XII. „Żywy Buddha”

W kraju tajemnic i cudów, Mongolii, żyje mistyczny znawca wszelkiej tajemnicy i nieznanych przejawów sił przyrody, „Żywy Buddha”, trzydziesta pierwsza forma nigdy nieumierającego Buddhy, jego świątobliwość Bogdo-Dżeptsung-Damba-Hutuhtu-Gegeni-Chan.

Jest on spadkobiercą trwającej w tajemniczy sposób od 1670 roku dynastii cesarzów duchowych, noszących w sobie ciągle udoskonalającego się ducha Buddhy, Awalokiteszwara oraz Czen-Za-Zi, czyli „Ducha Himalajów”. W nim jest złączone wszystko: słoneczny mit, czar tajemniczych, niebotycznych szczytów straszliwych Himalajów, legendy świątyń indyjskich, groźna wspaniałość dawnych władców Mongolii i Chin, mgliste kroniki mędrców chińskich. W polityce urgińskich Bogdo Chanów jest połączenie różnorodnych wpływów: rozpamiętywania braminów116, mnisza surowość sekty Gełuk-Pa, która dała początek „żółtej wierze”, mściwość odwiecznych koczowników Oletów-Kałmuków, dumne i potężne pomysły Dżyngis-chana i Kubilaja, zacofana, pełna zabobonów hierarchiczno-klerykalna psychologia, tajemnica królów tybetańskich i bezwzględność rewolucjonisty religijnego, Paspy. Cała mglista historia Azji: Pamiru, Himalajów, Mezopotamii, Persji i Chin otacza tajemnicą tron „Żywego Buddhy” w Urdze. Nic więc dziwnego, że jego imię jest z czcią wymawiane na brzegach Wołgi, w Arabii, Azji Centralnej, w Indiach, na Syberii i na brzegach Oceanu Lodowatego.

Kilka razy udało mi się być w siedzibie Bogdo Chana. Rozmawiałem z „Żywym Buddhą”; opowiadały mi o nim osoby najbliżej przy nim będące — uczeni maramba; widziałem jego wróżby, słyszałem jego proroctwa, oglądałem składy ksiąg starożytnych i kronik dziejów wszystkich Bogdo Chanów. W pałacu „boga” cieszyłem się zaufaniem, ponieważ pismo hutuhtu Narabanczi-Kure otwierało mi drzwi świątyń oraz usta i serca lamaitów.

Znajomość z osobą najwyższego kapłana mongolskiej „żółtej wiary” oraz z jego rządem zrodziła we mnie cały szereg myśli o charakterze politycznym i dała mi możność zrozumienia planów hetmana Siemionowa i barona Ungern von Sternberga.

Panujący obecnie „Żywy Buddha” jest osobistością dwoistą, jak wszystko w lamaizmie. Rozumny, przenikliwy, energiczny Bogdo jednocześnie oddaje się nałogowi pijaństwa, który doprowadził go do ślepoty. Wtedy to lamowie wpadli w rozpacz. Jedni wypowiadali się za tym, aby ślepca otruć i jego tron oddać innemu przeistoczonemu bóstwu, inni zaś, uwzględniając wielkie zasługi Bogdo dla lamaizmu i Mongolii, postanowili przebłagać bogów wzniesieniem wspaniałej świątyni „grodu lamów” — z olbrzymim posągiem złoconego Buddhy.

Nie pomogło to wprawdzie Bogdo w odzyskaniu wzroku, lecz za to owa rozbieżność zdań wśród lamów i znaczna zwłoka czasu pozwoliły mu stopniowo wyprawić do nirwany zbyt radykalnych lamów.

Nie przestając myśleć ani na chwilę o sprawach kościoła i polityki mongolskiej, Bogdo lubi jednak zabawiać się różnymi rzeczami ciekawymi. Tak na przykład interesował się on przez pewien czas artylerią. Jakiś przedsiębiorczy oficer rosyjski podarował mu dwie stare armaty, z których, ku wielkiej uciesze niewidomego „boga”, strzelano w dni świąteczne. Za tę przyjemność Bogdo nadał oficerowi tytuł „Tumbair-Huna”, co znaczy „księcia miłego memu sercu”. Samochody, bicykle117, gramofony, telefony, kryształy, porcelana, obrazy, perfumy, instrumenty muzyczne, rzadkie ptaki i zwierzęta w rodzaju słoni, niedźwiedzi himalajskich, małp, wężów indyjskich i papug — wszystko to przesunęło się przez pałac „boga”, lecz o wszystkim bardzo szybko zapomniano.

Do Ta-Kure wpływają podarki, ofiary, danina religijna ze wszystkich końców lamaickiego świata.

Pewnego razu skarbnik „boga”, czcigodny Bała-Dordżi-Lama, pokazał mi wielką salę, gdzie przechowywano te podarki. Było to drogocenne muzeum, jedyne w swoim rodzaju. Tu nagromadzono przedmioty nieznane w muzeach Europy. Mogłem je obejrzeć tylko bardzo pobieżnie, lecz i tego wystarczyło, aby sądzić i o wartości tych nadzwyczajnych zbiorów, i o powadze, i polityczno-moralnym znaczeniu dostojnika „żółtej wiary”.

Skarbnik otwierając szafy i kufry ozdobione srebrem i złotem, opowiadał:

— To są dziwne w swoich kształtach kawałki złota z Bej-Kemu, to czarne sobole z kemczyckiego nojonatu. Tu są złożone cudotwórcze panty118; w tej szkatule z rogu barana skalnego wodzowie Oroczenów przysłali z dalekiej północy czarowne korzenie „dżen-szengu” i cybetu119 pachnącego piżmem; ten kawał bursztynu pochodzi z brzegów morza wiecznie pokrytego lodem, a waży sto trzydzieści cztery łana120; tu przechowujemy drogie kamienie z Indii...

Długo jeszcze wyliczał, opowiadał i sam nie mógł ukryć zachwytu nad pokazywanymi rzeczami. Przed moimi oczami migotały stosy najdroższych futer: białego bobra, czarnych, białych i niebieskich lisów, czarnych soboli, czarnych panter; małe, misternie rzeźbione pudełka szylkretowe121, w których przechowywano cienkie jak pajęczyna, dziesięciojardowe jedwabne chatyki indyjskie; woreczki plecione ze złotych sznurów a pełne pereł przysłanych od radży122 Trawankoru; olśniewające przepychem i misterną robotą sygnety ze szmaragdami, rubinami i szafirami z Chin i z Indii; olbrzymie chryzoprazy123, diamenty; kość słoniowa z artystyczną inkrustacją ze złota, pereł i drogich, barwnych kamieni; tęczowe tkaniny wyszyte złotem i srebrem; kły morsów, na których artyści, rybacy z Morza Beringa, nacięli dziwaczne rysunki pierwotnej sztuki.

Niepodobna wyliczyć wszystkiego!

W oddzielnym pokoju stały ofiarne posągi Buddhy: złote, srebrne, z brązu, kości, korali, z masy perłowej, kryształu, ametystów i nefrytu; były tam posągi z rzadkich, nieznanych gatunków drzew barwnych i aromatycznych.

— Niech pan weźmie który z tych posągów i obejrzy go! — zaproponował mi mój cicerone124.

Uczyniłem to i od razu posłyszałem jakiś chrzęst i szum wewnątrz posągu.

— Słyszy pan? — zapytał skarbnik, uśmiechając się chytrze. — To są drogie kamienie i kawałki złota. To „wnętrzności” boga. Tu się kryje przyczyna, dlaczego wy, Europejczycy, przy zdobywaniu — jak to było w 1900 roku w Chinach — miast buddyjskich i świątyń, przede wszystkim zaczynacie burzyć nasze posągi, mówiąc, że nasi bogowie są wrogami waszych. Lecz przyczyna waszej nienawiści dla naszych bogów leży w chęci zabrania wnętrzności posągów... W ten sposób bardzo wiele znakomitych, drogich kamieni wyszło na świat dzienny z mroku posągów, do których zasyłały modły narody Babałanu125, Chin i Indii.

Długa amfilada126 pokoi zajęta jest przez książnicę „boga”. Są tu ręcznie pisane foliały z różnych epok, w różnych językach azjatyckich, na różnorodne tematy: religijne, filozoficzne, historyczne i magiczne. Widziałem rękopisy rozsypujące się w proch. Żeby uratować je od ostatecznego zniszczenia, lamowie moczą je lepkim sokiem jakiejś rośliny tybetańskiej. W szafach leżą tablice gliniane z asyryjskimi hieroglifami. Księgi chińskie, indyjskie, tybetańskie i mongolskie przechowuje się w osobnych szafach. Zawierają one dzieła z zakresu buddyjskiego kultu Sakia-Muni, sekty „czerwonych kołpaków”127 oraz księgi żółtego buddyzmu, czyli tybetańskiego lamaizmu, legendy, historyczne kroniki, przepowiednie, magiczne, lekarskie i astrologiczne przepisy i formuły. Setki lamów wertują te stare szpargały, studiując je, przepisując, szerząc w ten sposób i przechowując starożytną naukę i legendy. Istnieje pokój, gdzie zgromadzono wyłącznie tajemnicze dzieła magiczne z opisami życia, czynów i cudów wszystkich trzydziestu jeden „Żywych Buddhów”; bulle Dalajlamy, orędzia mądrego Taszy-Lamy; pisma hutuhtów chińskiego lamaizmu z Wu-Ta-Y; dzieła antagonisty „Żywego Buddhy” — pandity-gegeni z Dołon-Noru oraz horoskopy periodyczne stu chińskich mędrców buddyjskich. Klucze od tej tajemniczej komnaty są starannie przechowywane w szkatule „boga” wraz z pierścieniem Dżyngis-chana i z pieczęcią cesarską.

Osobę „jego świątobliwości” otacza pięć tysięcy lamów, podzielonych na kilka stopni hierarchicznych, od prostych służek kościelnych do „radców boga”, z których właśnie składa się rząd niezależnej Hałhi.

Szczególnie interesowały mnie trzy kategorie lamów, o których opowiadał mi sam „Żywy Buddha”, gdym go odwiedził wraz z księciem buriackim Dżam-Bałonem, pomocnikiem i przyjacielem barona Ungerna. „Buddha” uskarżał się, że leniwe, bogate i rozpustne życie, jakie prowadzą lamowie, z zatrważającą szybkością zmniejsza ilość prawdziwych, natchnionych wróżbiarzy i proroków.

— Gdyby nie Dżałchancy i Narabanczi-hutuhtu, prowadzący surowy ascetyczny rygor klasztorny, Ta-Kure pozostałoby niezawodnie bez wróżbiarzy i jasnowidzących. Przeszli w inne formy istot, błogosławieni przez bogów Barun-Abaga-Nar, Dorczyuł-Dżurdok, którzy mogli widzieć tajemnice przyszłości i dalekie cienie przeszłości.

Bogdo miał słuszne powody do skargi, gdyż kategoria wróżbiarzy w jego dworskim otoczeniu jest nader potrzebna. Objaśnia się to tym, że nowa osobistość zjawiająca się w pałacu „boga” jest pokazywana najpierw lamie-wróżbiarzowi, czyli „dzurenowi”, który na podstawie swojej tajemniczej sztuki informuje się co do przeszłości i przyszłości przybysza i w ten sposób „Żywy Buddha” już wie, jak ma rozmawiać z gościem lub interesantem.

Dzureni są najczęściej starcami; są to surowi asceci, wyniszczeni bezsennymi nocami i ciągłymi praktykami jogów. Widziałem i młodych dzurenów, czasem nawet dzieci. Lecz są to chubiłgani, bóstwa przeistoczone, w przyszłości hutuhtu i gegeni klasztorów lamaickich.

Drugą kategorię uczonych lamów stanowią medycy, czyli Ta-Lamowie. Badają oni działanie na organizm ludzki traw i ziół oraz soków zwierzęcych, przechowują recepty medycyny tybetańskiej i leczą chorych. Bardzo starannie studiując anatomię i fizjologię człowieka, medycy ci jednak nie posiłkują się wiwisekcją128. Są to bardzo zdolni masażyści, wprawiacze kości, znawcy hipnotyzmu, żywego magnetyzmu i okultyzmu, co szeroko stosują w praktyce lekarskiej.

Trzecią nareszcie kategorią jest najwyższy stopień lekarski, dostępny prawie wyłącznie dla Tybetańczyków, Kałmuków i Buriatów. Są to „turdzy-lamowie”, czyli lekarze-truciciele. Można by ich nazwać „doktorami medycyny politycznej”. Turdzy-lamowie mieszkają w odosobnieniu, pędzą życie samotne i są milczącą, tajemniczą bronią w rękach „Żywego Buddhy” — Bogdo Chana.

