XIII. Towarzysze
Mnie naturalnie najwięcej ciągnęło do swoich, to jest do „szlachty”, szczególnie w początkach. Ale z trzech Rosjan szlachty, którzy byli u nas w ostrogu (Akima Akimycza, szpiega A-wa i tego, którego uważano niesłusznie za ojcobójcę), znałem się i rozmawiałem tylko z Akimem Akimyczem. Muszę się przyznać, żem podchodził do Akima Akimycza, że tak powiem, z rozpaczy, w chwilach najgorszej nudy, kiedy już nie było sposobności z kimś innym porozmawiać. Była to pod pewnym względem wyjątkowa postać w katordze, mianowicie zdawało się, że jemu jednemu z całej katorgi wszystko jedno, czy żyje w więzieniu, czy na swobodzie. On się nawet urządził w ostrogu tak, jak gdyby się wybierał całe życie tam przepędzić: wszystko wokół niego, poczynając od materaca, poduszek, naczyń, rozłożone było tak porządnie, tak mocno było ustawione i na tak długo! Nic biwakowego, przejściowego, nie było w nim tego ani śladu. Wprawdzie wiele jeszcze lat wypadało mu przebyć w ostrogu, ale bodaj czy kiedykolwiek pomyślał o wyjściu stamtąd. Ale czy jeśli pogodził się z rzeczywistością, to oczywiście nie z ochoty, tylko wskutek subordynacji, co zresztą dla niego znaczyło to samo. Był to dobry człowiek i nawet z początku pomagał mi radą, wyświadczał pewne usługi, ale niekiedy, wyznaję, napędzał mi niesłychanej nudy, która jeszcze zwiększała ciężar gniotący mi duszę. A ja z nudów nawiązywałem z nim rozmowę. Pragnę, bywało, jakiegokolwiek żywego słowa, choćby żółciowego, niecierpliwego, chociażby jakiegoś gniewu: przynajmniej razem naklęlibyśmy na nasze losy. A on milczy, klei swoje latarki albo opowie o tym, jaka to u nich była rewia w takim to roku, i kto był naczelnikiem dywizji, jak go zwano po imieniu i otczestwu158, czy zadowolony był z przeglądu wojska, czy nie, jak strzelcom zmieniono sygnały itd. I wszystko to opowiedziane równym, statecznym głosem, rzekłbyś, woda spada kropla po kropli. Nie zapalał się nawet wtedy, gdy opowiadał mi, jak za udział w pewnej sprawie wojennej na Kaukazie zaszczycony został „świętą Anną”159 na szpadzie. Tylko głos jego w tej chwili stawał się niezwykle poważny i uroczysty; obniżał się nawet do pewnej tajemniczości przy wymawianiu „świętej Anny”, i przez parę minut następnych. Akim Akimycz stawał się szczególnie poważny i milczący...
Bywały chwile w tym pierwszym roku (i zawsze nagle to przychodziło), kiedy zaczynałem prawie nienawidzić Akima Akimycza i w milczeniu przeklinałem los, który mnie umieścił razem z nim na narach, głowa przy głowie. Zwykle po godzinie już się za to strofowałem. Ale tak było tylko w pierwszym roku; potem się zupełnie pogodziłem w duszy z Akimem Akimyczem i wstydziłem się przeszłych głupstw. Na zewnątrz zaś, o ile pamiętam, nigdyśmy się ze sobą nie kłócili.
