do pomieszczenia, gdzie siedział notariusz.

Carmaux zdążył już przetrząsnąć cały dom i zaczął plądrować spiżarnię. Przypomniało mu się, że poprzedniego wieczoru nie jedli kolacji. Pośród różnych smakowitych zapasów znalazł dziką kaczkę i apetycznie zrumienioną rybę, którą poczciwy notariusz odłożył sobie na śniadanie, po czym bez zwłoki pośpieszył zaoferować zdobycze kapitanowi.

Oprócz jadła z głębi kredensu wygrzebał kilka dość zakurzonych butelek najświetniejszych hiszpańskich win: sherry, porto, alicante i madera.

— Panie — przymilnym głosem odezwał się Carmaux — teraz, gdy Hiszpanie ścigają nasze cienie, spróbuj tego pysznego lina z jeziora oraz tej dzikiej kaczki. Znalazłem też kilka butelek wybornego wina, które nasz notariusz pewnie trzymał na specjalne okazje. Niech nam przywrócą odrobinę dobrego humoru. Ach! Bez wątpienia nasz przyjaciel gustuje w zamorskich trunkach. Przekonajmy się, co z niego za smakosz.

— Dziękuję — odparł Czarny Korsarz, pochmurniejąc.

Usiadł, ale nie delektował się posiłkiem. Na jego twarzy znów zagościł smutek, popadł w zadumę, stał się znów taki, jakim zawsze widywali go piraci. Skosztował ryby, wypił kilka kieliszków wina, po czym wstał i zaczął niespokojnie krążyć po pokoju.

Carmaux tymczasem nie tylko spałaszował wszystko, co pozostało, ale opróżnił też na oczach zrozpaczonego notariusza kilka butelek wina dopiero co przezeń sprowadzonych wielkim kosztem z odległej ojczyzny. W przypływie dobrego humoru wywołanym opróżnieniem ich zawartości poczęstował kieliszkiem samego właściciela, licząc, że trunek złagodzi strach, którego biedaczyna się najadł, i ukoi wrzący w nim gniew.

— Do pioruna! — wykrzyknął. — Nie sądziłem, że to się tak wesoło skończy. Znaleźliśmy się w krzyżowym ogniu, ryzykowaliśmy stryczek. Przez myśl by mi nie przeszło, że spędzę noc w towarzystwie tych wybornych butelek.

— Zagrożenie wcale nie minęło, przyjacielu — odezwał się Czarny Korsarz. — Nie mamy żadnej pewności, że Hiszpanie jutro nas tu nie znajdą. Dobrze nam tu, ale wolałbym znaleźć się już na pokładzie „Błyskawicy”.

— Z tobą nie boję się niczego, kapitanie. Jesteś wart więcej niż stu ludzi.

— Chyba zapomniałeś, Carmaux, że gubernator Maracaibo to szczwany lis i że nie odpuści, byleby tylko dostać mnie w swoje ręce. Wiesz, że między nami toczy się wojna na śmierć i życie.

— Nikt nie wie, że tu jesteś.

— Mogą coś podejrzewać, a zresztą, zapomniałeś już o Baskach? Zapewne nie mają już wątpliwości, że zabójca tego pyszałkowatego hrabiego to brat nieszczęsnych piratów: Czerwonego i Zielonego Korsarza.

— Możliwe, że masz rację, kapitanie. Jak myślisz? Możemy liczyć, że Morgan przybędzie z odsieczą?

— Morgan nie opuści swojego dowódcy i nie zostawi go na pastwę Hiszpanów. To odważny marynarz, nie zdziwiłbym się, gdyby próbował sforsować przesmyk i zasypać miasto gradem kul.

— Tyle że takie szaleństwo mogłoby go drogo kosztować, panie.

— Ech! Ile to już wypraw nam się udało i ile udanych walk stoczyliśmy, zawsze lub prawie zawsze wychodząc z nich bez szwanku.

— To prawda.

Czarny Korsarz usiadł i upił wina z kielicha, po czym wstał, wyszedł na korytarz i podszedł do okna, z którego wszystko było widać jak na dłoni. Po pół godzinie wszedł z impetem do pomieszczenia i zapytał:

— A Murzyna możemy być pewni?

— To zaufany człowiek.

— Nie zdradzi nas?

— Dałbym sobie rękę uciąć.

— Zdaje mi się, że widziałem, jak krąży po uliczce.

— Trzeba go wpuścić, kapitanie.

— A co zrobił z ciałem mojego brata? — spytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

— Lepiej, żeby sam nam odpowiedział na to pytanie.

— Zawołaj go, ale bądź ostrożny. Jeśli cię zauważą, nasze życie nie będzie warte złamanego szeląga.

— Zostaw to mnie, kapitanie — odparł z uśmiechem Carmaux. — Daj mi dziesięć minut, a stanę się notariuszem z Maracaibo.

Rozdział VI. Z deszczu pod rynnę

Nie upłynęło nawet dziesięć minut, a Carmaux opuścił dom notariusza i udał się na poszukiwanie Moko, którego Czarny Korsarz widział krążącego w pobliżu.

Zuchwały pirat w krótkim czasie przeobraził się nie do poznania. Wystarczyło tylko przystrzyc bujną brodę i okiełznać potargane włosy. Carmaux założył na siebie hiszpańskie szaty notariusza, przeznaczone z pewnością na specjalne okazje. Ubranie leżało na nim jak ulał, gdyż obaj byli podobnej postury.

W takim przebraniu nieustraszony wilk morski mógł z powodzeniem odgrywać rolę spokojnego i uczciwego mieszkańca Gibraltaru, a nawet samego notariusza. Z natury był jednak człowiekiem nieufnym i ostrożnym, dlatego na wszelki wypadek w przepastnych kieszeniach płaszcza ukrył pistolety.

Tak przebrany opuścił kryjówkę, udając poczciwego mieszczanina, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza o poranku w oczekiwaniu, aż świt zacznie rozpraszać mroki nocy.

„Na pewno się gdzieś zaszył, ale i tak go znajdę” — rozmyślał pirat. „Jeśli nasz czarny przyjaciel wrócił znaczy to, że coś mu przeszkodziło opuścić Maracaibo. Czyżby ten diabeł Van Gould wiedział, że to Czarny Korsarz wtargnął do miasta i wykradł ciało swojego brata? Czy to los pcha odważnych piratów prosto w ręce tego starego nikczemnika? Jeśli los nam będzie sprzyjał, wydostaniemy się stąd i pewnego dnia odpłacimy mu oko za oko, ząb za ząb, życiem za życie!”.

Szedł przed siebie pogrążony w rozmyślaniach. Dochodził właśnie do końca ulicy i już miał skręcić za róg najbliższego domu, kiedy ukryty w bramie żołnierz, uzbrojony w arkebuz, zastąpił mu drogę:

— Stać! — padł groźny rozkaz.

— Do stu piorunów! — wymamrotał pod nosem Carmaux. Włożył rękę do kieszeni i chwycił jeden z pistoletów. — Za długo był spokój!

Natychmiast jednak przybrał postawę dobrotliwego mieszczanina i rzekł:

— Czego sobie życzysz, żołnierzu?

— Dowiedzieć się, kim jesteś, panie.

— Jak to! Nie rozpoznajesz mnie? Jestem przecież tutejszym notariuszem.

— Wybacz mi, panie notariuszu. Od niedawna służę w Maracaibo. Gdzie zmierzasz, jeśli można wiedzieć?

— Pewien biedaczyna jest już jedną nogą na tamtym świecie, a wiecie, że w takich chwilach należy pomyśleć o spadkobiercach.

— Zgadza się, panie, ale bądź ostrożny, grasują tu piraci.

— Mój Boże! — wykrzyknął Carmaux, udając przestraszonego. — Piraci tutaj? Jakim cudem te kanalie śmiały wejść do niezdobytego miasta Maracaibo, którym zarządza śmiały Van Gould?

— Nie mam pojęcia, nie widziano żadnego statku w okolicach wysp ani też w zatoce Coro37. Nie ulega jednak wątpliwości, że tu są. Wiedz, że zabili już kilku ludzi i prosto z szubienicy porwali trupa Czerwonego Korsarza, którego powieszono wraz z załogą naprzeciw pałacu gubernatora.

— Diabelskie nasienie! A gdzie są teraz?

— Prawdopodobnie uciekli z miasta. Wysłano już oddziały żołnierzy, które przeczesują okolicę. Oby udało nam się ich złapać i powiesić tak jak pozostałe zdradzieckie psy.

— A nie ukryli się przypadkiem w mieście?

— To niemożliwe, widziano ich, jak uciekali poza miejskie mury.

Carmaux dość się już dowiedział. Uznał, że czas kończyć pogawędkę i oddalić się, by nie minąć się z Mokiem.

— Będę uważał, aby ich nie spotkać — rzekł. — Spokojnej służby, żołnierzu. Muszę już iść, umierający klient nie będzie czekał.

— Powodzenia, mości panie notariuszu.

Sprytny pirat nasunął kapelusz na oczy i oddalił się śpiesznie, udając, że rozgląda się trwożliwie na wszystkie strony i pozorując strach, którego wcale nie odczuwał.

— Ha! — powiedział, gdy był już dość daleko. — Sądzą, że nie ma nas w mieście! Wspaniale, moje wy serdeńka! Będziemy sobie siedzieć w spokoju w domu znakomitego notariusza dopóty, dopóki żołnierze nie zakończą poszukiwań, a potem się ulotnimy. Co za przebiegły pomysł miał kapitan! Franciszek l’Olonnais, który uważa się za najprzebieglejszego z piratów Tortugi, nie wymyśliłby lepszego fortelu!

Carmaux skręcił w znacznie szerszą od dotychczasowej ulicę, wzdłuż której wznosiły się piękne domy ze zdobiącymi wejścia eleganckimi werandami, wspartymi na różnobarwnych palach. Wtem spostrzegł czarny cień olbrzymich rozmiarów, który tkwił nieruchomo pod rosnącą naprzeciw wytwornego domu palmą.

— Jeśli się nie mylę, to musi być mój czarny niczym węgiel druh — mruknął pirat. — Tym razem dopisuje nam niezwykłe szczęście, ale to pewne, że sam diabeł nad nami czuwa, a przynajmniej tak utrzymują Hiszpanie.

Człowiek na poły ukryty za pniem palmy ujrzał zbliżającego się Carmaux i starał się wtopić w mrok zalegający przy budynku. Z pewnością myślał, że to jeden z żołnierzy zbliża się ku niemu. Najwyraźniej jednak w cieniu domu nie czuł się pewnie, gdyż nagle skręcił za róg, by zniknąć w jednej z ulic miasta. Pirat zdążył upewnić się, że to faktycznie był ich kamrat Moko.

Kilkoma susami dopadł kamienicy, a gdy znalazł się za rogiem, krzyknął półgłosem:

— Hej! Przyjacielu!

Moko od razu przystanął. Po chwili wahania cofnął się. Rozpoznał Carmaux, chociaż ten bardzo dobrze ukrył się w przebraniu hiszpańskiego mieszczanina. Szczęśliwy i zdziwiony zarazem wykrzyknął:

— To ty, mój biały przyjacielu!

— Masz bystre oko — zaśmiał się na to pirat.

— A kapitan?

— Nie martw się o niego, póki co jest cały i zdrów. Dlaczego wróciłeś? Kapitan rozkazał ci zanieść ciało na statek.

— Nie udało się. W puszczy roi się od żołdaków Van Goulda. To prawdopodobnie posiłki przysłane z wybrzeża.

— Czyżby się domyślili, że zeszliśmy na ląd?

— Tego się właśnie obawiam, przyjacielu.

— A gdzie ukryłeś ciało?

— W moim szałasie. Okryłem je grubą warstwą suchych liści.

— Hiszpanie go nie znajdą?

— Zadbałem o to. Wypuściłem z kosza wszystkie węże. Jeśli żołnierze zechcą zajrzeć do środka, zobaczą gady i uciekną.

— Przebiegły jesteś.

— Robię, co mogę.

— Uważasz więc, że ucieczka jest niemożliwa?

— Tak, jak mówiłem, w dżungli roi się od żołnierzy.

— Poważna sprawa. Morgan, zastępca kapitana, jeśli nie doczeka się naszego powrotu, gotów popełnić jakieś głupstwo — odparł pirat. — Zobaczymy, jak skończy się ta przygoda. Przyjacielu, znają cię w Maracaibo?

— Wszyscy mnie tu znają, często przychodzę na targ handlować ziołami, które goją rany.

— Nikt cię nie będzie podejrzewał?

— Nie, przyjacielu.

— Dobrze, w takim razie chodź ze mną.

— Chwileczkę.

— Co jeszcze?

— Przyprowadziłem waszego kamrata.

— Kogo? Van Stillera?

— Istniało ryzyko, że go znajdą i schwytają. A on pomyślał, że może bardziej przydać się tutaj, niż pilnując mojego szałasu.

— A więzień?

— Związaliśmy go tak dobrze, że na pewno zastaniemy go po naszym powrocie, o ile nie uwolnią go Hiszpanie.

— A gdzie Van Stiller?

— Zaczekaj chwilę.

Murzyn złożył dłonie w tubę i wydał z siebie odgłos podobny do pisku wampira, jednego z wielkich nietoperzy zamieszkujących Amerykę Południową.

Chwilę później przywołany odgłosem mężczyzna przeskoczył przez mur okalający ogród, lądując niemalże na głowie Carmaux:

— Cieszę się, że cię widzę żywego, piracie.

— Ja także, Van Stillerze — nie ukrywał radości Carmaux.

— Myślisz, ze kapitan będzie miał mi za złe tę samowolę? Nie mogłem spokojnie siedzieć ukryty w dżungli i gapić się na drzewa, wiedząc, że wy nadstawiacie karku.

— Kapitan się ucieszy, mój drogi. W takich chwilach każdy zuchwały pirat jest na wagę złota.

— Ruszajmy!

Niebo pojaśniało, a gwiazdy bledły w okamgnieniu. Na tych szerokościach geograficznych trudno mówić o świcie lub brzasku. Słońce zwykle wschodzi nagle i blaskiem promieni natychmiast rozprasza mroki nocy.

Mieszkańcy Maracaibo, nawykli do wczesnej pobudki, przecierali oczy ze snu. Okna otwierały się, tu i ówdzie na zewnątrz wychylała się czyjaś głowa, w domach rozbrzmiewających porannym gwarem słychać było kichnięcia i ziewania.

Komentowano głównie nocne wydarzenia, które wszystkim napędziły niemało strachu; piratów obawiano się we wszystkich hiszpańskich koloniach rozległej Zatoki Meksykańskiej.

Carmaux unikał spotkań z przypadkowymi przechodniami, obawiał się bowiem, że rozpozna go któryś z bywalców karczmy, dlatego też wciąż przyśpieszał, a dwaj przyjaciele dziarsko dotrzymywali mu kroku.

Dotarli do miejsca, gdzie pełnił wartę ten sam uzbrojony w arkebuz żołnierz, który chodził tam i z powrotem w poprzek ulicy.

— Już wracasz, mości panie notariuszu? — zapytał, gdy zobaczył Carmaux.

— A czego się spodziewałeś? — odparł pirat. — Mojemu klientowi śpieszyło się opuścić ten padół łez i nie marnował mego czasu.

— Czyżby zostawił wam w spadku tego okazałego Murzyna? — spytał, wskazując na zaklinacza węży. — Caramba!38 Olbrzym wart miliony piastrów!

— Zgadłeś, to podarunek. Dobrego dnia, panie żołnierzu!

Szybko skręcili za róg i weszli do domu notariusza, ryglując za sobą drzwi.

Czarny Korsarz oczekiwał ich na korytarzu, nie kryjąc zniecierpliwienia.

— Co się stało, że Murzyn wrócił? — zapytał. — I gdzie jest ciało mojego brata? I co robisz tutaj ty, Van Stillerze?

Carmaux w kilku zdaniach poinformował go o przyczynie powrotu Moko do Maracaibo, o tym, że Van Stiller może się bardziej przydać na miejscu, a także o nowinach zasłyszanych od żołnierza pilnującego wylotu ulicy.

— Wieści, które przynosisz, nie są dobre — odparł kapitan i zwrócił się do Moko. — Jeśli Hiszpanie przeczesują okolice i wybrzeże, nie wiem, jak dotrzemy na „Błyskawicę”. Nie o siebie się obawiam, lecz o statek, który może paść łupem floty admirała Toledo.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jeszcze tego nam brakuje!

— Ta przygoda może się dla nas źle skończyć — wymamrotał Van Stiller. — Cóż, powinniśmy wisieć już od dwóch dni, cieszmy się zatem, że było nam dane pożyć o dwie doby dłużej.

Czarny Korsarz krążył po pomieszczeniu, obchodząc skrzynię, która służyła za komodę. Wydawał się nerwowy i zmartwiony. Od czasu do czasu zatrzymywał się przed swoimi ludźmi, po czym znów krążył po pomieszczeniu, potrząsając głową.

W pewnej chwili stanął przed notariuszem, który mocno związany leżał na łóżku. Wbił w niego groźne spojrzenie i rzekł:

— Znasz okolice Maracaibo?

— Tak, panie — odparł zapytany drżącym głosem.

— Mógłbyś pomóc nam się wydostać z miasta tak, aby Hiszpanie nas nie zaskoczyli, i zaprowadzić w bezpieczne miejsce?

— Jak miałbym to zrobić, panie? Jak tylko opuścimy dom, rozpoznają was i schwytają, a mnie razem z wami, po czym oskarżą mnie o pomaganie wam w ucieczce, a gubernator to nie jest człowiek, którego żarty się trzymają, każe mnie z pewnością powiesić.

