II
Szkółka w Sobowie. Ostatni lirnicy. Utrata słuchu.
W życiu mego ojca zdarzało się — o czym już na początku wspomniałem — że od czasu do czasu, na krócej czy dłużej, znalazł się bez zajęcia. Wtedy najmował się sąsiadom do młocki czy innej roboty w polu, za zwykłym dziennym wynagrodzeniem. W porze zaś zimowej, gdy o jakąkolwiek robotę poza domem było trudno, siedząc w domu, dłubał, oprawiając ludziom święte obrazki w tekturę za szkło, którą to sztukę przyswoił sobie w dawniejszych latach. Była to dłubanina żmudna, dużo cierpliwości wymagająca, ale rzecz sama wykonana bardzo ładnie. Sąsiedzi lubili taką oprawę obrazków, toteż i roboty ojcu w tym przypadku nie brakowało. Zarobek wszakże w ten sposób uzyskany był znikomo mały, gdyż za cały tydzień skrzętnej dłubaniny zdołał ojciec zarobić zaledwie 50–80 centów62. Poza tym znał ojciec także sztukę introligatorstwa, dającą cokolwiek większy zarobek, zawsze jednak marny, toteż wynagrodzenie w pieniądzach rzadko kiedy brał, zadowalając się zapłatą w naturze.
Matka także najmowała się ludziom do żniw, kopania ziemniaków i innych robót w polu, na zimę zaś przyjmowała od sąsiadów kądziel63, którą całymi dniami i większą częścią nocy przy migotliwym światełku ogarka przędła na wrzecionie, otrzymując za to wynagrodzenie również w naturze. Za owych czasów każdy posiadacz choćby małego skrawka gruntu uprawiał len czy konopie i nie było po prostu w Sobowie domu, w którym by się na tkactwie nie znano. Toteż porą zimową podręczne warstaty tkackie we wsi trajkotały całymi dniami. Dodam, że matka moja na sztuce tkactwa domowego znała się doskonale — i kto by dziś płótno jej wyrobu zobaczył, nie dałby pewnie wiary, że to zwykły domowy, kobiecy wyrób.
Ojciec, siedząc w domu przy dłubaniu, urozmaicał sobie czas śpiewaniem różnych świeckich pieśni, jak „Nie tak to illo tempore bywało”, „Za Niemen het precz” itp.; tę drugą śpiewał najczęściej. Z nabożnych zaś pieśni śpiewał wspólnie z matką każdego wieczora oprócz pieśni „Dobranoc, głowo Święta” także pieśń do Anioła Stróża, której pierwsza zwrotka brzmi:
„Aniele, coś mi dany,
Gdym ten powitał świat,
Tyś wierny, mój kochany
Przewodnik, piastun, brat”
a której słuchać bardzo lubiłem.
W tym czasie mogłem już w domu na coś się przydać. Ile razy matka chciała zemleć jakąś miarkę ziarna, przywoływała mnie do żaren i przystawiwszy do nich stołek, stawiała mnie na nim — i dopiero z takiego wzniesienia ujmowałem żarnówkę, o ile drobną garścią objąć ją mogłem, i wspólnie z matką mełłem, dopóki ostatnie ziarnko z wyżłobienia, znajdującego się na jednym końcu żaren, a zwanego „ducą”, nie znikło między wirującym kamieniem. Matka bowiem, przywykła do ustawicznej pracy, pragnęła także i mnie zawczasu do niej włożyć64. W porze zaś wiosennej i letniej pasałem gęsi na położonym opodal wsi pastwisku.
Każdej niedzieli letnią porą zjeżdżały do Sobowa, do któregoś posiadającego obszerniejszą izbę gospodarza, dwie siostry dominikanki z Wielowsi. Tam schodziła się dziatwa, której siostry udzielały nauki katechizmowej oraz wykładały Małą historię biblijną65. Na takie niedzielne nauki i ja również chodziłem, a wróciwszy do domu, wszystko, co tam słyszałem, ojcu musiałem opowiedzieć.