Oprócz tych trzech Rosjan, innych ze stanu szlacheckiego przebywało w moich czasach w ostrogu ośmiu ludzi160. Z niektórymi z nich zawarłem ścisłą, a nawet przyjemną znajomość, ale nie ze wszystkimi. Najlepsi z nich byli to ludzie chorobliwie nastrojeni, odosobniający się i w najwyższym stopniu nietolerancyjni. Z dwoma przestałem potem rozmawiać. Ludzi wykształconych było wśród nich trzech tylko: B-ki, M-ki i starzec Ż-ki, który był niegdyś profesorem matematyki — starzec dobry, zacny, wielki dziwak i pomimo wykształcenia bardzo, jak mi się zdaje, ograniczony człowiek. Zupełnie inni byli M-ki i B-ki. Z M-kim od razu zawarłem ścisłą znajomość; nigdym się z nim nie kłócił, szanowałem go, ale pokochać go, przywiązać się do niego nigdy nie mogłem. Był to człowiek głęboko niedowierzający i rozdrażniony, ale umiejący doskonale panować nad sobą. Otóż ta zbyt wielka umiejętność panowania nad sobą nie podobała mi się w nim; można było odgadnąć, że ten człowiek nigdy i przed nikim całej swej duszy nie otworzy. Być może zresztą, że się mylę. Była to natura silna i w wysokim stopniu szlachetna. Nadzwyczajna, poniekąd nawet jezuicka161 zręczność i ostrożność w obejściu z ludźmi zdradzała w nim głęboki, utajony sceptycyzm. A jednak była to dusza cierpiąca właśnie wskutek owej dwoistości: sceptycyzmu i głębokiej, niczym niezachwianej wiary w pewne swoje ideały i ich ziszczenie. Pomimo jednak całej swej zręczności towarzyskiej żył w zaciętej nieprzyjaźni z B-kim i jego przyjacielem T-kim. B-ki był chorowity, trochę skłonny do suchot, nerwowy i drażliwy, ale w gruncie rzeczy najlepszy człowiek, nawet wspaniałomyślny. Rozdrażnienie doprowadzało go niekiedy do nadzwyczajnej nietolerancji i kaprysów. Nie mogłem tego znosić i później rozstałem się z B-kim, alem go nigdy nie przestawał kochać; a z M-kim nie kłóciłem się, alem go nigdy nie polubił. Tak się zdarzyło, że zerwawszy stosunki z B-kim, natychmiast musiałem zerwać znajomość i z T-kim, z tym samym młodzieńcem, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale, mówiąc o naszej pretensji. Bardzo mi to było przykro. T-ski, chociaż bez wyższego wykształcenia, był dobrym, mężnym, krótko mówiąc, dzielnym młodzieńcem. Przyczyną zerwania było to, że on tak kochał i czcił B-skiego, że tych wszystkich, którzy choć cokolwiek stronili od B-kiego, poczytywał prawie za swoich wrogów. Nawet z M-ckim, zdaje się, że poróżnił się potem z powodu B-kiego, choć długo starał się wytrwać w dobrym stosunku. Wszyscy oni zresztą byli moralnie cierpiący, żółciowi, rozdrażnieni, niedowierzający. Rzecz to łatwa do zrozumienia: było im bardzo ciężko, daleko ciężej niż nam. Byli daleko od ojczystego kraju; niektórzy z nich przysłani na długie lata katorgi, na lat dziesięć, dwanaście, a co najważniejsze, z głębokim uprzedzeniem patrzali na swoje otoczenie, widzieli w katorżnikach tylko zwierzęcość i nie mogli, nie chcieli w nich dojrzeć ani jednego dobrego rysu, nic ludzkiego. Ale i to rzecz zrozumiała: na to stanowisko los ich wprowadził, siłą okoliczności. Rzecz jasna, że gniotła ich tęsknota. Dla Czerkiesów, Tatarów, dla Żyda byli łaskawi i uprzejmi, ale ze wstrętem unikali reszty katorżników. Tylko jeden starodubowski starowier zasłużył sobie na ich pełny szacunek. Rzecz zresztą godna uwagi, że nikt z katorżników przez cały czas mego przebywania w ostrogu nie wytykał im ani ich pochodzenia, ani sposobu myślenia, co się zdarza u naszego prostego ludu w stosunku do cudzoziemców, szczególnie Niemców, choć bardzo rzadko. Zresztą, co się tyczy Niemców, to się z nich tylko śmieją; Niemiec dla rosyjskiego pospólstwa przedstawia się jako coś niezmiernie komicznego. Z naszymi zaś Polakami katorżnicy obchodzili się nawet z szacunkiem, daleko lepiej niż z nami ze szlachty rosyjskiej i wcale ich nie zaczepiali. Ale ci, jak się zdaje, nie chcieli nawet tego widzieć i brać pod uwagę.
Zacząłem mówić o T-wskim. To on, kiedy ich przeprowadzano z pierwszego miejsca wygnania do naszej fortecy, dźwigał na swych barkach B-kiego niemal przez całą drogę, jak tylko B., chory i słabowity, ustawał w półetapu. Posłani byli naprzód do U-gorska162. Tam, powiadali, było im dobrze, to jest daleko lepiej niż w naszej fortecy. Ale przychwycono ich korespondencję, zupełnie zresztą niewinną, z innymi skazańcami w innym mieście i z tego powodu uznano za rzecz konieczną wysłać ich do naszej fortecy, bliżej pod oczy wyższej władzy. Trzecim towarzyszem był Ż-ki. Do czasu ich przybycia M-cki był sam jeden w ostrogu. Toż to musiał tęsknić w pierwszym roku swej katorgi!