Książę Dżam-Bałon objaśnił mi, że turdzy-lamowie przeważnie są niemi, gdyż prawdopodobnie w dzieciństwie podlegają specjalnej operacji. Widziałem jednego turdzy. Był to ten sam lekarz, który otruł swego chińskiego kolegę, przysłanego do Urgi z Pekinu dla zgładzenia ze świata nader zuchwałego i niezależnego Bogdo. Malutki, siwy, pomarszczony staruszek z siwą, kozią bródką miał zbyt bystre, przenikliwe oczy, aby można było czuć do niego sympatię. Gdy turdzy przybywa do gegeni jakiegoś klasztoru, do koczowiska chana lub księcia, ci od razu przestają jeść i pić, obawiając się trucizny, którą posiada ta mongolska Lokusta129 rodzaju męskiego. Nawet środki zapobiegawcze nie uratują skazanego. Zatruta czapka, koszula lub buty zmoczone płynem trującym, paciorki różańca lub frędzle uzdy, monstrancja posypana zabójczym proszkiem lub księgi rytualne — dokonają wyroku „Żywego Buddhy”.

Niewidomy dostojnik lamaicki jest otoczony najgłębszą czcią i ubóstwieniem religijnym. Przed nim wszyscy padają na twarz, a lamowie zbliżają się do jego tronu, czołgając się na kolanach.

Wszystko to jest ponure, tchnie wschodnią starożytnością i psychologią pierwotną. „Żywy Buddha” — to krzyczący anachronizm dla nas, Europejczyków. Pijany ślepiec, lubujący się w banalnych piosnkach gramofonu lub puszczający prąd elektryczny w swoich przybocznych lamów; okrutny starzec trujący potajemnie swoich politycznych przeciwników, dostojnik kościoła trzymający w ciemnocie umysłowej swój naród i ogłupiający go swymi proroctwami i wróżbami — nie jest jednak zupełnie zwyczajnym człowiekiem.

Pewnego razu, gdy siedzieliśmy w gabinecie Bogdo i książę Dżam-Bałon tłumaczył mu moje opowiadanie o postępach nauki zachodniej, starzec nagle podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać, co się dzieje w kaplicy; jakkolwiek wytężałem cały swój słuch, nic nie mogłem dosłyszeć. Wreszcie podniósł się z poduszek i pokornym, przestraszonym, pełnym ekstazy religijnej głosem rzekł:

— Bogowie mnie wołają...

Sekretarze pochwycili Bogdo pod ręce i doprowadzili do kaplicy. Wszedł sam i szczelnie zamknął za sobą drzwi. Pozostawał tam dwie godziny, które spędził na modlitwie. Modlitwa ta składa się z rozmowy z niewidzialnym bóstwem, w imieniu którego Bogdo sam daje odpowiedzi na swoje własne pytania. Wyszedł z kaplicy blady, wyczerpany, lecz spokojny i radosny. Jest to osobista modlitwa samotna „Żywego Buddhy”.

W kościelnych ceremoniach Bogdo bierze tylko udział bierny. Jest wtedy tylko „bogiem”. Lamowie stawiają go z tronem na ołtarzu i modlą się do niego wraz z nabożnym ludem. On zaś wysłuchuje i przyjmuje modły, prośby, nadzieje, łzy, rozpacz i radość i patrzy przed siebie nieruchomo swymi szeroko rozwartymi ślepymi źrenicami. Lamowie, zależnie od momentu nabożeństwa, ubierają go w rozmaite płaszcze i nakładają mu na głowę przeróżnej formy czapki, mitry i kołpaki. Nabożeństwo kończy się chwilą doniosłą, gdy „Żywy Buddha” w złotej tiarze błogosławi narody Wschodu, Zachodu, Północy i Południa monstrancją, wyobrażającą Buddhę w kwiecie lotosu, i odmawia modlitwę ofiarną, wyciągając ręce na Zachód i w stronę Europy, do której podług przepowiedni powinna wtargnąć nauka mądrego Buddhy.

Gdy wszyscy wychodzą ze świątyni, Bogdo pozostaje sam na sam z Buddhą i zaczyna modlić się długo i gorąco, z natchnieniem improwizując modlitwy i psalmy prześliczne w swej formie. Czasami podczas rozmowy lub posłuchania ministrów starzec odchodzi do świątyni lub kaplicy na modlitwę, mówiąc z namaszczeniem:

— ON wszedł do NIEGO i ich dusze połączyły się w zrozumieniu...

Przy tych słowach wszystkich ogarnia strach mistyczny, wszystko ucicha i zamiera przed obliczem jakiejś uroczystej tajemnicy; lamowie stają w pozie do modlitwy i przebierając różańce, szepcą frazes święty: „Om! Mani padme, Hung!” lub kręcą koła z napisanymi na nich modlitwami i zaklęciami; wróżbiarze przystępują do swoich praktyk; jasnowidzący zapisują swe objawienia; uczeni bibliotekarze odszukują w starych foliałach i zwojach rękopisów teksty wyjaśniające słowa „Żywego Buddhy”.

XIII. Cienie dawnych wieków

Widziałem nieraz w starych zamczyskach Francji, Włoch i Anglii szary, miękki kurz na gzymsach ścian i na framugach okien; widziałem w kątach piwnic i lochów całe płachty starej, czarnej pajęczyny... Są to również zabytki dawno minionych wieków! Może ten pył dotykał twarzy, hełmów i mieczów rzymskiego Augusta130, św. Ludwika131, Wielkiego Inkwizytora132 lub Galileusza133? Mimo woli głęboki szacunek i rozrzewnienie ogarnia duszę przed tymi świadkami dawno ubiegłych epok. Takie samo wrażenie miałem w Ta-Kure. Może nawet jeszcze głębsze i silniejsze! Życie tu płynęło tym samym łożyskiem, którym płynęło również tysiąc lat temu. Cały lud żyje tu tylko przeszłością, wspomnieniami, legendami i tradycjami; wszystko, co jest współczesne, wikła tylko to pierwotne, naturalne życie Mongołów.

— Dziś dzień wielki — oznajmił mi pewnego wieczora Bogdo — dzień zwycięstwa buddyzmu nad wszystkimi innymi wyznaniami! W tym dniu przed ośmiu wiekami wielki chan Kubilaj zawezwał do siebie kapłanów wszystkich wyznań i rozkazał im opowiadać, w co i jak każdy z nich wierzy. Wszyscy wychwalali swoich bogów i swoich najwyższych kapłanów. Wśród lamów zaczął się spór. Tylko jeden lama milczał. Wreszcie pobłażliwie się uśmiechnął i rzekł:

— Wielki Bogdo Chanie, panie i władco! Rozkaż każdemu z nich uczynić cud i dowieść siły swoich bogów. Później wybierz sam boga najpotężniejszego!

Kubilaj-chan zgodził się na jego radę i wydał kapłanom rozkaz wykonania cudu, lecz wszyscy milczeli i nikt nie ruszył się z miejsca.

— Teraz — rzekł nachmurzony chan do milczącego lamy — musisz uczynić cud ty, nieproszony doradco! Dowiedź potęgi swych bogów!...

Lama długo i uporczywie wpatrywał się w oczy chana, później objął wzrokiem wszystkich obecnych i wyciągnął rękę. W tej chwili złoty kubek chana oderwał się od stołu, a ręka niewidzialna przycisnęła go do ust Kubilaja, który uczuł smak rozkosznego, orzeźwiającego napoju. Wszyscy oniemieli, a wielki Kubilaj, władca Mongolii, Chin, Syjamu i Indii, zawołał:

— Chcę się modlić do twoich bogów i do nich będą zanosiły modły podwładne mi narody, plemiona i szczepy od krańca po kraniec ziemi! Jak się nazywa twoja wiara, ktoś ty jest i skąd przybyłeś?

— Moja wiara to nauka mądrego Sakia-Muni Buddhy. Jestem Pandita-Lama-Turdzy-Gamba z dalekiego, świętego klasztoru Sakkya w Tybecie, gdzie przebywa wcielony w człowieka duch „nauczyciela mądrych”, cała jego wiedza i potęga. Pamiętaj, królu, że narody wyznające naszą wiarę będą władały wszystkimi obszarami krajów Zachodu i w ciągu ośmiuset jedenastu lat ustalą naszą naukę na całej ziemi. Nauka Buddhy będzie płynęła powietrzem w postaci łagodnego lub burzliwego wiatru, będzie biegła przez góry i lasy drogami niewidzialnymi, będzie się sączyła podziemnymi potokami coraz to głębiej, coraz to dalej...

— To stało się w owym dniu na wiele wieków przed nami. Lama Turdzy-Gamba nie powrócił do Tybetu, lecz pozostał tu, w Ta-Kure, gdzie wtedy istniała jedna tylko mała kaplica obo. Stąd odbywał on podróże do stolicy chanów w Karakorum i do stolicy Chin w celu umocnienia imperatora w wierze, udzielania mu rad i przepowiadania losów narodów i państw.

Bogdo milczał przez chwilę, po czym ciągnął dalej.

— Ta-Kure to stare gniazdo „żółtej wiary”... Gdy Dżyngis-chan przedsięwziął wyprawę do Europy, poszli z nim na wojnę odważni Oletowie-Kałmucy, którzy jednak już nie powrócili do swych stepów, pozostawszy na Wołdze i na brzegach wielkiego morza134.

Po kilku wiekach powołali ich do Mongolii lamowie „żółtej wiary”, aby stoczyli walkę z królami Tybetu i z lamami — „czerwonymi kołpakami”, którzy ujarzmili lud Tybetu. Kałmucy zwyciężyli, rozbroiwszy około jeziora Nam Co wojska „czerwonych kołpaków”. Lecz wówczas zrozumieli, że Lhasa, Taszy-Lumpo i Sakkya135 leżą zbyt daleko od świata mongolskiego, od rdzennych szczepów dżyngisowych, a więc nie mogą szybko i dzielnie szerzyć nauki Buddhy pośród narodów Azji. Książę kałmucki, Guszy-Chan, przywiózł z Tybetu do Urgi świętego lamę imieniem Undur-Gegeni, który był w podziemiu Władcy Świata. Był on pierwszym przeistoczonym „Żywym Buddhą” i od tej pory istnieje dynastia „Żywych Buddhów” — Bogdo, chanów mongolskich. Pozostawił on nam w spuściźnie sygnet Dżyngisa, kubek z czaszki tajemniczego, czarnego cudotwórcy z nieznanej ziemi. Z tego kubka pił wodę tysiąc sześćset lat temu król Tybetu, nabożny Srongtsan. Pierwszy „Żywy Buddha” sprowadził do Mongolii kamienny posąg Buddhy, który był przywieziony z Delhi do Tybetu przez założyciela „żółtej wiary”, Paspę...

Bogdo klasnął w dłonie; wówczas jeden z lamów wyjął z czerwonej chustki duży klucz srebrny i otworzył stojącą na stole szkatułę z pieczęciami. Starzec opuścił rękę i wyjął pudełko z kości, w którym przechowywano wielki sygnet złoty z czarną emalią oraz z dużym rubinem z wyrżniętym w nim znakiem swastyki.

— Ten pierścień był zawsze na prawej ręce Dżyngisa, a później Kubilaj-chana — objaśnił Bogdo.

Gdy zamknięto szkatułę, „Żywy Buddha” rozkazał jednemu z marambów136 opowiedzieć mi o „czarnym kamieniu”, największej relikwii lamaickiej, o której często wspominają lamowie przy nabożeństwach zimowych. Maramba głosem wyuczonym zaczął szybko recytować:

— Gdy odważny Guszy-Chan, wódz Oletów, skończył wojnę z „czerwonymi kołpakami” w Tybecie, wywiózł on z sobą cudowny „czarny kamień”, który niegdyś był przysłany Dalajlamie przez Władcę Świata. Guszy-Chan zamierzał założyć na zachodzie Mongolii stolicę „żółtej wiary”, żeby zjednoczyć w sercu Buddhy wszystkie szczepy Mongołów w Azji Centralnej. Lecz Oletowie zmuszeni byli walczyć z Mandżurami o tron Chin, o tę spuściznę Wielkiego Mongoła. Walka była niepomyślna i ostatni chan Amursana musiał ukryć się w Rosji, lecz przedtem przysłał do Ta-Kure „czarny kamień”. Dopóki był on w ręku „Żywego Buddhy”, choroby i śmierć nie grasowały w Mongolii. Sto lat temu jacyś zbrodniarze ukradli tę naszą relikwię. Próżno buddyści szukają jej po całym świecie! Ze zniknięciem jej lud mongolski i jego stada wymierają straszliwie!

— Dość! — rzekł Bogdo. — Chińczycy i Rosjanie znęcają się nad nami, nasi sąsiedzi poniewierają nami. Zapomnieli oni o twardej ręce swoich władców: Dżyngisa, Ugedeja i Batyja. Lecz my przechowujemy stare przepowiednie i wierzymy, iż przyjdzie dzień zwycięstwa narodów plemienia mongolskiego i „żółtej wiary”...

Tak mówił „Żywy Buddha” i tak głosiły zmurszałe, rozsypujące się w proch foliały.

