IX. Przedstawienie amatorskie
Na trzeci dzień Bożego Narodzenia, wieczorem, odbyło się pierwsze przedstawienie w naszym teatrze. Wiele było zapewne przedwstępnych starań i kłopotów około urządzenia widowiska, ale aktorzy wszystko wzięli na siebie, tak że my wszyscy inni nie wiedzieliśmy nic o nich, nie wiedzieliśmy, co i jak się robi, a nawet jakie sztuki będą grane. Aktorzy przez trzy dni poprzedzające widowisko, wychodząc na robotę, starali się wydostać jak najwięcej kostiumów. Niektórzy mieszkańcy Omska obiecali pożyczyć ubiory do ról aktorskich, nawet dla kobiecych, a za pośrednictwem pewnego dieńszczyka spodziewano się nawet dostać oficerski ubiór z akselbantami117. Obawiano się tylko, żeby plac-major nie zabronił widowiska, jak to się stało roku poprzedniego. Ale w zeszłym roku podczas świąt major był w złym humorze: zgrał się gdzieś w karty, a przy tym w ostrogu były awantury, toteż ze złości zabronił przedstawienia. Teraz nie wiedzieliśmy wcale, czy wiedział coś o teatrze, a jeśli wiedział, czy dał formalne pozwolenie, czy też postanowił tylko patrzeć przez palce, machnąwszy ręką na tę aresztancką zabawę i zezwoliwszy na nią w milczeniu, pod warunkiem naturalnie, że wszystko się odbędzie w porządku. Myślę, że wiedział o teatrze, nie mógł nie wiedzieć; ale nie chciał się w to wdawać i zabraniać, rozumiejąc, że z zakazu może coś gorszego wyniknąć: aresztanci zaczną hulać, pić, więc daleko lepiej, że się czymś zajmą. Zresztą, domyślam się, że major tak rozumował, tylko dlatego, że to najprostsze i najrozsądniejsze rozumowanie. Można powiedzieć nawet, że gdyby aresztanci nie zamierzali podczas świąt grać teatru lub nie mieli jakiegoś podobnego zajęcia, to władzy wypadłoby je wymyślić. Ale ponieważ nasz plac-major odznaczał się wręcz odmiennym sposobem myślenia, to czuję, że biorę wielki grzech na siebie, przypuszczając, że wiedział coś o teatrze i pozwolił na przedstawienie.
Taki człowiek jak plac-major czuł potrzebę wszędzie kogoś przydusić, coś odjąć, kogoś pozbawić prawa; pod tym względem znany był w całym mieście. Co mu do tego, że wskutek tych dokuczań mogą wyniknąć zaburzenia w ostrogu? Na zaburzenia są kary (tak rozumieją tacy jak nasz plac-major), a z łotrami aresztantami surowość i nieustanne stosowanie litery prawa — to i wszystko, czego potrzeba! Tacy niezdarni wykonawcy prawa stanowczo nie pojmują i nie są zdolni pojąć, że samo stosowanie litery prawa bez rozumienia jego ducha wiedzie wprost do nieporządków i nigdy do niczego innego nie wiodło. „Tak w prawie powiedziano, czegóż chcieć więcej?” — mówią oni i szczerze są zadziwieni, że w dodatku do prawa żądają od nich zdrowego rozsądku i trzeźwej głowy.
Jakkolwiek tam było, dość że starszy podoficer nie występował przeciw teatrowi, a tego im tylko było potrzeba. Powiem stanowczo, że teatr i wdzięczność za to, że nań pozwolono, sprawiły, że przez święto nie było ani jednego ważniejszego nieporządku: ani jednej bójki, ani jednego złodziejstwa. Sam byłem świadkiem, jak aresztanci powściągali tych, co się zbyt rozhulali lub pokłócili, jedynie pod tym pretekstem, że mogą zabronić teatru. Dali oni słowo podoficerowi, że przez ten czas będzie cisza i spokój i wszyscy będą się dobrze prowadzili. Obietnicę spełniali święcie, a schlebiało im to, że wierzą ich słowu. Trzeba zresztą dodać, że urządzenie teatru nie wymagało najmniejszych ofiar ze strony rządu: miejsce nie było uprzednio ogradzane, cały teatr budowano i rozbierano w ciągu jednego kwadransa. Przedstawienie trwało półtorej godziny i gdyby nagle nadszedł rozkaz z góry: przerwać je — teatr zniknąłby w jednym mgnieniu oka. Kostiumy były przechowane w kufrach aresztanckich. Ale zanim opiszę urządzenie teatru i kostiumy, powiem nieco o afiszu teatralnym, to jest, co mianowicie zamierzano grać.
Właściwie mówiąc, nie było pisanego afisza. Dopiero na drugie, trzecie przedstawienie zjawił się jeden, napisany przez Bakłuszyna dla pp. oficerów i w ogóle szlachetnych widzów, którzy raczyli przybyć jeszcze na pierwsze przedstawienie do naszego teatru. Z oficerów mianowicie bywał zwykle na przedstawieniach karaulny, raz zaszedł sam dyżurny, raz także oficer inżynieryjny; dla takich to gości napisany był nasz afisz. Rojono sobie, że sława aresztanckiego teatru rozgrzmi daleko po fortecy, a nawet w mieście, zwłaszcza że w mieście nie było teatru. Były wieści, że amatorzy zdobyli się w mieście na jedno przedstawienie i tyle tylko. Aresztanci jak dzieci cieszyli się z najmniejszego powodzenia, chełpili się nawet. „Kto tam wie — myśleli i mówili do siebie — może i wyższa władza dowie się o teatrze; przyjdą i popatrzą; dowiedzą się wtedy, jakich mają aresztantów. To nie proste żołdackie przedstawienie ze straszydłami na wróble, z płynącymi łódkami, z chodzącymi niedźwiedziami i kozami. Tu są aktorzy, prawdziwi aktorzy, pańskie komedie grają; takiego teatru nawet w mieście nie ma. U generała Abrosimowa było raz, mówią, przedstawienie i jeszcze będzie; no, zapewne kostiumami przewyższą, ale co się tyczy rozmowy, to jeszcze nie wiadomo, czy naszych prześcigną! Kto wie, może i do gubernatora dojdzie wieść o tym, i — diabeł nie śpi — może i sam zechce przyjść i popatrzeć. W mieście nie ma teatru”... Jednym słowem fantazja aresztantów, szczególnie po pierwszym powodzeniu, wybujała podczas świąt do najwyższego stopnia, roiła nieomal o nagrodach i o skróceniu czasu kary, choć też prawie jednocześnie poczynali się oni najdobroduszniej śmiać ze swoich rojeń. Jednym słowem były to dzieci, prawdziwe dzieci, pomimo iż niektórzy z nich mieli po lat czterdzieści.