W szkółce sobowskiej rozpoczynał się nowy rok szkolny, a nauczycielem w niej ustanowiony był mój ojciec. Do szkoły tej zostałem i ja zapisany. Ojcowie czy opiekunowie niechętnie dzieci do szkoły oddawali, nie chcąc pozbywać się wyręczenia w domu, a głównie przy pasaniu bydła, ale że z wójtem Madejem żartów w takiej sprawie nie było, zatem chcąc czy nie chcąc, posyłać musieli. Rozpocząłem więc naukę od a, b, c na elementarzu, a w domu w wolnych godzinach naukę tę uzupełniałem.
Budynek szkolny, stojący mniej więcej w środku wsi na obszernym, piaszczystym placu w pobliżu kuźni gminnej, składał się z głównej, dość przestronnej, lecz niskiej sali, w której na środku stał słup podtrzymujący pułap; dalej była sień i szczupły alkierz66, służący na przechowywanie ksiąg i aktów gminnych. W sali przy ścianie naprzeciw drzwi wchodowych67 stał na stopniach stół dla nauczyciela; wzdłuż ścian bocznych rzędy ławek; nieco ku tyłowi na sztalugach duża czarna tablica, przy słupie zaś, na którym przybita była biała kartka z narysowanym osłem, tak zwana „ośla ławka”; wreszcie na ścianie obok drzwi wisiał spory krzyż z figurą Zbawiciela, którego stopy każde z wchodzących na salę dzieci szkolnych musiało ucałować po uprzednim pochwaleniu Pana Boga, czego ojciec bardzo przestrzegał. Nauka rozpoczynała się zawsze stosowną pieśnią czy modlitwą, do której za przykładem nauczyciela wszystkie dzieci klękały, po czym po skatalogowaniu uczniów i uczennic odbywała się nauka. Żydowskie dzieci do szkoły tej przystępu nie miały.
Między uczniami było wielu niesfornych nicponiów; żeby ich utrzymać w przyzwoitym zachowaniu, wyznaczał ojciec zwykle jednego ze starszych, wzorowo sprawujących się uczniów, który, wziąwszy do ręki długi łozowy68 pręt, chodząc po sali szkolnej, każdego schwyconego na „psikusach” zbytnika kijem tym namacalnie sięgał i do porządku przywracał. I dziwić się tej metodzie nie trzeba, niesforność bowiem niektórych chłopaków przechodziła wprost miarę; oto np. jeden z nich, syn miejscowego kowala, idąc do szkoły, zabierał z sobą szydło, którym siedzących najbliżej siebie współuczniów „macał” po łydkach... Do takich niepoprawnych szkolarzy stosowano chłostę.
Oprócz czytania, pisania, rachunków i rysunków uczyły się dzieci także śpiewu, ku czemu sprowadził ojciec parę śpiewników z nutami. Żadna z tych pieśni nie zachowała się w całości w mej pamięci, niektórą wszakże zwrotkę zapamiętałem do dzisiaj. Dzieci śpiewając na przykład:
„Nauczyciel dobrze prawi,
Że w pracy nagroda,
Niech go Pan Bóg błogosławi,
Żegnać nam go szkoda,
Dana, dana, dana!
Żegnać nam go szkoda!”
ostatni wiersz zwrotki odśpiewywały z mocą i ochotą właściwą swemu wiekowi. „Dana, dana, dana!” brzmiało donośnie w takt dźwięku młotów w pobliskiej kuźni, wywołując uśmiech radosnego zadowolenia na każdej twarzy. Przesadnego wykrzykiwania tego „dana, dana, dana!” ojciec bynajmniej nie ganił, wychodząc z założenia, że ochota taka ożywia młodociane umysły i do tym większej pilności w nauce pobudza.
Te to śpiewniki z nutami miały w naszej szkółce dwojakie przeznaczenie. Który z chłopaków za wiele i niepoprawnie broił, wyprowadzano go z ławki na środek szkoły i zmuszano kłaść się na oślej ławce. I kiedy w nogach leżącego stanął jeden z tęższych chłopaków z łozą w ręku, brał ojciec śpiewnik, a rozkładając go i podsuwając kartki przed oczy leżącego, pytał: „Na jaką to nutę?”. Chłopak wytrzeszcza oczy i milczy. „Na jaką to nutę?” powtórzył nauczyciel, i w tejże chwili na delikatną część ciała leżącego spadły razy. „O! loboga... loboga!” — wrzeszczał chłostany, wierzgając nogami. „To dla ciebie, nie la Boga” — mawiał ojciec i po wymierzeniu oznaczonej ilości kijów upominał zwykle krótko: „Teraz spodziewam się, synku, że na przyszłość nie będziesz mnie zmuszał do udzielania ci takiej lekcji”. Po czym chłopak przepraszał nauczyciela i wracał do ławki. Siedzenie na „oślej ławce” przeznaczone było dla nieuków.
