Rozdział XIV. Huragany na Antylach
Ze względu na swoje położenie w bezpośrednim sąsiedztwie Atlantyku Małe Antyle są szczególnie narażone na działanie wiejących ze wschodu porywistych wiatrów, które zwykle z dzikim impetem atakują amerykańskie wybrzeża, a zwłaszcza Portoryko i Haiti. Huragan, który napierał teraz w kierunku „Błyskawicy”, spustoszył je już bezlitośnie i całą swą niszczycielską siłą, dobrze znaną wszystkim żeglarzom, nadciągał właśnie nad Cieśninę Wiatrów.
Była to jedna z tych nocy, które przejmują grozą nawet najodważniejszych marynarzy. Po jasnym, słonecznym dniu momentalnie zapadła noc ciemna, że oko wykol. Tylko grzywy morskich bałwanów lekko mieniły się w ciemnościach.
Dwa potężne żywioły — wody i wiatru — brały się za łby; natarczywe porywy huraganu uderzały raz za razem, gwiżdżąc i świszcząc przeraźliwie, rwały żagle i wyginały maszty.
Przestrzeń wypełniał potężniejący z każdą chwilą łoskot. Huk był taki, jakby tysiące wozów wypełnionych żelastwem gnało po niebie w karkołomnym pędzie lub jakby obciążone ładunkiem konwoje szorowały brzuchami po metalowych mostach.
Na morzu rozpętał się żywioł. Wielkie niczym góry fale skłębioną masą biegły ze wschodu na zachód, z ponurym rykiem zwalały się jedne na drugie, wyrzucając w górę fontanny fosforyzującej piany. Łamały się i stawały dęba w potwornych bryzgach, jakby jakaś niewidzialna siła, czająca się u dna, pchała je do góry, po czym opadały w najgłębszą otchłań.
„Błyskawica” odważnie stawiała czoło nawałnicy. Większość żagli zwinięto, rozpinając tylko fok i po dwa żagle na bezanmaszcie i grotmaszcie, refując je uprzednio do pożądanej wysokości. Mknęła teraz niczym ptak, lekko muskając czubki fal. Czasem wspinała się na wierzchołki wodnych bałwanów i cięła dziobem bulgoczącą kipiel, celując bukszprytem w ciemne chmury skłębione na nieboskłonie, by po chwili znów pędzić w dół wśród zwałów wodnych w samo serce oceanu. Miotana sztormem, raz po raz nurzała noki80 w spienionych falach, ale mocne nadburcia wytrwale opierały się ogromnym grzywaczom.
Na morzu i po pokładzie walały się gałęzie, różne owoce, trzcina cukrowa, sterty liści siłą wyrwane z dżungli na pobliskim Haiti i przygnane na skrzydłach nawałnicy tańcowały jak im zagrał wiatr. Deszcz lał strumieniami, zalewając pokład potokami wody, które z łoskotem wylewały się przez szpigaty81. Nagle czarną jak smoła noc przecięły błyskawice, oświetlając statek i rozszalałe morze, a niebo grzmiało jak tysiące armat.
Powietrze było tak naładowane elektrycznością, że cumy „Błyskawicy” rozbłysły tysiącami iskier, a na masztach i wiatrowskazach pojawiły się ognie świętego Elma82.
Orkan przybierał na sile, wył przeraźliwie, osiągając w porywach prędkość nawet osiemdziesięciu węzłów83. Na oceanie wirowały rozpędzone trąby morskie, spienione fale wznosiły swe zadzierżyste grzywy i opadały z hukiem, rozbijając się na miliony drobnych kropel.
Wichura zerwała i porwała ze sobą fok oraz bezlitośnie chłostała rozpięte na bezanmaszcie żagle, ale nie zagroziła poważnie głównemu ożaglowaniu.
Smagana wiatrem i zalewana kaskadami wody „Błyskawica” pędziła teraz z zawrotną prędkością, w sam środek burzy i groźnych wirów. Wydawało się, że w końcu przechyli się zbyt mocno i zniknie we wzburzonej kipieli, lecz za każdym razem zwycięsko wychodziła z opresji.
Czarny Korsarz stał wyprostowany na rufie i przemoczony do suchej nitki pewną ręką dzierżył ster. Szaleństwo żywiołu wcale go nie przerażało, z uśmiechem na ustach i płonącymi oczami nieustraszenie mierzył się z gniewem natury.
W świetle błyskawic jego postać przybierała najfantastyczniejsze kształty. Choć dookoła niego rysowały się na niebie świetlne zygzaki piorunów i ogłuszały potężne grzmoty, choć wiatr niemiłosiernie targał ledwo już trzymającym się zszarganego kapelusza piórem, choć bałwany morskie obryzgiwały go wodą, która napierała z impetem, próbując powalić go na pokład, on zupełnie niewzruszony stał przy sterze, prowadząc swój statek wśród fal i porywów wichury.
Przypominał zrodzone z głębin oceanu bóstwo, które rzucało całą swą potęgę przeciw siłom natury.
Tak samo, jak tamtej nocy, gdy prowadził „Błyskawicę” do szturmu na nieprzyjacielski statek, marynarze spoglądali na niego z zabobonnym strachem; widzieli w nim istotę nie z tego świata, której nie imały się kule ani orkany, zachodzili w głowę, czy aby na pewno ten człowiek jest tak samo śmiertelny jak oni.
Wtem, gdy napór fal przybrał na sile, na twarzy Czarnego Korsarza odmalowało się przerażenie; zaskoczony niespodziewanym widokiem wypuścił ster z rąk i uczynił gest, jakby chciał pobiec w kierunku schodów prowadzących na kasztel.
Z nadbudówki wyszła kobieta. Ratując się przed upadkiem, uchwyciła kurczowo drabinki, albowiem statek kołysał się szaleńczo pod naporem wiatru, po czym wspięła się na górę.
Była owinięta w gruby, kataloński płaszcz, lecz nie zakryła głowy i wiatr rozwiewał jej piękne, jasne włosy.
— Pani! — krzyknął Czarny Korsarz, który od razu rozpoznał księżniczkę. — Szukasz tu śmierci?