Chociaż nie było z początku afisza, wiedziałem, z czego się ma składać przedstawienie. Pierwsza sztuka miała nazwę: Fiłatka i Miroszka współzawodnicy118. Bakłuszyn — jeden z tych, co brali największy udział w urządzeniu teatru — jeszcze na tydzień przed widowiskiem chwalił się przede mną, że rola Fiłatki, którą wziął na siebie, będzie tak przedstawiona, jak nie bywa nawet na sankt-petersburskim teatrze. Przechadzając się po kazarmach, chełpił się niemiłosiernie i bezczelnie, ale zarazem zupełnie dobrodusznie swoją grą, a naraz, bywało, wypali „tyatralnie” jakiś ustęp ze swojej roli, i czy to śmieszny, czy nie śmieszny słuchacze kładą się od śmiechu.
Zresztą trzeba przyznać, że i w tym względzie aresztanci umieli zachować pozory i strzec swej godności. Wyskokami Baktuszyna i opowiadaniami o przyszłym teatrze zachwycały się tylko albo młokosy, nieumiejące utrzymać się w aresztanckiej powadze, albo najznakomitsi z aresztantów, których powaga była niewzruszona, tak, że mogli się nie krępować w wynurzaniu wrażeń jak najbardziej naiwnych (co w ostrogu uchodziło za nieprzyzwoitość). Wszyscy inni słuchali wieści i rozpraw o teatrze w milczeniu; nie ganili wprawdzie, nie przeczyli, ale ze wszystkich sił starali się okazać obojętność dla teatru, a nawet spoglądać na niego z góry. Dopiero w ostatniej chwili, w sam dzień przedstawienia wszyscy zaczęli się interesować: co to będzie? Jakże tam nasi? Cóż plac-major? Czy uda się tak jak w zaprzeszłym roku? itd. Bakłuszyn zapewniał mnie, że wszyscy aktorzy dobrani wspaniale, że nawet kurtyna będzie, że narzeczoną Fiłatki będzie grał Sirotkin i — „no, sami zobaczycie, jak on w kobiecym ubiorze wygląda” — mówił, mrużąc oczy i przymlaskując językiem. Dobroczynna pomieszczyca (obywatelka wiejska) będzie miała suknię z falbaną i pelerynką i parasolkę w ręce, a dobroczynny pomieszczyk (właściciel dóbr) wyjdzie w oficerskim surducie z akselbantami i z laseczką.
Druga sztuka, którą miano grać, nazywała się: Kiedrył-obżara (Kiedrył-żarłok). Nazwa zaciekawiła mnie, ale choć dopytywałem się o treść sztuki, nic się o tym naprzód nie mogłem dowiedzieć. Dowiedziałem się tylko, że nie z książki wzięta, ale z rękopisu, że dostano ją od jakiegoś podoficera na przedmieściu, który prawdopodobnie sam kiedyś brał udział w jej przedstawieniu na scenie żołnierskiej. W istocie są u nas w odległych miastach i guberniach takie sztuki teatralne, które nikomu nieznane, nigdy może niedrukowane, skądś jednak przybyły i stanowią niezaprzeczoną własność każdego ludowego teatru w pewnym pasie Rosji. Nawiasem dodam, że byłoby bardzo a bardzo dobrze, gdyby któryś z naszych badaczy podjął nowe i bardziej staranne niż dotąd poszukiwania w dziedzinie teatru ludowego, który jest, istnieje i może nawet ma niemałą wartość. Nie chce mi się wierzyć, ażeby wszystko, co potem widziałem w naszym teatrze w ostrogu, było dziełem naszych aresztantów. Trzeba się koniecznie domyślać tradycyjnego przechodzenia z pokolenia na pokolenie ustalonych sposobów i pojęć, a należy ich szukać wśród żołnierzy, robotników fabrycznych, w miastach przemysłowych, a nawet w pewnych nieznanych ubogich miasteczkach u mieszczan. Zachowały się one także po wioskach i miastach gubernialnych, wśród służby dworskiej i bogatszych właścicieli ziemskich. Sądzę nawet, że stare sztuki teatralne w Rosji nie inaczej się rozpłodziły w licznych kopiach pisanych, jak za pośrednictwem służby dworskiej. U dawnych pomieszczyków i moskiewskich panów były własne teatry, które się składały z artystów-poddanych. I w tych to teatrach trzeba szukać początku naszej ludowej sztuki dramatycznej, której cechy są niewątpliwe.
Co się tyczy Kiedryła-żarłoka, to pomimo wszelkich usiłowań nie mogłem się dowiedzieć uprzednio o nim nic więcej nad to, że na scenie zjawiają się złe duchy i ciągną Kiedryła do piekła. Ale co znaczy ten Kiedrył? i dlaczego Kiedrył, a nie Kirył (Cyryl)? Czy to ma być rosyjskie zdarzenie, czy cudzoziemskie? — nie mogłem się tego dopytać. W końcu, jak ogłaszano, miała być „pantomina z muzyką”. Niewątpliwie wszystko to było rzeczą bardzo ciekawą. Aktorów było piętnastu, wszystko lud żwawy i dzielny. Krzątali się, odbywali próby, niekiedy chowali się za kazarmami, otaczali tajemnicą. Jednym słowem chcieli nas olśnić czymś niezwyczajnym i niespodziewanym.
W dzień powszedni ostróg zamykano wcześnie, jak tylko noc nadeszła. W święta Bożego Narodzenia wyjątkowo nie zamykano aż do wieczornego capstrzyku119. Ulgę tę robiono właściwie dla teatru. W ciągu świąt codziennie przed wieczorem posyłano do karaulnego oficera z najpokorniejszą prośbą, by „zezwolić na teatr i nie zamykać wcześnie ostrogu”, i z dodatkową uwagą, że i wczoraj było przedstawienie i ostróg długo pozostawał niezamknięty, a nieporządków nie było. Oficer karaulny tak rozumował: nieporządków w istocie wczoraj nie było, a skoro sami dają przyrzeczenie, że i dziś ich nie będzie, więc sami będą siebie pilnować, a takie bezpieczeństwo najlepsze. A jeśli się nie pozwoli na teatr, to kto ich wie, wszak lud katorżny, mogą umyślnie coś nabroić i nawarzyć karaulnym piwa. A nareszcie i to coś znaczy: na straży stać nudno, a tymczasem teatr, i to nie zwykły sołdacki, ale aresztancki, a aresztanci ludzie ciekawi: wesoło będzie popatrzeć. A patrzeć karaulnemu oficerowi zawsze wolno.