XIV. Księgi o cudach

Książę Dżam-Bałon, który był moim ciceronem w siedzibie „Żywego Buddhy”, prosił marambę o pokazanie mi książnicy Bogdo. Był to niewielki pokój, w którym pracują przepisywacze kronik mówiących o cudach „Żywych Bogów” mongolskich, zaczynając od Undur-Gegeni, kończąc na cudach istniejącego „Żywego Buddhy” oraz gegeni i hutuhtu różnych klasztorów mongolskich. Kroniki te następnie rozsyłają do wszystkich klasztorów, świątyń i szkół bandi.

Maramba przeczytał mi niektóre urywki.

— Błogosławiony bogdo-gegeni dmuchnął na zwierciadło. Wówczas, jak przez mgłę, zjawiła się obszerna dolina, gdzie tysiące tysięcy ludzi walczyło ze sobą...

Mądry, miły bogom „Żywy Buddha” zapalił wonności w wazie ofiarnej i modlił się do bogów, prosząc o wskazanie losów książąt. W niebieskim dymie wszyscy zobaczyli ponure, ciemne więzienie i blade ciała zmarłych książąt, wyczerpanych cierpieniem...

Po każdym takim opisie następowały komentarze i przepowiednie.

Osobna księga, przepisywana już po tysiąc razy, głosiła o cudach obecnego Bogdo Chana. Z niej odczytał mi maramba parę ustępów:

— W pałacu Bogdo Chana przechowuje się drewniany posąg Buddhy z otwartymi oczyma. Posąg ten przywieziono z Syjamu. Bogdo kazał postawić go na ołtarzu w swojej kaplicy, dokąd natychmiast udał się na modlitwę.

Gdy wyszedł stamtąd, kazał przynieść posąg do pokoju. Zdumienie ogarnęło wszystkich, gdyż oczy boga były zamknięte, a spod powiek błysnęły łzy, z drewnianego zaś ciała wychodziły świeże gałęzie o liściach pachnących cudnie.

Rzekł wówczas Bogdo Chan:

— Rozpacz i radość czekają na mnie. Stanę się niewidomy, lecz Mongolia zostanie wolnym krajem za mego panowania na łonie „Żywych Buddhów” i Dżyngis-chana!

Przepowiednia się ziściła.

Innym razem Bogdo jednego z takich dni, gdy nawiedza go trwoga i niepokój, wziął wielkie naczynie z wodą i postawiwszy je przed ołtarzem świątyni przepowiedni, dokąd zwołał lamów wyższych stopni, zaczął się modlić, gdy lamowie śpiewali pieśni wychwalając mądrość Buddhy. Nagle na ołtarzu zapaliły się świece i lampki z olejkiem wonnym, woda zaś w naczyniu mieniła się wszystkimi barwami tęczy.

Dżam-Bałon opowiadał mi, jak Bogdo Chan wróży za pomocą świeżej krwi, na powierzchni której zjawiają się obrazy i napisy; w jaki sposób ten ślepiec odczytuje tajemnicze zdania na drgających jeszcze wnętrznościach baranów i kozłów. Z układu zaś wnętrzności Bogdo poznaje myśli oraz plany polityczne chanów i książąt; kamienie i kości odkrywają „Żywemu Bogu” przeszłe i przyszłe losy człowieka; zgodnie z rozkazem gwiazd na niebie starzec układa amulety przeciwko kulom i chorobom.

— Starzy Bogdo Chanowie wróżyli najczęściej według „czarnego kamienia” — ciągnął dalej maramba. — Na czarnej powierzchni tego kamienia zjawiały się hieroglify tybetańskie, z których składano wyrazy. Kiedy zaś ten cudowny kamień skradziono, Bogdo Chanowie zaczęli układać horoskopy według gwiazd lub wróżyć za pomocą wody, krwi, kości i wnętrzności zabitych zwierząt.

Gdy maramba wspomniał o „czarnym kamieniu” i zjawiających się na nim znakach tybetańskich, pomyślałem, że jest to zjawisko zupełnie możliwe, niemające nic wspólnego z cudem. W południowym Urianchaju, pomiędzy rzeką Hargą a górami Ułan-Tajga, spotkałem jedną miejscowość z wielką ilością odłamów czarnych piaskowców. Na kamieniach tych rosły liszaje, przypominające misterny rysunek koronek weneckich lub całe tablice jakichś hieroglifów tajemniczych. Ten liszaj jest znany pod nazwą „tybetańskiego napisu”.

Nikt ze zwykłych śmiertelników nie może prosić Bogdo o wróżbę i przepowiednie. Wróży on, czując natchnienie lub wówczas, gdy go o to prosi specjalnym pismem posyłanym przez uroczyste poselstwo z darami, świątobliwy Dalajlama lub imperator chiński, jak to było przy dynastii Daj-Cynów.

Cesarz rosyjski Aleksander I137, który pod wpływem baronowej von Krüdener138 pogrążył się w ponury mistycyzm, posyłał podobno specjalnego posła do Urgi, prosząc „Żywego Buddhę” o przepowiednie. Panujący wtedy Bogdo, prawie jeszcze dziecko, radził się „czarnego kamienia” i zawyrokował, że „biały car”, czyli „urus-chan”, skończy swe życie w męczeńskiej włóczędze, nikomu nieznany i prześladowany. Jak wiadomo, w Rosji uporczywie utrzymuje się mniemanie, że Aleksander I pod imieniem starca Fiodora Kuźmicza ukrył się na Syberii, gdzie się błąkał z uciekinierami z więzień kryminalnych i katorżnikami. Z powodu braku dowodów osobistych bywał często więziony i karany batami; umarł zaś w Tomsku, gdzie do tej pory odbywa się specjalna pielgrzymka do domku, w którym według podania żył i umarł cesarz. Mogiła zaś Fiodora Kuźmicza jest miejscem licznych uzdrowień i innych cudów. Zainteresowanie się tą legendą niektórych członków rodziny Romanowych jeszcze bardziej podtrzymywało wiarę w jej autentyczność. Bolszewicy, którzy, jak wiadomo, powyrzucali z grobowców wszystkich carów, w grobowcu Aleksandra I ciała nie znaleźli, co potwierdza jeszcze prawdopodobieństwo legendy i wzmoże pielgrzymkę do mogiły „starca Fiodora”, którym w rzeczywistości miał być Aleksander I, car Rosji, „z dobrej woli pokutujący za zbrodnie i gwałty swoich poprzedników”.

XV. Zjawienie się „Żywego Buddhy”

„Żywy Buddha” nie umiera. Dusza jego z ciała Bogdo przechodzi do ciała innego człowieka, który rodzi się albo w dzień jego zgonu, albo jeszcze przy życiu dostojnika i „boga”. Ta nowa powłoka „ducha Buddhy” zjawia się na świat prawie zawsze w jurcie biednego tubylca w Tybecie lub Mongolii. W tym tkwi gra polityczna. Lamowie obawiają się dopuszczenia na tron Dżyngis-chana, potomka rodu książęcego, gdyż to może spowodować wzmocnienie się tego rodu i politykę wrogą lamom oraz ustrojowi klerykalnemu rządów obydwóch krajów. Obawy te nie są płonne, gdyż już cztery razy Bogdo-książęta wszczynali wielki nieład w rządzie i ustępowali tylko pod wpływem turdzy, który wyprawiał ich do cieniów przodków. Przeważająca liczba Bogdo pochodziła z Tybetu.

Jeden z wysokich lamów i zarazem chan Jassaktu, którego spotkałem w drodze pomiędzy Uliastajem a Dzain-Szabi, opowiadał mi o sposobach wynalezienia w razie potrzeby nowego „Żywego Buddhy”.

— W klasztorze Taszy-Lumpo w Tybecie zawsze dokładnie wiedzą z listów z Urgi o stanie zdrowia „Żywego Buddhy”. Gdy jego powłoka ludzka starzeje się, a duch usiłuje ją porzucić, w tybetańskich klasztorach rozpoczynają się osobliwe nabożeństwa i praktyki astrologiczne, wskazujące tych świątobliwych lamów, którzy mogą wynaleźć nową powłokę „dla nieśmiertelnego ducha Buddhy”. W tym celu obrani lamowie zaczynają podróżować po całym kraju i obserwować dzieci i młodzieńców. Czasami samo bóstwo daje wskazówki. Na przykład: około jakiejś jurty tubylca zjawi się biały wilk, urodzi się jagnię o dwóch głowach lub spadnie z nieba „kamień ognisty”. Inni lamowie łapią ryby w świętym jeziorze Nam Co i na ich łusce odczytują imię następcy Bogdo Chana z Urgi; mnisi szukają kamieni z licznymi szczelinami i starają się odczytywać zawiłe kombinacje linii, układając je w litery i wyrazy; hutuhtu wsłuchują się w tajemnicze głosy w wąwozach górskich, gdzie mieszka „duch gór”, który czasem dobitnie wymawia imię nowego dostojnika. Po odnalezieniu kandydata potajemnie gromadzą o nim wszystkie potrzebne informacje, które oddają pod sąd Taszy-Lamy, noszącego miano „Erdeni”, co znaczy „wielki skarb uczoności”. Ten szuka potwierdzenia wyboru w starych pergaminach indyjskich lub decyduje sprawę podług tajemniczych znaków Ramy. Jeżeli Taszy-Lama zgadza się z wyborem, zawiadamia o tym bullą Dalajlamę, który po nabożeństwie w świątyni „ducha gór” kładzie na bulli pieczęć najwyższego kapłana. Jeżeli w tym czasie tron urgiński zostaje osierocony, to do Ta-Kure zjawia się poselstwo z Tybetu wraz z nowym „Żywym Buddhą”.

Wybory gegeni i hutuhtu dla klasztorów mongolskich odbywają się w ten sam sposób, tylko są ograniczone terytorium Mongolii, zatwierdzenie zaś wyboru należy wyłącznie do Bogdo Chana w Urdze.

Teraźniejszy niewidomy Bogdo Chan Hałhi jest Tybetańczykiem i pochodzi z rodziny sług przy dworze Dalajlamy. W młodości prowadził życie burzliwe i całkiem nieascetyczne, lecz wkrótce porwała go idea niezależności Mongolii i utworzenia imperium mongolskiego pod berłem dżyngisowych potomków i pod moralnym wpływem kultury chińskiej. Taki program polityczny od razu otoczył młodego Bogdo powagą w oczach Mongołów i sympatiami Tybetu, Buriatów, Kirgizów i Rosji, która dopomagała „Żywemu Bogu” swoją dyplomacją i swoimi finansami. Bogdo nie obawiał się ostrych wystąpień przeciwko Daj-Cyńskiej dynastii mandżurskiej w Pekinie, ufając w realną pomoc Rosji.

Rząd pekiński, unikając otwartej walki z „Żywym Buddhą”, co mogłoby rozdrażnić buddystów i lamaitów chińskich, pewnego razu posłał do Urgi doświadczonego lekarza-truciciela. Lecz uprzedzony na czas Bogdo, obeznany ze skutecznością trucizn zalecanych przez medycynę tybetańską, wyjechał na pielgrzymkę do klasztorów mongolskich w Tybecie. Zastępcą jego został niejaki „chubiłgan139”, który zaprzyjaźnił się z lekarzem, wysondował zeń wszystko, co chciał i zawiadomił o tym „Żywego Buddhę”. Po kilku dniach lekarz chiński zachorował i umarł, opłakiwany przez chubiłgana i cały dwór urgiński. Wkrótce Bogdo powrócił do swojej stolicy.

Raz jeszcze groziło Bogdo doraźne niebezpieczeństwo. Stało się to wtedy, gdy w Lhasie zadecydowano, że „Żywy Buddha” uprawia zbyt niezależną od Dalajlamy politykę.

Z kancelarii tybetańskiego kapłana najwyższego przyjechało do Jassaktu-chana poselstwo z listem od Dalajlamy, rozkazującym przyśpieszenie przejścia ducha Buddhy do innej powłoki ziemskiej i obiecującym wielkie za to łaski. Jassaktu-chan, zgodziwszy się na wspólny sposób działania z Sain-Noin-chanem, przybył wraz z nimi do Urgi, gdzie „Żywy Buddha” przyjął ich nad wyraz serdecznie i radośnie zaprosił na obiad. Podczas uczty spiskowcy nagle poczuli się słabo i przed wieczorem zmarli. Bogdo z honorami wyprawił zwłoki posłów do ich stolic koczowniczych.

„Żywy Buddha” wie o każdym słowie, myśli, czynie i zamiarze chanów, książąt, gegeni i hutuhtu, mając wszędzie szpiegów, ku pomocy zaś im w nagłych wypadkach... niemego turdzy — truciciela!