— A więc boisz się Van Goulda... — wysyczał przez zaciśnięte zęby Czarny Korsarz, a jego oczy ciskały gromy. — Trudno ci się dziwić, to człowiek dumny i porywczy, który nie zna litości, wie, jak wzbudzić strach. Ale nie wszyscy się go boją! Pewnego dnia on będzie się bał! Gdy ten dzień nadejdzie, zapłaci życiem za śmierć moich braci!

— Chcesz zabić gubernatora, panie? — zapytał z niedowierzaniem notariusz.

— Cicho, staruchu, jeśli ci życie miłe — prychnął Carmaux.

Czarny Korsarz wydawał się nie słyszeć ani jednego, ani drugiego. Opuścił pokój, wyszedł na korytarz i podszedł do okna, z którego rozpościerał się widok na uliczkę.

— No to wpadliśmy po uszy — powiedział Van Stiller do Moka. — Czarny przyjacielu, nie przychodzi ci nic do głowy? Jakiś pomysł, który wydobyłby nas z tej niewesołej sytuacji? Nie czuję się zbyt pewnie w tym domu.

— Może i miałbym jakiś pomysł — odparł tamten.

— No to wyduś go z siebie, bracie! — powiedział Carmaux. — Jeśli okaże się wykonalny, uściskam cię, jak jeszcze nikogo w życiu nie wyściskałem.

— Tyle tylko że musimy zaczekać do wieczora.

— Nie śpieszy się nam, póki co.

— Przebierzecie się za Hiszpanów i spokojnie wyjdziecie z miasta.

— Przecież mam na sobie ubranie notariusza.

— To za mało.

— Co więc mam na siebie założyć?

— Musicie przebrać się za muszkieterów lub halabardników. Jeśli opuścicie miasto przebrani za mieszczan, oddziały, które przeszukują okolice, z pewnością was schwytają.

— Do stu tysięcy piorunów! Wspaniały pomysł! — wykrzyknął Carmaux. — Masz słuszność, czarny przyjacielu! Nikomu nie przyjdzie do głowy zatrzymywać żołnierzy i przepytywać ich, kim są i gdzie się udają, zwłaszcza nocą. Wezmą nas za patrol, a my będziemy mogli spokojnie się ulotnić i bez szwanku wrócić na statek.

— A gdzie znajdziemy przebranie? — zapytał Van Stiller.

— Gdzie? Pójdziemy wypruć flaki z kilku żołnierzy i w krótkich abcugach się rozbiorą — powiedział rezolutnie Carmaux. — Wiesz dobrze, że do bitki zawsze jesteśmy chętni.

— Nie ma potrzeby narażać się na takie niebezpieczeństwo — rzekł Moko. — Znają mnie w mieście, nikt nie będzie mnie podejrzewać, mogę kupić ubrania i broń.

— Czarny przyjacielu, jesteś dobrym człowiekiem i pragnę uścisnąć cię jak brata.

Pirat rozłożył ramiona, chcąc słowa zamienić w czyn, ale nie zdążył. Od strony ulicy dobiegł donośny dźwięk, a echo poniosło go aż na schody.

— Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux. — Ktoś puka do drzwi!

W tej chwili wszedł Czarny Korsarz i rzekł:

— Przyszedł człowiek, który pyta o ciebie, notariuszu.

— To z pewnością mój klient, panie — odparł ów, wzdychając. — Klient, który na pewno dałby mi zarobić, podczas gdy ja...

— Cicho, wystarczy! — uciszył go Carmaux. — Już dość wiemy, gaduło.

Wtem znów ktoś załomotał do drzwi. Z ulicy dobiegł ich głos:

— Otwórz, mości notariuszu! Nie ma czasu do stracenia!

— Carmaux — rzekł Czarny Korsarz, który natychmiast powziął decyzję — jeśli nie otworzymy, ten człowiek może zacząć coś podejrzewać. Może się obawiać, że staremu coś się stało i powiadomi rządcę dzielnicy.

— Co mam zrobić, kapitanie?

— Otwórz mu, złap go, zwiąż dobrze i posadź razem z notariuszem.

Jeszcze nie skończył mówić, a Carmaux już był na schodach. Za nim pośpieszył potężny Moko.

Słysząc trzecie uderzenie, od którego o mały włos drzwi nie rozpadły się na kawałki, Carmaux otworzył i rzekł:

— Cóż to za niecierpliwość, mości panie!

Do środka szybkim krokiem wszedł młodzieniec, na oko w wieku osiemnastu, może dwudziestu lat, wytwornie ubrany, uzbrojony w wetknięty za pas elegancki sztylet.

— Tak długo każecie czekać, gdy mnie się śpieszy? Carr...

Na widok Carmaux i Moko przystanął, spoglądając na nich trochę ze zdziwieniem, a trochę z przestrachem.

Próbował zawrócić, ale drzwi w jednej chwili zamknęły się za jego plecami.

— Kim jesteście? — zapytał.

— Sługami dobrodzieja notariusza — odparł Carmaux, zginając się w komicznym ukłonie.

— No proszę! — krzyknął młodzieniec. — Don Turillo nagle stał się tak bogaty, że pozwolił sobie na luksus najęcia dwóch sług?

— Zgadza się, a wszystko to dzięki spadkowi po zmarłym w Peru wuju — odparł pirat ze śmiechem.

— Prowadźcie mnie do niego natychmiast. Przecież został uprzedzony, że dziś miały się odbyć moje zaślubiny z panną Carmen di Vasconcellos. Do czego to doszło, że muszę osobiście przychodzić, żeby tego...

Urwał w pół słowa uderzony czarną pięścią między łopatki. Upadł na kolana, a Moko zacisnął mu przedramię na szyi i przydusił go. Nieszczęsny młokos ledwie łapał oddech, oczy prawie wylazły mu z orbit, a twarz przybrała kolor czerwony.

— Ej, powoli, bracie — rzekł Carmaux. — Jeśli przyciśniesz odrobinę mocniej, zadusisz mi go zupełnie. Trzeba być uprzejmym dla klientów notariusza!

— Bez obaw, przyjacielu — odparł zaklinacz węży.

Wystraszony młodzieniec nawet nie myślał stawiać oporu. Piraci zawlekli go do pokoju na piętrze, rozbroili i związali, sadzając tuż obok notariusza.

— Gotowe, panie kapitanie — zameldował Carmaux.

Czarny Korsarz skinieniem głowy pochwalił sprawnie przeprowadzoną akcję, po czym zbliżył się do więźnia, który wpatrywał się w niego z wyraźnym przestrachem, i zapytał:

— Kim jesteś?

— To jeden z moich najlepszych klientów, panie — odezwał się notariusz. — Ten zacny młodzieniec dałby mi dziś zarobić przynajmniej...

— Milcz! — rozkazał sucho Czarny Korsarz.

— A to ci papuga z tego notariusza — dodał Carmaux. — Jeśli dalej tak sobie będzie poczynał, trzeba będzie mu skrócić język.

Młody szlachcic przez chwilę uważnie przyglądał się Czarnemu Korsarzowi, a następnie odpowiedział, nie tracąc rezonu:

— Jestem synem sędziego z Maracaibo, don Alonza de Conxevio. Mam nadzieję, że teraz mi wyjaśnisz, jaki jest powód tej napaści.

— Nie musisz tego wiedzieć, mogę ci jednak obiecać, że jeśli będziesz się zachowywać spokojnie, nie stanie ci się krzywda. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, jutro będziesz wolny.

— Jutro! — wykrzyknął zaskoczony. — Ależ, panie, dziś mam poślubić córkę kapitana Vasconcellos.

— Ożenisz się jutro.

— Zważaj na słowa, mości panie! Mój ojciec przyjaźni się z gubernatorem. Możesz drogo zapłacić za to, jak mnie traktujesz. W Maracaibo broni i żołnierzy jest pod dostatkiem.

Czarny Korsarz posłał mu pogardliwy uśmiech, po czym odparł:

— Nie obawiam się ich. Zapewniam cię, że mam ludzi o wiele groźniejszych od tych, którzy strzegą Maracaibo, a także własne działa.

— Kim jesteś?

— Nie musisz tego wiedzieć.

Po tych słowach Korsarz odwrócił się i wyszedł z pokoju, by stanąć na straży przy oknie. Carmaux i Moko ponownie zaczęli plądrować dom, myszkując we wszystkich zakamarkach od piwnicy po strych w poszukiwaniu czegoś do jedzenia na śniadanie, Van Stiller z kolei rozsiadł się obok więźniów i pilnował, by nie próbowali ucieczki.

Po wywróceniu całego domu do góry nogami Carmaux i Moko przynieśli swoje zdobycze: wędzoną szynkę i pewien gatunek pikantnego sera, który — jeśli wierzyć zapewnieniom Carmaux — miał wszystkich wprawić w dobry nastrój i uczynić smaczniejszą degustację win z piwniczki notariusza.

Powiadomili Czarnego Korsarza, że śniadanie podano do stołu, a butelki z winem stały otwarte, kiedy ponownie rozległo się stukanie do drzwi.

— Kto to może być? — zdziwił się Carmaux. — Kolejny klient pragnący dotrzymać notariuszowi towarzystwa?

— Idź i zobacz! — zarządził Czarny Korsarz, który zdążył już zasiąść do stołu.

Nie trzeba mu było tego powtarzać dwa razy, Carmaux podszedł do okna, lekko się wychylił, nie otwierając okiennicy, i zobaczył stojącego przed drzwiami starszego człowieka, sługę lub woźnego sądowego.

— Do diabła! — mruknął. — Pewnie przyszedł zobaczyć, czy jest tu ten chłopak. Nagłe zniknięcie narzeczonego na pewno zaniepokoiło narzeczoną, świadków i gości. Z deszczu pod rynnę... Sprawy przybierają zły obrót.

Tymczasem sługa, któremu nikt nie raczył otworzyć, bez ustanku łomotał w drzwi, czyniąc raban, który wzbudził ciekawość wychylających się z okien okolicznych mieszkańców.

Nie było innej rady, jak wpuścić i zakneblować także tego nieproszonego gościa, zanim podejrzliwi sąsiedzi postanowią wyważyć drzwi lub powiadomić straże.

Carmaux i Moko pośpiesznie zbiegli więc na dół i zaprosili sługę do środka. Gdy tylko jegomość przekroczył próg domu, Moko zacisnął mu dłoń na gardle, by nie mógł krzyczeć, związał go i zakneblował mu usta, po czym zawlókł do pomieszczenia, w którym siedzieli jego nieszczęsny pan i nie mniej nieszczęsny pan domu.

— Diabeł ich tu nadał! — warknął Carmaux. — Jeśli to się nie skończy, wkrótce uwięzimy wszystkich mieszkańców Maracaibo.

Rozdział VII. Pojedynek szlachciców

Przewidywania Carmaux nie sprawdziły się i śniadanie upłynęło w niewesołej atmosferze, mimo wybornej szynki, pikantnego sera i wyśmienitych butelek biednego notariusza.

Ze względu na niedoszłego pana młodego i jego ślub sprawy zaczęły przybierać zły obrót, a do pirackich serc wkradł się niepokój. Tajemnicze zniknięcie młodzieńca i jego sługi bez wątpienia zatroskało rodzinę. Dlatego też piraci spodziewali się prędko kolejnych odwiedzin służby i przyjaciół zaginionego, lub co gorsza, żołnierzy czy aguazila, czyli lokalnego szeryfa.

Ten stan rzeczy nie mógł trwać w nieskończoność. Piraci byliby zmuszeni więzić coraz to nowych przybyszów, aż w końcu musieliby stawić czoło żołnierzom, w dodatku całemu oddziałowi, a nie jak dotychczas pojedynczym nieproszonym gościom.

Czarny Korsarz i jego kamraci zaczęli się naradzać, wysuwając różne propozycje, jednak żadna nie wydawała się im dość dobra. Ucieczka była absolutnie niemożliwa: natychmiast by ich rozpoznano, pojmano i powieszono jak biednego Czerwonego Korsarza i jego nieszczęsnych kamratów. Należało zaczekać do nadejścia nocy, choć było mało prawdopodobne, że rodzina niedoszłego pana młodego zaprzestanie poszukiwań.

Trzej piraci, zwykle pełni pomysłów i forteli, jak na piratów z Tortugi przystało, tym razem znaleźli się w kłopotliwej sytuacji.

Carmaux doradzał, by przebrać się za uwięzionych i śmiało opuścić kryjówkę, ale szybko doszedł do wniosku, że ten plan jest niewykonalny. Nikt z nich nie mógł ubrać się w szaty młodego szlachcica. Cały plan zresztą uznano za zbyt ryzykowny, zwłaszcza że okolice miasta wciąż przetrząsały liczne oddziały. Moko wrócił do swego wcześniejszego pomysłu. Chciał udać się na targ i zakupić dla wszystkich mundury, które noszą zwykle halabardnicy i muszkieterzy, lecz także ten plan chwilowo odrzucono, gdyż wymagał od nich czekania zmroku, który mógłby ułatwić jego realizację.

Głowili się bez końca, szukając rozwiązania, dzięki któremu mogliby wydostać się z matni. Cała przygoda z minuty na minutę stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Wtedy to po raz trzeci rozległo się głośne pukanie do drzwi notariusza.

Tym razem nie był to sługa, lecz hiszpański szlachcic, uzbrojony w szpadę i sztylet, bez wątpienia krewny młodzieńca lub jeden ze świadków.

— Do stu piorunów! — zawołał Carmaux. — Cała procesja ludzi dobija się do drzwi tego domu! Najpierw pędrak, potem sługa, teraz szlachcic, następny będzie ojciec pana młodego, świadkowie, przyjaciele i tak dalej. Jeszcze trochę, a wyprawimy tu wesele!

Kastylijczyk, widząc, że nikt nie kwapi się otworzyć, zaczął łomotać jeszcze mocniej, potrząsając bez ustanku ciężką żelazną antabą39. Musiał mieć o wiele mniej cierpliwości niż poprzednicy, ale też więcej niż oni determinacji.

— Idź, Carmaux! — powiedział Czarny Korsarz.

— Obawiam się kapitanie, że nie będzie nam wcale łatwo go schwytać i uwięzić. Jest silny, jestem przekonany, że stawi zacięty opór.

— Pójdę z tobą, moje mocne ramiona dadzą mu radę.

Czarny Korsarz spostrzegł w kącie opartą o ścianę szpadę, starą rodzinną broń przechowywaną przez notariusza jako pamiątka. Wziął ją do ręki i wypróbował giętkość ostrza, po czym przypiął ją sobie do pasa, mówiąc pod nosem:

— Ta toledańska stal zaraz zabawi się z Hiszpanem.

Tymczasem zniecierpliwiony jegomość wściekle walił pięściami w drzwi. I prawie by je wyważył, gdyby nie zjawili się w końcu Carmaux i Moko. Szlachcic wszedł do środka, trzymając lewą rękę na rękojeści szpady i marszcząc czoło, jego twarz zaś zdradzała zaniepokojenie.

— Z armaty mam strzelać, żebyście mi otworzyli? — zapytał mocno zdenerwowany.

Przybysz był przystojnym mężczyzną około czterdziestki: wysoki, postawny, męski i dumny. Miał czarne oczy i nosił czarną, gęstą brodę, która nadawała jego twarzy wojowniczego wyrazu.

Ubrany był w eleganckie, hiszpańskie szaty z czarnego jedwabiu i wysokie buty z ostrogami, wykonane z żółtej skóry, z rozszerzającymi się ku górze cholewami o ząbkowanej krawędzi.

— Wybacz zwłokę, panie — odparł Carmaux, zginając się w groteskowym ukłonie — lecz byliśmy zajęci.

— Czym? — zapytał Hiszpan.

— Opieką nad notariuszem.

— Czyżby był chory?

— Zapadł na wysoką gorączkę, panie.

— Mów mi „hrabio”, łajdaku.

— Wybacz, wasza hrabiowska mość, nie miałem dotąd przyjemności pana poznać.

— Idź do diabła! Gdzie mój siostrzeniec? Powinien być tu od dwóch godzin.

— Nie widzieliśmy nikogo.

— Kpisz sobie ze mnie! Gdzie notariusz?

— W łóżku, panie.

— Prowadź mnie do niego.

Carmaux zamierzał najpierw zwabić przybysza w głąb korytarza. Następnie na dany znak Moko miał się na niego rzucić i przytrzymać go całą siłą swoich mięśni. Pirat wyprzedził przybysza, doszedł do schodów, po czym odwrócił się i krzyknął:

— Bierz go, brachu!

Przybysz jednak, zupełnie jakby przeczuwał zasadzkę, nie dał się zaskoczyć, bo gdy Murzyn wyskoczył na niego z ukrycia, ten błyskawicznie się uchylił, odepchnął Carmaux, po czym jednym susem pokonał trzy stopnie, dając popis zręczności, której mógłby mu pozazdrościć niejeden marynarz.

— Podstępne łotry! Co znaczy ta napaść? Zaraz obetnę wam uszy! — krzyknął, dobywając szpady.

— Jeśli chcesz znać przyczynę tej napaści, ja ci to wyjaśnię, panie — odezwał się Czarny Korsarz, który ze szpadą w dłoni pojawił się na półpiętrze przywołany szamotaniną na schodach.

Kastylijczyk odwrócił się, starając się jednocześnie nie tracić z oczu Carmaux i Moko, którzy cofnęli się w głąb korytarza, w kierunku drzwi do budynku. Pierwszy z nich dobył noża, drugi dzierżył drewnianą belkę, która w jego masywnych rękach stawała się groźną bronią.