Oprócz opisanych kar stosował jeszcze ojciec do upartych, niepoprawnych i leniwych uczniaków oryginalny rodzaj kary, tak zwane „ośle uszy”. Z brzozowej kory wycinano szeroki 4–5 cm, odpowiedniej długości pas, którego końce z sobą łączono i tak powstawała opaska do wkładania na głowę. Osobno wycinano z tego samego materiału dwa wysokie uszy na podobieństwo oślich i uszy te do przygotowanej poprzednio opaski przypasywano — i tak powstawały owe „ośle uszy”, które zasługującemu na nie na głowę wkładano. Ten rodzaj kary należał do najcięższych. Bywało, że ukarany w ten sposób chłopak nie tylko, że tak „odznaczony” przesiedział na oślej ławce, ale nawet w razie cięższych przewinień szedł wsią do domu przez współuczniów odprowadzany, narażając się przez całą drogę na rozmaite niepochlebne uwagi ze strony przypatrujących się tej maskaradzie starszych i dzieci, a za przybyciem do domu brał cięgi. Zdarzało się, że przyszedłszy do domu, zrywał sobie z głowy tę dekorację i targał ją na strzępki; trafiało się to jednak dość rzadko, gdyż za przybyciem do szkoły za postępek taki podlegał winowajca „nutom”.
Poza tym ojciec jako nauczyciel dbał o rozwój fizyczny dzieci, urządzając im od czasu do czasu tak zimą, jak latem w dni pogodne tzw. „spacery”. Szliśmy więc zimą gromadnie na ślizgawkę, latem zaś na piaski za wsią. Na spacerach takich oddawaliśmy się ćwiczeniom fizycznym, a raczej swawolom. Na piaskach wetknąwszy odpowiedniej długości kij i zawiesiwszy na nim czapkę, każdy z nas jeden po drugim popisywał się zręcznością: rozpędziwszy się w biegu, przesadzał w śmiałym skoku zawieszoną na kiju czapkę. To znów próbowaliśmy swych sił, we dwóch ująwszy się za bary; który przeciwnika na ziemię położył, ten zbierał pochwały. Dziewczęta bawiły się osobno.
Do naszej szkółki zaglądał często wójt Madej, zadając dzieciom pytania i zachęcając je do pilności oraz nakazując posłuszeństwo względem nauczyciela.
Z krótkich tych chwil szkolnych pamiętam jeszcze ukazujących się od czasu do czasu na wsi wędrownych lirników, o których w szkole śpiewaliśmy ze śpiewnika:
„Bywało, mówią, czasy dawnemi
Żyli lirnicy na naszej ziemi
I chodząc z pieśnią z proga do proga,
Głosili chwałę kraju i Boga”.
Dla tych to lirników ojciec mój żywił prawdziwą sympatię i skoro kiedy wędrującego wsią lirnika zauważył, wychodził z izby szkolnej, przywoływał go do szkoły i prosił o zagranie. Grał więc linik na lirze i śpiewał najczęściej okolicznościową pieśń nabożną, a my słuchaliśmy; albo też dzieci śpiewały pieśń o ostatnich lirnikach, której pierwszą zwrotkę powyżej przytoczyłem, a lirnik im przygrywał. Po opuszczeniu szkolnej ławy lirników w stronach tutejszych już nie widziałem.
„Nie wiem przyczyny, jak się to stało,
Ale lirników wciąż ubywało
I coraz smutniej pieśń liry brzmiała,
I coraz ciszej — wreszcie skonała”.
W takich warunkach ukończyłem siódmy rok życia.
Jakkolwiek pierwsza młodość moja szczęśliwą nie była, to dalsze lata życia o wieleż smutniej mi płynęły. Aż dotąd byłem zdrów, odczuwałem życie w całej naturze, co pozwalało mi łatwiej znosić niedostatki. Podobało się przecież Panu Bogu odjąć mi słuch. Dotychczasowy więc świat głosów, którym tak krótko cieszyłem się, zaniemiał dla mnie zupełnie.