Przyjedzie dyżurny: „Gdzie karaulny oficer?” — „Poszedł do ostrogu obliczać aresztantów i zamykać kazarmy” — odpowiedź prosta i usprawiedliwienie naturalne. Tym sposobem oficerowie karaulni podczas świąt co wieczór zezwalali na teatr i nie zamykali kazarmów aż do wieczornego capstrzyku. Aresztanci z góry wiedzieli, że straż wojskowa nie będzie stawiała przeszkód i byli spokojni.
O godzinie siódmej przyszedł po mnie Pietrow i razem udaliśmy się na przedstawienie. Z naszej kazarmy poszli prawie wszyscy z wyjątkiem czernihowskiego starowierca i Polaków. Polacy dopiero na ostatnie przedstawienie, czwartego stycznia, zdecydowali się pójść do teatru, i to po wielu zapewnieniach, że tam i dobrze, i wesoło, i bezpiecznie. Wybredność Polaków bynajmniej nie rozdrażniała aresztantów i czwartego stycznia bardzo grzecznie ich przyjęto, a nawet ustąpiono lepszych miejsc. Co się tyczy Czerkiesów i Icka, to im nasz teatr sprawiał prawdziwą rozkosz. Icek za każdym razem dawał trzy kopiejki, a ostatniego razu położył aż dziesięć kopiejek na talerzu i uszczęśliwienie malowało się na jego twarzy. Aktorzy postanowili zbierać składkę od obecnych, kto co da, na rozchody teatralne, a także i na własne „pokrzepienie”. Pietrow zapewniał mnie, że choćby teatr był najbardziej nabity, to jednak mnie puszczą na jedno z pierwszych miejsc, dlatego naprzód, że jako bogatszy od innych zapewne dam więcej, a po wtóre, że się więcej od nich znam na rzeczy. Tak się też i stało. Ale opiszę naprzód salę i urządzenie teatru.
Nasza wojskowa kazarma, w której urządzono teatr, miała piętnaście kroków długości. Z dziedzińca wchodziło się na ganek, z ganku do sieni, z sieni do kazarmy. Ta długa izba, jak to już powiedziałem przedtem, była szczególnie urządzona: pod ścianami ciągnęły się nary, środek zaś kazarmy był wolny. Połowa izby bliższa wejściu z ganku oddana była widzom; druga połowa, z której było przejście do innej kazarmy, przeznaczona była na scenę. Przede wszystkim uderzyła mnie kurtyna. Ciągnęła się w poprzek całej kazarmy na dziesięć kroków. Kurtyna była zbytkownym przedmiotem, że było się czemu przypatrzeć. Malowana była olejno: wyobrażono na niej drzewa, altanki, sadzawki, gwiazdy. Zrobiono ją ze starego i nowego płótna, ile kto dał i zaofiarował; ze starych aresztanckich onuc i koszul, byle jak zszytych w jedną wielką płachtę, a wreszcie część jej, na którą zabrakło płótna, składała się już tylko z papieru, który wyproszono po arkuszu w różnych kancelariach i urzędach. Nasi malarze, między którymi odznaczał się aresztancki Briułłow, A-w, postarali się o pomalowanie kurtyny. Taki przepych rozradował nawet najbardziej ponurych i ze wszystkiego niezadowolonych aresztantów i wszyscy oni, gdy doszło do przedstawienia, okazali się takimi samymi dziećmi, jak i ci, co byli najgorętsi i najniecierpliwsi. Wszyscy byli mocno zadowoleni, nawet chełpliwie zadowoleni.
Oświetlenie składało się z kilku łojowych świeczek, pokrajanych na kawałki. Przed kurtyną stały dwie ławki z kuchni, a przed ławkami trzy — cztery krzesła, jakie się znalazły w izbie podoficerskiej. Krzesła te przeznaczone były dla najwyższych osób ze stanu oficerskiego, ławki zaś dla podoficerów i pisarzy inżynieryjnych, konduktorów i innych ludzi należących do władzy, ale niemających stopnia oficerskiego, a to na wypadek gdyby chcieli zajrzeć do ostrogu. Tak się też i stało: postronnych świadków mieliśmy ciągle, przez całe święta, raz mniej, drugi raz więcej; na ostatnim przedstawieniu ani jedno miejsce na ławkach nie zostało niezajęte. Dopiero z tyłu za ławkami mieścili się aresztanci, stojąc, z szacunku do gości, bez czapek, w kurtkach albo półkożuszkach, pomimo duszącego powietrza w izbie. Naturalnie, miejsca dla aresztantów było bardzo mało. Ale nie dość, że literalnie jeden siedział na drugim, szczególnie w ostatnich rzędach, zajęte były także nary, kulisy, a wreszcie znaleźli się amatorzy, którzy na każde przedstawienie chodzili do drugiej, sąsiedniej kazarmy i stamtąd zza tylnej kulisy przypatrywali się widowisku. Ścisk w pierwszej połowie teatralnej kazarmy był nie do opisania i równał się chyba temu ściskowi, który niedawno przedtem widziałem w łaźni. Drzwi od sieni były otwarte; w sieniach, gdzie było ze dwadzieścia stopni mrozu, cisnął się także lud więzienny.