Dziewczyna nie odpowiedziała, machnęła tylko ręką, mówiąc:
— Nie boję się.
— Wracaj do kajuty — rozkazał blady jak płótno Czarny Korsarz.
Flamandka nie posłuchała. Zamiast tego wspięła się jeszcze wyżej i przytrzymując się sterownicy, przeszła po mostku, po czym schowała się między nadburciem a wielką szalupą, ściągniętą przed burzą z wysięgników, z których łatwo mógł porwać ją wiatr.
Czarny Korsarz gestem nakazał jej wrócić, ale ona stanowczo zaprzeczyła.
— Tutaj jest niebezpiecznie! — powtórzył. — Wróć do kajuty, pani!
— Nie wrócę — odpowiedziała.
— Po co tu przyszłaś?
— Podziwiać Czarnego Korsarza.
— Porwą cię fale!
— Co cię to obchodzi?
— Nie chcę twojej śmierci, rozumiesz? — krzyknął Czarny Korsarz głosem, w którym po raz pierwszy wybrzmiała gwałtowna namiętność.
Młoda dama uśmiechnęła się, ale nie odeszła. Skuliła się w kącie, szczelnie owinęła płaszczem i nie bacząc na wiatr rozwiewający jej włosy i na przemoczone ubranie, uważnie obserwowała Czarnego Korsarza.
Ten zrozumiał, że wszelkie namowy są bezcelowe. Wydawał się wręcz zadowolony z bliskości tej odważnej istoty, która przyszła tu, nie zważając na sztorm, by podziwiać jego męstwo. Nie ponowił więc swej prośby. Chwycił za ster i zajął się nawigowaniem. W krótkich chwilach wytchnienia, gdy huragan na chwilę słabł, spoglądał na nią i bezwiednie się uśmiechał. Z pewnością oboje podziwiali się nawzajem.
Za każdym razem, gdy kierował wzrok w jej stronę, ich spojrzenia się krzyżowały. Księżniczka przyglądała mu się z tym samym zaciekawieniem, z jakim rankiem obserwowała go z fregaty.
Tajemniczy blask bijący z jej oczu rozpętał w jego duszy prawdziwą burzę, wobec której był zupełnie bezbronny. Przez cały czas czuł jej wzrok na plecach. W pewnej chwili ogarnęło go przemożne pragnienie, by odwrócić głowę w jej stronę.
Nagle, gdy fale z niezwykłą siłą przetoczyły się przez pokład, wystraszył się tego spojrzenia i krzyknął:
— Nie patrz tak na mnie, pani! Ryzykujemy życiem!
Kategoryczny ton Czarnego Korsarza sprawił, że magia chwili uleciała. Dziewczyna zamknęła oczy i pochyliła głowę, zakrywając twarz rękami.
„Błyskawica” zbliżyła się do brzegów Haiti. Przybrzeżne rafy, o które rozbił się niejeden statek, jeżyły się złowieszczo w świetle piorunów. Czarny Korsarz, przekrzykując ryk wiatru i łoskot fal, zdecydowanym głosem wykrzykiwał komendy:
— Wymienić żagiel na fokmaszcie! Zrefować fok! Załoga do zwrotu!
Wiatr gnał skłębione masy wody dalej, w kierunku południowych wybrzeży Kuby, ale na haitańskich wodach wciąż nie było spokojnie. Wysokie na ponad pięćdziesiąt stóp fale nadal kłębiły się wokół przybrzeżnych skał i uderzały o nie z głuchym łoskotem.
„Błyskawica” nie dawała za wygraną. Na rei fokmasztu zatrzepotał zapasowy żagiel, zrefowano fok i przymocowano go do bukszprytu. Żaglowiec płynął teraz z maksymalną prędkością.
Fale uparcie tłukły o nadburcia statku, przechylając go na boki, ale Czarny Korsarz za każdym razem zdecydowanym ruchem steru podrywał go i naprowadzał na właściwy kurs.
Na szczęście orkan zaczynał już nieco cichnąć. Na tych szerokościach geograficznych wściekłe huragany nie trwają dłużej niż kilka godzin. Tu i ówdzie wśród chmur ukazywały się gwiazdy, a siła żywiołu wyraźnie słabła. Pomimo tego morze wciąż się srożyło. Wiele czasu musiało upłynąć, zanim przygnane porywistym wiatrem atlantyckie fale wygładzą się na wodach Zatoki.
„Błyskawica” jeszcze przez całą noc walczyła z nawałą wściekłych bałwanów, które biły w statek ze wszystkich stron. Mimo tych trudności szczęśliwie przepłynęła przez Cieśninę Wiatrów i wypłynęła na wody rozlewające się pomiędzy Wielkimi Antylami a Wyspami Bahamów.
Gdy nad ranem powiał północny wiatr, „Błyskawica” była już naprzeciw przylądka Haiti.
Zmęczony długą walką z żywiołem i przemoknięty do suchej nitki Czarny Korsarz, gdy tylko dostrzegł światło latarni w osadzie na przylądku, oddał ster Morganowi. Podszedł do skulonej za szalupą dziewczyny i rzekł:
— Chodź, pani, podziwiam twoją odwagę. Żadna kobieta nie powinna igrać z losem tak jak ty, tylko po to, by zobaczyć „Błyskawicę” walczącą z żywiołem.
Młoda dama podniosła się i otrząsnęła z wody, która zmoczyła jej szaty i włosy. Spojrzała Czarnemu Korsarzowi w oczy i uśmiechnęła się:
— Być może żadna kobieta nie ośmieliłaby się przebywać na pokładzie podczas takiego żywiołu. A ja miałam okazję widzieć Czarnego Korsarza przy sterze, walczącego z gniewem natury. Było mi dane podziwiać jego siłę i odwagę.
Pirat nic na to nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią płomiennym wzrokiem, a jego czoło nachmurzyło się.
— Odważna jesteś, pani — wyszeptał, tak cicho, że tylko ona usłyszała, po czym z westchnieniem dodał: — Szkoda, że smutna przepowiednia Cyganki czyni z ciebie kobietę fatalną.