— Kim jesteś, panie? — zapytał Hiszpan, nie tracąc rezonu. — Sądząc po ubiorze, można myśleć, że jesteś szlachcicem, lecz nie szata zdobi człowieka, równie dobrze pod tym przebraniem może kryć się zbój.

— Takie słowa mogą cię drogo kosztować, panie szlachcicu — odparł na to Czarny Korsarz.

— Phi! To się jeszcze okaże.

— Nie brak ci odwagi, to się chwali. Tym niemniej radzę ci odłożyć szpadę i poddać się.

— Komu?

— Mnie.

— Łotrzykowi, który zastawia na mnie zasadzkę i chce podstępem pozbawić życia?

— Nie, księciu Emilianowi z Roccanery, panu Ventimiglii.

— Aha! A więc masz szlacheckie pochodzenie! Chciałbym chociaż wiedzieć, dlaczego słudzy pana Ventimiglii próbują mnie zamordować.

— Tak ci się tylko wydaje, nikt nie miał zamiaru cię mordować, hrabio. Chcieliśmy cię tylko rozbroić i uwięzić na kilka dni, nic ponad to.

— Z jakiego powodu?

— Byś nie powiadomił władz Maracaibo o mojej obecności w mieście — wyznał Czarny Korsarz.

— Czyżby pan Ventimiglii miał porachunki z władzami Maracaibo?

— Nie darzą mnie tu miłością, a zwłaszcza nie darzy mnie nią Van Gould, który ucieszyłby się, mogąc dostać mnie w swoje ręce. A ja byłbym rad móc dostać go w swoje.

— Nie rozumiem — powiedział Kastylijczyk.

— To nie twoja sprawa, hrabio. A zatem poddasz się?

— Spodziewasz się, że usłucham? Że człowiek ze szpadą podda się bez walki?

— A zatem zmuszasz mnie, bym cię zabił. Nie mogę puścić cię wolno, inaczej przyniesiesz zgubę mnie i moim przyjaciołom.

— Wyjawisz mi w końcu, kim jesteś?

— Powinieneś już to odgadnąć: jesteśmy piratami z Tortugi. Broń się albo zginiesz.

— O to nietrudno, gdy jest trzech na jednego.

— Nimi się nie martw, panie — rzekł na to Czarny Korsarz, wskazując na Carmaux i Moka. — Kiedy ich kapitan staje do walki, nie mają w zwyczaju się mieszać.

— W takim razie mam nadzieję, że szybko się ciebie pozbędę. Nie znasz jeszcze siły i szermierskiej wprawy hrabiego z Lermy.

— A ty, hrabio, ani się domyślasz siły i szermierskiej wprawy pana Ventimiglii. Broń się!

— Jeszcze jedno, jeśli pozwolisz. Co uczyniliście z moim siostrzeńcem i jego sługą?

— Są naszymi więźniami, jak i notariusz. Ale nie bój się o nich. Jutro będą wolni i twój bratanek będzie mógł pojąć za żonę swą piękną oblubienicę.

— Dziękuję, panie.

Czarny Korsarz pochylił się lekko, szybko zbiegł ze schodów i zaatakował Hiszpana z całą furią, zmuszając przeciwnika do cofnięcia się.

Przez kilka chwil w ciemnym korytarzu nie było słychać nic prócz szczęku żelaza. Carmaux i Moko stali oparci o drzwi z założonymi rękami. Bez słowa obserwowali pojedynek, śledząc wzrokiem błysk ostrzy. Kastylijczyk walczył wspaniale, jak rasowy szermierz, parował ciosy z zimną krwią, wyprowadzał celne pchnięcia. Lecz prędko odkrył, że ma przed sobą bardzo groźnego przeciwnika o mięśniach ze stali.

Po pierwszej wymianie ciosów Czarny Korsarz odzyskał typowy dla siebie spokój. Atakował z rzadka, ograniczając się do obrony. Zupełnie jakby najpierw chciał zmęczyć przeciwnika i przejrzeć jego taktykę. Stał wyprostowany, lewą rękę wysunął poziomo przed siebie, oczy mu błyszczały. Wydawać się mogło, że się bawi i droczy, a nie walczy.

Na próżno Kastylijczyk próbował zepchnąć przeciwnika w kierunku schodów, licząc, że pośród ciemności rozpraszanych tylko przez pobłyskujące ostrza i pod wpływem nawałnicy ciosów ten w końcu potknie się i upadnie. Tymczasem Czarny Korsarz nie cofnął się ani o krok i skutecznie, nie zmieniając pozycji, odpierał wściekłe ataki. Jednak po chwili rozpoczął natarcie. Cios w ostrze, zaraz po nim złożenie, i kolejny cios, tym razem wytrącający przeciwnikowi szpadę z ręki.

Bezbronny Kastylijczyk zbladł straszliwie i krzyknął. Czarny Korsarz przez chwilę trzymał lśniące ostrze szpady wymierzone w pierś swojego rywala.

— Jesteś odważny, hrabio — skomplementował przeciwnika Czarny Korsarz i opuścił szpadę. — Nie chciałeś dobrowolnie złożyć broni, więc teraz ci ją odbiorę, ale oszczędzę ci życie.

Kastylijczyk stał nieruchomo. Na jego twarzy wymalowało się głębokie zdumienie. Nie mógł uwierzyć, że wciąż żyje. W pewnej chwili zrobił dwa kroki do przodu i uścisnął prawicę Czarnego Korsarza, mówiąc:

— Moi rodacy mówią, że piraci to wiarołomcy, nie przestrzegający żadnych zasad, pochłonięci tylko rabowaniem statków, ale teraz widzę, że wśród nich żyją także ludzie honoru, którzy pod względem wielkoduszności i dobrych manier mogą prześcignąć najwaleczniejszych europejskich szlachciców.

Czarny Korsarz odwzajemnił serdeczny uścisk, po czym podniósł szpadę z ziemi, wręczył ją hrabiemu i rzekł:

— Zatrzymaj broń, mości hrabio, zadowolę się przyrzeczeniem, że nie użyjesz jej przeciw nam aż do jutra.

— Przysięgam na swój honor.

— A teraz pozwól, że cię skrępujemy. Nie stawiaj oporu. Przykro mi uciekać się do tej konieczności, ale nie mogę tego zaniechać.

— Rób, co uważasz za słuszne.

Na znak dany przez Czarnego Korsarza Carmaux podszedł do Hiszpana i związał mu ręce, po czym przekazał go Moko, który bezzwłocznie zaprowadził do pokoju na piętrze, gdzie znajdowali się pozostali jeńcy.

— Oby skończyło się to pielgrzymowanie — zwrócił się Carmaux do Czarnego Korsarza.

— A mnie się wydaje, że będzie zupełnie przeciwnie i wkrótce nowi ciekawscy przybędą zakłócać nasz spokój — odparł kapitan. — Te tajemnicze zniknięcia nie przejdą niezauważone i wzbudzą podejrzenia wśród krewnych hrabiego i niedoszłego pana młodego, a władze Maracaibo zaczną węszyć. Lepiej będzie zabarykadować drzwi i przygotować się do obrony. Czy w tym domu jest jakaś broń palna?

— W magazynie znalazłem arkebuz i trochę amunicji, a do tego starą, zardzewiałą halabardę i zbroję, kapitanie.

— Muszkiet nam się przyda.

— Jak mamy się bronić, kapitanie, jeśli żołnierze zaatakują dom?

— Okaże się w swoim czasie. Zapewniam cię, że Van Gould nie dostanie mnie żywego! No już, przygotujmy się do obrony. Później pomyślimy o śniadaniu.

Van Stiller został na górze pilnować więźniów. Moko zszedł na dół i na wieść o planie od razu zabrał się do roboty.

Razem z Carmaux zaczęli znosić z góry na dół wszystkie ciężkie meble pokaźnych gabarytów, czym narazili się nieszczęsnemu notariuszowi, który zajadle i usilnie, acz bezskutecznie protestował.

W celu zabarykadowania wejścia głównego zniesiono skrzynie, szafy i masywne stoły. Van Stiller, który przez cały ten czas stał przy oknie i obserwował ulicę, nagle zbiegł po schodach na łeb na szyję i zameldował Czarnemu Korsarzowi:

— Kapitanie, na ulicy zgromadziło się wielu mieszkańców, wszyscy patrzą w stronę tego domu. Już chyba wiedzą, że to właśnie tu mają miejsce tajemnicze zniknięcia.

— Ach! — krzyknął Czarny Korsarz, ale ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął. Ze spokojem wszedł na górę i stanął przy oknie wychodzącym na ulicę, ukrywając się za okiennicą.

Van Stiller mówił prawdę. Na końcu ulicy stało w grupkach około pięćdziesięciu mieszczan. Rozmawiali z ożywieniem i wskazywali na dom notariusza, a w oknach sąsiednich budynków pojawiały się i znikały twarze mieszkańców.

— Moje obawy się sprawdziły — wyszeptał Czarny Korsarz, pocierając czoło. — Widocznie los tak chciał, że mam zginąć w Maracaibo. Tak jest zapisane w księdze przeznaczenia. Biedni piraci! Nie tylko polegli, ale nawet nie zostaną pomszczeni. Ale nie ma co krakać! Jednak śmierć jeszcze nie nadeszła, a los sprzyja piratom z Tortugi. Carmaux, do mnie!

Carmaux pośpieszył na wezwanie:

— Na rozkaz.

— Mówiłeś, że znalazłeś amunicję.

— Tak, beczkę prochu, będzie jakieś osiem, dziesięć funtów40.

— Przenieś ją do korytarza i ustaw pod drzwiami. I nie zapomnij o loncie.

— Do stu piorunów! Wysadzimy dom w powietrze?

— Tak, jeśli będzie to konieczne.

— A jeńcy?

— Jeśli żołnierze będą próbować nas pojmać, tym gorzej dla nich. Mamy prawo się bronić i uczynimy to bez wahania.

— Nadchodzą! — wykrzyknął Carmaux, który uważnie obserwował uliczkę.

— Idź po beczkę, potem wróć tu z Van Stillerem. Nie zapomnij o arkebuzie.

Jednocześnie Czarny Korsarz kazał zabarykadować także drzwi u góry do samego mieszkania, licząc po cichu, że w przypadku pokonania pierwszej przeszkody ta druga powstrzyma atak napastników. Zabrali się więc do roboty i zaczęli znosić kolejne meble.

Na końcu ulicy pojawił się właśnie oddział arkebuzerów na czele z porucznikiem, a za nimi wlókł się ogon gapiów. Dwa tuziny żołnierzy maszerowało uzbrojonych jak na wojnę: w muszkiety, szpady i krótkie sztylety przypięte u pasa.

Czarny Korsarz zauważył, że obok porucznika dreptał mężczyzna w podeszłym wieku, o białej brodzie, uzbrojony w szpadę. Pomyślał, że to pewnie krewny hrabiego lub jego bratanka. Oddział utorował sobie drogę wśród tłoczącego się w zaułku tłumu i zatrzymał się w odległości dziesięciu kroków od domu notariusza. Żołnierze uformowali szyk, ustawiając się w trzech rzędach, po czym nabili muszkiety, jakby od razu zamierzali strzelać.

Porucznik przez chwilę obserwował okna, wymienił kilka słów ze starcem, który stał obok niego, po czym zdecydowanym krokiem zbliżył się do drzwi i załomotał, krzycząc:

— W imieniu gubernatora, otwierać!

— Gotowi, przyjaciele? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tak, kapitanie — potwierdzili piraci.

— Wy zostaniecie ze mną, a ty, mój dzielny Afrykańczyku, wejdź do góry i zobacz, czy nie ma tu czasem poddasza, przez które możemy uciec na dach.

Po tych słowach otworzył okiennice, wychylił się przez okno i uprzejmie zapytał:

— Czego sobie życzysz?

Porucznik stanął jak wryty. Zupełnie się nie spodziewał, że zamiast notariusza zobaczy mężczyznę o budzącym postrach wyglądzie i w kapeluszu z piórem na głowie.

— Kim jesteś? — zapytał po chwili. — Szukam notariusza.

— Ja odpowiadam w jego imieniu, gdyż on chwilowo nie może cię przyjąć.

— Na rozkaz gubernatora, otwórz!

— A co, jeśli nie otworzę?

— W takim wypadku nie odpowiadam za konsekwencje. Dziwne rzeczy dzieją się w tym domu, szlachetny panie, i mam rozkaz wybadać, co się stało z panem Pedrem Conxeviem, jego sługą, i wujem, hrabią z Lermy.

— Jeśli chcesz wiedzieć, powiem ci, że wszyscy oni znajdują się obecnie w tym domu, żywi, a nawet w dobrym nastroju.

— Sprowadź ich na dół.

— To niemożliwe — odparł Czarny Korsarz.

— Wykonaj rozkaz albo wyważę drzwi.

— Proszę bardzo, ale ostrzegam was, ze za drzwiami kazałem umieścić beczkę pełną prochu, i przy pierwszej próbie ich forsowania podpalę lont i wysadzę w powietrze dom razem z notariuszem, panem Conviexem, jego sługą i hrabią z Lermy. Jeśli nie brak wam odwagi, to śmiało!

Na te słowa, wypowiedziane tak chłodnym i stanowczym tonem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że to nie przelewki, żołnierzom przeszły po plecach ciarki, a zgromadzona wokół ciekawska czereda rozpierzchła się w obawie, że groźbie stanie się zadość i zaraz wszystko wyleci w powietrze. Nawet porucznik cofnął się instynktownie.

Czarny Korsarz stał w oknie i się nie ruszał, zupełnie jakby cała sytuacja go nie dotyczyła. Nie spuszczał jednak z oczu żołnierzy, podczas gdy stojący za nim Carmaux i Van Stiller bacznie przyglądali się sąsiadom, którzy tłumnie wylegli na tarasy i balkony.

— Kim jesteś? — odezwał się w końcu porucznik.

— Człowiekiem, który nie lubi, gdy byle kto go niepokoi, nawet jeśli to oficer w służbie gubernatora — odparł na to Czarny Korsarz.

— Żądam, abyś wyjawił swoje imię.

— Nie mam na to ochoty.

— Zmuszę cię do tego.

— Wtedy wysadzę dom.

— Postradałeś zmysły!

— Tak, jak i wy.

— Obrażasz mnie?

— Bynajmniej, panie, odpowiadam tylko.

— Dość tego! Zbyt długo trwają te żarty!

— Sami tego chcieliście! Hej, Carmaux, migiem podpal lont pod beczką!

Rozdział VIII. Cudowna ucieczka

Rozkaz ten wywołał okrzyki trwogi i przerażenia zarówno wśród gapiów, jak i żołnierzy.

Wystraszeni byli głównie sąsiedzi, i słusznie, bowiem wysadzenie domu notariusza mogło zrujnować także ich posiadłości, darli się więc w niebogłosy, jakby niemalże słyszeli już huk walących się ścian i stropów.

Mieszkańcy i żołnierze w pośpiechu opuszczali uliczkę i gromadzili się u jej wylotu, a sąsiedzi na łeb na szyję gnali po schodach, próbując wynieść z zagrożonych miejsc co cenniejsze rzeczy.

Nikt już nie wątpił, że ten człowiek — zdaniem niektórych szaleniec — na pewno zrealizuje okropną groźbę.

Tylko porucznik wykazał się odwagą i niewzruszony stał w miejscu. Jednak w niespokojnych spojrzeniach rzucanych przezeń w kierunku domu można było wyraźnie wyczytać, że gdyby nie miał pod sobą oddziału żołnierzy i nie nosił munduru oficera, z pewnością wziąłby nogi za pas jak pozostali.

— Nie! Opanuj się! — krzyknął. — Czy ty już do końca oszalałeś?

— Życzysz sobie czegoś, poruczniku? — zapytał Czarny Korsarz spokojnym głosem.

— Nie rób tego!

— Bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że zostawicie mnie w spokoju.

— Uwolnij hrabiego i pozostałych, a obiecuję, że tak będzie.

— Chętnie się na to zgodzę, jeśli jednak ty przystaniesz na moje warunki.

— Jakie?

— Wycofasz żołnierzy.

— A potem?

— Dostarczysz mnie i moim towarzyszom podpisaną przez gubernatora przepustkę, która pozwoli nam bez szwanku opuścić miasto i zagwarantuje, że nie będą nas ścigać patrolujące okolice oddziały.

— Kim jesteś, że potrzebujesz przepustki? — zapytał porucznik, którego zdumienie rosło proporcjonalnie do nabieranych podejrzeń.

— Szlachcicem zza oceanu — odparł na to Czarny Korsarz z właściwą dla szlachcica dumą.

— Jeśli to prawda, to nie potrzebujesz przepustki, aby opuścić miasto.

— Wprost przeciwnie.

— A więc masz na sumieniu jakąś zbrodnię. Wyjaw mi swoje imię, panie.

W tej chwili do porucznika zbliżył się mężczyzna. Głowę miał owiniętą zakrwawioną chustą, poruszał się z trudem i utykał na jedną nogę.

Carmaux, który zza pleców kapitana obserwował zachowanie żołnierzy, ujrzał go i krzyknął:

— Niech mnie kule biją!

— Co się dzieje? — zapytał żywo Czarny Korsarz, odwracając się ku niemu.

— To jeden z tych Basków, którzy nas napadli. Zdradzi nas.

— Tam do czorta! — krzyknął Czarny Korsarz.

Rzeczywiście był to jeden z Basków, którzy byli świadkami pojedynku w karczmie i którzy później zasadzili się na piratów. Zbliżył się do porucznika i rzekł:

— Poruczniku, czy dobrze mi się wydaje, że chcesz wiedzieć, kim jest człowiek w czarnej pelerynie?