Nas, to jest mnie i Pietrowa, puszczono natychmiast naprzód, prawie do samych ławek, gdzie było daleko widniej niż w tylnych rzędach. We mnie po części ceniono znawcę, który bywał i nie w takich teatrach; aresztanci widzieli, jak przez cały czas przygotowań teatralnych Bakłuszyn naradzał się ze mną, jaki miał dla mnie szacunek, a więc należy mi się teraz — tak rozumowali — pierwszeństwo i honorowe miejsce. Prawda, aresztanci odznaczali się próżnością i najwyższą lekkomyślnością, ale grunt w nich był inny. Śmiali się ze mnie, widząc, żem lichy w porównaniu z nimi robotnik; Ałmazow z pogardą spoglądał na nas, szlachtę, pyszniąc się wobec nas swoją umiejętnością wypalania alabastru. Ale do prześladowania i urągania z nas pobudzało ich jeszcze co innego: myśmy byli kiedyś szlachtą, należeliśmy do tego stanu, co ich dawniejsi panowie, o których nie mogli zachować dobrej pamięci. Teraz jednak w teatrze ustępowali przede mną. Uznawali, że ja o tym mogę lepiej od nich sądzić, że wiem i widziałem więcej od nich. Najbardziej niechętni dla mnie (wiem o tym) pragnęli teraz mojej pochwały dla swego teatru i bez wszelkiej trudności puścili mnie na lepsze miejsce. Tak sądzę teraz z wrażenia, które wówczas odniosłem. Zdawało mi się wówczas także, że w ich słusznym ocenianiu siebie nie było wcale uniżania się, tylko poczucie własnej godności. Najlepszy i najwybitniejszy rys charakteru naszego ludu to poczucie sprawiedliwości i jej pragnienie. Koguciego rozpędu, aby stawać zawsze na przedzie, i to za jakąkolwiek cenę, bez względu, czy ktoś na to zasługuje, czy nie — tego u ludu nie ma. Trzeba tylko zdjąć zewnętrzną, narośniętą korę i popatrzeć na samo jądro z bliska, uważnie, bez uprzedzeń, a niejeden dojrzy w ludzie takie rzeczy, których ani się domyślał. Niewiele mogą nauczyć lud mędrcy nasi; i owszem, sami powinni się od niego pouczyć.
Pietrow powiedział mi naiwnie, gdyśmy się wybierali do teatru, że i dlatego jeszcze puszczą mnie naprzód, że dam więcej pieniędzy. Oznaczonej ceny nie było, każdy dawał, co mógł albo chciał. Kiedy obnoszono talerz na zbieranie pieniędzy, prawie wszyscy coś dali, choćby po groszu. Ale jeżeli mnie puszczono naprzód, po części i dlatego, że spodziewano się ode mnie więcej pieniędzy, to znowu ile w tym było poczucia własnej godności! „Ty bogatszy ode mnie, a więc idź naprzód, i chociaż my tu wszyscy równi, ale ty położysz więcej, więc jesteś milszy dla aktorów, więc tobie się należy pierwsze miejsce, a my, którzy nie kupujemy miejsc, powinniśmy się sami segregować”. Ile w tym prawdziwej szlachetnej dumy! To nie jest szacunek do pieniędzy, ale szacunek do samego siebie. W ogóle do pieniędzy, do bogactwa nie było w ostrogu szczególnego szacunku, zwłaszcza jeśli brać pod uwagę ogół aresztantów. A gdyby nawet rozpatrywać każdego z nich z osobna, to nie pamiętam ani jednego, który by się na dobre uniżał dla pieniędzy. Byli natręci, którzy i mnie dokuczali prośbami, ale w tym natręctwie było więcej swawoli, oszukaństwa niżeli żebraniny, więcej humoru, naiwności. Nie wiem, czy zrozumiale się wyrażam...
Do podniesienia zasłony cała izba przedstawiała dziwny i pełen ożywienia obraz. Naprzód tłum widzów, zduszony, ściśnięty ze wszystkich stron, cierpliwie i z błogością w twarzy wyczekujący początku przedstawienia. W tylnych rzędach ludzie tłoczyli się jedni na drugich. Wielu z nich przyniosło ze sobą polana z kuchni: jako tako ustawiwszy polano pod ściana, aresztant właził na nie, obu rękami opierał się na barkach stojącego przed nim widza i nie zmieniając położenia, stał tym sposobem przez dwie godziny, zupełnie zadowolony z siebie i ze swego miejsca. Inni włazili na wystającą przystawkę koło pieca i tam cały czas przestali, opierając się na stojących przed nimi widzach. Działo się to mianowicie w tylnych rzędach, pod ścianą. Z boku, na narach, tłoczyła się również gęsta gromada, nad muzykantami. Tu były dobre miejsca. Pięciu ludzi wdrapało się aż na piec i leżąc na nim, patrzyli w dół. Toż to używali szczęścia! Przy oknach po drugiej stronie izby cisnęły się także tłumy tych, co się spóźnili lub nie znaleźli dobrego miejsca. Wszyscy zachowywali się cicho i przyzwoicie. Każdy chciał się z jak najlepszej strony pokazać przed panami i gośćmi. Na wszystkich twarzach odzwierciadlało się naiwne oczekiwanie. Wszystkie twarze były czerwone i zlane potem od gorąca i zaduchu. Co za dziwny odblask dziecinnej radości, miłego, czystego zadowolenia jaśniał na tych pokiereszowanych, popiętnowanych czołach i twarzach, w tych spojrzeniach, dotychczas ponurych i mrocznych, w tych oczach, które nieraz migotały straszliwym ogniem! Wszyscy byli bez czapek i z prawej strony wszystkie głowy wydawały mi się jakby całkiem ogolone.
Ale oto na scenie słychać krzątanie się i bieganie. Wnet podniosą zasłonę, oto już zagrała orkiestra... Ta orkiestra zasługuje na wzmiankę. Z boku, na narach, usadowiło się ośmiu muzykantów: dwoje skrzypiec (jedne były w ostrogu, drugich pożyczono od kogoś w fortecy, a artysta znalazł się wśród aresztantów), trzy bałałajki, wszystkie własnego wyrobu, dwie gitary i tamburyn zamiast kontrabasu. Skrzypce tylko piszczały i drapały uszy, gitary były liche, za to bałałajki niezrównane. Zręczność w przebieraniu po strunach palcami była nadzwyczajna. Grano same taneczne motywy. W miejscach, gdzie taneczność motywu bardziej się uwydatnia, artyści grający na bałałajkach uderzali palcami w denko bałałajki; ton, smak, wykonanie, sposób obchodzenia się z instrumentem, charakter oddania motywu — wszystko było swoje, oryginalne, aresztanckie. Jeden z gitarzystów również znakomicie znał się na swoim instrumencie. Był to ten szlachcic, który siedział za zabicie swego ojca. Co się tyczy grającego na tamburynie, to ten tworzył istne cuda: to zakręci go na palcu, to kciukiem przesunie po jego skórze, to słychać częste, dźwięczne, jednostajne uderzenia, to nagle ton silny i wyrazisty dźwięk rozsypuje się jakby grochem na niezliczoną ilość maleńkich, głucho dźwięczących i szepcących głosów. Na koniec zjawiły się dwie harmonie. Daję słowo honoru, nie miałem dotychczas pojęcia o tym, co można zrobić z prostych, ludowych instrumentów; zgodność dźwięków i instrumentów, a głównie duch, charakter pojęcia i oddania istoty motywu były wprost zadziwiające. Po raz pierwszy wtedy dobrze pojąłem, co jest nieskończenie hulaszczego i dzielnego w hulaszczych rosyjskich pieśniach tanecznych.