Ten Ż-ki był to ów wiecznie modlący się Polak, o którym już wspominałem. Wszyscy nasi przestępcy polityczni byli to ludzie młodzi, niektórzy nawet bardzo; jeden Ż-ki miał już lat przeszło pięćdziesiąt. Był to człowiek, naturalnie, uczciwy, ale nieco dziwaczny. Towarzysze jego, B-ki i T-ki, bardzo go nie lubili, nawet nie rozmawiali z nim, utrzymując, że jest uparty i głupi. Nie wiem, ile prawdy było w ich twierdzeniu. W ostrogu, tak jak i wszędzie, gdzie ludzie gromadzą się nie z własnej ochoty, ale przymusowo, łatwiej, zdaje mi się, można pokłócić się a nawet wzajemnie znienawidzić niż w życiu wolnym. Wiele okoliczności pobudza do tego. Zresztą Ż-ki był rzeczywiście dość tępego umysłu i może nieprzyjemny. Wszyscy jego towarzysze nie żyli z nim w harmonii. Ja z nim się nigdy nie sprzeczałem, ale szczególnego zbliżenia między nami nie było. Swój przedmiot, matematykę, zdaje się, że znał. Pamiętam, jak silił się w łamanym języku rosyjskim objaśnić mi jakiś szczególny, przez siebie wymyślony system astronomiczny. Mówiono mi, że on to kiedyś wydrukował, ale w uczonym świecie pośmiano się tylko z niego. Całymi dniami modlił się na klęczkach, czym zjednał sobie ogólny szacunek katorgi i cieszył się nim do samej śmierci. Umarł w naszym szpitalu po ciężkiej chorobie, na moich oczach. Zresztą szacunek katorżników pozyskał przy samym wstąpieniu do ostroga, wskutek historii, którą miał z naszym majorem. W drodze z Ugorska do naszej fortecy nie golono ich i tak obrośli, że kiedy ich przyprowadzono wprost do plac-majora, ten wpadł we wściekły gniew z powodu takiego naruszenia subordynacji, co zresztą nie było ani trochę ich winą.
— Jak oni wyglądają! — zaryczał. — To brodiagi (włóczędzy), rozbójnicy!
Ż-ki, który wtedy jeszcze niedobrze rozumiał rosyjską mowę i sądził, że ich pytają, kim oni są, włóczędzy czy rozbójnicy, odpowiedział:
— My nie brodiagi, ale polityczni przestępcy.
— Ja-a-k? Zuchwalstwo? Zuchwały! — zaryczał major. — Do kordegardy! Sto rózeg natychmiast, w tej chwili!
Starca ukarano. Położył się pod rózgi bez oporu, wsadził rękę między szczęki i wytrzymał karę bez najmniejszego krzyku lub jęku, ani drgnąwszy. Tymczasem B-ski i T-ski już weszli do ostrogu, gdzie M-cki oczekiwał ich u bramy i rzucił się im na szyję, choć przedtem nigdy ich nie widział. Oburzeni przyjęciem ze strony majora, opowiedzieli zaraz M-ckiemu, co się stało z Ż-kim. Pamiętam, jak M-cki powiadał mi o tym: „Traciłem przytomność — mówił — nie pojmowałem, co się ze mną dzieje i trząsłem się jak w febrze. Stanąwszy u bramy, czekałem na Ż-kiego, który miał przyjść wprost z kordegardy, gdzie go karano. Nagle otworzyła się furtka: Ż-ki, nie patrząc na nikogo, z bladą twarzą i bladymi, drżącymi wargami przeszedł przez tłum zgromadzonych na dziedzińcu katorżników, którzy już wiedzieli, że biją szlachcica, poszedł do kazarmy, wprost do miejsca dla siebie przeznaczonego i nie rzekłszy ani słowa, ukląkł i zaczął się modlić”. Katorżnicy byli zdziwieni, a nawet rozczuleni. „Kiedym zobaczył tego siwego starca — mówił M-ki — który zostawił w ojczyźnie żonę i dzieci, kiedym go zobaczył na klęczkach, haniebnie ukaranego i modlącego się, rzuciłem się za kazarmy i przez całe dwie godziny byłem jak nieprzytomny; szał mnie ogarniał”... Od tej chwili katorżnicy zaczęli bardzo poważać Ż-kiego i okazywali mu zawsze szacunek. Podobało się im szczególnie to, że nie krzyczał pod rózgami.