— Jaka przepowiednia? — zapytała zdziwiona.
Czarny Korsarz potrząsnął tylko głową.
— To szaleństwo!
— Jesteś przesądny, panie?
— Być może.
— Ty?
— Przepowiednie czasami się spełniają.
Spojrzał na fale, które mrucząc głucho, rozbijały się o nadburcia. Następnie wskazał na nie, mówiąc:
— Ich zapytaj, może ci powiedzą. Moi bracia byli piękni, młodzi i odważni. Teraz śpią spowici całunem morza. W ich przypadku ponura przepowiednia się sprawdziła i być może sprawdzi się też w moim. Nic nie może już ugasić płomienia, który zapłonął w moim sercu. A niech tam! Niech się spełni straszny los, jeśli tak jest zapisane w księdze przeznaczenia. Morza się nie boję, tam, gdzie spoczywają moi bracia, mogę spocząć i ja, lecz jeszcze nie teraz, dopiero wtedy, gdy zdrajca zginie.
Wzruszył ramionami, pogroził pięścią niewidzialnemu wrogowi i opuścił kasztel, a wypowiedziane przezeń tajemnicze słowa — zupełnie dla księżniczki niezrozumiałe — wprawiły ją w szczere zdumienie.
Trzy dni później, gdy morze było już całkiem spokojne, „Błyskawica” na skrzydłach pomyślnych wiatrów wpływała do portu na Tortudze — osławionej kryjówki karaibskich korsarzy.
Rozdział XV. Piracka Brać
W 1625 roku, w czasie gdy Francja i Anglia prowadziły wojnę z Hiszpanią, chcąc złamać jej dominację w regionie, dwa żaglowce — francuski i angielski — rzuciły kotwicę przy zamieszkiwanej tylko przez karaibskie plemiona wysepce San Cristoforo. Ich załogę stanowiło wielu nieustraszonych marynarzy, którzy wspierani przez swych możnowładców przybyli w te strony, by położyć kres kwitnącemu w hiszpańskich koloniach handlowi.
Kapitanem Francuzów był normański szlachcic zwany d’Enanbue, a Anglikami dowodził Tomasz Warner.
Odkryta przez nich wyspa była żyzna, a tubylcy pokojowo usposobieni, toteż marynarze osiedlili się na niej, zakładając dwie małe kolonie i po bratersku dzieląc się ziemią. Przez pięć lat ta garstka ludzi w spokoju gospodarowała na roli, rezygnując z pirackiego stylu życia, aż do dnia, w którym hiszpańska flota przybiła do brzegów wyspy i zniszczyła kolonie osadników, a ich domy i obejścia puściła z dymem. Cudzoziemcy nie mieli prawa do osiedlania się na karaibskich wyspach, bowiem w tamtym czasie wszystkie ziemie w obrębie Zatoki Meksykańskiej należały do Królestwa Hiszpanii.
Zbiegłym z hiszpańskiej rzezi osadnikom udało się ukryć na sąsiedniej wyspie, którą ze względu na duże podobieństwo do wielkiego żółwia morskiego zwano Tortugą. Wyspa ta — położona na północ od San Domingo, naprzeciwko półwyspu Samana — posiadała dogodny do obrony port. To właśnie tam europejscy uciekinierzy dali początek Pirackiej Braci, która w krótkim czasie miała zadziwić świat niezwykłymi dokonaniami.
Niektórzy z nich wiedli życie osadników i uprawiali tytoń bujnie rosnący na dziewiczej ziemi. Ci z kolei, którzy nie zapomnieli o losie, jaki spotkał nieszczęsne kolonie, łaknęli zemsty. Wiedli więc piracki żywot i często w małych łodziach napadali na hiszpańskie statki, działając tym samym na szkodę królewskich interesów.
Do portu na Tortudze, która w krótkim czasie stała się najważniejszą piracką twierdzą, zawijali tłumnie angielscy i francuscy śmiałkowie. Przybywali albo z samej Europy, w ramach ekspedycji organizowanych przez normańskich armatorów, albo z sąsiedniej San Domingo.
Niestety nowi przybysze — a byli to najczęściej żołnierze i marynarze — ślepo pożądający łupów, gnani żądzą zbicia łatwej fortuny na wydobywanych w kopalniach kruszcach, z których Hiszpania pozyskiwała tony złota, nie znaleźli dla siebie na wyspie wystarczająco dużo bogactwa. Wkroczyli więc na zbójecką ścieżkę i podejmowali wyprawy przeciwko statkom Królestwa Hiszpanii, co było na rękę Francji i Anglii, które niezmiennie wojowały z hiszpańskim hegemonem.
Miarka się jednak przebrała i osadnicy z San Domingo, których statki najczęściej padały łupem morskich rozbójników, postanowili w końcu wziąć na nich odwet, wysyłając na Tortugę swoje oddziały i wykorzystując nieobecność na wyspie sporej części załogi. Zdobycz okazała się bardzo łatwa. Tamtej pamiętnej nocy powieszono i wyrżnięto w pień wielu piratów.
Na wieść o masakrze ta część osadników, która podczas napaści znajdowała się na morzu, poprzysięgła Hiszpanom straszną zemstę. Pod dowództwem kapitana Willisa piraci przypuścili szturm na hiszpańskie stanowiska, odbili wyspę z rąk wroga i wymordowali starszyznę. Jednak i piraci pewnego dnia skłócili się między sobą, bowiem przeważająca liczebnie frakcja francuska próbowała zdominować mniej licznych angielskich osadników. Wykorzystali to Hiszpanie, ponownie napadając na Tortugę. Wyspa została zdobyta, a wygnańcy musieli schronić się w lasach San Domingo.
Tak jak pierwszych osadników na San Cristoforo można uznać za twórców Pirackiej Braci na Karaibach, tak uciekinierzy z Tortugi zapoczątkowali erę bukanierów. Ich nazwa wywodzi się od słowa boucan, oznaczającego rodzaj grilla, przy pomocy którego suszono i wędzono skóry upolowanych zwierząt, co było zwykłym, codziennym zajęciem mieszkańców karaibskich wysepek.