Na koniec podniosła się zasłona. Wszyscy się poruszyli, przestąpili z jednej nogi na drugą, stojący z tyłu podnieśli się na palcach; ktoś spadł z polana; wszyscy co do jednego otwarli usta i wytężyli oczy, i zapanowała najzupełniejsza cisza... Zaczęło się przedstawienie.
Koło mnie stał Alej, pośród swoich braci i innych Czerkiesów. Wszyscy oni namiętnie polubili teatr i potem co wieczór bywali na przedstawieniu. Miałem nieraz sposobność zauważyć, że wszyscy muzułmanie, Tatarzy i inni namiętnie lubią wszelkiego rodzaju widowiska. Koło nich przykucnął i Isaj Fomicz; zdawało się, że z podniesieniem zasłony zamienił się cały w słuch i wzrok, i w najnaiwniejsze, gorące oczekiwanie cudów i rozkoszy, tak że aż przykro było pomyśleć sobie, że może doznać rozczarowania. Miła twarz Aleja świeciła taką dziecinną, rozkoszną radością, że miałem nadzwyczajną przyjemność patrzeć na niego i pamiętam, że mimo woli przy każdym jakimś śmiesznym lub zręcznym zwrocie aktora, kiedy się rozległ powszechny śmiech, natychmiast zwracałem się do Aleja i spoglądałem mu w twarz. On mnie nie widział; miał co innego do widzenia! Niedaleko ode mnie, z lewej strony, stał aresztant w podeszłym już wieku, zawsze nachmurzony, zawsze niezadowolony i mrukliwy. On także zwrócił uwagę na Aleja i widziałem, jak kilka razy z półuśmiechem obracał się, by popatrzeć na niego, tak był miły Alej.
Zaczęto od Fiłatki i Miroszki. Fiłatka (Bakłuszyn) był rzeczywiście wspaniały. Odegrał swoją rolę z zadziwiającą dokładnością. Widać było, że rozmyślał nad każdą frazą, nad każdym swoim ruchem. Każdemu zwykłemu słowu, każdemu gestowi, umiał nadać sens i znaczenie, zupełnie odpowiadające roli. Do tej staranności, do tego zadziwiającego wystudiowania trzeba dodać niewymuszoną wesołość, prostotę, naturalność i gdybyście widzieli Bakłuszyna, zgodzilibyście się niewątpliwie, że to prawdziwy urodzony aktor, z wielkim talentem. Fiłatkę widziałem nieraz na scenie moskiewskiej i petersburskiej i mówię stanowczo: aktorzy stołeczni, którzy grali Fiłatkę, obaj grali gorzej od Bakłuszyna. W porównaniu z nim byli to wieśniacy, ale nie prawdziwi chłopi. Zanadto silili się, aby przedstawić chłopa. Bakłuszyna prócz tego pobudzało współzawodnictwo: wszystkim wiadomo było, że w drugiej sztuce w roli Kiedryła występować będzie aresztant Pociejkin, aktor, który przez wszystkich nie wiadomo dlaczego uważany był za zdolniejszego, lepszego od Bakłuszyna i Bakłuszyn cierpiał z tego powodu jak dziecko. Ileż razy w ostatnich dniach przychodził do mnie i wynurzał przede mną swoje uczucia. Na dwie godziny przed przedstawieniem był jak w febrze. Teraz, kiedy widzowie śmiali się i kiedy wołano z tłumu: „Tęgo Bakłuszyn! Aj-da maładiec!”120 — jego twarz jaśniała szczęściem, prawdziwe natchnienie błyszczało mu w oczach. Scena całowania się z Miroszką, kiedy Fiłatka woła do niego naprzód: „Obetrzyj nos” i sam się obciera, wypadła doskonale, była nieskończenie śmieszna. Wszyscy aż się zatoczyli od śmiechu.
Ale najwięcej mnie zajmowali widzowie; teraz już niczym się nie krępowali i oddawali się uciesze w całej pełni. Okrzyki zadowolenia rozlegały się coraz częściej. Oto jeden trąca swego towarzysza i naprędce udziela mu swoich wrażeń, nawet nie troszcząc się, a może nawet nie widząc, kto koło niego stoi; drugi podczas jakiejś śmiesznej sceny nagle w zachwycie obraca się ku tłumowi, bystro obrzuca wszystkich wzrokiem, jakby wzywając do śmiechu, macha ręką i na powrót skwapliwie zwraca się ku scenie. Trzeci tylko klaśnie językiem i palcami i nie może spokojnie ustać na miejscu, a ponieważ nie ma gdzie iść, więc tylko na miejscu przebiera nogami. Przy końcu sztuki wesołość ogólnego nastroju dosięgła najwyższego stopnia. Nic nie przesadzam. Wyobraźcie sobie ostróg, kajdany, niewole, długie, smutne lata w perspektywie, życie jednostajne jak słota w chmurny dzień jesienny — i oto nagle tym wszystkim zamkniętym i niewolą przywalonym pozwolono na godzinę rozprostować się, poweselić, zapomnieć o ciężkim śnie, urządzić całkowity teatr i jeszcze jak urządzić: na chlubę dla siebie, na podziw dla całego miasta — niech się dowiedzą, cośmy to za aresztanci!