— Zgadza się — odparł zapytany. — Znasz go?

Carrai! To jeden z jego ludzi tak mnie urządził! Poruczniku, nie pozwól mu uciec! To jeden z piratów!

Słysząc te słowa, tłum dał upust swojej niepohamowanej złości. Chwilę później rozległ się huk wystrzału i rozdzierający okrzyk bólu. To Carmaux, na dany przez Czarnego Korsarza znak, pochwycił błyskawicznie muszkiet i wypalił z niego prosto w Baska.

Miarka się przebrała! Dwudziestu żołnierzy wycelowało arkebuzy w okno, w którym stał Czarny Korsarz, a tłum krzyczał na całe gardło:

— Zabijcie tych drani!

— Nie! Złapać ich i powiesić na placu!

— Usmażcie ich żywcem!

— Zabić ich! Zabić!

Porucznik zdecydowanym gestem nakazał opuścić broń i podszedł do okna, by przemówić do Czarnego Korsarza, który nie ruszył się z miejsca, jakby wszystkie te groźby w najmniejszym stopniu go nie dotyczyły.

— Panie szlachcicu, koniec tej farsy, poddaj się!

W odpowiedzi Czarny Korsarz wzruszył ramionami.

— Słyszysz, co mówię?! — krzyczał porucznik czerwony ze złości.

— Najzupełniej.

— Poddaj się lub rozkażę wyważyć drzwi.

— Proszę bardzo — odparł Czarny Korsarz — Ostrzegam tylko, że beczka prochu jest gotowa. Wysadzę dom w powietrze razem z więźniami.

— Ty także zginiesz!

— Cóż począć! Śmierć pośród dymiących zgliszczy jest mi milsza od haniebnego losu, który mi zgotujecie, jeśli mnie schwytacie.

— Wyjdziesz z tego żywy, daję słowo.

— Na nic się zdadzą twoje obietnice, poruczniku, wiem, ile są warte. Jest szósta po południu i zrobiłem się już głodny. Wy się tu naradzajcie, a ja tymczasem przekąszę coś razem z hrabią i jego bratankiem. Bądź pewny, że nie zapomnimy wychylić kielicha także za wasze zdrowie, o ile wcześniej wszystko nie wyleci w powietrze.

Po tych słowach Czarny Korsarz uchylił kapelusza, ukłonił się niezwykle uprzejmie i wrócił do środka, co mocno wprawiło w zakłopotanie porucznika, żołnierzy i tłum gapiów.

— Chodźcie, kamraci — rzekł do Van Stillera i Carmaux. — Myślę, że mamy chwilę na pogawędkę.

— A co z żołnierzami? — zdumiał się Carmaux, który podobnie jak Hiszpanie był pod wrażeniem odwagi swojego przywódcy oraz umiejętności zachowania przezeń zimnej krwi.

— Niech sobie krzyczą, jeśli mają ochotę.

— Coś mi się wydaje, że zatańczymy z nimi taniec śmierci, kapitanie.

— Doprawdy? Nasza ostatnia godzina jest dalej, niż ci się wydaje, Carmaux. Poczekaj do zmroku, a zobaczysz, jakie cuda może zdziałać beczka prochu — odrzekł Czarny Korsarz i bez słowa wyjaśnienia wszedł do środka.

Następnie przeciął sznury krępujące hrabiego i jego bratanka, po czym zaprosił ich do stołu na naprędce przyrządzoną kolację i rzekł:

— Dotrzymajcie mi towarzystwa, panowie. Musicie mi jednak przyrzec, że nie podejmiecie żadnych podstępnych kroków przeciwko mnie.

— Byłoby to niewykonalne, szlachetny panie — odrzekł z uśmiechem hrabia. — Po pierwsze mój bratanek nie ma broni, a po drugie wiem już, jak dobrze władasz szpadą. Taka jest prawda. Słyszałem wrzawę na ulicy. Co tam się dzieje?

— Żołnierze Van Goulda szykują się do oblężenia.

— Przykro mi to mówić, ale wydaje mi się, że w końcu wyważą drzwi.

— Nie zgodzę się z tym twierdzeniem, hrabio.

— A więc będą was oblegać i prędzej czy później zmuszą do poddania się. Jak mi Bóg miły! Zapewniam was, że ze smutkiem będę patrzeć, jak gubernator dostaje w swoje ręce człowieka tak dzielnego i ujmującego jak ty. On nie przebacza piratom.

— Van Gould mnie nie dostanie. Moim przeznaczeniem jest żyć, żeby wyrównać z nim rachunki.

— A zatem znasz go?

— Poznałem go na własną zgubę — westchnął Czarny Korsarz. — Sprowadził nieszczęście na moją rodzinę. To jemu zawdzięczam mój piracki stan. Ale nie rozmawiajmy o tym. Zawsze, gdy poruszam ten temat, czuję, jak krzepnie mi krew w żyłach i dopada mnie grobowy nastrój. Napij się, hrabio. Carmaux, co robią Hiszpanie?

— Naradzają się, kapitanie — odparł pirat, który właśnie oddalił się od okna. — Najwyraźniej nie mogą się zdecydować, czy nas zaatakować.

— Zrobią to później, ale być może nas już tutaj nie będzie. Moko czuwa?

— Jest na strychu.

— Van Stillerze, zanieś mu coś do picia.

Czarny Korsarz jadł i rozmyślał. Był smutniejszy niż kiedykolwiek, strapiony do tego stopnia, że nie docierało do niego to, co mówił hrabia.

Kolacja upłynęła w niczym niezmąconej ciszy. Wszystko wskazywało na to, że choć żołnierze pałali niepohamowaną chęcią powieszenia lub spalenia żywcem piratów, nie potrafili powziąć żadnej decyzji. Nie dlatego, że brakowało im odwagi, bo ta ich nie opuszczała. Nie obawiali się też wybuchu beczki z prochem ani tego, że dom wyleci w powietrze. Obawiali się wyłącznie o życie hrabiego z Lermy i jego bratanka, dwóch szanowanych obywateli miasta, których za wszelką cenę pragnęli ocalić.

Zapadły już ciemności, gdy Carmaux poinformował Czarnego Korsarza, że oddział arkebuzerów, wzmocniony tuzinem halabardników, przyczaił się u wylotu ulicy.

— To oznacza, że coś knują — podsumował Czarny Korsarz. — Zawołaj Moka.

Afrykańczyk zjawił się w mgnieniu oka.

— Rozejrzałeś się dokładnie po strychu? — spytał Czarny Korsarz.

— Tak, panie.

— Czy jest tam jakieś okno?

— Nie ma, ale wybiłem w stropie dziurę, przez którą możemy się wydostać.

— Nie ma tam nieprzyjaciół?

— Ani jednego.

— Sprawdziłeś, jak potem zejść?

— Tak. Musimy jednak przejść kawałek po dachu.

W tej chwili rozległ się ogłuszający huk, od którego zatrzęsły się szyby w oknach. Kilka kul przeleciało przez prześwity w okiennicach i wpadło do środka, dziurawiąc ściany i rozrywając tynk na suficie.

Czarny Korsarz skoczył na równe nogi, błyskawicznie dobywając szpady. Wystarczyło, że woń prochu połaskotała jego nozdrza, a uprzejmy i opanowany dżentelmen sprzed chwili przemienił się błyskawicznie w prawdziwą bestię o ognistym spojrzeniu, a jego twarz przypominała rozgrzane do czerwoności żelazo.

— Ha! Zaczyna się! — krzyknął drwiąco, po czym zwrócił się do hrabiego i jego bratanka: — Obiecałem, że włos wam z głowy nie spadnie, i dotrzymam słowa, cokolwiek się zdarzy. Musicie być mi jednak posłuszni, przysięgnijcie, że nie stawicie oporu.

— Wedle rozkazu, kapitanie — zgodził się hrabia. — Przykro mi, że to moi rodacy na ciebie napadli, w przeciwnym wypadku zapewniam cię, że walczyłbym u twojego boku.

— Musicie iść ze mną, jeśli nie chcecie wylecieć w powietrze.

— Zamierzacie wysadzić dom?

— Za kilka chwil zostanie z niego kupa gruzów.

— Chcecie mnie zrujnować? — zapiszczał notariusz.

— Cicho bądź, sknero — huknął Carmaux, który właśnie uwalniał go z więzów. — Ratujemy ci życie, a ty się boczysz?

— Ale to mój dom, nie chcę go stracić.

— Gubernator na pewno zrekompensuje ci straty.

Od strony ulicy huknęło po raz drugi i kilka kul przeleciało przez pokój, roztrzaskując stojącą pośrodku lampę.

— Za mną, wilki morskie! — krzyknął Czarny Korsarz. — Carmaux, podpalaj lont!

— Już się robi, kapitanie.

— Uważaj, by beczka nie wybuchła, dopóki nie opuścimy domu.

— Lont jest długi, kapitanie — odparł Carmaux, pędząc po schodach na łeb na szyję.

Czarny Korsarz, więźniowie, Van Stiller i Moko wbiegli na strych, podczas gdy arkebuzerzy kontynuowali ostrzał, celując w okna i nawołując do poddania się.

Kule świstały wszędzie, odrywały wielkie kawały ścian i odbijały się od cegieł. Notariusz trząsł się jak w febrze, ale dla piratów i hrabiego, nawykłych do wojennego oręża, była to zaledwie igraszka i nic sobie z tego nie robili.

Na poddaszu Moko wskazał Czarnemu Korsarzowi wybitą przez siebie przy pomocy jednej z belek podpierających strop wyrwę, przez którą można było wydostać się na dach.

— Naprzód! — rozkazał Czarny Korsarz.

Schował szpadę do pochwy, uchwycił się brzegów otworu i jednym zwinnym ruchem się podciągnął, szybkim spojrzeniem omiatając powierzchnię dachu.

Spostrzegł od razu, że nieopodal rosną wysokie palmy, z których jedna strzela pióropuszem olbrzymich liści ponad dachówkami, ocierając się o ogradzający posiadłość mur.

— Tamtędy zejdziemy? — zapytał Moko.

— Tak, panie.

— Uda nam się uciec z tamtego ogrodu?

— Mam taką nadzieję.

Silne ramiona Van Stillera wypchnęły na dach hrabiego, jego bratanka, ich sługę i notariusza. W tej chwili pojawił się Carmaux i rzekł:

— Szybko, za dwie minuty dom zapadnie nam się pod nogami.

— Jestem zrujnowany! — załkał notariusz. — Kto mi odda za...

Van Stiller popchnął go, szorstko urywając potok słów.

— Albo idziesz, albo wylecisz w powietrze — zagroził.

Czarny Korsarz rozejrzał się dookoła, czy nie są w opałach, po czym przeskoczył na sąsiedni dach, a zaraz za nim hrabia i jego bratanek.

W tej chwili rozpoczęła się prawdziwa kanonada, strzelano teraz bez przerwy, a kłęby dymu unosiły się nad ulicą i wolno pełzały po dachach. Żołnierze najwyraźniej liczyli, że piraci poddadzą się w wyniku intensywnego ostrzału i że tym samym obejdzie się bez szturmu.

Być może obawiali się wciąż, że Czarny Korsarz wysadzi wszystko w powietrze, woląc dać się pogrzebać pod gruzami razem z czwórką więźniów niż poddać. Dlatego też zwlekali z ostatecznym atakiem.

Piraci zmuszeni byli teraz wlec ze sobą notariusza, który ledwo trzymał się na nogach. W końcu dotarli na skraj dachu ostatniego domu, w pobliże drzewa palmowego.

Poniżej rozpościerał się rozległy ogród okolony wysokim murem, który ciągnął się aż do granicy miejskich zabudowań.

— Znam ten ogród — powiedział hrabia. — Należy do mojego przyjaciela Moralesa.

— Mam nadzieję, że nas nie zdradzisz, hrabio — odparł Czarny Korsarz.

— Bez obaw, panie. Nie zapomniałem jeszcze, że zawdzięczam ci życie.

— Dalej, schodzimy — ponaglił Carmaux. — Eksplozja może nas stąd zrzucić.

Ledwie skończył mówić, gdy ujrzeli ogromny błysk, a zaraz potem usłyszeli straszny łomot. Dach zatrząsnął im się pod stopami. Upadli jeden na drugiego. Siła wybuchu wyrzuciła w powietrze fragmenty murów, strzaskane meble i płonące części garderoby. Dom notariusza obrócił się w perzynę. Chmura dymu opadła na dachy, na kilka chwil przesłaniając widoczność. Na ulicy, pośród przekleństw i okrzyków przerażenia, słychać było walenie się ścian i murów.

— Do pioruna! — krzyknął Carmaux, którego wybuch odrzucił aż do rynny. — Jeden krok dalej i spadłbym do ogrodu jak wór piasku.

Czarny Korsarz szybko wstał, zataczając się wśród kłębów dymu.

— Żyjecie? — zapytał.

— Tak myślę — odparł Van Stiller.

— Ale... tu się ktoś nie rusza — powiedział hrabia. — Czyżby dostał odłamkiem?

— To ten leń notariusz — odparł Van Stiller. — Upewnij się jednak, bo może tylko zemdlał ze strachu.

— Niech sobie leży — zaproponował Carmaux. — Wyjdzie z tego, o ile żal za utratą domu go nie dobije.

— Nie możemy go tu tak zostawić — zaoponował Czarny Korsarz. — Wybuch wzniecił ogień w pobliskich domach, usmaży się, jeśli go nie zabierzemy.

— To prawda — potwierdził hrabia. — Domy płoną.

— Skorzystajmy z zamieszania i dajmy nogę, przyjaciele — rozstrzygnął Czarny Korsarz. — Moko, zajmij się notariuszem.

Moko wziął notariusza na ręce, a Czarny Korsarz zsunął się na dół, po czym rzucił się biegiem ku ogrodzeniu. Wtem kilku uzbrojonych w arkebuzy mężczyzn wyłoniło się z zarośli, krzycząc:

— Stać albo będziemy strzelać!

Czarny Korsarz chwycił szpadę w prawą dłoń, a lewą sięgnął po pistolet. Był zdecydowany siłą utorować sobie drogę, lecz hrabia powstrzymał go gestem, mówiąc:

— Zostaw to mnie.

Wyszedł naprzeciw zbrojnym i odezwał się:

— Czy nie rozpoznajecie już przyjaciela waszego pana?

— Pan hrabia z Lermy! — wykrzyknęli zdziwieni przybysze.

— Opuście broń albo poskarżę się waszemu dobrodziejowi.

— Wybacz, panie hrabio — odezwał się jeden ze sług Moralesa. — Nie wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Usłyszeliśmy ogromny wybuch. Wiedzieliśmy, że w pobliżu oddział żołnierzy osaczył piratów, i pośpieszyliśmy tu, aby nie dać uciec tym zbójom.

— Piraci już uciekli, możecie odejść.

— Dobrze, panie hrabio.

— Pozwólcie nam przejść i niczym się nie martwcie.

Sługa, który rozmawiał z hrabią, skinieniem odprawił swoich uzbrojonych towarzyszy, po czym skierował się w boczną aleję i otworzył żelazne drzwiczki w murze. Piraci postanowili zostawić notariusza w posiadłości Moralesa. Sługa wziął więc omdlałe ciało od Moka, po czym ukłonił się na pożegnanie.

Trzej piraci i Moko opuścili teren posiadłości prowadzeni przez hrabiego. Szli prostą drogą przez około dwieście kroków, po czym skręcili w alejkę otoczoną z obu stron murem.

— Cieszę się, że mogłem się wam odpłacić. Ludzie tak szlachetni jak wy nie powinni umierać na szubienicy, ale zapewniam was, że gubernator nie byłby dla was litościwy, gdyby was złapał. Idźcie dalej tą drogą, która prowadzi aż na pola poza miastem i wracajcie na pokład waszego statku — rzekł hrabia na pożegnanie.

— Dziękuję — odparł Czarny Korsarz.

Mężczyźni uścisnęli sobie serdecznie dłonie i rozstali się, uchylając kapelusza.

— Bardzo przyzwoity człowiek — podsumował Carmaux. — Jeśli wrócimy do Maracaibo, z pewnością go odwiedzimy.

Czarny Korsarz szybko ruszył naprzód. Prowadził Moko, który chyba lepiej od Hiszpanów znał okolice miasta.

Dziesięć minut później, nie niepokojeni przez nikogo, trzej piraci znaleźli się poza miastem, na skraju puszczy, w sercu której stał szałas zaklinacza węży.

Obejrzeli się za siebie. Nad miastem ujrzeli zwieńczoną pióropuszem płomieni chmurę, którą wiatr niósł nad Jezioro. Dom notariusza dopalał się, a wraz z nim i pozostałe zabudowania.

— Biedny diabeł — powiedział Carmaux. — Pewnie umrze ze zgryzoty: dom i jego piwniczka! To zbyt wielki cios dla takiego dusigrosza jak on!

Zatrzymali się na chwilę w cieniu drzewa simaruba, obawiając się, że w okolicy hiszpańskie oddziały wciąż przeczesują dżunglę. Upewniwszy się, że w puszczy panuje niczym niezmącona cisza, zagłębili się w zarośla i ruszyli przed siebie żwawym krokiem. W ciągu dwudziestu minut znaleźli się w szałasie. Kilka kroków od celu do ich uszu dobiegły jęki.

Czarny Korsarz zatrzymał się, usiłując dostrzec cokolwiek pośród ciemnej gęstwiny.

— Do czorta! — krzyknął Carmaux. — To nasz więzień, którego przywiązaliśmy do drzewa. Zupełnie o nim zapomniałem!

— Zgadza się — wyszeptał Czarny Korsarz.