Trzeba jednakże powiedzieć całą prawdę: z tego przykładu nie można sądzić w ogóle o obchodzeniu się władz w Syberii z zesłaną szlachtą, ktokolwiek by byli ci zesłani, Rosjanie czy Polacy. Ten przykład pokazuje tylko, że można natknąć się na złego człowieka i naturalnie jeżeli ten zły człowiek będzie gdzieś niezależnym, starszym komendantem, to dola zesłanego, szczególnie w razie gdyby się nie podobał komendantowi, będzie bardzo źle zabezpieczona. Ale należy przyznać, że najwyższa władza na Syberii, od której zależy ton i nastrój wszystkich komendantów, była dla szlachty zesłanej bardzo względna; niekiedy nawet — w porównaniu z innymi katorżnymi z prostego ludu — skłonna do pobłażania. Przyczyny bardzo zrozumiałe: naprzód ci wyżsi naczelnicy sami są szlachtą, po wtóre zdarzało się jeszcze dawniej, że niektórzy ze szlachty nie kładli się pod rózgi i rzucali się na wykonawców, z czego wynikały straszne rzeczy; a po trzecie, i to jak mi się zdaje przyczyna główna, już dawno, trzydzieści pięć lat temu, zjawiło się na Syberii naraz mnóstwo zesłanej szlachty163 i ci zesłani w ciągu trzydziestu lat umieli się tak postawić i zarekomendować w całej Syberii, że władza w moich czasach już wskutek dawnego, tradycyjnego zwyczaju, mimo woli innymi oczami patrzała na szlachtę, przestępców wiadomej kategorii, niż na wszystkich innych zesłanych. Za wyższą władzą idąc, i niżsi komendanci przyzwyczaili się patrzeć na to takimi samymi oczami, rozumie się, przejmując ten pogląd i ton z góry, poddając się mu. Zresztą było wielu niższych komendantów ograniczonego umysłu, którzy krytykowali w duchu rozporządzenia wyższej władzy i bardzo, bardzo byliby radzi, gdyby im nikt nie przeszkadzał rządzić się po swojemu. Ale im niezupełnie na to pozwalano. Oto dlaczego jestem pewny, że tak było. Druga kategoria katorgi, w której się znajdowałem, a która składała się z chłopskich aresztantów pod wodzą wojskową, była nierównie cięższa od dwu innych kategorii: trzeciej (w fabrykach) i pierwszej (w kolumnach). Cięższa była nie tylko dla szlachty, ale i dla wszystkich aresztantów, mianowicie dlatego, że władza ta była wojskowa i całe urządzenie wojskowe, bardzo podobne do aresztanckich rot w Rosji. Władza wojskowa surowsza, przepisy ściślejsze, zawsze w łańcuchach, zawsze pod konwojem, zawsze pod kluczem; a tego nie ma w tym stopniu w wielu innych kategoriach. Tak przynajmniej mówili wszyscy nasi aresztanci, a byli między nimi znawcy nie lada. Wszyscy oni z radością przeszliby do pierwszej kategorii, która w ustawach uważana była za najcięższą, i nawet często o tym roili. Przeciwnie, o aresztanckich rotach wszyscy nasi, którzy tam byli, mówili z przestrachem i zapewniali, że w całej Rosji nie ma gorszego miejsca od robót aresztanckich po fortecach i że w Syberii raj w porównaniu z tamtym życiem. Jeżeli zatem przy tak surowej dyscyplinie, jaka była w naszym ostrogu, przy władzy wojskowej, na oczach samego generał-gubernatora, na koniec wobec tej okoliczności, że niektóre postronne, ale urzędowe indywidua, czy to przez złość, czy ze służbowej gorliwości, gotowe były potajemnie donieść, dokąd należało, że takiej to kategorii przestępcom tacy to niedobrze myślący komendanci pobłażają — jeżeli mówię, w takim miejscu na przestępców-szlachtę patrzano nieco innymi oczami niż na innych aresztantów, to tym względniej traktować ich musiano w pierwszej i trzeciej kategorii. Tak więc myślę, że z tego miejsca, gdzie sam