Ich naturalnie wszystko zajmowało, na przykład kostiumy. Z niesłychaną ciekawością patrzali na to, jak na przykład taki Wańka Otpietyj albo Niecwietajew, albo Bakłuszyn występował w zupełnie innym ubiorze niż ten, w którym go od tylu lat codziennie widywali. „Przecież to aresztant, ten sam aresztant, kajdanami pobrzękuje, a teraz wychodzi w surducie, w okrągłym kapeluszu, w płaszczu — czysty cywil! Wąsy sobie przylepił i włosy. Oto czerwoną chusteczkę wyjął z kieszeni, pomachuje nią, pana udaje, sam jak dwie krople wody pan!”. I wszyscy w zachwycie. „Dobroczynny obywatel” wyszedł na scenę w adiutanckim mundurze, choć co prawda bardzo wytartym, w czapce wojskowej z kokardą i wywołał nadzwyczajne wrażenie. Do tej roli było dwóch amatorów i jak małe dzieci straszliwie pokłócili się ze sobą o to, kto ma grać: tak się każdy z nich chciał pokazać w oficerskim mundurze i akselbantach. Inni aktorzy starali się ich pogodzić i większością głosów przysądzono rolę Niecwietajewowi, nie dlatego, żeby był pokaźniejszy i piękniejszy od tamtego i wskutek tego podobniejszy do pana, ale że Niecwietajew zapewnił wszystkich, że wyjdzie na scenę z laseczką i będzie nią wymachiwał i po ziemi kreślił figury tak, jak to czyni prawdziwy pan i najpierwszy elegant, czego Wańka Otpietyj nie potrafi, bo on nigdy prawdziwych panów nie widywał. I w istocie Niecwietajew jak tylko raz ze swoją panią wystąpił przed publicznością, wciąż był zajęty swoją cienką, trzcinową laseczką, którą nie wiadomo skąd dostał, i kreślił nią biegle i zwinnie po ziemi, widząc w tym zapewne cechę najwyższej pańskości i elegancji. Prawdopodobnie kiedyś w dzieciństwie, gdy był bosym dworskim chłopakiem, zdarzyło mu się widzieć pięknie ubranego pana z laseczką w ręku i tak zachwycił się jego sztuką kręcenia laseczką, że to wrażenie na wieki niezatarte pozostało w jego duszy i teraz w trzydziestu latach przypomniało mu się wszystko, jak było, ku zupełnemu oczarowaniu całego ostrogu. Niecwietajew tak był przejęty tym swoim zadaniem, że na nikogo nie patrzył, nawet mówił, nie podnosząc oczu i wpatrzony w swoją laseczkę i jej koniec. „Dobroczynna obywatelka” była także w swoim rodzaju nadzwyczaj godna uwagi. Wystąpiła w starej, muślinowej sukni, wyglądającej jak ścierka, z gołymi rękami i gołą szyją, ze strasznie ubieloną i naróżowaną twarzą, w perkalowym czepku nocnym podwiązanym pod brodą i z parasolką w jednej ręce, a wachlarzem z upstrzonego papieru, którym się nieustannie wachlowała, w drugiej. Salwa śmiechu przywitała obywatelkę, a i ona też nie wytrzymała i kilka razy zaczęła chichotać. Obywatelką był aresztant Iwanow. Sirotkin przebrany za dziewczynę wyglądał bardzo ładnie. Kuplety121 również się udały. Jednym słowem sztuka odegrana była ku zupełnemu a powszechnemu zadowoleniu. Krytyki nie było, bo i być jej nie mogło.
Odegrano jeszcze raz uwerturę Sieni, moje sieni122 i znowu podniosła się kurtyna. Teraz Kiedrył. Kiedrył jest czymś w rodzaju Don Juana; i pana, i sługę pod koniec sztuki diabli porywają i unoszą do piekła. Dawano cały akt, ale to widocznie był urywek; początek i koniec zatracone. Sensu w tym ani odrobiny. Rzecz dzieje się w Rosji, gdzieś w zajeździe. Karczmarz wprowadza do izby pana w szynelu i w krągłym, pogiętym kapeluszu. Za nim idzie jego sługa Kiedrył z tłumokiem i z pieczoną kurą, zawiniętą w niebieski papier. Kiedrył w półkożuszku i w lokajskiej czapce. To on jest żarłokiem. Gra tę rolę Pociejkin, współzawodnik Bakłuszyna; pana gra ten sam Iwanow, który w pierwszej sztuce występował jako dobroczynna obywatelka. Karczmarz, Niecwietajew, uprzedza gości, że w tej izbie pojawiają się diabli, i odchodzi. Pan, ponury i pogrążony w myślach, mruczy coś pod nosem, że on dawno o tym wiedział, każe Kiedryłowi rozpakować rzeczy i przygotować wieczerzę. Kiedrył jest tchórzem i żarłokiem. Usłyszawszy o diabłach, blednie i drży jak liść. Uciekłby, ale boi się pana. Zresztą i jemu się chce jeść. Jest łakomy, głupi, przebiegły po swojemu, tchórz, oszukuje pana na każdym kroku i jednocześnie boi się go: ciekawy typ sługi, w którym z daleka i niejasno widnieją rysy Leporella123. Był też znakomicie oddany. Pociejkin miał niezaprzeczony talent i moim zdaniem był to aktor jeszcze lepszy od Bakłuszyna. Rozumie się, że nie wypowiedziałem tego zdania przed Bakłuszynem, spotkawszy się z nim nazajutrz, bobym go bardzo zasmucił. Aresztant, który występował w roli pana, także grał nieźle. Prawił straszne niedorzeczności, bez żadnego sensu, ale dykcja była prawidłowa, raźna, ruchy odpowiednie. Dopóki Kiedrył mozoli się z tłumokami, jego pan zamyślony przechadza się po scenie i oznajmia publiczności, że dzisiejszy wieczór zakończy jego doczesną wędrówkę. Kiedrył ciekawie przysłuchuje się temu, stroi pocieszne miny, przemawia na stronie i każdym słowem śmieszy widzów. Nie żal mu pana, ale posłyszał o diabłach, chciałby się dowiedzieć, co znaczy ta wzmianka, więc wdaje się w rozmowę z panem i rozpytuje się go. Pan w końcu wyjawia mu, że niegdyś w jakiejś potrzebie wezwał pomocy piekła i czarci mu pomogli, ale dziś termin i być może, że dziś według umowy przyjdą po jego duszę.
Kiedrył zaczyna tchórzyć. Ale pan nie traci ducha i każe mu przygotować wieczerzę. Posłyszawszy o wieczerzy, Kiedrył ożywia się, wyjmuje kurę, wyjmuje wino i już, już zabiera się do urwania kawałka kury i pokosztowania. Publiczność śmieje się. Wtem drzwi skrzypnęły, wiatr stuknął okiennicami. Kiedrył drży i naprędce, prawie nieprzytomnie pakuje do ust ogromny kawał kury, którego przełknąć nie może. Znowu śmiech się rozlega. „Cóż, czy wieczerza gotowa?” — woła pan, przechadzając się po izbie. — „Zaraz, jaśnie panie... zaraz jaśnie panie... przygotuję” — mówi Kiedrył, sadowi się za stołem i najspokojniej zaczyna uprzątać pańskie jedzenie. Publiczności widocznie podoba się przebiegłość i spryt sługi, i to, że pana oszukują. Trzeba też przyznać, że Pociejkin wart był w istocie pochwały. Słowa: „Zaraz ja panu przygotuję” wypowiedział znakomicie. Usiadłszy za stołem, zaczyna jeść łapczywie i podskakuje za każdym krokiem pana, ze strachu, aby ten nie spostrzegł jego psich figlów; jak tylko pan zawraca na miejsce, Kiedrył chowa się pod stół i ciągnie tam za sobą kurę. Na koniec zaspokoił pierwszy głód; czas już pomyśleć o panu. „Kiedrył, a kiedyż tam dasz wieczerzę?” — woła pan. — „Już gotowa” — raźnie odpowiada Kiedrył, spostrzegłszy się, że dla pana prawie nic nie zostało. Na talerzu w istocie leży tylko noga z kury. Pan, ponury i zamyślony, nie spostrzegając ubytku kury, siada za stołem, a Kiedrył z serwetą na ręku staje za jego krzesłem. Każde słowo, każdy ruch, każdy grymas Kiedryła, kiedy zwracając się do publiczności kiwa głową nad głupotą swego pana, spotykają się z niepowstrzymanym śmiechem publiczności.