Bukanierzy, którzy z czasem stali się najważniejszymi sprzymierzeńcami piratów, początkowo wiedli mizerny żywot dzikusów i mieszkali w lichych, splecionych z kilku gałęzi szałasach, natomiast za całe ubranie musiała im wystarczyć umazana krwią lniana koszula, proste spodnie, szeroki pas z zatkniętymi za niego szablą i dwoma ostrymi nożami, kapelusz i buty ze świńskiej skóry. Ich największym pragnieniem było wejść któregoś dnia w posiadanie dobrej broni i sfory olbrzymich brytanów.
Nie zakładali rodzin, zamieszkiwali parami, wszak tak raźniej i bezpieczniej. Na polowanie wychodzili zwykle o świcie, mężnie stawiali czoła dzikim bykom żyjącym w licznych stadach w lasach San Domingo. Wieczorem, objuczeni skórami i kawałami mięsa na kolację, wracali do swych szałasów. Śniadania spożywali skromne, wysysając na ogół szpik z jednej z większych kości, które zostawały im z wieczornego posiłku.
W końcu zjednoczyli się w konfederację i zaczęli gnębić wroga, który poprzysiągł ścigać ich jak dzikie zwierzęta. Gdy jednak okazało się, że nie można ich pokonać w żaden sposób, Hiszpanie obmyślili nową strategię — rozpoczęli wielkie obławy na dziko żyjące byki, które wkrótce wybili co do jednego, w konsekwencji czego bukanierom rychło zajrzał głód w oczy.
Wtedy to obie pirackie frakcje zjednoczyły siły, powołując do życia Bractwo Wybrzeża, po czym powróciły wspólnie na Tortugę, już nie jako pokojowi osadnicy, lecz spragnieni zemsty korsarze.
Bukanierzy mieli wyjątkowo celne oko i niezawodną rękę, w związku z czym prawie nigdy nie chybiali celu. Dzięki tej zalecie znacznie wzmocnili siły bojowe swoich sprzymierzeńców. Od tej pory Tortuga rozkwitła i stała się najważniejszą siedzibą piratów, kryjówką awanturników wszelkiej maści i różnej proweniencji. Byli wśród nich między innymi Francuzi, Holendrzy, Anglicy i wielu innych. Lata swej świetności wyspa przeżywała pod rządami wysłanego na Karaiby przez Francuzów Beltranda z Oregonu.
Gdy Anglia i Francja wypowiedziały Hiszpanii kolejną wojnę, piraci ze zdwojoną siłą rozpoczęli zbójecką działalność; z desperacką odwagą atakowali i łupili każdy hiszpański okręt, który napotykali na swej drodze.
Początkowo używali do tego małych łodzi, w których ledwo się mieścili, ale z czasem ich flota znacznie się powiększyła o zrabowane Hiszpanom wspaniałe żaglowce.
Siła ognia artyleryjskiego była ich najsłabszym punktem, posiadali bowiem niewiele dział. Na tym polu jednak wielce przysłużyli im się bukanierzy, którzy niwelując braki w uzbrojeniu strzeleckimi umiejętnościami, zaledwie kilkoma salwami potrafili wybić do nogi niejedną hiszpańską załogę. W ich odwadze była nuta szaleństwa — z furią parli do abordażu, porywali się nawet na największe galeony. Nic nie mogło ich powstrzymać: ani kule, ani salwy muszkietowe, ani nawet najbardziej zacięty opór. Bili się zaciekle, gardząc niebezpieczeństwem i drwiąc sobie ze śmierci. Były z nich diabły wcielone. Za takie właśnie potwory rodem z piekła uważali ich też sami Hiszpanie.
Piraci nie znali litości i rzadko kiedy ustępowali pola wrogom. Brali tylko jeńców dobrego pochodzenia, za których mogli spodziewać się pokaźnego okupu, pozostałych wyrzucali do morza. Nie oszczędzali nikogo, wyrzynając całe załogi do ostatniego marynarza, czym odpłacali Hiszpanom pięknym za nadobne.
Piracka Brać miała swój kodeks honorowy i rządziła się prawami, których przestrzegano surowiej niż tych stanowionych w niejednym europejskim królestwie. Wszyscy byli wobec siebie równi, lecz przy podziale łupów tylko dowódcy przysługiwała większa część skarbów. Po ich sprzedaży wyznaczali premie dla najdzielniejszych piratów, nie zapominali też o rannych. Nagradzali między innymi tych, którzy jako pierwsi przeskakiwali na pokład nieprzyjaciela, lub tych, którym udało się zerwać nieprzyjacielską flagę. Dodatkowo opłacani byli także wywiadowcy, których zadaniem było obserwowanie posunięć wroga i dostarczanie informacji o liczebności jego floty.
Pirat, który w walce stracił prawe ramię, otrzymywał rekompensatę w wysokości sześciuset piastrów; lewe ramię warte było pięćset piastrów, utrata nogi — czterysta, a rannym wypłacano jednego piastra na dzień przez dwa miesiące.
Na pokładzie korsarskiego statku piraci musieli przestrzegać twardych zasad: kto uciekł z miejsca walki, karany był śmiercią, po ósmej wieczorem piratom nie wolno było pić wina ani gorzałki, ponadto zabronione były pojedynki, bijatyki, wszelkiego rodzaju gry; jeśli pirat przyprowadził na statek kobietę — nawet własną żonę — karany był śmiercią. Na bezludnych wyspach porzucano zdrajców i tych, którzy przywłaszczyli sobie nienależne im łupy, lecz rzadkie to były przypadki, bowiem piraci byli wyjątkowo honorowi.
Dopiero po zdobyciu kilku większych żaglowców Bracia Wybrzeża nabrali pewności siebie. Hiszpanie jednak ograniczyli interesy między własnymi wyspami, piraci więc zmuszeni byli wypłynąć na szerokie wody Zatoki, gdzie bogatych osad było pod dostatkiem, i tam szukać łupu.