Pekin postanowił walczyć z „Żywym Buddhą” innymi sposobami, używając metody intryg politycznych. O tej epoce walki zachłannego Pekinu z wolnościowo nastrojoną Urgą opowiadał mi baron Ungern von Sternberg:

Do Pekinu zostali zaproszeni nieuznający zwierzchnictwa „Żywego Buddhy” pandita-gegeni z Dołon-Noru i najwyższy kapłan lamaitów chińskich — hutuhtu z Wu-Ta-Y. Ci dostojnicy na podstawie jakichś apokryficznych ksiąg buddyjskich zdecydowali, że obecny Bogdo Chan jest ostatnim „Żywym Buddhą”, ponieważ ta część „ducha Buddhy”, która jest w niego wcielona, może posiadać tylko trzydzieści jeden form cielesnych, Bogdo Chan zaś, licząc od Undur-Gegeni, był właśnie trzydziestym pierwszym wcieleniem Buddhy. W ten sposób z jego śmiercią dynastia urgińskich „Żywych Buddhów” musiałaby zgasnąć, władza przeszłaby do konklawe lamów, z którymi w drodze intryg rząd pekiński łatwiej dawałby sobie radę. Jednak mądry Bogdo znalazł wyjście. Dowodząc nieautentyczności apokryfów użytych przez swoich przeciwników, wynalazł jednocześnie w literaturze tybetańskiej wzmianki, że jeden z tybetańskich najwyższych kapłanów w Lhasie był żonaty, syn zaś jego był uważany za naturalne przeistoczenie Buddhy wcielonego w ojca. Bogdo niezwłocznie się ożenił i ma obecnie syna, bardzo zdolnego i dzielnego młodzieńca, dzięki czemu tron Dżyngis-chana i stolica „Żywych Buddhów” nie będą osierocone. Dynastia Daj-Cynów znikła z widowni politycznej, a „Żywy Buddha” pozostał i wziął w swoje ręce ster jeszcze wyraźniejszej i bardziej stanowczej ideologii panmongolskiej.

W pałacu „Żywego Buddhy” pokazywano mi duży kufer cyprysowy ze złotym okuciem. W nim Bogdo przechowywał najdroższe i najważniejsze dokumenty: bulle i listy tybetańskich „Żywych Buddhów”, dekrety imperatorów chińskich, mongolsko-chińskie umowy, pisma carów rosyjskich, protokół ostatniego proroctwa Bogdo i mosiężną tablicę z tajemniczymi znakami pisma „Waten”, którego używa Władca Świata, a które odczytać potrafi tylko jeden z indyjskich mahatmów.

XVI. Widzenie „Żywego Buddhy” 17 maja 1921 roku

Opisywałem już tę pierwszą moją wizytę u Bogdo Chana, gdy po modłach w swojej kaplicy, gdzie miał prorocze widzenie, kazał sekretarzom zapisywać swoje słowa:

Modliłem się i zobaczyłem rzeczy skryte przed oczyma ludzkimi. Przed sobą ujrzałem wielką równinę z górami na horyzoncie. Równiną tą szedł stary lama z koszem pełnym zwyczajnych kamieni. Starzec z trudem się posuwał, gdyż był chory, słaby i znużony. Z północy, spoza gór zjawił się jeździec na białym rumaku, ubrany w białe szaty. Zbliżył się do starca i rzekł:

— Daj mi twój kosz, pomogę ci donieść go do klasztoru. — Lama podał mu ciężki kosz, lecz jeździec nie mógł podnieść go na wysokość siodła. Starzec smutnie poszedł swoją drogą, uginając się pod ciężarem kamieni. Wówczas od północy ukazał się inny jeździec w czerwonych szatach i na rudym koniu. Jeździec ten rzekł do lamy:

— Głupcze, po co nosisz kamienie, gdy ich wszędzie jest pod dostatkiem? — Mówiąc to, potrącił starca koniem, ten upadł, kamienie zaś potoczyły się po ziemi. Spostrzeżono wtedy, że były to drogocenne diamenty. Wszyscy zaczęli w pośpiechu je zbierać, lecz nikt nie mógł oderwać ich od ziemi. Wówczas lama zaczął się modlić, ażeby bogowie dopomogli mu donieść drogocenny, lecz ciężki kosz do celu.

— Przez całe życie — modlił się starzec — niosę to brzemię, a teraz, gdy pozostało tak mało do przejścia, zgubiłem je! Pomóżcie mi, wielcy, miłościwi bogowie!

Nagle ukazał się stary, stuletni człowiek zgarbiony, zebrał wszystkie diamenty do kosza i oczyściwszy je z kurzu i trawy, podniósł kosz na ramię i ruszył, mówiąc do lamy:

— Odpocznij tymczasem! Przed chwilą doniosłem do celu swoje brzemię i cieszę się, że mogę ci dopomóc, bracie.

Starcy odeszli i znikli za górami, a jeźdźcy rozpoczęli bój, który trwał do świtu. A gdy weszło słońce, na stepie nie widziałem już nikogo, ani żyjących, ani umarłych. Nawet śladów dojrzeć nie mogłem. Wszystko to widziałem ja, Bogdo Chan hutuhtu, trzydziesty pierwszy „Żywy Buddha”, który tego dnia rozmawiał z wielkim, błogim i mądrym Buddhą, otoczonym dobrymi i złymi duchami. Mądrzy lamowie, hutuhtu, kanpo, maramba i święci gegeni, raczcie wyjaśnić moje widzenie!

To widzenie było zapisane w mojej obecności. Nie wiem, co odpowiedzieli gegeni i maramba, lecz czyż nie jest zrozumiała odpowiedź na to widzenie ślepego Bogdo, jeżeli głębiej zastanowić się nad dziejami Azji w chwili obecnej?!

Obudzona Azja jest pełna zagadek, lecz zarazem pełna odpowiedzi na pytania stawiane przez dzieje ludzkości...

Ten kraj kapłanów tajemniczych, żywych bogów, mahatmów i mędrców czytających straszną księgę losów pojedyńczych osobników i ludów całych, obudził się i wzburzył olbrzymi, zgrozą przejmujący ocean miliarda ludzkich istnień; potworne jego fale piętrzą się wszędzie, aż hen po krańce horyzontu, za którym leży odłogiem ślepa Europa i kultura zachodnia, tak daleka od zagadnień ducha...

XVII. Ostatnia noc

Baron Ungern zorganizował bardzo wygodną jazdę dla całej naszej grupy na wschód. Mój agronom, a z nim dwóch żołnierzy polskich dostali wielbłądy, wozy, żywność i przewodników i mieli kierować się na granicę Bargi, przejechać ją z południa na północ, dotrzeć do stacji kolejowej Hailar; stąd koleją, sprzedawszy konie i wozy, mieli dojechać do Harbinu i Szanghaju, gdzie były już konsulaty polskie.

Ja zaś otrzymałem w prezencie od barona i „boga” samochód, który miał mnie odwieźć tą samą drogą do jeziora Buir Nur na granicy Bargi, gdzie powinienem był spotkać agentów Ungerna, którzy ułatwiliby mi przejazd końmi do Hailaru. Ze mną zamierzał jechać lama z plemienia Turgutów z listami barona do Chin. Mój wyjazd miał nastąpić nazajutrz, 21 maja 1921 roku, w godzinę po opuszczeniu przez Ungerna stolicy mongolskiej, skąd wyruszał z dywizją na północ na wyprawę przeciwko wojskom bolszewickim na pograniczu Zabajkala.

Nadszedł ostatni wieczór mego pobytu w Urdze. Na obiedzie byłem u barona. Ungern był spokojny i zamyślony. Po obiedzie pojechaliśmy do księcia Dżam-Bałona. Jurta księcia stała na krańcu dzielnicy rosyjskiej, a była urządzona z nadzwyczajnym przepychem.

Gdy samochód zatrzymał się przed jurtą, książę wyszedł na nasze spotkanie. Usadowił nas na wspaniałych poduszkach, kazał podać małe stoliki, na których po chwili zjawiła się herbata w chińskich porcelanowych filiżankach, ciastka, orzechy, daktyle i rodzynki. W głębi jurty stał duży ołtarz z posągiem Buddhy i z kilku jarzącymi się świecami. Na ścianach połyskiwała broń różnego gatunku i wisiały bogate siodła i uzdy.

— Dziś ostatnia noc, Dżam-Bałonie! — rzekł baron. — Obiecałeś!...

— Pamiętam! — odparł Buriat. — Wszystko przygotowane...

Długo słuchałem wojennych opowiadań tych starych przyjaciół bojowych, ich wspomnień o zabitych towarzyszach i ciężkich, niebezpiecznych przygodach na froncie niemieckim i bolszewickim... Na zegarze wybiła północ. Dżam-Bałon wstał i wyszedł.

— Chcę jeszcze po raz ostatni zapytać o swój los — rzekł generał głosem zakłopotanym, jak gdyby się usprawiedliwiając. — Nie czas mi jeszcze umierać dla sprawy, nie czas!

Buriat powrócił razem z małą kobietą w nieokreślonym wieku. Usiadła przy piecyku i ukłoniwszy się nam, utkwiła swoje czarne oczy w twarzy Ungerna.

Baron w milczeniu skinął w jej stronę, lecz kobieta długo jeszcze siedziała nieruchoma, chwilami tylko nas bystrym wzrokiem ogarniając.

Cerę miała białą, daleko bielszą niż zwykle Mongołki, rysy również o wiele drobniejsze i delikatniejsze, usta pełne, małe, świeże. Odziana była nie po mongolsku, w czystą suknię koloru ciemnego, a na czarnych włosach miała narzuconą chustkę w pstre pasy. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że była to najsławniejsza wśród Buriatów czarownica i wyrocznia, córka Cyganki i Buriata. Kobieta powolnymi ruchami, jak gdyby od niechcenia, wyjęła woreczek z ziółkami i łopatkę baranią. Szepcząc jakieś słowa niezrozumiałe, od czasu do czasu rzucała do ognia ziółka. Wkrótce poczułem ostry zapach, lekki zawrót głowy i gwałtowne bicie serca.

Czarownica, spaliwszy cały zapas ziół, włożyła w ogień kość, opaliła ją i zaczęła uważnie oglądać ze wszystkich stron. Nagle twarz jej kurczowo się ściągnęła, w oczach zjawił się przestrach i ból. Zerwała z głowy chustkę, krzyknęła przeraźliwie, upadła i zaczęła się wić w konwulsjach, wyrzucając głosem chrapliwym urywane zdania:

— Widzę... groźnego boga wojny... Życie idzie... straszne... za nim cień... czarny jak noc... czarny... Życie kroczy dalej... Pozostaje do mety... Sto trzydzieści kroków... dalej ciemność... nic nie widzę!... nic nie widzę!... Znikł bóg wojny...

Ungern ze smutkiem w oczach spojrzał na mnie.

— Znowu sto trzydzieści... Sto trzydzieści dni! — szepnął w rozpaczy.

Kobieta spała, upadłszy na wznak i rozłożywszy ręce, lecz w pewnej chwili wydało mi się, że spostrzegłem błysk jej ostrych źrenic pod czarnymi rzęsami.

Słudzy Buriata wynieśli bezwładne ciało czarownicy, małej, tajemniczej kobiety, która brała w tragedii urgińskiej jakiś niezrozumiały dla mnie udział.

W jurcie zapanowało długie i ciężkie milczenie. Ungern wstał i zaczął szybko chodzić, szepcąc coś z cicha. Wreszcie zatrzymał się i z pałającymi oczyma zaczął śpiesznie mówić:

— Umrę... wszystko jedno! Sprawa zaczęta nie umrze... Widzę już przyszłe losy mego dzieła... Plemiona Dżyngis-chana obudzone. Nikt już nie potrafi zgasić ognia roznieconego w piersi Mongołów! Po upływie niedługiego czasu Mongolia stanie się olbrzymim państwem od Spokojnego i Indyjskiego Oceanu do Wołgi. Mądra nauka Buddhy będzie się szerzyła na Zachód i Północ. Będzie to zwycięski pochód ducha! Zjawi się bojownik, wódz potężniejszy od Dżyngisa i bardziej stanowczy niż Ugedej. Będzie on mądrzejszy i miłościwszy niż sułtan Baber i potrafi utrzymać władzę nad Azją i Europą do tego szczęśliwego dnia, gdy zjawi się z głębi swego podziemnego państwa Władca Świata. Lecz dlaczego, dlaczego mnie już nie będzie wówczas w pierwszych szeregach rycerzy buddyzmu?! Lecz trudno! Taki wyrok karmy...

Postąpił kilka kroków, zatrzymał się i rzekł znowu:

— Tak będzie, ale najpierw Rosja powinna się oczyścić z hańby rewolucji! Oczyścić się przez krew i śmierć! Żywiołowym wybuchom przeciwko gwałcicielom duszy ludzości nie wolno stawiać żadnych przeszkód!

Ungern trząsł ręką w powietrzu, grożąc komuś niewidzialnemu, komuś przekazując swą ostatnią wolę.

Zaczęło świtać...

— Już czas! — rzekł. — Za godzinę wyruszę z Urgi.

Mocno i krótko uścisnął nam ręce, wyszedł z jurty, ale za chwilę powrócił i rzekł ponuro:

— Żegnam was na zawsze! Umrę straszną śmiercią, lecz jak świat światem, ludzkość nie widziała takich okropności, jakie ja jej pokażę, gdy wtargnę do Syberii ze swoją dywizją!

Drzwi się zamknęły.

Milczeliśmy, nie mogąc ochłonąć ze wzruszenia; ciężkie myśli tłoczyły się nam do głowy.