Żegnajcie mi zatem wszelkie głosy natury, któreście duszy mej przez krótkość pacholęctwa mego pokrzepieniem były.
Żegnaj, świergocie przywiązanych do strzechy wioskowej wróblich gromadek i ty, lotnych jaskółek szczebiocie u poddasza.
Żegnaj, cudowny hymnie szarego skowronka, zawieszonego w wiosenne poranki nad budzącą się z letargu zimowego ziemią.
Żegnajcie, rzewne słowików trele, zamieniające w przybytek aniołów ciszę wonnych wieczorów wiosennych.
Żegnajcie, wy, polnych świerszczów ćwierkania wśród tchnących aromatem pól w jasne letnie dzionki i ty, czarowna żabich chórów kapelo, w przednocki majowe.
Żegnajcie, szmery wód i poszumy pól „wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem”69.
Żegnajcie, kochane dźwięki serdecznych słów matki, ojca i braci. Wdzięczna melodio pastuszej ligawki70, srebrzysty głosie dzwonka, krówek poryki, koników rżenie — żegnajcie, żegnajcie!
Nieubłagana ręka Przeznaczenia odbiera mi was i zamyka w wyciosaną z głazów martwoty trumnę. I spuszcza tę trumnę w niezgłębiony jak wszechświat grób.
A na grobie tym zatyka aż po gwiazdy wysoki, a spadów łuku sklepienia niebieskiego ramionami swymi sięgający krzyż.
I daje mi w zamian na nieodłączną towarzyszkę życia uroczystą, pełną niemego majestatu Ciszę, umarłych kochankę.
Żegnajcie, żegnajcie!
*
Powodem utraty słuchu była ciężka, kilka tygodni trwająca choroba, której przyczyny trudno ustalić. Pewnego wiosennego, wietrznego dnia rodzice moi, wybierając się do miasta, polecili mi, bym podczas ich nieobecności dorzucił krowie w południe paszy. Od ranka tegoż dnia czułem się jakoś niezdrów, co wszakże nie przeszkadzało mi krzątać się koło domu. W południe, wykonując polecenie rodziców, poszedłem do stodoły. Wszedłszy do niej, wrótnię71 zostawiłem otwartą. W chwili gdy z sianem wychodziłem, gwałtowny wicher uderzył we wrótnię z taką siłą, że zatrzaskując się, zaporą uderzyła mnie w skroń tak mocno, aże zapora się oderwała i wraz ze mną na ziemię upadła. Mimo tak gwałtownego uderzenia z łatwością podniosłem się z ziemi, a co dziwniejsze, ani bólu, ani też ogłuszenia prawie nie odczułem. Od tego atoli dnia szybko począłem na zdrowiu upadać, wreszcie rozchorowałem się tak ciężko, że o moim wyzdrowieniu wszyscy zwątpili. Młoda natura przecież przemogła i powoli wracałem do sił.
Choroba nie od razu pozbawiła mnie słuchu, lecz zanikał on stopniowo i przekonany jestem, że gdyby rodzice moi więcej mieli świadomości i na czas pomocy lekarskiej wezwali — byłbym zupełnie władzę słuchu zachował. Dopiero w parę miesięcy po ogłuchnięciu matka udała się ze mną raz, drugi i trzeci do lekarza w Tarnobrzegu. Następnie stosowano mi środki podług wskazówek rozmaitych miejscowych i zamiejscowych znachorek i „doktorek”, a skoro i to nie pomogło, chodziłem z matką do ówczesnego dziedzica w Zarzekowicach, śp. Wojnarowskiego72 lecz był to już zachód spóźniony, W ostatku ojciec na podstawie wyczytanego w gazecie ogłoszenia sprowadził maleńką flaszeczkę tzw. „olejku słuchu” dra Schippka z Wiednia za cenę coś 6 reńskich — i także na próżno.