Pierwszym z przywódców, który zapisał się na kartach pirackich kronik, był Daniel Montbars, urodzony w Langwedocji, w bogatej, szlacheckiej rodzinie. Przybył na Tortugę, by mścić się za krzywdy doznane przez Indian z rąk hiszpańskich konkwistadorów. Żywił do Hiszpanów głęboką nienawiść ze względu na zbrodnie, których na rdzennej ludności dopuścił się Cortez w Meksyku oraz Pizarro wraz z Almagro w Peru. Ze względu na okrucieństwa, których się dopuszczał, przylgnął doń przydomek „Tępiciel”. Wielokrotnie dowodził oddziałami piratów i bukanierów, które napadały na San Domingo i Kubę, mordując bez litości hiszpańskich kolonistów.
Po nim było jeszcze wielu innych sławnych piratów, jak choćby Pierre le Grand, Francuz urodzony w Dieppe. Ten odważny marynarz stał się pierwszoplanowym bohaterem pewnego niezwykłego wydarzenia: otóż żeglując po morzu wraz ze swoją dwudziestoośmioosobową załogą, natknął się przypadkiem na hiszpański okręt wojenny, płynący w stronę przylądka Tiburon. Nie namyślając się długo, zdecydował o ataku pomimo wielokrotnej przewagi przeciwnika. W obawie jednak, że załoga zdradzi go w obliczu tak nierozsądnej decyzji — a trzeba przyznać, że było to szaleństwo — podziurawił kulami własną łódź, aby zapobiec ewentualnemu buntowi.
Na widok piratów wskakujących na ich pokład prosto z wodnej toni niczym morskie duchy Hiszpanie osłupieli i prawie nie stawiali oporu.
Inny bukanier, Lewis Scott, Anglik z pochodzenia, zasłynął śmiałym atakiem na Campeche — miasto bardzo dobrze zaopatrzone w broń i różne dobra. Mając pod swą komendą skromną, piracką załogę, zdołał je zdobyć i złupić bez strat własnych; Robert Searl alias John Davis z załogą liczącą dziewięćdziesięciu marynarzy napadł i zdobył Nikaraguę, a kilka lat później powtórzył wyczyn, szturmując Santo Agostino na Florydzie.
Z kolei pewien Norman, znany pod przydomkiem Żelazne Ramię, tuż przy ujściu rzeki Orinoko stracił statek, gdy w wyniku uderzenia pioruna eksplodowała okrętowa prochownia. Cudem udało mu się dopłynąć na ląd, gdzie odważnie odparł ataki tubylców. Pewnego dnia z garstką podobnych mu szaleńców napadł na hiszpański okręt i odniósł miażdżące zwycięstwo. Po nich pojawiło się jeszcze wielu innych, zuchwałych piratów, którzy swymi niezwykłymi czynami zdobyli rozgłos po obu stronach oceanu.
Przybyły na wody rozległej Zatoki z dalekiej Francji Piotr Nau, zwany też Franciszkiem l’Olonnais, był jednym z najsłynniejszych piratów, Hiszpanie bali się go jak ognia, bowiem odniósł nad nimi przynajmniej setkę zwycięstw. Skończył jednak tragicznie, kiedy to pewnego razu jego łódź zdryfowała do Zatoki Darien, a on sam wpadł w ręce kanibali, którzy zabili załogę i upiekli wszystkich na ruszcie.
Francuski szlachcic Michał de Grammont stał się niemalże tak sławny, jak jego poprzednik. Pewnego razu, na czele nielicznej załogi, napadł na Maracaibo i Porto Cavallo, gdzie na czele czterdziestoosobowego oddziału stoczył walkę z wielokrotnie liczebniejszą załogą hiszpańskiego fortu. Kilka lat później zawarł przymierze z dwojgiem słynnych korsarskich przywódców — Nikolasem Van Hoornem i Laurensem de Graafem, z którymi dokonał napadu na Vera Cruz.
Dopiero Morgan, zastępca Czarnego Korsarza, miał wybić się ponad nich wszystkich. Swoją błyskotliwą karierę pirata rozpoczął od objęcia dowództwa nad znacznymi siłami angielskich marynarzy i od zdobycia Puerto del Prince na Kubie. Przewodząc flotylli złożonej z dziewięciu statków, przypuścił atak na Portobello i mimo zaciekłej obrony fortu i silnego ostrzału doszczętnie je ograbił. Kilka lat później uderzył na Maracaibo, po czym przepłynął przesmyk i napadł także Panamę, którą ostatecznie, po licznych perypetiach i stoczeniu wielu krwawych bojów, udało mu się zdobyć. Znacznie się wtedy obłowił, zdobywając czterysta czterdzieści cztery tysiące funtów srebra najlepszej próby.
Sprzymierzeni ze sobą trzej odważni piraci, Bartolomeusz Sharb, Piotr Harris i Ryszard Sawkins zasłynęli atakiem na miasto Santa Maria. Biorąc sobie za wzór zuchwałą eskapadę Morgana, przepłynęli przesmyk i mimo liczebnej przewagi wroga atakowali każdy napotkany na drodze hiszpański galeon, dokonując przy tym wielu legendarnych wyczynów. Gdy zgromadzili już kilka zdobycznych statków, wypłynęli na szerokie wody Pacyfiku, gdzie ponownie stanęli do walki z hiszpańskim kolonizatorem, którego floty udało im się w końcu zniszczyć po dziewięciu godzinach zaciekłych walk. Kolejno napadali na Panamę, wybrzeża Meksyku i Peru, a także chilijskie miasta Ylo i Serena; w końcu, obłowieni, opłynęli półwysep i przez cieśninę Magellana powrócili na Antyle.
Kolejni przybyli na wyspy piraci mieli mniej szczęścia od poprzedników; wielu z nich, jak Montabon, Michał Bask, Jonqué, Cichel, Brouage, Grogner, Howell Davis, Tusley Wilmet, kontynuowało korsarską tradycję zapoczątkowaną przez pierwszych bukanierów, łupiąc statki pływające po Morzu Karaibskim. Aż w końcu Tortuga podupadła, a wraz z nią cała Piracka Brać.