Podszedł do chaty i ujrzał związanego Hiszpana.

— Chcecie mnie zagłodzić na śmierć? — zapytał nieszczęśnik. — Jeśli tak, to lepiej było od razu mnie powiesić.

— Czy ktoś węszył w tych okolicach? — zapytał go Czarny Korsarz.

— Nie widziałem nic prócz wampirów, panie.

— Idź po ciało mojego brata — zwrócił się Czarny Korsarz do Moka.

Zbliżył się do żołnierza, który przekonany, że wybiła jego ostatnia godzina, trząsł się jak osika. Ale Czarny Korsarz uwolnił go z więzów i powiedział oschłym głosem:

— Zemsta za śmierć tego, którego niedługo pochowam w oceanie, i za jego nieszczęsnych towarzyszy, którzy wciąż wiszą na placu przeklętego miasta, mogłaby dosięgnąć również ciebie. Ale obiecałem, że daruję ci życie, a Czarny Korsarz zawsze dotrzymuje słowa. Jesteś wolny, lecz musisz mi przysiąc, że jak tylko dotrzesz do Maracaibo, udasz się do gubernatora i powiesz mu w moim imieniu, że dziś w nocy w obecności piratów zebranych na „Błyskawicy” i nad ciałem Czerwonego Korsarza wypowiem słowa przerażającej przysięgi. Ten łotr zamordował mi trzech braci, a ja zgładzę jego i wszystkich, którzy noszą jego imię. Powiesz mu, że zaprzysiągłem mu zemstę na morze, na Boga i na piekło, i że wkrótce się spotkamy.

Chwycił oszołomionego jeńca i lekko pchnął go w plecy, mówiąc:

— Idź i nie oglądaj się za siebie, bo jeszcze się rozmyślę.

— Dzięki, panie — odrzekł Hiszpan i uciekł w pośpiechu, bojąc się, że żywy nigdy nie opuści dżungli.

Czarny Korsarz spoglądał za nim, dopóki nie zniknął w gąszczu, po czym odwrócił się do swoich ludzi i powiedział:

— Ruszajmy! Czas ucieka.

Rozdział IX. Okrutna przysięga

Niewielki oddział, któremu przewodził Moko — nikt bowiem tak jak on nie znał dżungli i jej zakamarków — raźno maszerował przed siebie. Wszyscy chcieli jak najszybciej dotrzeć do brzegów Zatoki i opuścić wyspę przed nastaniem świtu.

Piraci martwili się teraz o „Błyskawicę”, która krążyła w pobliżu przesmyku prowadzącego do jeziora. Wieści nie były ani trochę pomyślne; wszystko wskazywało na to, że gubernator Maracaibo posłał gońców do Gibraltaru, by prosić admirała Toledo o posiłki.

Zachodziła obawa, że Hiszpanie pod jego dowództwem zdołali tymczasem zebrać doskonale uzbrojoną flotę z liczącą setki marynarzy załogą, która rekrutowała się głównie z Basków, i że lada chwila mogą przepłynąć Jezioro i napadną na „Błyskawicę”.

Czarny Korsarz milczał, choć widać było, że trawił go niepokój. Od czasu do czasu nakazywał towarzyszom wędrówki przystanąć, a sam nasłuchiwał, czy z oddali nie dochodzą go armatnie wystrzały, po czym znów ponaglał do szybszego marszu.

Niecierpliwił się za każdym razem, gdy napotykali przeszkody: powalone starością, spróchniałe do cna lub ścięte uderzeniem pioruna drzewa-olbrzymy oraz bagna ze stojącą wodą, której nie sposób było przebyć. Dżungla na każdym kroku zmuszała ich do obierania okrężnej drogi, przez co tracili tylko cenny czas.

Całe szczęście, że Moko dobrze znał te okolice. Wyszukiwał w gąszczu przejścia na skróty i dróżki, dzięki którym szybciej mogli posuwać się naprzód.

O drugiej nad ranem Carmaux, który tymczasem wysunął się na czoło pochodu, usłyszał bliski szum morza.

Jego bystre ucho złowiło huk fal rozbijających się o nadbrzeżne drzewa.

— Jeśli nic nam nie stanie na przeszkodzie, za godzinę znajdziemy się na statku, kapitanie — poinformował Czarnego Korsarza, zrównując się z nim w marszu.

Pirat twierdząco skinął głową, lecz nic nie powiedział.

Carmaux ani trochę się nie pomylił. Łoskot bałwanów morskich z każdą chwilą przybierał na sile. Bliskość morza zwiastowały też powtarzające się w regularnych odstępach czasu hałaśliwie krzyki bernikli, gatunku dzikich gęsi, zwykle brodzących przy brzegu, o główce pokrytej białymi piórami i grzbiecie upierzonym na czarno, które o tej porze rozpoczynały swój poranny rytuał.

Czarny Korsarz nie przestawał ponaglać swoich współtowarzyszy. Niedługo później dotarli na niewielką, porośniętą namorzynami plażę, która wiła się zawijasami hen, daleko, zarówno w kierunku północnym, jak i południowym.

Unosząca się nad bagniskami otaczającymi jezioro mgła zasnuła mroczne niebo; zapanowały zupełne ciemności, choć tu i ówdzie powierzchnię wody przecinały krzyżujące się ze sobą we wszystkich kierunkach ogniste linie.

Grzbiety fal skrzyły się ogniście, a pianę, która rozlewała się po plaży wzburzoną grzywą, pokrywała fosforyzująca poświata.

Morze, czarne dotąd jak atrament, w wielu miejscach rozbłysnęło wewnętrznym światłem, jakby ktoś na dnie Zatoki zapalił lampę o niezwykłej mocy.

— Fosforescencja! — wykrzyknął Van Stiller.

— Diabli to nadali — mruknął Carmaux. — Chyba ryby zmówiły się z Hiszpanami, by uniemożliwić nam ucieczkę.

— Mylisz się, kamracie — odparł tajemniczo Van Stiller, wskazując na dźwigane przez Moko ciało. — To fale roziskrzyły się na przyjęcie Czerwonego Korsarza.

— Nie w ciemię bity jesteś — wyszeptał Carmaux.

Czarny Korsarz w skupieniu wpatrywał się w wody jeziora. Przed podjęciem dalszej podróży chciał się upewnić, że admirał Toledo nie szykuje zasadzki.

Nie zauważył jednak nic niepokojącego. Spojrzał więc ku północy, gdzie na świetlistym morzu dostrzegł wielką, czarną plamę, która wyraźnie odcinała się od migoczącej wody.

— To „Błyskawica” — powiedział. — Znajdźcie łódź i ruszamy.

Carmaux i Van Stiller usiłowali zorientować się w terenie, gdyż nie wiedzieli dokładnie, w którym miejscu wybrzeża wyszli z dżungli. Po chwili oddalili się pośpiesznie na północ, uważnie przepatrując namorzyny, których korzenie i pożółkłe liście nurzały swe końce w rozmigotanych falach.

Przeszli już dobrą milę, gdy w końcu udało im się odnaleźć łódź, którą odpływ wyrzucił na brzeg. Wsiedli do niej i popłynęli w stronę miejsca, gdzie czekali na nich Czarny Korsarz wraz z Moko.

Piraci zakryli zmarłemu twarz i ułożyli owinięte w czarną pelerynę zwłoki pomiędzy ławkami, po czym odbili od brzegu, wiosłując co sił.

Murzyn usadowił się na dziobie, trzymając w dłoniach muszkiet, który odebrał wcześniej Hiszpanowi, a Czarny Korsarz zajął miejsce na rufie, naprzeciw ciała swojego brata.

Pirat popadł w typową dla siebie posępną zadumę. Głowę ujął w dłonie, a łokcie oparł na kolanach; ani na chwilę nie odrywał wzroku od zmarłego, którego ciało rysowało się pod żałobnym całunem.

Siedział nieruchomo pogrążony w smutku. Wyglądał, jakby w ogóle nie oddychał. Zapomniał o całym otaczającym go świecie, o flocie admirała Toledo, o współtowarzyszach wyprawy i o swoim statku, który w lśniących wodach oceanu przypominał teraz olbrzymiego wieloryba unoszącego się na powierzchni płynnego złota.

Łódź mknęła po falach, coraz bardziej oddalając się od plaży. Woda wokół niej mieniła się, a wzbijane przez wiosła bryzgi błyszczącej piany przybierały kształt świetlistych strumieni. Pod powierzchnią falowały ogromne ilości osobliwych mięczaków, będących częścią tego widowiska. W morskiej toni pojawiły się pelagie, wielkie, podobne do lśniących kul meduzy, które, poruszane wieczorną bryzą, kołysały się w rytm fal. Nie brakowało też powabnych, bijących światłem koloru wrzącej lawy melitee, których dziwne ramiona układały się w kształt krzyża maltańskiego. Gdzie nie spojrzeć dryfowały acalefe, połyskujące blaskiem szlachetnych kamieni i urokliwe velelle, z których emanuje nieskończenie łagodny, błękitny blask. Z prądem unosiły się też okrągłe, zwykle żerujące w stadach żebropławy z gatunku beroe, wyposażone w niezliczone parzydełka i promieniujące zielonkawym światłem.

Pod powierzchnią wody przemykały ryby różnych gatunków, pozostawiając za sobą błyszczące smugi; wielokształtne ośmiornice poruszały się we wszystkie strony, a ich różnokolorowe cielska zlewały się w jedną barwną plamę; w morzu nurkowały potężne, wciąż liczne w tamtych czasach manaty41, które płetwami wykształconymi w miejscu przednich kończyn i długimi ogonami wzbijały w górę fontanny mieniącej się wody.

Silne ramiona dwóch wioślarzy napędzały łódź, która prędko pruła błyszczące fale, a uderzające o wodę raz za razem wiosła wzbijały w powietrze miriady42 lśniących kryształków.

Gdyby tylko admirał Toledo patrolował te wody, z pewnością wziąłby ich na cel: zarówno łódź jak i „Błyskawica” rzucały na wodę długi cień, wyraźnie odcinając się od błyszczącej wody.

Obaj piraci wiosłowali bez wytchnienia, rozglądając się z niepokojem na boki. Obawiali się, że w każdej chwili wróg pojawi się w zasięgu wzroku. Trudny do określenia niepokój i poczucie zagrożenia gnało ich naprzód. Rozświetlone morze, przewożone zwłoki, obecność posępnego i smutnego Czarnego Korsarza celebrującego żałobę po zamordowanym bracie, to wszystko wzbudzało w nich bliżej nieokreślony strach. Wiosłowali więc co sił, by jak najszybciej znaleźć się na pokładzie „Błyskawicy”.

Byli już nie dalej niż milę od statku, który ruszył kursem na wiatr w ich kierunku, gdy wtem usłyszeli dziwny dźwięk przypominający ni to przenikliwy skowyt, ni to rozpaczliwe zawodzenie.

Piraci zerwali się na równe nogi, z niepokojem wpatrując się w otaczającą ich ciemność.

— Słyszałeś? — zapytał Van Stiller i poczuł, jak zimny pot oblewa mu czoło.

— Tak — potwierdził Carmaux niepewnym głosem.

— To była ryba?

— Nigdy nie słyszałem ryby wydającej takie dźwięki.

— Więc co to mogło być?

— Nie wiem, ale krew ścięła mi się w żyłach.

— To Czerwony Korsarz?

— Cicho, przyjacielu.

Spojrzeli na Czarnego Korsarza, ale on zdawał się nic nie słyszeć. Siedział nieporuszony z głową schowaną w dłoniach i ze wzrokiem utkwionym w ciało.

— Wiosłujemy dalej i niech Bóg ma nas w swej opiece — wymamrotał Carmaux, gestem nakazując Van Stillerowi, by złapał za wiosła.

Nachylił się w stronę Moko i zapytał:

— Słyszałeś ten krzyk, bracie?

— Słyszałem — odpowiedział tamten.

— Co to było twoim zdaniem?

— Może manat.

— Czy ja wiem... — wyszeptał Carmaux. — Być może to manat, a może...

Urwał i zbladł.

Za rufą łodzi, już poza kręgiem świetlistej piany, wyłonił się z wody ciemny, trudny do określenia kształt, który prawie natychmiast pochłonęła morska głębia.

— Widziałeś? — zapytał Van Stillera zdławionym głosem.

— Tak — odpowiedział tamten, szczękając zębami.

— To była głowa.

— Tak, Carmaux, głowa umarlaka.

— Zielony Korsarz płynie za nami. Czeka na swego brata.

— Przerażasz mnie, Carmaux.

— A Czarny Korsarz nic nie widział i nie słyszał?

— To brat zamordowanych!

— A ty, czarny przyjacielu, nic nie widziałeś?

— Widziałem głowę — odparł Moko.

— Głowę czego?

— Manata.

— Niech szlag trafi ciebie i twoje manaty — wymamrotał Carmaux. — To była głowa trupa, ślepoto.

Ktoś krzyknął ze statku:

— Hej tam, w łodzi! Kto płynie?

— Czarny Korsarz! — krzyknął Carmaux.

— Przybijaj!

„Błyskawica” mknęła z chyżością morskiej jaskółki, a jej ostry dziób ciął mieniące się wkoło fale. Jej wielki kształt czernił się w ciemnościach i przywodził na myśl Latającego Holendra, legendarny statek widmo ze swoją załogą upiorów na pokładzie. Uzbrojona w muszkiety załoga ustawiła się w szyku przy relingach43 i nieruchomo oczekiwała powrotu kapitana. Puszkarze44 z zapalonymi lontami w rękach uwijali się przy stojących na rufie działach, a na szczycie bezanmasztu45 powiewała ogromnych rozmiarów bandera Czarnego Korsarza, z wyszytymi na niej dwiema pozłacanymi literami, połączonymi niezrozumiałym ornamentem.

W końcu dobili do lewej burty „Błyskawicy”, którą sternik ustawił dziobem do wiatru. Piraci złapali linę zrzuconą im z pokładu i przywiązali łódź.

— Windy w dół! — zarządził ktoś ochrypłym głosem. Z rei46 głównego masztu opuszczono dwa bloczki z przymocowanymi hakami. Carmaux i Van Stiller przymocowali je do burt łodzi, którą na gwizdek kwatermistrza wciągnięto do góry razem z pasażerami.

Dopiero kil47 łodzi szorujący po pokładzie statku wyrwał Czarnego Korsarza z niewesołych rozmyślań.

Obejrzał się dookoła, jakby zdziwiony, że tak szybko znalazł się na pokładzie „Błyskawicy”, po czym pochylił się w stronę ciała, wziął je w ramiona i złożył pod grotmasztem48. Na widok zmarłego załoga ustawiona przy relingach odkryła głowy.

Morgan, zastępca kapitana, zszedł z mostku i podszedł do Czarnego Korsarza.

— Jesteśmy na twoje rozkazy, kapitanie — zameldował.

— Czyń swą powinność — odrzekł pirat potrząsając głową ze smutkiem, po czym oddalił się wolnym krokiem, wszedł na mostek i znieruchomiał niczym posąg ze skrzyżowanymi rękoma.

Na wschodzie różowił się dzień. W oddali, tam, gdzie woda styka się z niebem, blade światło poranka zabarwiało stalowoszarą toń jasnymi refleksami. Nie był to jednak typowy wschód słońca, który zwykle różowi świat swymi promieniami, lecz szare, ponure światło o metalicznej barwie.

Na znak żałoby opuszczono do połowy masztu potężną korsarską banderę, a górne reje fokmasztu49, na których nie rozpięto dotychczas żagli, zostały ułożone w krzyż.

Marynarze z załogi ustawili się w szeregach przy obu burtach. Z ich ogorzałych morskimi wiatrami i osmalonych armatnim ogniem twarzy wyzierał smutek. Z zabobonnym lękiem spoglądali na ciało Czerwonego Korsarza, które kwatermistrz zawinął w płótno, obciążając je uprzednio dwiema armatnimi kulami. Dniało, ale morze dookoła statku wciąż promieniowało własnym blaskiem. Fale głucho rozbijały się o ciemne burty statku i łamały o wysoki dziób.

Rozkołysane morze wydawało przedziwne odgłosy: przypominały one na zmianę jęki dusz zamieszkujących morskie otchłanie, ochrypłe westchnienia i stłumione skargi.

Na rufie rozległ się dźwięk dzwonu.

Cała załoga uklękła, a kwatermistrz z pomocą trzech marynarzy uniósł ciało Czerwonego Korsarza i ułożył na burcie.

Na mostku kapitańskim zapadło żałobne milczenie. Nawet statek znieruchomiał na mieniącej się wodzie, a morze przestało wydawać dziwne odgłosy.

Oczy wszystkich skupiły się na Czarnym Korsarzu, którego sylwetka odcinała się od szarawej linii horyzontu.

Wydawało się, że ten nieustraszony pirat jakby urósł. Stał na mostku wyprostowany jak struna, rękę wyciągnął w kierunku zmarłego w geście zapowiadanej groźby. Przypięte do kapelusza długie czarne pióro powiewało muskane porannym wiatrem.

Gruby, ochrypły głos przerwał panującą na statku ciszę.

— Wilki morskie! — krzyknął. — Posłuchajcie! Przysięgam na Boga, na te fale, które wiernie nam towarzyszą podczas naszych wypraw, i na mą duszę! Nie zaznam w życiu radości dopóty, dopóki nie pomszczę śmierci moich zamordowanych przez Van Goulda braci. Niech pioruny doszczętnie spalą mój statek, niech mnie razem z wami pochłoną fale, niech mnie przeklną spoczywający w głębinach bracia, niech moja dusza na wieczność będzie potępiona, jeśli nie zabiję Van Goulda i nie wytępię całej jego rodziny tak, jak on uczynił z moją! Bracia piraci! Czy słyszeliście?