— Czas już i na mnie! — powiedziałem, wstając. — Dziś przecież i ja odjeżdżam.

— Wiem o tym! — odparł Dżam-Bałon. — Baron pozostawił pana u mnie rozmyślnie. Dam panu jeszcze jednego pasażera do samochodu, mongolskiego ministra wojny, który dopomoże panu w drodze, pan zaś dowiezie go do jego koczowiska. Jest to dla pana niezbędne...

Buriat wymówił te słowa z takim naciskiem, że nie wypytywałem go nawet o szczegóły, ponieważ podczas dziewięciu dni pobytu w Urdze zdążyłem się już przyzwyczaić do tajemnic tego gniazda złych i dobrych duchów.

XVIII. „Człowiek z głową podobną do siodła”

W godzinę później pożegnałem moich towarzyszy ciężkiej podróży, którzy ładowali już na wozy swoje rzeczy, i wkrótce wyjeżdżałem z Urgi samochodem, mając ze sobą otyłego i poważnego ministra wojny i lamę — Turguta, przyglądającego mi się badawczo. Gdyśmy już byli o kilkanaście kilometrów od stolicy „Żywego Buddhy”, usłyszeliśmy z tyłu ryk syren i turkot samochodu zbliżającego się w pełnym pędzie. Zauważyłem, że minister spoważniał jeszcze bardziej, a czarnooki lama wcisnął głowę w ramiona i zaczął szybko przebierać różaniec. Instynkt samozachowawczy obudził się od razu. Poczułem niebezpieczeństwo. Odpiąłem leżącą przede mną torbę i szybko wysunąłem z niej rękojeść mauzera.

W tej chwili dogonił nas samochód pędzący z szaloną szybkością: siedział w nim pułkownik Sipajłow, jego kat Czystiakow i jeszcze jakiś oficer. Sipajłow, ujrzawszy ministra wojny, zmieszał się. Po chwili uśmiechając się i sepleniąc, zapytał:

— Pan będzie jechał na Buir Nur? Jadę też w tamtą stronę, gdyż muszę dogonić wysłanego wczoraj w nocy gońca z listami. Będziemy razem nocowali w Kazahuduku... Do widzenia!

Samochód pomknął dalej, my zaś pojechaliśmy za nim znacznie wolniej. Z wysokiego pagórka dojrzeliśmy w oddali samochód pędzący w kierunku północnym. Znikł on wkrótce za niewysokim łańcuchem gór.

— Stój! — zawołał minister i zwracając się do mnie, rzekł: — Nie pojedziemy wcale na Buir Nur i w Kazahuduku nie spotkamy tego człowieka. Dżam-Bałon wczoraj się dowiedział, iż Sipajłow chce pana zabić w drodze. Książę doniósł o tym baronowi, a ten, bojąc się Sipajłowa, kazał mi jechać z panem i oszukać tego zbója. Pojedziemy drogą najkrótszą na Kałgan.

Dowiedziawszy się o zamiarze Sipajłowa, żałowałem szczerze, że nie było ze mną mego agronoma i żołnierzy polskich. Wówczas na pewno Sipajłow i jego zbóje nie dojechaliby do Kazahuduku...

W godzinę potem byłem już daleko od miejsca, gdziem spotkał po raz ostatni „człowieka z głową podobną do siodła”, przed którym ostrzegał mnie stary wróżbiarz w okolicach Wan-Kure.

Po trzech dniach dotarliśmy szczęśliwie przez Gobi i przez ziemie plemienia Czaharów do Kałganu, zrobiwszy wraz z lamą ostatnie sto kilometrów konno w obawie przed chińskimi władzami pogranicznymi. Po kilku godzinach drogi wyrosły przede mną w grubym murze otaczającym Pekin potworne wrota Zhengyangmen.

Odpoczywając w Pekinie we wspaniałym Hotel des Wagons-Lits, otoczony możliwymi wygodami kulturalnymi i porzuciwszy wszystkie atrybuty myśliwego i wojownika, długo nie mogłem się pozbyć straszliwych wrażeń z dziewięciu dni spędzonych w Urdze, gdzie codziennie spotykałem „szalonego Ungerna”, o którym przypominały mi dzienniki, szczegółowo opisujące krwawy pochód jego przez Syberię Wschodnią. Nawet teraz, po upływie prawie dwóch lat, nie mogę zapomnieć tych nocy szaleństwa, natchnienia i nienawiści, spędzonych w jurcie potomka Krzyżaków teutońskich. Przepowiednie się ziściły. Mniej więcej po stu trzydziestu dniach, w końcu września 1921 roku baron Ungern von Sternberg zginął w straszliwych torturach w więzieniu bolszewickim.

Baron Ungern von Sternberg... Przemknął on krwawą wichurą karzącego losu. Co zostawił po sobie?

Surowy rozkaz, powołujący pod jego sztandary wszystkich uczciwych, kochających ludzkość wojowników i kończący się mistyczną przepowiednią z Apokalipsy.

Lecz Ungern pozostawił po sobie ślad jeszcze jeden, głębszy, który będzie miał znaczenie historyczne.

W jurtach Mongołów różnych plemion, przy ogniskach buriackich, mongolskich, dżungarskich, kirgiskich, tybetańskich pastuchów cichymi, lecz przejętymi głosami śpiewają legendę, zrodzoną przez barona Ungerna:

— Przyszedł z północy biały rycerz i powołał Mongołów do skruszenia kajdan nałożonych przez niezwalczone Chiny. Padły rozbite kajdany na ziemię naszych wolnych stepów. Ten biały rycerz był odrodzonym Dżyngis-chanem i przepowiedział przyjście na świat Wielkiego Mongoła, który szerzyć będzie mądrą naukę Buddhy i sławę władców Azji. Tak będzie!...

Obudziła się Azja, a jej synowie głoszą wolne, śmiałe słowa. Biada Zachodowi, jeżeli Azja, natchniona przez „złe duchy”, pójdzie nie za mądrym i miłościwym Ugedej-chanem lub Baber sułtanem, lecz za krwawym burzycielem — Tamerlanem Chromym...

Co też powie w chwili stanowczej Władca Świata, zjawiwszy się ze swej skrytej w głębi ziemi stolicy?

XIX. Władca Świata

— Stój! — szepnął pewnego razu stary Mongoł-przewodnik, gdyśmy na wielbłądach przebiegali stepy około Cagan-Łuka. — Stój!

Mongoł z jakimś religijnym strachem ześlizgnął się ze swego wielbłąda, a ten położył się bez żadnego rozkazu. Mongoł złożył ręce przed twarzą. Obracając się na cztery strony świata, szybko powtarzał: „Om! Mani padme, Hung!”. Reszta Mongołów natychmiast zatrzymała swe wielbłądy i konie i rozpoczęła modlitwę.

„Co się stało?” — myślałem ze zdumieniem, widząc przed sobą zieloną, wiosenną już trawę, niebo bez śladu obłoków i powietrze nieruchome, jak gdyby śpiące w łagodnych promieniach zachodzącego słońca.

Mongołowie długo stali zatopieni w modlitwie, wreszcie zaczęli do siebie coś szeptać, następnie zaś umocowali siodła i wory i ruszyli dalej.

— Czy widziałeś — spytał mnie stary przewodnik — jak trwożnie strzygły uszami nasze wielbłądy, jak tabuny koni stały z podniesionymi, przerażonymi głowami na wzgórzu i jak przycisnąwszy się do ziemi leżały stada owiec? Czyś zauważył, że nie latały ptaki i nie biegały imurany i szczury? Wszystko się zatrzymało, wszystko słuchało w trwodze... Powietrze z lekka drgało i niosło z daleka pieśń dźwięczną a przenikającą do duszy człowieka, zwierza i ptaka. Niebo i ziemia przestały oddychać. Wiatr ustał nagle i słońce zatrzymało się w swym biegu. W takiej chwili zatrzymują się skradający się do stada wilk i ryś; przerywa swój szybki bieg stado wystraszonych dżereni140; wypada nóż z rąk pastucha zamierzającego zarżnąć barana lub wołu; świstaki nie ryją swych nor; krwiożerczy gronostaj nie napada na śpiącą salgę141; nie płyną na firmamencie zasłuchane księżyc i gwiazdy. Wszystko w zachwycie i trwodze modli się, oczekując wyroku. Tak było przed chwilą. W swojej dalekiej, skrytej pod ziemią świątyni Władca Świata modlił się i pytał Boga o losy wszystkich ludów ziemi...

Tak opowiadał mi stary Mongoł, prosty pastuch, przewodnik i myśliwy...

Ludzie starzy na rzece Amył opowiadali mi słyszaną od dziadów legendę o Mongołach, którzy, skrywając się przed hordami Dżyngisa, weszli do podziemi Władcy Świata. Sojot pokazał mi w pobliżu jeziora Nogan-Kul jaskinię, która miała być wejściem do państwa podziemnego.

Przez tę jaskinię podobno dotarł do Władcy Świata jakiś zabłąkany myśliwy sojocki i powróciwszy, zaczął w zachwycie opowiadać, co widział, lecz lamowie obcięli mu język, aby milczał i nie bluźnił. W głębokiej starości myśliwy powrócił do krainy podziemnej, której wspomnienie rozpromieniało i upiększało jego ciężkie, surowe życie nomady.

Szczegółowsze wiadomości słyszałem o Władcy Świata od Dżełyb-Dżamsrap-hutuhtu w Narabanczi-Kure; napomykał też o nim Tuszegun-Lama; w chwilach uniesienia wspominali o nim „Żywy Buddha” i baron Ungern.

Zacząłem robić pewne kroki dla zbadania tej legendy.

Przyboczny lama i gelong księcia Czułtun-Bejle, mnich uczony i oczytany, prosząc o tajemnicę, opowiedział mi o państwie podziemnym.

— Na ziemi wszystko jest zmienne — mówił — ludy, nauka, wiara i moralność. Ileż to znikło wielkich państw i wspaniałych kultur? Bez zmiany pozostaje tylko zło, broń złych duchów. Sześćdziesiąt tysięcy lat temu jeden człowiek święty z całym swoim plemieniem ukrył się w podziemiach, w nieznanych, olbrzymich jaskiniach, i nigdy już nie zjawił się na powierzchni ziemi. Wielu ludzi bogobojnych zwiedzało te podziemia. Byli tam Sakia-Muni142, Paspa, był sułtan Baber. Gdzie jest to miejsce, tego nikt nie wie ściśle. Jedni powiadają, że w Indiach, inni, że w Afganistanie. Mieszkańcy podziemi rządzą się takimi prawami, przy których zbrodnie i grzech są niemożliwe. Wszyscy ludzie są zabezpieczeni od złego. Nauki kwitną i nie grozi im zanik, jak to się zdarza na ziemi. Dlatego ludność podziemi doszła do wysokiej wiedzy. Teraz jest to już całe olbrzymie państwo... miliony ludności... Na ich czele stoi Władca Świata, który panuje nad wszystkimi siłami wszechświata, czyta w duszach ludzi i zna ich losy. Kieruje on niewidzialnie życiem i polityką ośmiuset milionów ludzi, którzy na pierwsze jego wezwanie uczynią wszystko, czego on zażąda...

W tym miejscu książę Czułtun-Bejle dodał:

— Jest to państwo Aharty. Rozciąga się ono przez wszystkie podziemia świata. Słyszałem jednego uczonego kanpo z Chin, opowiadającego, że podziemia Ameryki są zamieszkane przez lud starożytny, który ukrył się pod powierzchnią ziemi. Tymi podziemnymi ludami rządzą obrani przez nie królowie, którzy najwyższą władzę i kierownictwo przyznają Władcy Świata. Czyż jest w tym coś dziwnego? Czyż wy, Europejczycy, nie wiecie, że w oceanie Zachodu była olbrzymia ziemia, która znikła w otchłani wraz z miastami i ludźmi?! Znikała jednak stopniowo. Ludzie więc potrafili uratować się, przechodząc do podziemi. W głębi jaskiń pała osobliwy ogień, przy świetle którego proso i jarzyny wydają obfite urodzaje, a życie staje się długie i bezbolesne. Jeden stary bramin buddyjski z Nepalu odbył z rozkazu bogów podróż do Siemu143, gdzie spotkał rybaka, który długo płynął z nim morzem, aż dopłynęli na trzeci dzień żeglugi do wyspy. Tu bramin widział tubylców o dwóch językach, którymi mogli mówić naraz z dwoma ludźmi mową różnych narodów. Pokazali mu oni dziwne, niewidziane nigdy na ziemi zwierzęta: żółwie o szesnastu nogach, olbrzymie węże posiadające smaczne mięso, ptaki z zębami ryb. Ci dziwni ludzie opowiedzieli podróżnikowi, że wyszli z Aharty wraz ze zwierzętami.

Lama-Turgut, człowiek mądry i bogobojny, który jechał ze mną z Urgi do Pekinu, opowiadał mi jeszcze więcej szczegółów o państwie Aharty.