Niektórzy pożeglowali dalej na Bermudy, gdzie założyli kolonie, siejąc przez kilka kolejnych lat postrach na Wielkich i Małych Antylach. Niebawem jednak nadszedł kres ich panowania i zuchwała korsarska brać raz na zawsze odeszła w zapomnienie.
Rozdział XVI. Na Tortudze
Gdy „Błyskawica” rzucała kotwicę w bezpiecznej zatoczce, którą od pełnego morza odcinał wąski kanał osłaniający port przed niespodziewanym atakiem Hiszpanów, piraci na Tortudze ucztowali w najlepsze. Ostatnimi czasy, podczas wypraw na San Domingo i Kubę, liczna ta gromada, pod dowództwem Franciszka l’Olonnais i Michała Baska, obłowiła się co niemiara.
Groźni na co dzień zbójcy bawili się teraz wesoło w namiotach rozstawionych w cieniu palmowych drzew i tańcowali na grobli i na plaży, marnotrawiąc przypadłe im w udziale łupy z rozrzutnością godną największych krezusów84.
Na czas morskich wypraw przeistaczali się w najdziksze bestie, ale na lądzie byli najweselszymi kompanami na Karaibach i — o dziwo! — także najlepiej wychowanymi dżentelmenami, albowiem piraci nie odmawiali zaproszenia na korsarskie uczty nawet jeńcom. Łudzili się przy tym, że dobrze traktowani więźniowie wpłyną na swoje rodziny, by te zapłaciły za nich sowity okup. Na biesiadach nie brakowało też jeńców płci żeńskiej, w stosunku do których piraci odnosili się zawsze z największą uprzejmością; dwoili się i troili, siląc się na grzeczności, by damy zapomniały o przykrej doli, jaka za ich sprawą przypadła im w udziale. W istocie przykry był los więźnia, zwłaszcza gdy nikt nie kwapił się do wpłacenia wykupnego, które wyznaczyli za niego piraci; w takich przypadkach uciekali się oni do okrutnych metod i czasem wysyłali hiszpańskim namiestnikom głowę jakiegoś nieboraka, by ponaglić ich do pokrycia żądanej sumy.
„Błyskawica” rzuciła kotwicę. Zebrani na plaży piraci przerwali na chwilę tańce i gry, by gromkim „niech żyje!” powitać powrót Czarnego Korsarza, który wśród nich był popularny niemal tak samo jak Franciszek l’Olonnais.
Dotychczas nie dotarła tu wieść o śmiałej wyprawie do Maracaibo i wyrwaniu ciała Czerwonego Korsarza z łap gubernatora. Być może ten i ów, znając odwagę kapitana „Błyskawicy”, łudził się jeszcze, że obaj wrócą na Tortugę cali i zdrowi.
Tymczasem opuszczona do połowy masztu piracka bandera nie pozostawiała złudzeń — na statku panowała żałoba. Wszelkie śpiewy, rozmowy i śmiech ucichły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zaniepokojeni piraci w milczeniu zebrali się na grobli, by usłyszeć wieści o wyprawie dwóch korsarzy. Czarny Korsarz obserwował z mostku piracką biesiadę. Przywołał Morgana, który opuszczał właśnie łodzie na wodę. Wskazał na piratów zebranych na brzegu i rzekł:
— Idź i powiedz im, że Czerwony Korsarz miał godny pochówek w wodach Wielkiej Zatoki i że jego brat powrócił, by obmyślić zemstę, która....
Przerwał na kilka chwil, po czym, zmieniając ton, dodał:
— Uprzedź Franciszka L’Olonnais, że dzisiejszego wieczoru złożę mu wizytę. Następnie udaj się do gubernatora i przekaż mu moje pozdrowienia. Jego także zamierzam odwiedzić.
Stał na pomoście, dopóki żagle nie zostały opuszczone, a lin nie przywiązano do pomostu. Po pół godzinie, gdy wszystko było już gotowe, zszedł do kajuty, gdzie w oczekiwaniu na zejście na ląd siedziała flamandzka księżniczka.
— Pani — rzekł Czarny Korsarz. — Przygotowałem łódź, która zabierze cię na brzeg.
— Jestem gotowa — odparła. — Jestem twoim więźniem i muszę słuchać rozkazów.
— Nie, pani, nie jesteś niczyim więźniem, już nie.
— Jak to? Nie zapłaciłam okupu.
— Odpowiednia suma została już zdeponowana w pirackiej skrzyni.
— Za czyją sprawą? — zapytała zdumiona. — Nie powiadomiłam jeszcze markiza di Heredias ani gubernatora Maracaibo o mojej niewoli.
— To prawda, ale ktoś już się tym zajął — roześmiał się Czarny Korsarz.
— Ty?
— A gdybym to był ja? — zapytał Czarny Korsarz, zaglądając jej w oczy.
Młoda dama przez chwilę milczała, po czym odpowiedziała wzruszona:
— Zaskakuje mnie ta szlachetność i wielkoduszność, o którą nigdy bym nie podejrzewała piratów z Tortugi, lecz nie dziwię się już więcej, jeśli stało się to za sprawą tego, który nazywa się Czarnym Korsarzem.
— Dlaczego, pani?
— Różnisz się od pozostałych. Przez te kilka dni na statku dostrzegłam i doceniłam odpowiednio uprzejmość, szlachetność i odwagę pana z Roccanery, na Ventimiglia i Valpencie. Powiedz mi, proszę, jaka kwota została wyznaczona za mój okup.
— Tak cię niepokoi teraz twój okup? Czyżbyś chciała jak najszybciej opuścić Tortugę?
— Wręcz przeciwnie. Możliwe, że kiedy przyjdzie mi stąd odpłynąć, będzie mi żal bardziej, niż ci się wydaje. I wierz mi, że zachowam w sercu wdzięczność dla Czarnego Korsarza, a nawet może nigdy o nim nie zapomnę.
— Pani! — krzyknął Czarny Korsarz, a oczy mu rozbłysły.
Uczynił krok w jej kierunku, ale zatrzymał się od razu i powiedział smutno:
— Dowiemy się w swoim czasie! A gdy ten dzień nadejdzie, może w twoich oczach będę najokrutniejszym z piratów i żywić będziesz do mnie tylko głęboką odrazę.