— Tak, kapitanie! — odkrzyknęli marynarze, których twarze wykrzywił grymas przerażenia.

Czarny Korsarz wychylił się poza trap50 i spojrzał na jasne fale.

— Ciało za burtę! — rozkazał ponurym głosem.

Kwatermistrz wraz z trzema marynarzami uniósł zawinięte w płótno ciało i wrzucił do morza. Ciało z głośnym pluskiem wpadło do wody, która chlusnęła w górę podobnie jak odpalone fajerwerki.

W fosforyzujących wodach zatoki wyraźnie widać było opadający w głębiny kształt. Po chwili wszystko zniknęło.

Nad wodą rozległ się ten sam dźwięk, który wcześniej napędził strachu Carmaux i Van Stillerowi.

Stojący w pobliżu mostku przyjaciele zbledli jak płótno.

— To Zielony Korsarz nawołuje Czerwonego Korsarza... — wyszeptał Carmaux.

— Tak, to on — zgodził się Van Stiller przytłumionym głosem. — Bracia spotkali się na dnie morza.

Ich rozmowę przerwał przenikliwy gwizd, po którym padła komenda:

— Zwrot lewo na burt! Kursem na wiatr!

„Błyskawica” wykonała zwrot i manewrując wśród rozsianych wkoło wysepek, odpłynęła w kierunku Zatoki. Gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca zabarwiły na złoto wody jeziora, fosforyzujące w głębinach światło zgasło na dobre.

Rozdział X. Na pokładzie „Błyskawicy”

„Błyskawica” minęła gąszcz wysepek, a za nimi długi przylądek uformowany z łańcuchów górskich Sierra de Santa Marta, po czym wypłynęła na wody Morza Karaibskiego, obierając kurs na północ, w kierunku Wielkich Antyli.

Morze było spokojne, poranna bryza wiejąca z południowego wschodu ledwie marszczyła jego taflę; gdzieniegdzie tylko powstawały niewielkie fale, które z głuchym pomrukiem rozbijały się o burty szybkiego żaglowca.

Na pełne morze od strony lądu licznie zapuszczało się nadbrzeżne ptactwo. Chmary morskich kruków, drapieżnych ptaszysk wielkości koguta, kręciły się w pobliżu plaż, gotowe rzucić się na najmniejszy nawet łup i rozerwać go na strzępy. Po czubkach fal ganiały stada czarno upierzonych na grzbiecie i śnieżnobiałych na podbrzuszu brzytwodziobów o rozwidlonych ogonkach. Ptaki te zapewne umarłby z głodu, gdyby ryby same nie wskakiwały im do gardeł, a to za sprawą specyficznego kształtu dziobu, którego spodnia część jest znacznie dłuższa niż górna, co utrudniało biednym ptaszyskom samodzielne chwytanie zdobyczy. Na otwartym morzu nie brakowało także licznych w Zatoce Meksykańskiej faetonów; szybowały one w długich rzędach, z ogonem skierowanym w dół, i zabawnie potrząsały czarnymi skrzydłami, ledwo muskając morskie grzywacze.

Polowały na latające ryby, które raz za razem wzbijały się ponad fale, przecinając powietrze na pięćdziesiąt, a nawet sześćdziesiąt długości ramienia, po czym opadały do wody, by rozpocząć swoją grę od początku.

Piraci nie spotkali dotychczas żadnego okrętu. Marynarze pełniący wachtę51 w bocianim gnieździe52 mieli naprawdę wspaniały widok na wszystkie strony, ale morze dookoła było puste.

W obawie przed groźnymi piratami z Tortugi hiszpańskie statki stroniły od tych wód, trzymały się zwykle blisko portów w Carache, na Półwyspie Jukatan, Wenezueli i innych, założonych na większych Wyspach Antylskich; oczywiście rzecz inaczej się miała, gdy formowały zbrojną flotę.

Tylko dobrze uzbrojone żaglowce, z liczną załogą, ośmielały się wypływać na wody Maracaibo i Zatoki Meksykańskiej. Hiszpanie bowiem nie raz na własnej skórze przekonali się, do czego zdolni byli nieustraszeni korsarze, których siedzibą była osławiona Tortuga.

Pierwszego dnia po pogrzebie Czerwonego Korsarza na statku nie wydarzyło się nic godnego uwagi.

Kapitan nie pokazał się więcej ani na pokładzie, ani na mostku. Ster i nawigowanie pozostawił w rękach swojego zastępcy, a sam zamknął się w kajucie, i nawet Carmaux i Van Stiller nie mieli do niego dostępu.

Przypuszczano jednakże, że Moko był razem z nim, gdyż i on zniknął i nie pojawił się więcej ani na pokładzie, ani w żadnym innym zakamarku statku, nawet w ładowni.

Nikt jednak nie mógł odgadnąć, czym byli zajęci. Prawdopodobnie nie wiedział tego nawet zastępca kapitana. Carmaux próbował coś z niego wydobyć, lecz Morgan w odpowiedzi poczęstował go tylko kuksańcem i pogroził kułakiem, jakby chciał powiedzieć:

— Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, jeśli ci życie miłe.

Zapadł wieczór. Marynarze zrefowali53 część żagli na wypadek, gdyby wiatr się wzmógł, co na tych szerokościach geograficznych prawie zawsze zwiastowało kłopoty. Carmaux i Van Stiller kręcili się w pobliżu nadbudówki, gdy nagle ujrzeli wełnistą głowę Moko wyglądającą przez otwór ładowni.

— A oto i on! — ucieszył się Carmaux. — Ciekaw jestem, czy kapitan dalej płynie z nami tym samym statkiem, czy może knuje coś ze swoimi braćmi w morskiej otchłani. Biorąc pod uwagę jego melancholijne usposobienie, byłby do tego zdolny!

— Nie wątpię — odparł Van Stiller, który znał przesądną naturę przyjaciela. — Więcej w nim z morskiej istoty niż z człowieka takiego jak my: z krwi i kości.

— Hej, przyjacielu! — krzyknął Carmaux do Moko. — Najwyższy czas, żebyś przyszedł się z nami przywitać.

— Kapitan mnie zatrzymał — wyjaśnił Moko.

— Jakieś nowiny? Co porabia?

— Zasępił się bardziej niż zwykle.

— Nigdy nie widziałem go wesołego, nawet na Tortudze. Ani cienia uśmiechu.

— Mówi wciąż o braciach i straszliwej zemście.

— Którą spełni, bracie. Czarny Korsarz to człowiek, który co do joty dotrzymuje złożonego słowa. Nie chciałbym znaleźć się w skórze gubernatora Maracaibo i jego krewnych.

— Van Gould żywi nieprzejednaną nienawiść do Czarnego Korsarza, ale to go wkrótce zgubi.

— A co jest przyczyną tej nienawiści, biały bracie?

— Słyszałem, że to zamierzchła przeszłość. Van Gould zaprzysiągł trzem korsarzom zemstę, zanim jeszcze przybył do Ameryki i zaoferował swe usługi Hiszpanom.

— Kiedy był w Europie?

— Zgadza się.

— Znali się wcześniej?

— Tak przynajmniej mówią. Kiedy Van Goulda obierano gubernatorem Maracaibo, do Tortugi przybijały właśnie trzy wspaniałe statki dowodzone przez Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Byli to piękni mężczyźni, odważni niczym lwy, zuchwali i nieustraszeni marynarze. Najmłodszym z nich był Zielony, a Czarny najstarszym, lecz żaden nie był gorszy od drugiego, a we władaniu bronią nie mieli równych wśród pirackiej braci. W krótkim czasie ci trzej piraci stali się postrachem Hiszpanów w całej Zatoce Meksykańskiej. Trudno zliczyć, ile statków złupili, ile miast zdobyli, nikt nie mógł zwyciężyć ich trzech wspaniałych żaglowców, najpiękniejszych, najzwrotniejszych i najlepiej uzbrojonych w całej pirackiej flocie.

— Wierzę — odparł Afrykańczyk. — Wystarczy spojrzeć na „Błyskawicę”.

— Ale i dla nich nastały ciężkie dni — kontynuował Carmaux. — Pewnego dnia Zielony Korsarz wraz ze swoją załogą wypłynął z Tortugi i pożeglował w nieznanym kierunku. Na nieszczęście natknął się na hiszpańską flotę. Po bohaterskiej walce został pojmany i przewieziony do Maracaibo, gdzie powiesił go właśnie Van Gould.

— Teraz sobie przypominam — potwierdził Moko. — Lecz jego ciało nie zostało rzucone na pożarcie dzikim bestiom.

— Nie, ponieważ Czarny Korsarz, w towarzystwie kilku zaufanych mu ludzi, podkradł się nocą do Maracaibo, porwał ciało i pochował je później w morzu.

— To prawda! Słyszałem, że Van Gould wściekł się, że nie udało mu się schwytać kolejnego brata, przez co kazał rozstrzelać czterech strażników pilnujących trupów na Plaza de Granada.

— Teraz wybiła godzina Czerwonego Korsarza. I jego zdążyliśmy już pochować w morskich głębinach, ale trzeci z braci jest najstraszniejszy i zetrze z powierzchni ziemi cały ród Van Gouldów.

— Ani się obejrzymy, jak wróci do Maracaibo, bracie. Szykuje atak na miasto. I dlatego wypytywał mnie szczegółowo o wyspę — potwierdził Moko.

— Piotr Nau, przerażający l’Olonnais, przebywa na Tortudze, a to wielki przyjaciel Czarnego Korsarza. Któż śmiałby się im obu przeciwstawić? A do tego...

Urwał i trącił łokciem stojących obok przyjaciół, którzy w milczeniu przysłuchiwali się jego wywodom.

— Patrzcie no! Prawdziwy postrach oceanów! Morskie bóstwo!

Piraci spojrzeli na mostek kapitański.

Czarny Korsarz, jak zwykle ubrany na czarno, z nieodłącznym kapeluszem na czole, na którym powiewało wspaniałe pióro, pojawił się właśnie na pokładzie. Z opuszczoną głową i skrzyżowanymi rękoma cicho niczym duch krążył po mostku.

Morgan czuwał u jego boku, ale nie odważył się odezwać do niego ani słowem.

— Wygląda jak zjawa — wyszeptał półgłosem Van Stiller.

— Morgan wiele się od niego nie różni — ocenił Carmaux. — Jeden ponury jak noc, a drugi wcale nie weselszy. Dobrali się jak w korcu maku.

Nagle z grotmasztu, gdzieś od strony bocianiego gniazda, w którym majaczyła ludzka postać, ktoś krzyknął dwukrotnie:

— Statek na pełnym morzu, płynie kursem na wiatr!

Czarny Korsarz zatrzymał się raptownie. Chwilę stał nieruchomo, spojrzał na kierunek wiatru, ale znajdował się zbyt nisko, by móc dostrzec okręt płynący sześć czy siedem mil od nich.

Odwrócił się do Morgana, który także wyjrzał za burtę, i rozkazał:

— Wygasić światła.

Na rozkaz kapitana marynarze znajdujący się na dziobie rzucili się do gaszenia dwóch dużych świateł pozycyjnych, umieszczonych z obu stron statku, na lewej i na prawej burcie.

— Hej tam w gnieździe! — krzyknął Czarny Korsarz, kiedy na pokładzie zapadły już egipskie ciemności. — Dokąd płynie ten statek?

— Na południe, kapitanie.

— W kierunku Wenezueli?

— Tak sądzę.

— Jak daleko jest?

— Pięć lub sześć mil.

— Nie mylisz się?

— Nie, wyraźnie widzę jego latarnie.

Korsarz wychylił się przez burtę i krzyknął:

— Załoga na pokład!

W mniej niż pół minuty cała załoga „Błyskawicy” — stu dwudziestu marynarzy — zajęła stanowiska.

Odpowiedzialni za manewry złapali za brasy54, obserwatorzy wspięli się wysoko na maszty, najlepsi strzelcy ulokowali się w bocianim gnieździe i na pokładzie dziobowym, pozostali zaś ustawili się przy relingach, a w drugim rzędzie za nimi stanęli puszkarze z lontami gotowymi do zapalenia.

Na korsarskich statkach panował taki porządek i dyscyplina, że o każdej porze dnia i nocy marynarze błyskawicznie zajmowali wyznaczone im stanowiska. Tak sprawnie nie reagowały nawet załogi okrętów wojennych, które zazwyczaj pochodziły z krajów o długich tradycjach żeglarskich.

Marynarze, którzy przybyli na Karaiby ze wszystkich stron Europy, zaciągali się na statki w cieszących się jak najgorszą sławą portach Francji, Włoch, Holandii, Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Anglii. Byli to ludzie, którzy na co dzień korzystali z wszelakich uciech życia, niedbający o śmierć, zdolni do największych czynów, odważni aż do przesady; wszyscy oni na korsarskim statku stawali się karni jak rekruci, w walce zaś przeradzali się w prawdziwe tygrysy. Dobrze wiedzieli, że ich przywódcy ukarzą ich za każde zaniedbanie. Niepisane prawo stanowiło bowiem, że za najmniejsze nawet nieposłuszeństwo karano kulą w łeb lub w najlepszym wypadku porzuceniem na bezludnej wyspie.

Gdy załoga stała na stanowiskach, Czarny Korsarz przyjrzał się każdemu z osobna, po czym zwrócił się do czekającego na dalsze rozkazy Morgana.

— Jak myślisz, co to za statek? — zapytał.

— Hiszpański, kapitanie — odparł zastępca.

— Hiszpanie! — wykrzyknął Czarny Korsarz ponurym głosem. — To będzie dla nich noc Sądu Ostatecznego. Wielu z nich nie ujrzy jutrzejszego poranka.

— Dziś w nocy napadniemy na statek, kapitanie?

— Tak, i poślemy go na dno. Tam śpią moi bracia, ale nie będą sami.

— Zgodnie z twoją wolą, kapitanie.

Morgan wskoczył na burtę i przytrzymując się baksztagu55, spojrzał w kierunku, z którego wiał wiatr.

W ciemnościach okalających mruczące morze na powierzchni wody migotały dwa światełka, w niczym nie podobne do blasku gwiazd.

— Znajdują się cztery mile od nas — powiedział.

— Czy wciąż kierują się na południe? — upewnił się Czarny Korsarz.

— W kierunku Maracaibo.

— Los im nie sprzyja. Wykonać zwrot, musimy przeciąć im drogę. Każ przynieść na pokład sto ręcznych granatów i dopilnuj, by zabezpieczono wszystko, co znajduje się w przejściach i kajutach.

— Staranujemy ich?

— Tak, jeśli tylko się da.

— Nie weźmiemy jeńców, kapitanie.

— Co mi po nich?

— Ten statek może wieźć jakieś skarby.

— Tam, skąd pochodzę, wciąż mam zamki i liczne ziemie.

— Chodziło mi o naszych ludzi, kapitanie.

— Dla nich mam złoto. Wykonać zwrot.

Zastępca kapitana zagwizdał, aż echo poniosło się po pokładzie. Marynarze odpowiedzialni za manewry w mgnieniu oka zbrasowali56 żagle, a sternik ustawił statek do wiatru.

„Błyskawica” zawróciła w miejscu i pchnięta lekko południową bryzą, ruszyła śladem hiszpańskiego statku, pozostawiając za rufą długi, pieniący się ślad.

Zbliżała się pośród cieni, lekka jak ptak, bezszelestna niczym legendarny statek widmo.

Strzelcy stojący przy relingach, nieruchomi jak posągi, obserwowali nieprzyjacielski okręt, ściskając długie muszkiety o dużym kalibrze, które w ich rękach stawały się straszliwą bronią i prawie nigdy nie chybiały celu. Pochyleni nad działami artylerzyści dmuchali w lonty, w każdej chwili gotowi zasypać wroga gradem kartaczów.

Czarny Korsarz wraz z Morganem komenderowali z mostku. Oparci o reling, jeden obok drugiego, nie odrywali wzroku od dwóch jasnych latarni, które świeciły w ciemnościach nie dalej niż trzy mile od „Błyskawicy”.

Carmaux, Van Stiller i Moko zajęli pozycje na kasztelu dziobowym i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, spoglądając to na ścigany statek, to na Czarnego Korsarza.

— To będzie pechowa noc dla tamtych — mówił Carmaux. — Obawiam się, że w sercu kapitana jest tyle złości, że nie oszczędzi żadnego Hiszpana.

— Wydaje mi się, że tamten statek ma wyższe burty — odparł Van Stiller, oceniając odległość dzielącą światła pozycyjne od powierzchni wody. — Mam nadzieję, że nie jest to okręt wojenny płynący do portu, by przyłączyć się do floty admirała Toledo.

— A co mu tam! Czarny Korsarz się go nie boi. Żaden statek nie może dorównać „Błyskawicy”, a poza tym słyszałem coś o taranowaniu.

— Do stu piorunów! Jeśli do tego dojdzie, to prędzej czy później połamią „Błyskawicy” dziób.

— Jest twarda jak skała, mój drogi.

— Skały czasem też się kruszą.

— Cicho!

Głos Czarnego Korsarza przerwał panującą na pokładzie ciszę:

— Żaglowi, w górę lizele57, wciągnąć sztaksle58!

Na grotmaszt i fokmaszt sprawnie wciągnięto dodatkowe żagle, które obok tych rejowych stanowiły dodatkową część ożaglowania statków.

— Pościg! — krzyknął Carmaux. — Jeśli wciągamy lizele, znaczy się, że Hiszpanie żwawo płyną.

— Mówię ci, to statek wojenny — upierał się Van Stiller. — Zobacz, jakie ma wysokie maszty.