Ale oto zaledwie pan zabrał się do jedzenia, zjawiają się czarci. Tu już nic nie można zrozumieć, a i diabli zjawiają się jakoś zbyt nie po ludzku: w bocznej kulisie otwierają się drzwi i wychodzi z nich coś w białym okryciu, mając latarkę ze świecą zamiast głowy; drugie widziadło także z latarką na głowie i z kosą w ręku. Co znaczą te latarki, co znaczy kosa, dlaczego diabli w białym okryciu? Nikt tego objaśnić by nie mógł, ale nikt się nad tym nie zastanawia. Tak już widocznie być powinno. Pan dość odważnie zwraca się do czartów i woła, że gotów jest, aby go brali. Ale Kiedrył tchórzy jak zając; lezie pod stół, nie zapominając zresztą pomimo całego przestrachu ściągnąć butelki ze stołu. Czarci na chwilę znikają, Kiedrył wyłazi spod stołu, ale zaledwie jego pan znowu zabiera się do kury, znowu trzech diabłów wpada do izby, chwytają pana z tyłu i niosą go do piekła. „Kiedrył, ratuj mnie!” — woła pan. Ale Kiedrył ani myśli o tym. Tym razem ściągnął pod stół i butelkę, i talerz, i chleb nawet.
Ale teraz jest sam, nie ma diabłów, nie ma i pana. Kiedrył wyłazi, rozgląda się i uśmiech opromienia jego twarz. Figlarnie mruży oczy, siada na pańskim miejscu i kiwając głową do publiczności, mówi z cicha:
— No, teraz sam jestem... bez pana!
Wszyscy śmieją się z tego, że on bez pana; on zaś dodaje jeszcze półszeptem, zwracając się konfidencjonalnie124 do publiczności i coraz weselej pomrugując okiem:
— A pana diabli wzięli!...
Zachwyt widzów nie ma granic! Nie dość, że pana diabli wzięli, ale słowa te były powiedziane z takim urwisostwem, z takim drwiąco-triumfującym grymasem, że w istocie trudno było nie oklaskiwać. Nie długo jednak trwa szczęście Kiedryła. Tylko co zabrał się do butelki, nalał szklankę i miał już pić, gdy nagle wracają czarci, skradają się z tyłu na palcach i cap! chwytają go pod boki. Kiedrył wrzeszczy na całe gardło; ze strachu nie śmie się obrócić. Bronić się także nie może: w rękach ma butelkę i szklankę, z którymi rozstać się nie zdoła. Otworzywszy usta z przerażenia, siedzi z pół minuty z wytrzeszczonymi na publiczność oczyma i z tak śmiesznym wyrazem tchórzostwa i przestrachu, że warto go było odmalować w tej chwili. Na koniec diabli biorą go i unoszą; nie puszczając butelki, macha nogami i wrzeszczy. Krzyki jego rozlegają się jeszcze za kulisami. Ale zasłona spada, wszyscy śmieją się, wszyscy w zachwycie... Orkiestra zaczyna grać kamaryńską125.
Zaczyna cicho, zaledwie ją słychać, ale motyw wciąż rośnie i rośnie, tempo coraz prędsze, rozlegają się zuchowate uderzenia w denka bałałajki... To kamaryńska w całym swoim rozpędzie i zaiste warto by, aby Glinka126 choć raz go posłuchał u nas w ostrogu. Zaczyna się pantomina z towarzyszeniem muzyki. Kamaryńska nie milknie przez cały czas pantomimy. Przedstawione jest wnętrze izby; na scenie młynarz i jego żona. W jednym kącie młynarz naprawia jakieś narzędzia, w drugim żona przędzie len. Żoną jest Sirotkin, młynarzem Niecwietajew.
Trzeba dodać, że nasze dekoracje są bardzo ubogie. I w tej, i w poprzedniej sztuce, i w innych trzeba to, co się widzi, uzupełniać wyobraźnią. Zamiast tylnej ściany przeciągnięty jakiś dywan czy kotara, z boku jakiś lichy parawan. Lewa strona zupełnie niezasłonięta, tak że widać nary. Ale widzowie niewybredni i chętnie uzupełniają rzeczywistość wyobraźnią: „Powiedziano ogród, więc niech będzie ogród, pokój — więc pokój, izba — więc izba, wszystko jedno, ceremonie niepotrzebne”. Sirotkin w ubiorze młodej kobieciny wyglądał bardzo ładnie. Wśród publiczności słychać kilka komplementów wypowiedzianych półgłosem. Młynarz kończy robotę, bierze czapkę, bierze knut, czyli nahajkę, podchodzi do żony i objaśnia jej znakami, że musi iść, ale jeżeli ona przyjmie kogoś bez niego, to... i pokazuje jej nahajkę. Żona słucha i kiwa głową. Ta nahajka prawdopodobnie dobrze jej znana: kobiecina lubi pohulać bez męża. Mąż odchodzi. Ledwie za drzwiami, żona grozi w jego stronę kułakiem. Wtem ktoś stuka; drzwi otwierają się i zjawia się sąsiad, także młynarz, chłop w kaftanie i z brodą. W ręku niesie podarunek, czerwoną chustkę. Kobiecina śmieje się, ale zaledwie sąsiad chce ją objąć, gdy znowu stuk we drzwi. Gdzie się podziać? Kobieta chowa sąsiada pod stołem, a sama zabiera się do wrzeciona127. Zjawia się drugi adorator: to pisarz w wojskowym mundurze. Dotychczas pantomima była nienaganna, ruchy bez błędu. Można się było nawet dziwić, patrząc na tych improwizowanych aktorów, i mimo woli westchnąć: ile to sił i talentu ginie u nas w Rosji marnie, w niewoli i ciężkiej doli! Ale aresztant, który grał pisarza, widział zapewne kiedyś jakiś prowincjonalny lub domowy teatr i wydało się mu, że nasi aktorzy wszyscy co do jednego nie znają się na rzeczy i nie tak chodzą, jak trzeba chodzić na scenie. I oto występuje tak, jak niegdyś podobno występowali klasyczni bohaterowie w teatrze: robi jeden długi krok i nie przysunąwszy jeszcze drugiej nogi, nagle zatrzymuje się, odrzuca w tył korpus i głowę, dumnie spogląda wkoło i dopiero potem stawia drugi krok. Jeżeli taki chód był śmieszny u klasycznych bohaterów, to jeszcze śmieszniejszy u wojskowego pisarza, w komicznej scenie. Ale nasza publiczność sądziła, że tak tam pewno być musi i posuwiste kroki długonogiego pisarza przyjęła jako fakt spełniony, nie wdając się w krytykę.