— Mieszkańcy Aharty są to ludzie uczeni i posiadają wysokie stopnie magiczne. Nie możemy sobie nawet wyobrazić całej głębi ich wiedzy! Stolica Aharty jest otoczona miastami zamieszkanymi przez wysokich kapłanów, przypomina zaś Lhasę w Tybecie, gdzie stolica Dalajlamy, czyli Potala, jest szczytem góry złożonej z klasztorów i świątyń. Tron Władcy Świata otaczają miliony przeistoczonych duchów i bogów. Są to święci pandita. Pałac Władcy otaczają domy potężnych przez swoją moc magiczną „goro”, którzy władają siłami ziemi, nieba, piekła i wody. W ich ręku życie i śmierć ludów. Oni mogą wysadzić w powietrze połowę naszej ziemi, osuszyć morze, stepy zmienić w ocean, a góry rozsypać w piasek pustyni. Na ich rozkaz wyrastają drzewa i kwiaty; starcy stają się młodzieńcami; umarli zmartwychwstają. „Goro” mkną wąskimi, podziemnymi szczelinami na nieznanych nam wozach przez olbrzymie jaskinie, oblane tajemniczymi, zachwycającymi promieniami; wznoszą się na niebotyczne szczyty i spuszczają w otchłań ziemi. Błogosławiony Sakia-Muni znalazł na szczycie jednej góry tablicę kamienną z napisem, który potrafił odczytać dopiero w głębokiej starości i potem dotarł do Aharty, skąd przyniósł ludziom okruszyny wiedzy wielkiej i tajemniczej.

— We wspaniałym pałacu z połyskującego kryształu przebywają ci, którzy pozostając nieznani, rządzą wszystkimi szlachetnymi i bogobojnymi ludźmi. Władca Świata, czyli Wielki Nieznany lub Brahytma, może widzieć Boga i odzywać się do Niego tak, jak ja mówię do pana. Brahytma ma dwóch pomocników: Mahytma, który zna cel przyszłych wypadków i Mahynga, kierującego przyczynami tych wypadków.

Święci „goro” badają świat widzialny i niewidzialny i jego siły. Najuczeńsi z nich, zbierając się czasami na naradę magiczną, wysyłają gońców w takie dziedziny, do których nigdy nie docierał rozum i wzrok ludzki. Jeden z Taszy-Lamów, który żył przed ośmiuset pięćdziesięcioma laty, w taki sposób opisuje ten obraz:

— „Goro” składają swoje ręce na wybranego i usypiają go. Obmywszy jego ciało wodą z magicznymi trawami, czyniącymi ciało ludzkie nieczułym na ból i twardszym od skały, owijają je w tkaniny magiczne ze znakami Zodiaku, mocno zawiązują i rozpoczynają modły, widząc, słysząc i pamiętając wszystko. Następnie podchodzi do niego „goro” i patrzy mu w oczy potężnym, rozkazującym wzrokiem. Powoli ciało odrywa się od ziemi, staje się przezroczyste, zdolne przebijać sklepienia jaskiń podziemnych i znika. „Goro” siedzi, nie odrywając oczu od oddalającego się gońca Aharty i kieruje jego lotem. Niewidzialne, świetlane nici łączą „goro” z gońcem. „Goro” i pandita wysyłają gońców w przestrzenie oddzielające gwiazdy, a ci obserwują życie i zjawiska innych światów, poznają nieznane ludy i ich losy, słuchając ich mowy i czytając ich księgi. Inni gońcy wstępują w płomień buchający ze środka ziemi i widzą tam istoty ognia, szybkie i złe, stale walczące, roztapiające i kujące metale w niedosiężnych głębiach ziemi, nagrzewające wodę dla gorących źródeł, którą następnie wylewają na ziemię przez wierzchołki pustych, roztopionych w środku szczytów górskich. Niektórzy gońcy mkną pośród niepostrzeżenie chybkich, drobnych jak pyłek, przezroczystych istot powietrza i przenikają tajemnice ich istnienia i cel ich życia lub pływają w morzach i poznają świat mądrych istot wody, roznoszących ciepło po ziemi i rodzących wiatry i burze. W Erdene Dzuu był niegdyś pandita-hutuhtu, przybyły z Aharty. Umierając, przekazał wiernym to, co widział i słyszał, gdy pokorny woli „goro” przebywał na czerwonej gwieździe wschodniej, pływał w oceanie pokrytym lodem i wirował pośród istot podziemnego płomienia.

Takie opowieści słyszałem nieraz w jurtach mongolskich, w koczowiskach książąt i w klasztorach lamaickich. Opowiadano to głosami poważnymi, niedopuszczającymi wątpliwości...

— Tajemnica...

XX. Wielkie misteria Władcy Świata

W czasie pobytu mego w Urdze, w atmosferze nieustającego nigdy krwawego misterium, usiłowałem w tym ośrodku buddyzmu znaleźć jakieś wskazówki co do Władcy Świata. Oczywiście, najwięcej mógł był opowiedzieć sam „Żywy Buddha”, zwróciłem się więc do niego z prośbą, aby to uczynił. Przy pierwszych moich słowach stary dostojnik szybko zwrócił ku mnie głowę, a jego nieruchome, ślepe oczy zatrzymały się na mnie z wyrazem trwogi i podejrzenia. Mimo woli umilkłem. Długo trwało milczenie, po czym arcykapłan lamaicki ciągnął dalej swoją mowę, dając mi do zrozumienia, iż nie ma zamiaru poruszać tego tematu.

Oprócz mnie w gabinecie „boga” było dwóch oficerów burłackich, sekretarz i bibliotekarz Bogdo. Na twarzach obecnych zauważyłem ogromne zdumienie i przestrach, spowodowane moją wzmianką o tej tajemnicy najgłębszej. Lecz spostrzeżenia te jeszcze bardziej podniecały moją ciekawość.

Opuszczając gabinet „Żywego Buddhy”, spotkałem lamę bibliotekarza, który wyszedł przede mną. Poprosiłem go o zaprowadzenie mnie do książnicy i w czasie oględzin uciekłem się do sztuki dyplomatycznej.

— Czy czcigodny lama wie — zacząłem głosem obojętnym — iż pewnego razu zdarzyło mi się być w drodze w momencie, gdy Władca Świata mówił do „Wielkiego Boga” i wtedy wyraźnie uczułem majestat tej chwili?

Ku wielkiemu memu zdziwieniu lama spokojnie odparł:

— Uważam, że buddyzm i lamaizm na próżno ukrywają przed ludzkością tę tajemnicę. Przecież wieść o istnieniu najświętszego i najpotężniejszego człowieka, o błogim państwie, o wielkiej świątyni najwyższej wiedzy — to taka pociecha w naszym ciężkim i smutnym życiu! Ukrywać tę pociechę przed ludźmi jest grzechem!

Bibliotekarz długo szperał na półkach z foliałami i zwojami bibuły, aż wreszcie wyjął jedną księgę i zaczął uważnie przewracać jej karty.

— Niech pan posłucha! — szepnął. — Przez cały rok Władca Świata kieruje pracami pandita i „goro” w Aharty. Czasami, w chwilach jemu tylko znanych, oddala się do najgłębszej świątyni, gdzie w trumnie z czarnego agatu złożone są balsamowane zwłoki poprzedniego władcy. Gdy do tej zawsze ciemnej jaskini wchodzi Brahytma, na ścianach zapalają się znaki ogniste, na grobie zjawia się płomienny język. Natychmiast ukazuje się przy zwłokach czarna postać najstarszego „goro” z zasłoniętą twarzą i z rękami ukrytymi pod płaszczem. Ten „goro” nigdy nie ukazuje swego oblicza i głowy, bo jest to głowa szkieletu o żywych oczach i mówiącym języku. Włada on możnością łączenia się z duszami zmarłych, a nosi na imię „Marzy”, co znaczy „książę śmierci”...

Władca Świata zaczyna się modlić, później zaś zbliża się do grobu i wyciąga ręce. Wówczas znaki ogniste wznoszą się wyżej. Płomienie na ścianach i sklepieniach jaskini gasną i znowu się zapalają, przeplatają się i drżą, tworząc znaki tajemniczej pisowni „Waten”. Z trumny zmarłego władcy zaczynają wypływać i kołysać się w powietrzu strugi światła przezroczystego, ledwo dostrzegalnego. Są to myśli zmarłego. Po chwili postać żyjącego władcy spowita jest tymi strugami, a znaki ogniste układają inne wyrazy, mówiące o woli Boga. Brahytma w takiej chwili łączy się niewidzialnymi więzami z duszami ludzi, którzy mają wpływ na losy i życie całej ludzkości: królów, chanów, arcykapłanów, wodzów i uczonych; poznaje ich myśli i zamiary. Jeżeli są one zgodne z wolą Boga, Władca Świata dopomoże im potęgą swojej wiedzy, jeżeli zaś te plany są wrogie Bogu, doprowadzi je do zguby. Tę siłę dała Wielkiemu Nieznanemu najwyższa magiczna nauka — „Om”, której nazwą rozpoczynamy wszystkie modlitwy. „Om” — jest to imię starożytnego człowieka świątobliwego, pierwszego „goro”, który poznał Boga i nauczył ludzkość radości, wiary, nadziei i miłości. On też oddzielił dobro od zła i pierwszy rozpoczął walkę ze złem. Za to Bóg dał mu poznanie nauki, którą ludzie zowią „Om”.

— Gdy Władca skończy niemą rozmowę ze zmarłym, zwołuje wielką „radę Boga” i poddaje jej sądowi czyny i zamiary ludzi, wspomaga je lub niszczy, a Mahytma i Mahynga znajdują dla nich miejsce w łańcuchu przyczyn i celów kierujących światem. Po skończonej radzie Władca Świata wstępuje do świątyni i pogrąża się w modlitwie samotnej. Na ołtarzu zapala się wielki ogień, stopniowo ogarniający cały ołtarz, a z płomieni tworzy się oblicze Boga. Władca Świata przedstawia mu wyroki „rady Boga” i otrzymuje wskazówki od Wszechmogącego. Gdy Brahytma powraca ze świątyni, podobny jest do promiennego widma, przed którym gaśnie słońce.

— Czy ktoś z żyjących widział Władcę? — zapytałem.

— Tak! — odparł lama. — W dniach wielkich nabożeństw buddystów w Syjamie, w Indiach pięć razy widziano Władcę. Jechał na białym słoniu, cudownie przybranym, na głowie miał tiarę, a na twarzy zasłonę kapiącą diamentami. Błogosławił lud jabłkiem złotym ze stojącym na nim jagnięciem. Ślepi, niemowy, kalecy odzyskiwali zdrowie i moc, gdy padał na nich wzrok Władcy. Brahytma był w Narabanczi-Kure, w starym klasztorze Sakkya, a przed pięciuset czterdziestoma laty był w naszym Erdene Dzuu. Jeden z „Żywych Buddhów” oraz jeden z Taszy-Lamów otrzymali pismo władcy na tablicach mosiężnych. Tylko jeden z Taszy-Lamów mógł odczytać pismo, skreślone nieznanymi znakami. Taszy-Lama zamknął się w świątyni, długo pościł i modlił się, a później położył pismo na czole i wnet myśli Władcy Świata stały się jego myślami.

— Czy wielu ludzi było w Aharty? — pytałem dalej.

— Wielu! Lecz wszyscy zachowali tajemnicę. Po zburzeniu Lhasy przez Kałmuków jeden z ich oddziałów wypadkowo dostał się do przedmieść Aharty i stamtąd wyniósł niektóre nauki magiczne. Dlatego to Kałmucy są najlepszymi wróżbitami i czarownikami. Z Aharty wypędzono jakieś plemię, które zakradło się tam bez woli Władcy. Plemię to wykradło stamtąd tajemniczą sztukę wróżenia z kart, z linii rąk oraz wiedzę trujących i leczących traw. Byli to Cyganie.

Gdzieś na północy istnieje jeszcze szczep wymierający, który przed wiekami opuścił Aharty. Kapłani tego szczepu posiadają władzę nad duchami unoszącymi się w powietrzu.

Lama umilkł, a po chwili, odpowiadając na moje myśli, ciągnął dalej:

— W Aharty panditowie zapisują na tabliczkach z agatu i nefrytu całą naukę istniejącą pod ziemią, na ziemi i na dalekich gwiazdach. Chińscy uczeni, buddyści, wiedzą o tym. Ich nauka jest najdonioślejszą z nauk ludów żyjących na powierzchni ziemi. Dlatego też co sto lat na odosobnionym brzegu morza zbiera się stu mędrców chińskich, do których przypływają stare żółwie po trzy tysiące lat żyjące. Na ich tarczach mędrcy notują wszystkie wyniki nauki w ciągu ubiegłego stulecia, po czym żółwie powracają do Aharty.

XXI. Przepowiednia Władcy Świata w 1890 roku

Hutuhtu w Narabaczi-Kure opowiedział mi treść przepowiedni Władcy Świata podczas jego przypuszczalnej bytności w 1890 roku pośród lamów i mnichów.

— Gdy Władca Świata zjawił się pośród nas, wówczas uczynił przepowiednie na przeciąg pięćdziesięciu lat.