Nerwowym krokiem przeszedł się po kajucie, po czym zatrzymał się przed nią i zapytał:
— Znasz gubernatora Maracaibo?
Na te słowa dziewczyna drgnęła i spojrzała na niego niespokojnie:
— Znam — potwierdziła drżącym głosem. — Dlaczego mnie o to pytasz?
— Myślisz pewnie, że kieruje mną ciekawość.
— O mój Boże!
— Co się stało, pani? — zdziwił się Czarny Korsarz. — Jesteś blada i wzburzona.
Zamiast odpowiedzieć, młoda dama zapytała go podniesionym tonem:
— Skąd to pytanie?
Czarny Korsarz już miał zamiar odpowiedzieć, gdy nagle przerwał mu odgłos kroków na zewnątrz. To Morgan, który zdołał już spełnić kapitańskie rozkazy, schodził na pokład.
— Kapitanie — zameldował, wchodząc do środka. — Piotr Nau czeka na ciebie w swoim domu, pragnie powiadomić cię o sprawach niecierpiących zwłoki. Myślę, że podczas naszej nieobecności przemyślał twój plan i że wyprawa jest już przygotowana.
— A jednak! — wykrzyknął Czarny Korsarz, a jego oczy rozjaśnił ponury blask. — Nie sądziłem, że godzina zemsty wybije tak prędko.
Odwrócił się w stronę młodej damy, wciąż wyraźnie wzburzonej, i powiedział:
— Pani, pozwól, że zaoferuję ci gościnę w moim domu, będzie on do twojej całkowitej dyspozycji. Zaprowadzą cię tam Moko, Carmaux i Van Stiller i będą na twoje rozkazy.
— Ależ panie... Chwileczkę... — wyjąkała.
— Rozumiem twoje wątpliwości, ale do sprawy okupu wrócimy później.
Po tych słowach wyszedł z kajuty szybkim krokiem, a za nim Morgan. Przeszedł przez pokład i wsiadł do przycumowanej do lewej burty szalupy, w której czekało sześciu marynarzy.
Usiadł na rufie, wziął ster w ręce, ale nie pokierował łodzi w kierunku grobli, skąd piraci odeszli już z powrotem do swoich rozrywek, lecz skierował się w stronę małego, rozciągającego się na wschód od portu cypla, który porastał palmowy gaj pełen wielkoliściastych drzew o smukłych, eleganckich pniach.
Gdy łódź dobiła do brzegu, Czarny Korsarz zeskoczył na plażę, dając znak swoim ludziom, by wrócili na pokład, po czym zniknął pod zielonym baldachimem, obierając ledwo widoczną w gąszczu ścieżkę.
Zamyślił się głęboko, jak miał to w zwyczaju czynić, gdy był sam. Tyle że tym razem nie popadł wcale w zwyczajną zadumę, ale gnębiły go niespokojne myśli, gdyż co chwila się zatrzymywał, mówił sam do siebie, potrząsał ze zniecierpliwieniem rękami i wygrażał pięścią jakiemuś niewidzialnemu wrogowi. Zagłębił się już dość daleko w dżunglę, gdy nagle radosny głos o śmiesznym akcencie wyrwał go z rozmyślań.
— Niech mnie zjedzą tubylcy, jeśli nie mam racji! Byłem pewien, że cię tu znajdę, przyjacielu. Radosne życie pirata na Tortudze tak cię przeraża, że przychodzisz do mnie okrężną drogą przez dżunglę? Ale z ciebie dzikus! Jesteś ponury jak listopadowa noc!
Czarny Korsarz gwałtownie uniósł głowę, a jego ręka odruchowo powędrowała w stronę szabli.
Z gęstwiny drzew bananeire wyłonił się człowiek w marynarskim ubraniu, uzbrojony w parę pistoletów i kordelas. Był to mężczyzna raczej niskiego wzrostu, o szorstkich rysach twarzy i przenikliwym spojrzeniu.
— Ach! To ty, Piotrze? — odetchnął z ulgą Czarny Korsarz.
— Z krwi i kości, przyjacielu.
W rzeczy samej był to słynny pirat, najgroźniejszy z morskich rozbójników, najbardziej bezlitosny wśród wszystkich wróg Hiszpanów.
Piotr Nau w tamtym czasie miał zaledwie trzydzieści pięć lat, a już zyskał sobie sławę, o której marzą wszyscy piraci. Wiele jeszcze miał przelać hiszpańskiej krwi, zanim jego pełne przygód życie zakończy się tragicznie w brzuchach kanibali z Darien.
Urodził się we francuskim mieście Olonne. Pierwotnie zajmował się przerzutem kontrabandy85 na hiszpańskie wybrzeże, lecz pewnej nocy, przyłapany przez celników, stracił łódź i brata, którego dosięgła kula z pistoletu. On sam został ciężko ranny w potyczce i przez długi czas balansował na granicy życia i śmierci.
Wyzdrowiał, lecz znalazł się w tak nędznym położeniu, że za czterdzieści skudów86 sprzedał się jako niewolnik Montbarsowi, by chociaż taką kwotą wesprzeć nieszczęsną matkę. Początkowo służył jako podrzędny majtek; dopiero gdy dał dowody niezwykłej odwagi i hartu ducha, mógł stać się pełnoprawnym piratem i zarazem kapitanem niewielkiej łodzi w służbie gubernatora Tortugi. Dzięki niej dokonał legendarnych czynów; nieustannie wspierany przez trzech braci Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza, zadawał bolesne straty hiszpańskim koloniom.
Pewnego pechowego dnia huraganowy wiatr zepchnął go na wybrzeże w pobliżu Campeche, gdzie na oczach Hiszpanów zatonął mu statek. Całą jego załogę wyrżnięto, a on jeden ocalał, ukryty po szyję w błocie na sawannie, wysmarowany czarną mazią po czubki włosów.
Gdy w końcu udało mu się wydostać z bagniska, nie uciekł, lecz w przebraniu hiszpańskiego żołnierza poszedł prosto do Campeche z zamiarem rozpoznania terenu, na targu kupił kilku niewolników, po czym w ukradzionej łodzi odpłynął na Tortugę, gdzie uznano go wcześniej za martwego.