— Tym lepiej! Walka będzie wyrównana!

W tej chwili na ściganym okręcie rozległ się krzyk, a wiatr porwał go i uniósł na pokład „Błyskawicy”:

— Ahoj! Podejrzany statek za lewą burtą!

Stojący na mostku Czarny Korsarz pochylił się do Morgana i wyszeptał mu kilka słów do ucha, po czym zszedł na pokład i zawołał:

— Do mnie sterownica59! Piraci, do ataku!

Choć tylko mila dzieliła obu wrogów, dystans nie malał; najwyraźniej oba statki mogły osiągać znaczne prędkości.

Po upływie pół godziny na pokładzie hiszpańskiego statku — a przynajmniej za taki go uważano — błysnął ogień, który oświetlił mostek i część omasztowania. Zaraz po nim rozległa się głośna detonacja, której głuchy huk poniósł się po ciemnej wodzie i ucichł dopiero na dalekim horyzoncie.

Chwilę później piraci usłyszeli w powietrzu znajomy gwizd i za rufą zobaczyli fontannę wody strzelającą w górę na dwadzieścia stóp60.

Nikt się nie odezwał. Tylko Czarny Korsarz pogardliwym uśmiechem skwitował to aroganckie powitanie pierwszego ze śmiertelnych posłańców.

Tym ostrzegawczym wystrzałem wróg miał zamiar skłonić piratów do zaprzestania pościgu. Ścigany statek zmienił teraz kurs i ustawił się dziobem na południe, co było wyraźnym sygnałem, że załoga zamierzała poszukać schronienia w zatoce Maracaibo.

Czarny Korsarz przejrzał ich manewr. Odwrócił się do opartego o burtę Morgana, który wcisnął się pomiędzy sztagi61, i rozkazał:

— Na dziób, panie Morgan.

— Mam otworzyć ogień?

— Jeszcze nie, jest za ciemno. Przygotuj wszystko do abordażu.

— Dokonamy abordażu?

— Okaże się!

Morgan opuścił górny pokład, zawołał kwatermistrza i udał się na dziób, gdzie na deskach leżało czterdziestu marynarzy z arkebuzami w dłoniach i muszkietami gotowymi do strzału.

— Wstawać! — zarządził. — Przygotujcie haki!

Po czym zwrócił się do marynarzy, którzy przycupnęli za relingami:

— Przygotujcie żelazne pokrywy!

Marynarze, pod czujnym okiem Morgana, w milczeniu zabrali się do roboty.

Piraci bali się zastępcy kapitana nie mniej niż Czarnego Korsarza. Był nieugięty, odważny niczym lew i zawsze zdecydowany, a śmiałością dorównywał samemu dowódcy.

Pochodził z Anglii i od niedawna przebywał w Ameryce. Od samego początku było widać, że wyróżnia się duchem inicjatywy oraz rzadko spotykaną energią i odwagą. Jako marynarz sprawdził się pod dowództwem innego znanego pirata, Mansfielda62, ale pod względem swoich późniejszych dokonań przerósł wszystkich piratów z Tortugi: wsławił się niebywałą odwagą podczas słynnej ekspedycji na Panamę, kiedy to podbito niemożliwe — jak sądzono — do zdobycia miasto, perłę wśród miast na Oceanie Spokojnym.

Był wyjątkowo wytrzymały i odznaczał się nieprzeciętną siłą. Miał szlachetne rysy twarzy i pokojowe usposobienie. Jego przenikliwe spojrzenie, w którym nie brak było zagadkowego wdzięku, upodabniało go do Czarnego Korsarza. Wiedział, jak dowodzić szorstkimi z natury piratami, a posłuch zdobywał najprostszym gestem.

Pod jego kierunkiem w mniej niż dwadzieścia minut marynarze przenieśli z lewej burty dwa duże pancerze; jeden umieszczono pod fokmasztem, a drugi przed grotmasztem. Zrobiono je z połączonych ze sobą belek i beczek napełnionych gwoździami i różnym żelastwem; miały one za zadanie ochronić pokład rufowy i dziobowy przed zniszczeniem, na wypadek silnego ostrzału ze strony nieprzyjaciela.

Pięćdziesiąt ręcznych granatów ułożono za belkami, a na burtach i zrolowanych hamakach, które służyły też za podporę strzelecką, zaczepiono haki abordażowe.

Kiedy wszystko było przygotowane, Morgan ukrył ludzi na pokładzie, po czym sam ulokował się w pobliżu bukszprytu63, z jedną ręką opartą na szabli i drugą zaciśniętą na kolbie zatkniętego za pas pistoletu.

Nieprzyjacielski statek znajdował się nie dalej niż trzy i pół kabla od „Błyskawicy”, która — trzeba jej to przyznać — w pełni zasługiwała na swoje imię, gdyż zmniejszyła właśnie dystans dzielący oba statki i szykowała się do staranowania wroga miażdżącym, niepowstrzymanym uderzeniem.

Mimo ciemnej, bezgwiezdnej nocy w końcu można było odróżnić szczegóły ściganego żaglowca.

Sprawdziły się przypuszczenia Van Stillera: był to imponujących rozmiarów okręt wojenny, o wysokich burtach, uniesionym pokładzie i trzech masztach obwieszonych żaglami aż po bombramreję64. Prezentował się jak prawdziwa machina wojenna, doskonale uzbrojona i obsadzona liczną, zaprawioną w bojach załogą, która z pewnością stawi zacięty opór.

Każdy inny korsarz z Tortugi zastanowiłby się dwa razy, zanim przypuściłby atak na tak imponujący statek. Okręty wojenne zwykle nie były dla piratów cennym łupem, między innymi dlatego, że w przypadku zwycięstwa niewiele zostałoby skarbów do podziału, gdyż statki te nie przewoziły kosztowności ani towarów. Morscy rozbójnicy chętniej napadali na statki kupieckie i galeony z ładowniami wypełnionymi szlachetnymi kruszcami, pochodzącymi z meksykańskich kopalń na Jukatanie i w Wenezueli.

Czarny Korsarz, który nie zabiegał o bogactwa, nie rozumował w ten sposób. Możliwe, że ten statek uosabiał dla niego jednego z największych sojuszników Van Goulda, był jego potencjalnym wrogiem, który w przyszłości mógłby zniweczyć jego plany. Dlatego też — w obawie, że wrogi statek wzmocni flotę admirała Toledo lub zasili hiszpańskie siły w Maracaibo — zdecydował się na atak.

Nieprzyjacielski okręt znajdował się teraz w odległości dwóch i pół kabla. Załoga, widząc, że piraci nie ustępują, nie miała już wątpliwości co do ich złych zamiarów. Hiszpanie ponownie załadowali największe działo na pokładzie i dali ognia.

Tym razem kula nie wpadła do morza. Przeleciała pomiędzy fokiem65 a marslem66, ścinając wierzchołek bezanmasztu i zrzucając korsarską banderę. Puszkarze na stanowiskach rufowych zwrócili się do Czarnego Korsarza, który stał nieruchomo z tubą w ręku oparty o sterownicę:

— Mamy zaczynać, kapitanie?

— Jeszcze nie — odparł pirat.

Huknął trzeci strzał, silniejszy niż dwa poprzednie. Trzecia z kolei kula przeleciała nad pokładem, wpadając między maszty i uszkadzając burtę na rufie, ledwie trzy kroki od steru.

Nieustraszony pirat uśmiechnął się tylko pogardliwie, lecz nie wydał żadnego rozkazu.

„Błyskawica” przyśpieszyła jeszcze bardziej, prezentując nieprzyjaciołom — niczym straszliwe ptaszysko nacierające na swoją ofiarę — swój złowrogi dziób, nie mogąc się doczekać, aż będzie jej w końcu dane rozpruć wnętrzności hiszpańskiego okrętu.

Ten zbliżający się w absolutnej ciszy statek, który pojawił się znikąd, z załogą, która nie dawała oznak życia i nie odpowiadała na zaczepki, musiał zrobić okropne wrażenie na przesądnych z natury hiszpańskich marynarzach.

Nagle wśród ciemności podniósł się rejwach. Z hiszpańskiego okrętu dobiegły piratów przerażone okrzyki i wydawane w pośpiechu rozkazy.

Władczy głos, należący ze wszelkim prawdopodobieństwem do kapitana, stłumił na chwilę ten rozgardiasz:

— Zwrot na lewą burtę! Pchać ster z całej siły!

— Ognia ze wszystkich dział!

Rozległ się ogłuszający huk, a armatni ogień rozjaśnił ciemności nocy. W stronę piratów wypalono z siedmiu karonad rozmieszczonych wzdłuż burty i z dwóch na pokładzie rufowym. Kule ze świstem przelatywały pomiędzy nimi, dziurawiły żagle, przecinały cumy, kruszyły burty, ale nie wstrzymały szarży „Błyskawicy”, która dowodzona silną ręką Czarnego Korsarza z całym impetem natarła na nieprzyjaciela. Jakimś tylko cudem hiszpański sternik w ostatniej chwili pchnął ster, co uratowało okręt przed niechybną katastrofą. Brutalnie wytrącony z kursu statek pochylił się na lewą burtę, o włos unikając uderzenia bukszprytu, na który bez wątpienia by się nadział.

„Błyskawica” przepłynęła w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się rufa nieprzyjaciela. Otarła się o niego bokiem, z głuchym łoskotem szorując burtą o burtę, aż echo poniosło się po ładowni. Oprócz tego złamała mu bom67 bezanżagla i pogruchotała stewę68, ale nic poza tym.

„Błyskawica” chybiła swego celu, lecz nie zwolniła rozpędu i zniknęła w mroku, nie ujawniwszy liczebności załogi ani uzbrojenia.

— Do stu piorunów! — krzyknął Van Stiller, który wstrzymał oddech w oczekiwaniu na straszne uderzenie. — To się nazywa mieć szczęście!

— Chwilę temu nie dałbym nawet złamanego grosza za marynarzy z tamtego statku — przytaknął Carmaux.

— Byłem gotów się założyć, że będą przysmakiem dla rekinów.

— Myślisz, że kapitan uderzy ponownie?

— Hiszpanie mają się teraz na baczności i z pewnością pokażą nam się od dziobu.

— I zasypią nas kulami. Gdyby to był dzień, to natarcie mogłoby wyjść nam na złe.

— Ale nie odnieśliśmy prawie żadnych strat.

— Milcz, Carmaux!

— Co się stało?

Czarny Korsarz przyłożył tubę do ust i krzyknął:

— Przygotować się do zwrotu!

— Wracamy? — zainteresował się Van Stiller.

— A niech to! Ani chybi nie odpuści Hiszpanom — zaklął Carmaux.

— Coś mi się widzi, że nasz wróg myśli podobnie.

Tak rzeczywiście było. Hiszpanie zeszli z obranego wcześniej kursu. Ich okręt dryfował, ustawiony skosem do wiatru, czekając, aż nieprzyjaciel podejmie rękawicę. Załoga co chwilę wykonywała zwrot, ustawiając statek dziobem do przeciwnika, by uniknąć staranowania.

Po przepłynięciu dwóch mil także i „Błyskawica” dokonała zwrotu, lecz zaniechała kolejnej próby szarżowania na nieprzyjaciela. Trzymając się poza zasięgiem kul armatnich, zataczała teraz wokół niego wielkie kręgi.

— Już rozumiem — odezwał się Carmaux. — Kapitan czeka świtu, by rozpocząć atak i rzucić wszystkie siły do abordażu.

— Dzięki temu Hiszpanie nie wymkną się w kierunku Maracaibo — dodał Van Stiller.

— Zgoda. Mój drogi, przygotujmy się na desperacką walkę. Zgodnie z pirackim obyczajem, jeśli przepołowi mnie kula armatnia lub przyjdzie mi wyzionąć ducha na wrogim statku, ustanawiam cię spadkobiercą mojej skromnej fortuny.

— Którą stanowią? — roześmiał się Van Stiller.

— Dwa szmaragdy, a każdy wart jest co najmniej pięćset piastrów. Znajdziesz je zaszyte w podszewce mojego kaftana.

— Za to można ucztować dwa tygodnie na Tortudze. Ja zaś mianuję ciebie, drogi Carmaux, moim spadkobiercą, ale uprzedzam cię jednak, że nie mam nic prócz trzech dublonów zaszytych w pasie.

— Wystarczająco, by kupić sześć butelek hiszpańskiego wina, którymi nie omieszkam wznieść toastu na twoją cześć, przyjacielu.

— Dziękuję, Carmaux. Od razu mi ulżyło i teraz mogę ze spokojem czekać na śmierć.

Tymczasem „Błyskawica” wciąż zataczała kręgi wokół nieprzyjacielskiego statku, który z kolei obracał się wokół swojej osi, ustawiając się dziobem w jej kierunku. Szykowała się do ataku, jak łowca czający się na swoją ofiarę, lecz nie otwierała ognia.

Czarny Korsarz nie wypuszczał steru z rąk. Oczy błyszczały mu jak nocnemu drapieżnikowi, ani na chwilę nie spuszczał z nich hiszpańskiego żaglowca. Wydawało się, że próbuje odgadnąć, co się dzieje na jego pokładzie i przewidzieć najdrobniejszy fałszywy ruch, który pozwoliłby na wyprowadzenie śmiertelnego ciosu.

Załoga patrzyła na niego z zabobonnym lękiem. Ten człowiek, który nawigował statkiem, jakby przelał weń własną duszę, okrążał swój łup, prawie nie manewrując żaglami. Jego ponury wygląd i niezłomna postawa wzbudzały przerażenie nawet wśród nieznających lęku pogromców mórz. Przez całą noc „Błyskawica” krążyła wokół nieprzyjaciela, nie odpowiadając na mało skuteczne strzały armatnie, które od czasu do czasu posyłano w jej kierunku. Gdy gwiazdy przybledły i pierwsze promienie świtu zabarwiły wody Zatoki, Czarny Korsarz poderwał się na nogi i krzyknął:

— Kamraci! Wszyscy na stanowiska! Bandera w górę!

„Błyskawica” zmieniła kurs i popłynęła prosto na wroga, gotując się do abordażu.

Na bezanmaszt wciągnięto potężną banderę Czarnego Korsarza, którą dodatkowo przybito do drzewca, by zbyt łatwo nie padła łupem wroga. Jej utrata była równoznaczna ze śmiercią, utrzymanie jej oznaczało zwycięstwo; dobrowolne poddanie się wrogom w ogóle nie wchodziło w rachubę. Artylerzyści na rufie przygotowali działa, a piraci ustawieni przy relingach wystawili muszkiety przez otwory strzelnicze, gotowi w każdej chwili zasypać wroga gradem kul.

Czarny Korsarz upewnił się, czy wszyscy znajdowali się stanowiskach bojowych, spojrzał, czy marynarze zajęli miejsce w bocianim gnieździe, na salingach69 i rejach, po czym krzyknął:

— Moi morscy bracia! Nie powstrzymuję was dłużej! Niech żyją piraci!

Na pokładzie trzykrotnie rozbrzmiało głośne „hurra!” i huknęło z armat.

Hiszpański okręt ustawił się pod wiatr i podpływał coraz bliżej. Zaiste jego załoga musiała być wyjątkowo bitna i odważna, gdyż zazwyczaj hiszpańskie okręty, znając z doświadczenia odwagę straszliwych przeciwników, unikały bezpośrednich starć z piratami z Tortugi. Gdy podpłynęli na tysiąc kroków, rozpoczęli wściekłą kanonadę. Halsujący wprost na „Błyskawicę” statek, spowity chmurami prochowego ognia, raził piratów ogniem z dział na sterburcie.

Był to ogromny, wysoki trzypokładowiec, który posiadał czternaście otworów artyleryjskich; bez dwóch zdań prawdziwa wojenna fregata, która z jakiegoś powodu odłączyła się od floty admirała Toledo.

Na mostku kapitańskim z szablą w ręku stał kapitan ubrany we wspaniały mundur oficerski. Dookoła niego zgromadzili się oficerowie, a na pokładzie uwijało się wielu marynarzy.

Przy akompaniamencie huków i wybuchów okręt odważnie sunął na spotkanie „Błyskawicy”, a na jego grotmaszcie dumnie powiewała wielka, hiszpańska flaga.

Korsarski żaglowiec, mimo skromnych rozmiarów, nie uląkł się gradu kul. Pruł coraz szybciej prosto na wroga, odpowiadając ogniem z dział rufowych. Czarny Korsarz wyczekiwał na dogodny moment, by móc ustawić statek bokiem i wypalić z dwunastu furt działowych.

Nieprzyjaciel zasypał piratów deszczem kartaczy. Pociski uszkadzały burty, łomotały w ładowni, niszczyły nadburcia, utrudniając przy tym sterowanie, i siały spustoszenie wśród marynarzy, którzy zajęli pozycje na dziobie. Mimo tego wściekłego ataku statek nie schodził z kursu i z wielką śmiałością parł do abordażu.

Gdy „Błyskawica” podpłynęła do wroga na dwa kable, wtedy dopiero strzelcy wypalili z muszkietów; zasypali żelastwem pokład nieprzyjacielskiego statku, czym znacznie wzmocnili siłę armatniego ognia.

Ta huraganowa salwa okazała się dla Hiszpanów tragiczna w skutkach. Piraci prowadzili ogień z niezwykłą celnością, rzadko chybiając celu. Zdobyta w dawnych czasach wprawa, kiedy to jeszcze jako myśliwi polowali na dziko żyjące bydło, była tu na wagę złota.

Rzeczywiście pokaźne arkebuzy siały większe spustoszenie niż ładowane w armaty kartacze. Hiszpanie rażeni kulami padali pokotem wzdłuż relingów. Pociski sięgały też puszkarzy na kasztelu i oficerów na mostku.