Wielki Nieznany rzekł:

— Ludzie coraz bardziej będą zapominali o swojej duszy, troszczyć się zaś będą tylko o ciało. Wielki grzech i rozpusta zapanują na ziemi. Ludzie zaczną pożądać krwi i śmierci braci. Przygaśnie półksiężyc, a czczący go będą żyli w poniewierce, męczarniach, nędzy i nieustannej wojnie. Wrogowie ich poniosą klęskę od ludzi słońca, lecz nie staną się lepsi i spotka ich powtórna klęska na wojnie, która się skończy hańbą w oczach innych ludów. Spadną korony z głów wielkich i małych mocarzy... Widzę osiem koron, które rozpadną się w proch. Widzę bitwy wszystkich ludów, nawet morze i powietrze będą szkarłatne od krwi. Runą państwa, zginą ludy. Przyjdą głód, mór, zbrodnie, jakich nie znał dotychczas świat. Nastąpią czasy wrogów boskiego ducha w człowieku. Podniesie się czterdzieści setek milionów ludzi dla głodu i śmierci. Ludy zaczną koczować, ścigane przez śmierć. Zginąć muszą trzy największe, najpiękniejsze miasta. Rozpadną się rodziny, zaginie prawda i miłość. Z dziesięciu tysięcy ludzi pozostanie tylko jeden, nagi i szalony, i nie będzie miał siły i wiedzy, aby odbudować dom i znaleźć pożywienie. Będzie wył jak wilk i gryzł swoje własne ciało. Będzie zjadał trupy umarłych i czyhał na życie takich, jak on sam. Nareszcie w porywie szału zwróci się do Boga, chcąc stoczyć z nim walkę śmiertelną. Wtedy ja, Władca Świata, poślę na Zachód i Wschód szczepy zapomniane, aby z wyroku Boga przyniosły karę i zbawienie. Głos mój posłyszą wierni od krańca aż po kraniec ziemi. Zjawią się trzy wielkie państwa, a będą istniały siedemdziesiąt jeden lat od dnia zjawienia się. Później nastąpi osiemnaście lat krwawych wojen, zguby i zdziczenia. Wtedy przyjdę na ziemię ja, przyjdę z siłami Aharty!

Takie są opowiadania i legendy o Wielkim Nieznanym, o Władcy Świata.

Dla mnie, znającego Azję od kresu do kresu tego kontynentu, nie ulega wątpliwości, że zbliża się czas, gdy osiemset milionów głodnych, zrozpaczonych, pałających nienawiścią Azjatów różnych szczepów ruszy na Zachód, gdzie ludy wykonują ostatni swój tan nad własnym grobem, oszukując się różnymi teoriami i zapominając o wielkim duchu, który uśpiony życiem — milczy. Tymczasem dzień zguby już świta...

Gdy piszę te słowa, wzrok mój mimo woli zwraca się w stronę olbrzymiego serca Azji, na którego powierzchni ciągnie się cienką, zygzakowatą linią mój ślad.

Przez śnieżne zamiecie, przez kurzawy piasku Gobi widzę stepy Mongolii; widzę około ruin Karakorum i dalej na Uws-nur wielkie barwne obozy wojenne, tabuny koni, wielbłądów i stada bydła.

Widzę niebieskie jurty wodzów, a nad nimi powiewające stare sztandary Dżyngis-chana i królów Tybetu, znaki arcykapłanów trzech stolic lamaickich, proporce książąt kałmuckich, flagi Syjamu, Afganistanu i radżów indyjskich oraz buńczuki północnych Mongołów. Dalej na Zachodzie, jak okiem sięgnąć, widzę zarzewia pożarów, słyszę huk i świst strzałów, łuny ognia, krzyki mordowanych, wycie zdobywców, odgłosy bitew... Kto wiedzie te hordy ku krwawemu dziełu zbrodni, zemsty lub kary? Kto rozpoczął okres nowych krzyżowych wypraw... Mongołów?

Karma odkrywa nową kartę dziejów ludzkości...

A on, ten mistyczny Władca Świata, czy też jest z tymi hordami z Gobi, Himalajów, Gangesu i Yan-tse-kian?

O tym milczy ta Tajemnica Tajemnic...

Przypisy:

1. Kołczak, Aleksandr (1874–1920) — rosyjski oficer marynarki wojennej w stopniu admirała; badacz polarny. Uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej, a także I wojny światowej; dowódca Floty Czarnomorskiej w latach 1916–1917. Był jednym z głównych dowódców ruchu antybolszewickiego. W latach 1918–1920 Wielkorządca Państwa Rosyjskiego z siedzibą w Omsku. Na początku 1920 aresztowany przez bolszewików i rozstrzelany. [przypis edytorski]

2. mannlicher — karabin (od nazwiska austriackiego inżyniera Ferdinanda Mannlichera, konstruktora broni palnej). [przypis edytorski]

3. Kozacy — członkowie wieloetnicznej grupy ludności; pochodzący z terenów Ukrainy i południowo-wschodniej Rosji. [przypis edytorski]

4. wojłokowy — zrobiony z kiepskiej jakości filcu. [przypis edytorski]

5. terlica — stelaż siodła, dawniej wykonywany z drewna. [przypis edytorski]

6. wiorsta — dawna rosyjska jednostka długości równa w przybliżeniu jednemu kilometrowi. [przypis edytorski]

7. Dzień był bardzo mroźny, chyba nie mniej niż 35° R. — najprawdopodobniej mowa o temperaturze wyrażonej skalą Réaumura, wprowadzoną w 1731 roku przez francuskiego fizyka René de Réaumura, często używaną w Europie Środkowej do początków XX stulecia. [przypis edytorski]

8. najda — rodzaj ogniska skonstruowanego z dwóch dopasowanych do siebie drewnianych bali z umieszczonym pośrodku klinem. W tak utworzoną szczelinę sypie się rozżarzone węgle, które powodują żarzenie całości przez ponad dziewięć godzin. Ten typ ogniska jest często stosowany w tajdze. [przypis edytorski]

9. prospektor, właśc. prospector (ang.) — poszukiwacz. [przypis edytorski]

10. kobierzec — gruba tkanina, którą ozdabiano ściany lub przykrywano podłogi. [przypis edytorski]

11. Caruso, Enrico (1873–1921) — włoski śpiewak operowy, określany mianem „króla tenorów”. [przypis edytorski]

12. barłóg — legowisko niedźwiedzia lub dzika; potocznie o niechlujnym, nędznym posłaniu. [przypis edytorski]

13. dum-dum — pocisk karabinowy powodujący rozległe rany szarpane. [przypis edytorski]

14. czółno — łódź wydrążona z jednego pnia. [przypis edytorski]

15. Czeka (pot.) — skrótowiec z ros. Wsierossijskaja czriezwyczajnaja komissija po bor’bie s kontrriewolucyjej i sabotażom: Ogólnorosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem; policja polityczna w Rosji Radzieckiej w latach 1917–1922; zastąpiona nową instytucją o tym samym zakresie działań, noszącą nazwę Państwowy Zarząd Polityczny (GPU). [przypis edytorski]

16. kozacy — żołnierze lekkiej jazdy złożonej z Kozaków. [przypis edytorski]

17. kurhan — rodzaj mogiły w formie ziemnego kopca. [przypis edytorski]

18. dolmen — grobowiec z okresu neolitu. [przypis edytorski]

19. Dżyngis-chan (1155-1167–1227) — chan Mongołów i założyciel imperium mongolskiego. [przypis edytorski]

20. Ugedej (1186–1241) — trzeci syn Dżyngis-chana, władca imperium mongolskiego od 1229. [przypis edytorski]

21. Kubilaj-chan (1215–1294) — wnuk Dżyngis-chana, syn Tołuja i Sorkaktani-beki, piąty wielki chan mongolski i pierwszy cesarz Chin z dynastii Yuan. [przypis edytorski]

22. Tamerlan (1336–1405) — właśc. Timur Chromy; wódz mongolskiego plemienia Barłasów, założyciel dynastii Timurydów, panował w latach 1370–1405, był zdobywcą większości Azji Środkowej, Iranu, Iraku i Zakaukazia. [przypis edytorski]

23. Baber (1483–1530) — właśc. Zahir ad-Din Muhammad Babur; założyciel państwa Wielkich Mogołów. Wódz, polityk, protektor nauki i sztuki. [przypis edytorski]

24. Amursana (1722–1757) — książę mongolskich Ojratów. W 1754 zainicjował bunt Ojratów (w Dżungarii) i Mongołów zachodniej Mongolii przeciwko Chinom władających wówczas Mongolią. Po klęsce powstania i odwetowej rzezi ludności ojrackiej przeprowadzonej przez wojska chińskie, przedostał się do Rosji. Wkrótce zmarł tam na ospę. [przypis edytorski]

25. sioło (daw.) — osada wiejska. [przypis edytorski]

26. sowiet — rada delegatów robotniczych, chłopskich lub żołnierskich w Rosji i Związku Radzieckim; organ przedstawicielski sprawowujący władzę. [przypis edytorski]

27. sektant — sekciarz; członek grupy odcinającej się od ogółu. [przypis edytorski]

28. chudoba (daw.) — skromny dobytek lub niewielkie gospodarstwo. [przypis edytorski]

29. drab (daw.) — żołnierz, pachołek, sługa. [przypis edytorski]

30. indagować — badać, przepytywać, prowadzić śledztwo. [przypis edytorski]

31. influenca (daw.) — grypa. [przypis edytorski]

32. apendicitis — popr.: appendicitis acuta (łac.), zapalenie wyrostka robaczkowego. [przypis edytorski]

33. popręg — pas przytrzymujący siodło. [przypis edytorski]

34. robić bokami — o zwierzęciu ciężko oddychającym z powodu zmęczenia. [przypis edytorski]

35. panty — poroże jeleni wschodnioazjatyckich; jeszcze nieskostniałe, pokryte owłosionym naskórkiem. [przypis edytorski]

36. Giżycki, Kamil (1893–1968) — polski pisarz i podróżnik. Po wybuchu rewolucji lutowej w 1917 wstąpił do korpusu czechosłowackiego i w jego szeregach walczył w trakcie ofensywy admirała Kołczaka. W styczniu 1919 wstąpił do polskiej Dywizji Syberyjskiej jako podporucznik i dalej walczył przeciwko bolszewikom na Syberii. Po okrążeniu dywizji w pobliżu Krasnojarska w styczniu 1920 wraz z grupą innych żołnierzy nie uznał kapitulacji i zbiegł; ukrywał się w Minusińsku. W 1926 wyjechał jako preparator zwierząt z wyprawą Ossendowskiego do zachodniej Afryki; na podstawie tej ekspedycji napisał książkę podróżniczą. [przypis edytorski]

37. dwóch Polaków (...) Kamil Giżycki i Jan Starościak — obaj wspomniani tu są również autorami książek o swych doświadczeniach syberyjskich: Jan Starościak-Waleczny, Czerwone, żółte, białe katy: przygody na Czerwonej Syberji, w Sajockim Urjanchaju, w Mongolji Krwawego Barona (Wydawnictwo Książek Pożytecznych, 1928), Kamil Giżycki Przez Urianchaj i Mongolię. Wspomnienia z lat 1920-1921 (wyd. 1929); ten ostatni wydał także publikacje o Afryce: W puszczach i sawannach Kamerunu Wężowa Góra. Opowieści z puszczy liberyjskiej. [przypis edytorski]

38. nahaj — skórzany bicz z krótką rączką. [przypis edytorski]

39. awangarda — straż przednia, oddział maszerujący przed siłami głównymi. [przypis edytorski]

40. mołojec — młody żołnierz kozacki, przen.: zuch. [przypis edytorski]

41. pimy — rodzaj obuwia zimowego. [przypis edytorski]

42. Ungern von Sternberg, Roman (1886–1921) — baron, oficer rosyjski; w 1917 skierowany przez Rząd Tymczasowy na Syberię; w 1921 ogłosił się chanem Mongolii i wkroczył na terytorium Republiki Dalekiego Wschodu, gdzie poniósł klęskę; wydany Armii Czerwonej i skazany na śmierć, rozstrzelany. [przypis edytorski]

43. Rama — jedno z wcieleń boga Wisznu, postrzegane jako Bóg Najwyższy w hinduizmie. [przypis edytorski]

44. Sakia-Muni (ok. 563–483 p.n.e.) — Budda Siakjamuni, właśc. Siddhartha Gautama z rodu Śakjów, indyjski książę, filozof i reformator religijny, twórca buddyzmu. [przypis edytorski]

45. sarłyk — mieszana rasa bydła rogatego, pochodząca od krów i jaków. [przypis redakcyjny]

46. ochrana — tajna policja carska działająca w Imperium Rosyjskim. [przypis edytorski]

47. wojna, żywiąc wojnę — nawiązanie do znanej myśli Albrechta von Wallensteina (1583–1634): „Wojna powinna żywić wojnę”. Autor cytatu był czeskim dowódcą wojskowym, głównodowodzącym sił zbrojnych cesarza Ferdynanda II Habsburga podczas wojny trzydziestoletniej. [przypis edytorski]