Zaledwie pisarz znalazł się na środku sceny, kiedy znowu dało się słyszeć pukanie i gospodyni znów w przestrachu. Gdzie schować pisarza? Na szczęście stoi otwarty kufer; pisarz lezie do kufra, a kobieta nakrywa go wiekiem. Tym razem zjawia się gość szczególny, choć także jeden z zakochanych. Jest to bramin128 i nawet w kostiumie. Niepowstrzymany śmiech rozlega się wśród widzów. Bramina gra aresztant Koszkin i gra wybornie, postać ma zupełnie bramińską. Gestami objaśnia swoją miłość, podnosi ręce ku niebu, potem przykłada je do piersi, do serca. Ale podczas tego czulenia się daje się słyszeć nagle silne uderzenie w drzwi. Po uderzeniu poznać, że to gospodarz. Przelękła żona traci przytomność, bramin miota się jak kot zagorzały i błaga, aby go ukryto. Kobieta naprędce chowa go za szafą, a sama, zapomniawszy otworzyć drzwi, rzuca się do swojej przędzy i przędzie, przędzie, nie słysząc stukania swego męża w drzwi, z przestrachu ciągnie nitkę, której nie ma w ręce, i kręci wrzeciono, zapomniawszy je podnieść z podłogi. Sirotkin bardzo udatnie wyobraził ten przestrach. Ale gospodarz wybija drzwi nogą i z knutem w ręce podchodzi do żony. Wszystko podpatrzył i widział, i od razu pokazuje jej palcami, że trzech jest u niej schowanych. Potem zaczyna ich szukać. Naprzód znajduje sąsiada i przeprowadza go, okładając szturchańcami, za drzwi. Przelękły pisarz chciał już uciekać, podniósł głową wieko skrzyni i tym się wydał. Gospodarz podcina go biczem i tym razem zakochany pisarz wyskakuje wcale nieklasycznie. Pozostaje bramin; gospodarz go długo szuka, na koniec znajduje w kącie za szafą, kłania mu się grzecznie i wyciąga za brodę na środek sceny. Bramin chce bronić się, woła: „okajannyj, okajannyj”129 (jedyne słowa wypowiedziane w pantomimie), ale mąż go nie słucha i rozprawia się z nim po swojemu. Żona, widząc, że teraz na nią przyjdzie kolej, rzuca przędzę, wrzeciono i ucieka z pokoju, przęślica130 wali się na ziemię, aresztanci śmieją się. Alej, nie patrząc na mnie, targa mi rękę i woła: „Patrz, bramin, bramin!” i ledwie się nie kładzie od śmiechu. Zasłona spada, zaczyna się inna scena.
Ale nie będę opisywał wszystkich scen. Było ich jeszcze dwie lub trzy, wszystkie zabawne i szczerze wesołe. Jeżeli to nie aresztanci je układali, to przynajmniej włożyli w każdą z nich coś swojego. Prawie każdy aktor improwizował coś w swojej roli, tak że podczas następnych wieczorów role te były nieco inaczej odegrane. Ostatnia pantomina, fantastyczna zakończyła się baletem. Chowano zmarłego. Bramin z licznym orszakiem służebnym czynili rozmaite zaklęcia nad trumną, ale nic to nie pomaga. Na koniec rozlega się Słońce na zachodzie131, zmarły wraca do życia i wszyscy z radości zaczynają tańczyć. Bramin tańczy z nieboszczykiem, a tańczy w sposób zupełnie odrębny, po bramińsku. Na tym się kończy przedstawienie, do następnego wieczora. Wszyscy nasi rozchodzą się, weseli, zadowoleni, chwalą aktorów, dziękują podoficerowi. Kłótni nie słychać. Wszyscy w niezwykłym usposobieniu, jak gdyby szczęśliwi, i zasypiają nie jak zwykle, ale prawie ze spokojną myślą, choć nic się nie zmieniło w ich położeniu. A jednak to nie jest marą mojej wyobraźni. To prawda, rzeczywistość. Trochę tylko pozwolono tym biednym ludziom pożyć po swojemu, poweselić się po ludzku, choć godzinę przeżyć życiem niewięziennym — i aresztant zmienił się wewnętrznie, choć tylko na kilka chwil...
Ale oto już głęboka noc. Drgnąłem i ocknąłem się ze snu: starzec ciągle jeszcze modli się na piecu i tak przemodli całą noc do świtu; Alej cicho śpi koło mnie. Przypominam sobie, że nawet zasypiając, śmiał się jeszcze, prowadząc rozmowę z braćmi o teatrze, i mimo woli wpatruję się w jego twarz spokojną i dziecinną. Powoli przypominam sobie wszystko: ostatni dzień, święta, cały ten miesiąc... w przerażeniu podnoszę głowę i przy drżącym małym świetle więziennej świecy spoglądam na śpiących towarzyszy. Patrzę na ich nędzne twarze, na ich biedne posłanie, na całą tę bezbrzeżną goliznę i nędzę — wpatruję się — jak gdybym chciał przekonać się, że to wszystko nie jest dalszym ciągiem jakiegoś okropnego snu, ale rzeczywiście prawdą. Tak, to jest prawda; oto słychać czyjś jęk, tam ktoś ciężko odrzucił rękę i brzęknął łańcuchem. Ktoś inny drgnął we śnie i zaczął mówić, a dziadek na piecu modli się za wszystkich „prawowiernych chrześcijan” i słychać jego miarowe, ciche, przeciągłe: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!...”
„Jednak nie na zawsze tu jestem, a tylko na kilka lat” — myślę sobie i chylę znów głowę do poduszki.