Niejeden zastanowiłby się trzy razy, zanim ponownie skusiłby los, ale nie on. Franciszek l’Olonnais zaraz po tej przygodzie przygotował kolejną wyprawę w morze; zebrał załogę złożoną z dwudziestu ośmiu marynarzy i na dwóch stateczkach popłynął ku kubańskiemu Los Cayos, osadzie słynącej z handlu. Gdy był już blisko swego celu, jego małą flotę spostrzegli hiszpańscy rybacy i pośpieszyli ostrzec gubernatora. Ten wysłał im na powitanie wielką fregatę obsadzoną dziewięćdziesięcioma marynarzami, na której znajdował się też przeznaczony do wieszania piratów Murzyn, i cztery mniejsze żaglowce ze swoimi nieustraszonymi załogami.
Franciszek L’Olonnais, mając przeciw sobie tak liczne siły, nie uląkł się. O świcie kazał dwóm statkom podpłynąć z obu stron do burt fregaty i mimo przewagi nieprzyjaciela dokonał abordażu, wyrzynając wszystkich znajdujących się na pokładzie, łącznie z Murzynem. Następnie popłynął prosto na pozostałe żaglowce, zmusił je do poddania się i wyrzucił ich załogi do morza.
I oto Czarny Korsarz spotyka tego niezwykłego człowieka, którego sława miała dopiero rozkwitnąć.
— Zapraszam cię do siebie — zaproponował Franciszek, ściskając prawicę przyjaciela. — Czekałem twojego powrotu z niecierpliwością.
— Ja także chciałem się z tobą spotkać — powiedział Czarny Korsarz. — Wiesz, że byłem w Maracaibo?
— Byłeś tam? — zdziwił się Franciszek l’Olonnais.
— A jak inaczej miałem porwać ciało brata?
— Myślałem, że wysłałeś ludzi.
— Znasz mnie. Wolę działać sam.
— Włazisz w paszczę samemu lwu! Uważaj, żebyś swej odwagi pewnego dnia nie przypłacił życiem. Widzisz, jak skończyli twoi bracia.
— Zamilcz, Piotrze.
— Nie martw się, pomścimy ich, i to wkrótce.
— Podjąłeś decyzję? — ożywił się Czarny Korsarz.
— Zrobiłem nawet więcej! Przygotowałem wyprawę!
— To prawda?
— Na mój honor rozbójnika i złodzieja, jak nazywają mnie Hiszpanie — roześmiał się Franciszek.
— Ile masz statków?
— Osiem, łącznie z „Błyskawicą”, i sześciuset ludzi rekrutujących się z piratów i bukanierów. My będziemy dowodzić tymi pierwszymi, a Michał Bask drugimi.
— On też do nas dołączy?
— Wyraził chęć udziału w wyprawie, a ja wyraziłem zgodę. Wiesz, że to doświadczony najemnik, wiele stoczył wojen jeszcze w Europie, może oddać nam znaczne usługi. I do tego jest bogaty.
— Potrzebujesz pieniędzy?
— Wydałem już wszystko, co wyciągnąłem ze statku złupionego niedaleko Maracaibo, w drodze powrotnej z Los Cayos.
— Z mojej strony możesz liczyć na dziesięć tysięcy piastrów.
— Na mą głowę! Masz nieskończone żyły złota w swoich zamorskich kopalniach?
— Dałbym ci więcej, gdybym rano nie zapłacił dużego okupu.
— Okupu! Ty? Za kogo?
— Za szlachetną damę, która trafiła w moje ręce. Okup należał się mojej załodze, więc go pokryłem.
— Kim ona jest? To Hiszpanka?
— Nie, to flamandzka księżniczka, która z pewnością jest krewną gubernatora z Vera Cruz.
— Flamandka! — wykrzyknął Franciszek i zamyślił się. — A to ci zbieg okoliczności! Twój śmiertelny wróg także pochodzi z Flandrii87.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Czarny Korsarz, a krew odpłynęła mu z twarzy.
— Przyszło mi do głowy, że może być spokrewniona z Van Gouldem.
— Nie daj Boże! — powiedział ledwie słyszalnym szeptem Czarny Korsarz. — To niemożliwe.
Franciszek l’Olonnais zatrzymał się pod gąszczem maot, wielkoliściastych drzew przypominających bawełniane krzewy, i uważnie przyjrzał się przyjacielowi.
— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytał Czarny Korsarz.
— Pomyślałem o twojej flamandzkiej księżniczce i zastanawia mnie twoje nagłe wzburzenie. Jesteś blady jak śmierć!
— Po twoich słowach krew zmroziła mi się w żyłach.
— Po których słowach?
— Że mogłaby być spokrewniona z Van Gouldem...
— A ciebie co to obchodzi, nawet gdyby była?
— Przysiągłem zamordować wszystkich Van Gouldów chodzących po tej ziemi i wszystkich jego krewniaków.
— I dobrze, wtedy zabiłoby się ją i po kłopocie.
— Zabić ją? Nie! — ze zgrozą zawołał Czarny Korsarz.
— Więc chcesz mi powiedzieć... — z wahaniem zaczął Franciszek.
— Co takiego?
— Do stu tysięcy piorunów! Kochasz swego więźnia.
— Zamilcz, Piotrze!
— Dlaczego mam milczeć? Kochanie kobiety to wstyd dla pirata?
— Nie, przyjacielu, lecz instynktownie wyczuwam, że ona będzie moją zgubą.
— Coś mi się zdaje, że już za późno...
— Więc zdecyduje los.
— Mocno ją kochasz?
— Do szaleństwa.
— A ona też cię kocha?
— Tak sądzę.
— Na mą brodę! Piękna z was para! Pan z Roccanery nie mógł sobie znaleźć innej wybranki niż ta piękna panna z książęcego rodu. To rzadkie szczęście w takich miejscach jak to, a zwłaszcza dla pirata. Dalej! Chodź, przyjacielu, opróżnijmy po szklaneczce wina na cześć twojej księżniczki.