Po dziesięciu minutach nie ostał się już nikt. Trafiony kulą padł też dowódca wśród swoich oficerów, zanim jeszcze oba statki szczepiły się ze sobą.

Pozostała jeszcze obsługa dział w lukach, liczniejsza niż marynarze na pokładzie. Zwycięstwo wisiało więc na włosku.

Gdy statki zbliżyły się na odległość dwudziestu jardów70, wykonały nagły zwrot. Wśród huku dział padały komendy Czarnego Korsarza:

— Zrefować grotżagiel i marsel, brasować reje na fokmaszcie, naciągnąć bezanmaszt, ile się da!

Gwałtowne pchnięcie steru skręciło nagle „Błyskawicę”, która siłą rozpędu wbiła się bukszprytem we wroga, dziurawiąc mu ożaglowanie bezanmasztu.

Czarny Korsarz, trzymając szablę w prawej dłoni i pistolet w lewej, zbiegł z górnego pokładu.

— Kamraci! — huknął. — Do abordażu!

Rozdział XI. Flamandzka księżniczka

Na widok Czarnego Korsarza i Morgana gotujących się do abordażu na zdobycz, która już nie mogła im się wymknąć, załoga rzuciła się za nimi jak jeden mąż.

Piraci zostawili bezużyteczne w bezpośredniej walce muszkiety. Z kordelasami i pistoletami w dłoniach przypuścili atak. Napierali na wroga niczym rwący potok, krzycząc przy tym na całe gardło i próbując w ten sposób jeszcze bardziej przerazić Hiszpanów.

Rzucono haki, by sczepić oba statki, ale kilku niecierpliwych śmiałków wspięło się po drzewcach bukszprytu i czepiając się salingów i sztagów oraz opuszczając w dół po delfiniaku71, przeskoczyło na pokład wroga.

Tam piraci napotkali na silny opór przeciwnika. Z luków z bronią w ręku wyskakiwali gotowi na wszystko marynarze z obsługi dział.

Była ich przynajmniej setka, a przewodziło im kilku oficerów i artylerzystów. W mgnieniu oka rozproszyli się po mostku, wbiegli na kasztel i rzucili się na piratów, którzy jako pierwsi przeskoczyli na hiszpański okręt. Pozostali wbiegli na rufówkę72 i z dwóch stojących tam dział z bliskiej odległości razili pokład „Błyskawicy” huraganowym bezlitosnym ostrzałem.

Czarny Korsarz nie zwlekał dłużej. Oba statki, sczepione hakami, znajdowały się już burta przy burcie.

Przeskoczył reling i zwinnie wylądował na pokładzie, krzycząc:

— Do mnie, piraci!

Za nim skoczył Morgan, a następnie strzelcy. Równocześnie marynarze w bocianim gnieździe, na rejach i na drablinach73 zarzucali hiszpańską załogę granatami i dziesiątkowali piekielnym ogniem z muszkietów i pistoletów.

Walka stawała się coraz bardziej zażarta.

Czarny Korsarz ze swymi ludźmi trzy razy szturmował kasztel, gdzie skupiło się około siedemdziesięciu Hiszpanów, którzy z tej dogodnej pozycji mogli razić pokład armatnim ogniem, i trzykroć został odepchnięty. Morgan natomiast nie potrafił złamać oporu, który napotkał na dziobie.

Obie strony walczyły z dużą determinacją. Zdziesiątkowani przez arkebuzerów Hiszpanie mężnie stawiali opór, woląc drogo sprzedać życie, niż poddać się.

Piraci zasypywali ich siejącymi spustoszenie granatami, lecz Hiszpanie nie cofnęli się ani o krok. Wokół garstki obrońców rósł z każdą chwilą stos rannych i zabitych, ale hiszpańska flaga wciąż żywo powiewała na bezanmaszcie, a wyszyty na niej krzyż mienił się w promieniach wschodzącego słońca. Opór nie mógł trwać już długo. Desperacka obrona tylko wyzwoliła w piratach złość. Pod wodzą walczącego w pierwszym szeregu kapitana raz jeszcze natarli na kasztel.

Marynarze przypuścili atak na ostatnich obrońców nieszczęsnego statku ze wszystkich stron: wspinali się po drablinach, skakali ze sztagów bezanmasztu i z want74 rufowych, wdrapywali się na ławki i burty.

Czarny Korsarz przebił się przez mur ludzkich ciał i ruszył przed siebie w sam środek walki. Odrzucił kordelas i dobył szabli, która ze świstem cięła powietrze, zadawała ciosy, cięła żelazo, bez ustanku siekła na prawo i na lewo. Nikt nie potrafił parować uderzeń zadanych z taką siłą. Wokół niego otworzyła się przestrzeń. Wtem znalazł się sam pośród stosu trupów, a nogi miał unurzane w spływającej po pokładzie krwi.

W tej chwili nadbiegł z posiłkami Morgan. Udało mu się w końcu zdobyć pokład dziobowy i gotował się do wyrżnięcia niedobitków, którzy z desperacką odwagą bronili sztandaru zawieszonego na głównym maszcie.

— Na nich! — rozkazał Morgan.

Czarny Korsarz powstrzymał go okrzykiem:

— Kamraci! Czarny Korsarz zwycięża, ale nie morduje!

Piraci powstrzymali się od ataku, a gotująca się do ciosu broń opadła.

— Poddajcie się! — krzyknął Czarny Korsarz, zbliżając się do Hiszpanów skupionych wokół sterownicy. — Darujemy wam życie w nagrodę za odwagę.

Jedyny ocalały z podoficerów wystąpił naprzód, rzucając na pokład poplamiony krwią topór.

— Pokonaliście nas — powiedział ochrypłym głosem. — Zróbcie z nami, co chcecie.

— Podnieś swój topór, panie — odparł szlachetnie Czarny Korsarz. — Marynarze tak dzielnie broniący swego statku, choć daleko pływa on od macierzystego portu, zasługują na szacunek.

Przyjrzał się ocalałym, nie poświęcając więcej uwagi osłupiałemu oficerowi, który stał jak wryty, albowiem w tego typu bitwach piraci bardzo rzadko akceptowali dobrowolne poddanie się i prawie nigdy nie darowali wolności bez zażądania okupu.

Bitwę przeżyło tylko osiemnastu obrońców, z których prawie wszyscy byli ranni. Złożyli już broń i z ponurą rezygnacją czekali na swój los.

— Morgan — odezwał się Czarny Korsarz — każ opuścić na wodę dużą szalupę z zapasami na siedem dni.

— Puszczasz ich wolno? — z pewnym żalem zapytał zastępca.

— Tak, panie Morgan — doceniam i nagradzam śmiałość i odwagę.

Na te słowa oficer wystąpił i powiedział:

— Dziękuję, kapitanie. Na zawsze zapamiętam wspaniałomyślność tego, którego zwą Czarnym Korsarzem.

— Zamilcz. Odpowiedz lepiej na moje pytania.

— Słucham, kapitanie.

— Skąd płyniecie?

— Z Vera Cruz75.

— Gdzie zamierzaliście rzucić kotwicę?

— W Maracaibo.

— Gubernator was oczekuje? — spytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

— Nic mi o tym nie wiadomo, kapitanie. Tylko nasz dowódca mógłby odpowiedzieć na to pytanie.

— Masz racje. Do czyjej floty należał ten statek?

— Do floty admirała Toledo.

— Macie jakiś ładunek?

— Kule i proch.

— Możesz odejść.

Oficer spojrzał na niego z pewnym zakłopotaniem, które nie umknęło uwadze pirata.

— Chcesz coś dodać? — zapytał.

— Są jeszcze inne osoby na pokładzie, kapitanie.

— Jeńcy?

— Nie, kobiety i słudzy.

— Gdzie się znajdują?

— W nadbudówce na rufie.

— Kim są te kobiety?

— Kapitan nie wyjawił nam tego, ale myślę, że jedna z kobiet pochodzi ze szlachetnego rodu.

— Kto to może być?

— Myślę, że jedna z nich to księżniczka.

— Na wojennej fregacie? — zdziwił się Czarny Korsarz. — Gdzie wsiadła na pokład?

— W Vera Cruz.

— Dobrze. Uda się z nami na Tortugę, a jeśli będzie chciała odzyskać wolność, musi zapłacić okup, który wyznaczy moja załoga. Pomyślnych wiatrów! Obyście szczęśliwie dopłynęli do brzegu.

— Dziękuję, panie.

Piraci opuścili na wodę dużą szalupę, którą zaopatrzono w żywność i zapasy wody na osiem dni, a także w kilka muszkietów i zapas prochu.

Oficer wraz z pozostałą przy życiu załogą opuścił statek i wsiadł do łodzi. Z grotmasztu ściągnięto majestatyczną, hiszpańską flagę. Ten sam los spotkał flagę powiewającą na bezanmaszcie. W ich miejsce wciągnięto czarne, korsarskie bandery, co powitano dwukrotnym wystrzałem armatnim.

Czarny Korsarz usiadł na dziobie i obserwował szalupę, która szybko oddalała się na południe, tam, gdzie szeroko rozlewała się zatoka Maracaibo.

Kiedy oddaliła się wystarczająco, zszedł na pokład i mruknął do siebie:

— I to są ludzie tego zdrajcy!

Spojrzał na swoją załogę. Wszyscy byli zajęci przenoszeniem rannych do zaimprowizowanego na pokładzie punktu opatrunkowego i owijaniem ciał poległych w płótna, w których zostaną później pochowani w morzu. Czarny Korsarz gestem przywołał Morgana.

— Powiedz moim ludziom — oznajmił — że rezygnuję na ich korzyść z części udziałów przypadających mi ze sprzedaży tego statku.

— Kapitanie! — zawołał zaskoczony Morgan. — Przecież dobrze wiesz, że ten statek wart jest tysiące piastrów!

— A co mnie mogą obchodzić pieniądze? — ze wzgardą odparł Czarny Korsarz. — Nie dla nich prowadzę tę wojnę. Nie robię tego z chciwości lub dla bogactw. Poza tym otrzymałem już swoją część.

— To nieprawda, panie.

— Moją częścią jest dziewiętnastu więźniów, którzy musieliby zapłacić okup, by wykupić się z niewoli na Tortudze.

— Nie byli wiele warci. Wszyscy razem wzięci nie zapłaciliby więcej niż tysiąc piastrów.

— Mnie to wystarcza. Powiedz moim ludziom, że mają wyznaczyć okup za księżniczkę, która znajduje się na pokładzie tego statku. Gubernatorzy Vera Cruz i Maracaibo zapłacą, jeśli będą chcieli ujrzeć ją na wolności.

— Nasi piraci kochają pieniądze, ale jeszcze bardziej kochają swego kapitana i oddadzą ci także więźniów z nadbudówki.

— Pomyślimy o tym później — odparł Czarny Korsarz, wzruszając ramionami.

Po tych słowach odwrócił się w kierunku rufy, gdy wtem drzwi od nadbudówki otworzyły się gwałtownie i ukazała się w nich dziewczęca postać, a za nią dwie służki i dwóch służących w eleganckich liberiach.

Była to niezwykłej urody młoda, wysoka i smukła dama o delikatnie zarumienionej twarzy. Tak potrafią pąsowieć tylko kobiety pochodzące z krajów północy, zwłaszcza Angielki i Dunki.

Miała jasnozłociste włosy, w których przeplatały się srebrne refleksy; błękitna opaska zdobiona perłami podtrzymywała jej złote pukle, które zebrane w długi warkocz spływały jej falami na plecy. Jej pięknie wykrojone oczy o trudnym do określenia kolorze lśniły stalowoszarym blaskiem. Oprawę oczu zamykały kształtne brwi, które o dziwo nie były jasne jak jej włosy, lecz czarne.

Dziewczę to — a bez wątpienia było to dziewczę, gdyż nie miała jeszcze należycie rozwiniętych kobiecych kształtów — odziane było w elegancką suknię z błękitnego jedwabiu, ozdobioną bardzo modnym w owym czasie prostym, koronkowym kołnierzykiem, pozbawionym złotych i srebrnych haftów. Kilka sznurów pereł, wartych z całą pewnością kilka tysięcy piastrów, oplatało jej szyję, a w jej uszach mieniły się pysznie dwa szmaragdy, kamienie niezwykle rzadkie i cenione w tamtych czasach. Zza jej pleców wyłoniły się — jedna piękniejsza od drugiej — dwie urodziwe Mulatki76 o skórze połyskującej miedzią, najprawdopodobniej służące, oraz dwóch służących, podobnie jak i one Mulatów.

Na widok pokładu zasłanego trupami, rannymi, bronią i połamanym takielunkiem, zasypanym kulami armatnimi i zbryzganym krwią, na twarzy dziewczęcia pojawił się niesmak. Cofnęła się odrobinę, jakby chciała zamknąć się na powrót w nadbudówce, by oszczędzić sobie tego okropnego widoku. Spostrzegła jednak Czarnego Korsarza, który zatrzymał się cztery kroki od niej i marszcząc brwi, przemówiła do niego:

— Co tu się wydarzyło?

— Możesz się domyślić, pani — odparł Czarny Korsarz, kłaniając się. — Miała tu miejsce straszna bitwa, która zakończyła się klęską Hiszpanów.

— A ty kim jesteś?

Czarny Korsarz odrzucił zakrwawioną szablę, którą wciąż trzymał w dłoni, i z gracją uchylił pierzastego kapelusza, uprzejmie mówiąc:

— Pani, jestem szlachcicem przybyłym tu zza oceanu.

— Ale to mi niewiele mówi o tym, kim jesteś — odparła odrobinę udobruchana grzecznością pirata.

— Jestem Emilio z Roccanery, pan na Valpencie i Ventimiglii, choć na tych wodach znany jestem pod innym imieniem.

— Jakim?

— Czarny Korsarz.

Na dźwięk tego imienia przez piękną twarz panny przemknął cień strachu. Jej różowa skóra stała się biała niczym alabaster.

— Czarny Korsarz... — wyszeptała, patrząc na niego zagubionym wzrokiem. — Bezlitosny korsarz z Tortugi, nieprzejednany wróg Hiszpanów.

— Chyba jesteś w błędzie, pani. Mogę walczyć z Hiszpanami, ale nie mam powodów, by ich nienawidzić. Dowodem na moje słowa niech będzie to, co uczyniłem z ocalałymi z rzezi marynarzami. Czy widzisz w oddali, na horyzoncie, czarny punkt, jakby zawieszony w przestrzeni? To łódź z dziewiętnastoma hiszpańskimi marynarzami na pokładzie, których puściłem wolno, choć zgodnie z prawem wojennym mogłem ich zabić albo uwięzić.

— Czyżby zatem mylili się ci, którzy przedstawiają cię jako najstraszliwszego pirata z Tortugi?

— Być może — potwierdził pirat.

— A co uczynisz ze mną?

— Jedno pytanie, pani.

— Słucham.

— Skąd jesteś?

— Jestem Flamandką77.

— Księżniczką, jak słyszałem.

— Zgadza się — z niezadowoleniem odparła dama, jakby uraziła ją wiedza pirata na temat jej wysokiej pozycji społecznej.

— Jak masz na imię?

— To konieczne?

— Jeśli pragniesz odzyskać wolność, tak, to ważne, bym wiedział, kim jesteś.

— Wolność? Ach! Tak, to prawda, zapomniałam, że jestem twoim więźniem.

— Nie moim, lecz piratów. Jeśli chodzi o mnie, oddałbym ci moją najlepszą łódź i moich najbardziej zaufanych marynarzy i kazałbym im odwieźć cię do najbliższego portu, ale nie mogę łamać praw ustanowionych przez Bractwo Wybrzeża.

— Dziękuję — odpowiedziała, uśmiechając się ujmująco. — Byłoby to doprawdy zaskakujące, gdyby mężczyzna pochodzący z rycerskiego rodu książąt sabaudzkich był nikim innym jak pospolitym, morskim złodziejaszkiem.

— Harde to słowa dla pirackiej braci! — odparł Czarny Korsarz, marszcząc czoło. — Morski złodziejaszek! Nie wiesz, pani, ilu z nich mści się w słusznej sprawie! Czy Montbars „Tępiciel” nie prowadził wojny po to, by pomścić biednych Indian, wyniszczonych przez niezaspokojoną chciwość hiszpańskich poszukiwaczy przygód? Kto wie, może pewnego dnia będzie ci dane dowiedzieć się, z jakiego powodu szlachcic z rodu książąt sabaudzkich żegluje po wodach wielkiej Zatoki. Twoje imię?

— Honorata Willerman, księżniczka Weltrendrem.

— Bywaj zdrowa, pani. Tymczasem pozostań w saloniku na rufie. My zaś musimy spełnić smutny obowiązek pochowania ciał przyjaciół poległych w walce, lecz wieczorem będę cię oczekiwał na kolacji na pokładzie mojego statku.

— Dziękuję, panie — odparła, podając mu swoją białą, dziewczęcą dłoń o smukłych palcach.

Skłoniła lekko głowę i wycofała się wolno, lecz przed zamknięciem drzwi odwróciła się jeszcze. Widząc, że Czarny Korsarz stoi wciąż w tym samym miejscu z kapeluszem w ręku, posłała w jego stronę ostatni uśmiech.

Pirat nie poruszył się. Nachmurzony, uparcie świdrował wzrokiem drzwi kajuty.

Stał tam przez chwilę, jakby jakaś uporczywa myśl przykuła go do miejsca, a przed oczami zmaterializowała się ulotna wizja, po czym potrząsnął głową i powiedział pod nosem:

— Głupstwa!