48. intendentura (daw.) — służby zaopatrzeniowe wojska. [przypis edytorski]

49. ordos — mieszkaniec Ordosu, miasta położonego w Mongolii Wewnętrznej. [przypis edytorski]

50. tympan (z gr.) — bęben, kocioł. [przypis edytorski]

51. Om! Mani padme, Hung! — oddaj cześć skarbowi w lotosie; buddyjska sześciosylabowa mantra. W zależności od szkoły buddyzmu mantra ta jest inaczej wymawiana. [przypis edytorski]

52. Panax ginseng (łac.) — żeń-szeń właściwy. [przypis edytorski]

53. Polo, Marco (1254–1324) — wenecki podróżnik i kupiec; podróżując Jedwabnym Szlakiem, przemierzył całą Środkową Azję i dotarł do Chin, po powrocie podyktował swoje spostrzeżenia w formie pamiętników; uważany za najwybitniejszego podróżnika europejskiego w średniowieczu. [przypis edytorski]

54. signorina (wł.) — panna, panienka. [przypis edytorski]

55. bogdo-gegen — tytuł zwierzchników Kościoła buddyjskiego w Mongolii używany w latach 1691–1924. [przypis edytorski]

56. opończa — płaszcz z kapturem używany jako strój podróżny. [przypis edytorski]

57. paskarstwo (przestarz.) — nieuczciwa działalność handlowa, polegająca na sprzedaży deficytowych towarów po zawyżonych cenach lub skupowaniu towarów po niskich cenach i dalszej ich odsprzedaży po cenach zwiększonych. [przypis edytorski]

58. chunchuz a. hunhuz — chiński bandyta na pograniczu rosyjsko-chińskim w XIX w. i w pierwszej połowie XX w. [przypis edytorski]

59. Bogdo Chan (1869–1924) — ostatni chan Mongolii. Po wkroczeniu armii chińskiej do Mongolii 2 grudnia 1919 roku został aresztowany. Uwolniony 3 lutego 1921 roku po przybyciu oddziałów barona Ungern von Sternberga i ponownie osadzony na tronie. [przypis edytorski]

60. dragoman (z arab.) — bliskowschodni tłumacz i przewodnik. [przypis edytorski]

61. kołpak — czapka tatarska obrzeżona futrem. [przypis edytorski]

62. napis runiczny — pismo runiczne, runy; najstarsze pismo północnoeuropejskie. [przypis edytorski]

63. Aharta — mityczna kraina, według podań znajdująca się we wnętrzu Ziemi, siedziba podziemnego państwa zamieszkiwanego przez wysoko zorganizowaną cywilizację, która miała schronić się w podziemiach, uciekając przed kataklizmami. Wejścia do niej mają znajdować się w różnych miejscach na świecie, między innymi w Tybecie i na biegunie północnym. [przypis edytorski]

64. buńczuk — drzewce ozdobione końskim włosiem; symbol władzy w wojskach tatarskich, kozackich i tureckich. [przypis edytorski]

65. mandaryn — wysoki urzędnik w Chinach w czasach cesarstwa. [przypis edytorski]

66. subiekt (przestarz.) — sprzedawca, sklepikarz. [przypis edytorski]

67. bielmo — zmętniona rogówka w oku. [przypis edytorski]

68. maligna — wysoka gorączka połączona z zaburzeniami świadomości i majaczeniem. [przypis edytorski]

69. kędyś (daw.) — gdzieś. [przypis edytorski]

70. udatnie (daw.) — udanie. [przypis edytorski]

71. zemknąć — umknąć, uciec. [przypis edytorski]

72. oparkanienie — ogrodzenie, parkan. [przypis edytorski]

73. ajent (daw.) — agent. [przypis edytorski]

74. onegdaj (daw.) — dawniej, jakiś czas temu. [przypis edytorski]

75. stępa — określenie powolnego, regularnego chodu końskiego. [przypis edytorski]

76. Buriat — przedstawiciel narodu mongolskiego, zamieszkujący południową Syberię. [przypis edytorski]

77. arendarz (daw.) — dzierżawca. [przypis edytorski]

78. jak — tybetański rodzaj bydła rogatego. [przypis redakcyjny]

79. czerep — czaszka, głowa. [przypis edytorski]

80. okólnik — pismo służbowe z poleceniami albo wskazówkami wydane w jednym egzemplarzu i przekazywane obiegiem między odbiorcami. [przypis edytorski]

81. pandita — wysoki stopień duchowny w ogólnobuddyjskiej hierarchii. [przypis redakcyjny]

82. swastyka — znak tajemniczego pochodzenia, wyobrażający dwie skrzyżowane litery „z”. [przypis redakcyjny]

83. botforty — długie buty do jazdy konnej. [przypis edytorski]

84. lektyka (z łac.) — łoże lub fotel na drążkach do przenoszenia ludzi. [przypis edytorski]

85. Porando — chińska nazwa Polaków; zniekształcone ang. słowo — Poland. [przypis redakcyjny]

86. strzała bogów — piorun. [przypis redakcyjny]

87. branka (daw.) — kobieta wzięta do niewoli. [przypis edytorski]

88. baszłyk — kaptur z filcu lub grubej tkaniny, z długimi końcami do wiązania wokół szyi lub pasa, noszony dawniej w Rosji. [przypis edytorski]

89. ułaczen — przewodnik, prowadzący konie i pomagający w drodze. [przypis redakcyjny]

90. dzara — urzędowy dokument mongolski, nadający prawo korzystania z koni pociągowych. [przypis redakcyjny]

91. mimetyczny — upodabniający się kształtem lub barwą do otaczającego środowiska. [przypis edytorski]

92. paroksyzm — nagłe wystąpienie lub zaostrzenie się objawów chorobowych; atak, napad. [przypis edytorski]

93. ischias (łac.) — rwa kulszowa. [przypis edytorski]

94. merin — urzędnik, naczelnik powiatu. [przypis redakcyjny]

95. taszur — kij bambusowy z krótkim rzemykiem do poganiania konia. [przypis redakcyjny]

96. drop — ptak z rzędu żurawiowych, uważany za jednego z najcięższych na świecie ptaków latających, dziś gatunek ginący, w Polsce objęty ścisłą ochroną. [przypis edytorski]

97. regalia — prawa i przywileje przysługujące wyłącznie panującemu. [przypis edytorski]

98. bachmat — koń rasy tatarskiej, niewielki, ale silny i wytrzymały, odporny na trudne warunki klimatyczne, szybki i zwinny. [przypis edytorski]

99. tiubietiejka — okrągła lub kwadratowa czapeczka będąca ludowym nakryciem głowy u wielu narodów Wschodu. [przypis edytorski]

100. Attyla (ok. 406–453) — władca Hunów w latach 445–453. Razem ze swoim bratem stworzył imperium, które sięgało od Danii po Bałkany i od Renu aż do Morza Kaspijskiego; najpotężniejszy z władców barbarzyńskich atakujących cesarstwo rzymskie. [przypis edytorski]

101. Ryszard Lwie Serce (1157–1199) — król Anglii (od 1189), jeden z wodzów III krucjaty, zyskał reputację wielkiego dowódcy i wojownika walczącego w imię chrześcijaństwa. [przypis edytorski]

102. Estowie — używana w starożytności i wczesnym średniowieczu nazwa określająca ludy zamieszkujące wschodnie wybrzeża Morza Bałtyckiego, od ujścia Wisły do Zatoki Fińskiej. [przypis edytorski]

103. mahatma — indyjski tytuł określający przywódców duchowych i autorytety moralne. [przypis edytorski]

104. Swedenborg, Emanuel (1688–1772) — szwedzki naukowiec, filozof i mistyk. [przypis edytorski]

105. apokryf — księga biblijna, niezaliczona do kanonu ksiąg świętych. [przypis edytorski]

106. Tasso, Torquato (1544–1595) — włoski poeta renesansowy, autor sławnego eposu rycerskiego Jerozolima wyzwolona. [przypis edytorski]

107. karma — w hinduizmie i buddyzmie los wynikający z sumy czynów danej jednostki, realizujący się zasadniczo w następnym wcieleniu. [przypis edytorski]

108. delirium tremens (łac.) — stan zaburzeń świadomości, któremu towarzyszą omamy oraz urojenia; majaczenie alkoholowe; biała gorączka. [przypis edytorski]

109. esauł — stopień oficerski w wojskach kozackich carskiej Rosji. [przypis edytorski]

110. Czarna Ręka — stowarzyszenie włoskich gangów działających wśród włoskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku. [przypis edytorski]

111. saletra — związek azotu, stosowany m.in. w nawozach i do produkcji prochu strzelniczego. [przypis edytorski]

112. terpentyna — bezbarwna lub żółtawa ciecz uzyskiwana z żywicy drzew iglastych, stosowana m.in. do produkcji farb, lakierów i rozpuszczalników. [przypis edytorski]

113. męki Tantala — cierpienie związane z tym, że nie można zaspokoić swoich pragnień i skorzystać z czegoś, co wydaje się osiągalne. [przypis edytorski]

114. hatha-joga — system ćwiczeń prowadzących do osiągnięcia wysokiej sprawności fizycznej i psychicznej. [przypis edytorski]

115. sandarak — żywica otrzymywana z drzewa iglastego rosnącego w Afryce; używana do produkcji lakierów. [przypis edytorski]

116. bramin — indyjski kapłan posiadający świętą wiedzę. [przypis edytorski]

117. bicykl — dawny typ roweru o dwóch kołach różniących się wielkością. [przypis edytorski]

118. panty — wiosenne rogi jelenie. [przypis redakcyjny]

119. cybet — pachnidło wykorzystywane w przemyśle perfumeryjnym. [przypis edytorski]

120. 134 łana — 11 funtów. [przypis redakcyjny]

121. szylkretowy — wykonany z szylkretu, tworzywa pozyskiwanego ze skorup żółwi morskich. [przypis edytorski]

122. radża — tytuł lokalnych hinduskich władców w Indiach oraz władców hinduskich i buddyjskich państw w Azji płd.-wsch.; odpowiednik tytułu książęcego. [przypis edytorski]

123. chryzopraz — jasnozielony, dekoracyjny minerał. [przypis edytorski]

124. cicerone (daw.) — przewodnik. [przypis edytorski]

125. Babałan — Babilon. [przypis redakcyjny]

126. amfilada — ciąg pomieszczeń z drzwiami ustawionymi na jednej osi. [przypis edytorski]

127. sekta „czerwonych kołpaków” — Buddyzm zepsuty przez naleciałości demonologiczne. [przypis redakcyjny]

128. wiwisekcja (z łac.: vivus: żywy, sectio: rozcięcie) — zabieg operacyjny przeprowadzany na żywym zwierzęciu w celach naukowych albo dydaktycznych. [przypis edytorski]

129. Lokusta (zm. 69) — rzymska zawodowa trucicielka; opisana w Rocznikach Tacyta. [przypis edytorski]

130. August a. Oktawian August, właśc. Gaius Iulius Caesar Octavianus (63 p.n.e.–14 n.e.) — pierwszy cesarz rzymski; po okresie wojen domowych zapoczątkował epokę pokoju wewnętrznego i dobrobytu. [przypis edytorski]

131. św. Ludwik właśc. Ludwik IX Święty (1214–1270) — król Francji; usprawnił administrację, system monetarny, zorganizował dwie wyprawy krzyżowe. [przypis edytorski]

132. Wielki Inkwizytor — tytuł używany przez zwierzchników hiszpańskiej inkwizycji. [przypis edytorski]

133. Galileusz właśc. Galileo Galilei (1564–1642) — włoski astronom, filozof, fizyk; twórca podstaw eksperymentalno-matematycznych metod badawczych w przyrodoznawstwie; odkrywca księżyców Jowisza, plam na Słońcu oraz faz Wenus; zwolennik idei Kopernika. [przypis edytorski]

134. wielkie morze — Morze Kaspijskie. [przypis redakcyjny]

135. Lhassa, Taszy-Lumpo i Sakkya — najbardziej czczone świątynie lamaickie i stolice najwyższych dostojników „żółtej wiary” w Tybecie. [przypis redakcyjny]

136. maramba — uczony teolog lamaicki. [przypis redakcyjny]

137. Aleksander I (1777–1825) — od 1801 cesarz (car) Rosji z dynastii Romanowów, starszy brat księcia Konstantego; po kongresie wiedeńskim (1815) król Polski. [przypis edytorski]

138. von Krüdener, Barbara (1764–1824) — baronowa rosyjska, pochodzenia niemiecko-bałtyckiego, pisarka. Popadła w mistycyzm, ogłaszając się prorokinią własnej grupy religijnej. [przypis edytorski]

139. hubiłgan — wysoki stopień wcielonego bóstwa. [przypis redakcyjny]

140. dżereń — antylopa. [przypis redakcyjny]

141. salga — kuropatwa. [przypis redakcyjny]

142. Sakkya-Muni — Buddha. [przypis redakcyjny]

143. Siem — Syjam. [przypis redakcyjny]