Utratę słuchu odczułem w początku może nie tak boleśnie, niżby się zdawało, albowiem ojciec opisując mi rozmaite, nawiasem mówiąc, zmyślone przykłady, jakoby ten a ten po tylu a tylu latach całkowitej głuchoty odzyskał wreszcie słuch, pocieszał mnie nadzieją, że i ja także wkrótce przesłyszę. No i żyłem tą nadzieją, zwodniczą co prawda, lecz zawsze z wiarą w lepsze jutro.
Odtąd rozpocząłem smutny okres życia. Mimo upośledzenia fizycznego czasu nigdy nie marnowałem, gdyż w domu naszym próżnowania nie znano. Pomagałem więc matce w robieniu porządków w domu, mleć w żarnach, robić w polu, to znów podczas ogólnego we wsi ruchu warsztatów tkackich, nawijałem przędzę na cewki; przy ojcu wprawiałem się w oprawianiu obrazków, a w wolnych od roboty chwilach brałem książkę, tabliczkę z rysikiem73 i oddawałem się nauce.
Pracy więc miałem jak na swój wiek dużo, i to ciężkiej pracy. Toteż prawdziwą dla mnie wówczas rozkoszą było wymknąć się w upatrzonej chwili z domu i pohasać z rówieśnikami na pobliskim błoniu lub w polach, co znów rodzicom nie podobało się i nieraz z tego powodu karcili mnie, a do nauki popędzali. Myślę, że taką przesadną troskliwość o naukę dziecka stosują z reguły niejedni ojcowie, co jest wielkim błędem. Osłabia to bowiem energię dziecka, upośledza nie tylko fizycznie, ale i umysłowo, doprowadza wreszcie do stanu apatii. Ale dla mnie, jako zmuszonego żyć w grobowej samotności, był ten przymus męką, tym więcej że w pracy się nie leniłem, a do nauki wielkie zamiłowanie miałem. Szkodliwym dalej wynikiem tego przymusu było i to, że nie mając możności częstszego przebywania w gronie rówieśników i poswawolenia czy pobawienia się z nimi, żyłem w milczeniu, co znów pociągało za sobą stopniowo zanik mowy.
Niechże więc rodzice, których dzieci obdarzył Bóg zdolnościami umysłu i rozpalił w nich żądzę zdobycia nauki i wiedzy, nie zmuszają tych dzieci do bezustannego ślęczenia nad książką, i to wtedy gdy dziecko, czując się przemęczonym, pragnie wytchnienia. Niech im nie bronią swobodnego pohasania i poswawolenia w polu, uważając jedynie, by pustota taka nie przekraczała miary. Wszak ta ziemia, ta przyroda, jasnym słonecznym oblana światłem — to dłonią Stwórcy pisana wszechmądrości księga, z której każdy człowiek i wszelkie stworzenie czytać snadnie74 potrafi. Mamy tego najlepszy dowód w naturze. Ptak żyjący na swobodzie przeczuje zmianę pogody, przeczuje zimę i bez przewodnika trafi do cieplejszych stron na drugą półkulę, gdy natomiast ptak urodzony i wychowany w klatce, wypuszczony w końcu na wolność zbłądzi i zmarnieje. I tak jest w całym świecie wszechstworzeń. Człowiek wychowany w wielkim mieście i wykształcony, jak to się mówi, „wszechstronnie”, jednak w młodości nieobcujący nigdy albo bardzo mało z przyrodą, wszystko będzie wiedział, lecz będzie to mądrość sztucznie nabyta — i niech no taki znajdzie się w opuszczeniu, bez potrzebnych środków do życia i wygód, wtenczas cała jego zdobyta wiedza nie na wiele się mu przyda i zmarnieć musi. Mamy tego nieustające dowody w zboczeniach i samobójstwach.
Proszę tylko nie rozumieć mnie źle! Do książek, do nauki, w ogóle do pracy nad swym umysłowym wykształceniem dążyć trzeba wszelkimi siłami, lecz jednocześnie nie zaniedbywać poznania także księgi wszechmądrości Bożej — ziemi, przyrody. Gdyż nic tak jak częste obcowanie z przyrodą nie ułatwia nam zdobycia wiedzy i zapewnienia sobie tak fizycznego, jak i duchowego zdrowia, bez którego człowiek, choćby był jak Krezus75 bogatym, a jak Salomon76 mądrym, nigdy nie będzie w swym życiu prawdziwie szczęśliwy.