byłem, mogę wnosić o całej Syberii pod tym względem. Wszystkie wieści i opowiadania, które mnie dochodziły od zesłanych pierwszej i trzeciej kategorii, potwierdzały ten mój wniosek. W rzeczy samej na wszystkich nas szlachtę w naszym ostrogu władza spoglądała uważniej, była z nami ostrożniejsza. Pobłażania pod względem roboty i utrzymania stanowczo nie było wcale; te same roboty, też kajdany, też zamki, jednym słowem to samo, co u wszystkich aresztantów. A nawet niełatwo było dać ulgę. Wiem, że w tym mieście w niedawnej przeszłości tylu było donosicieli, tyle intryg, tylu kopiących pod sobą wzajem doły, że władza naturalnie bała się donosów. A jakiż straszniejszy mógł być w owych czasach donos nad ten, że łagodnie traktują wiadomej kategorii przestępców164! Więc każdy lękał się i myśmy mieli życie takie, jak wszyscy katorżni, tylko pod względem kary cielesnej było trochę inaczej. Prawda, bardzo łatwo by nas oćwiczyli, gdybyśmy na to zasłużyli, to jest popełnili jakieś przestępstwo w ostrogu. Tego wymagał obowiązek służby i równość wobec kary cielesnej. Ale tak, bez ważnego powodu, lekkomyślnie by nas nie obili, a z prostymi aresztantami i tego rodzaju lekkomyślne postępowanie trafiało się, szczególnie ze strony niektórych podrzędnych naczelników, ochoczych do szerzenia postrachu przy każdej sposobności. Wiadomo nam było, że komendant, dowiedziawszy się o historii ze starym Ż-kim, bardzo się oburzył na majora i nakazał mu na przyszłość trzymać krócej ręce. Tak mi wszyscy opowiadali. Wiedziano też u nas, że sam generał-gubernator, który ufał naszemu majorowi i po części go lubił jako wykonawcę i człowieka z pewnymi zdolnościami, dowiedziawszy się o tej historii, robił mu także wymówki. I nasz major przyjął to do wiadomości. Chciało mu się, na przykład, dobrać się do M-kiego, którego nienawidził wskutek podszeptów A-wa, a jednak choć szukał pretekstu, choć go prześladował i prowokował, nie mógł go obić.
O nieszczęściu Ż-kiego wkrótce dowiedziało się całe miasto i opinia publiczna oświadczyła się przeciw majorowi; wielu robiło mu wymówki, niektórzy w sposób nieprzyjemny. Nas, to jest mnie i drugiego jeszcze zesłanego szlachcica, z którym razem wstąpiłem do katorgi, jeszcze w Tobolsku nastraszono opowiadaniami o nieprzyjemnym charakterze tego człowieka. Zesłańcy sprzed dwudziestu pięciu lat (dekabryści165), którzy nas tu spotkali z głębokim współczuciem i przez cały czas naszego zatrzymania się w Tobolsku mieli z nami stosunki, ostrzegali nas przed przyszłym naszym komendantem i obiecali zrobić wszystko, co mogą, przez ludzi znajomych, aby nas ochronić od jego prześladowania. W istocie trzy córki generał-gubernatora, które przyjechały z Rosji i gościły wówczas u ojca, otrzymały od nich listy i wstawiły się, zdaje się, za nami. Ale cóż on mógł zrobić? Powiedział tylko majorowi, aby był cokolwiek oględniejszy.
O godzinie trzeciej po południu ja i mój towarzysz przybyliśmy do tego miasta (Omska) i konwojowi natychmiast poprowadzili nas do naszego władcy. Staliśmy w przedpokoju, oczekując go, a tymczasem posłano po więziennego podoficera. Gdy się ten zjawił, wyszedł i plac-major. Jego nalana krwią, opryszczona i gniewna twarz wywarła na nas przygniatające wrażenie: istny pająk, podbiegający ku biednej musze, która się dostała w jego pajęczynę.
— Jak się nazywasz? — zapytał mego towarzysza. Mówił prędko, dobitnie, urywanym głosem i widocznie chciał wywrzeć na nas efekt.
— Tak a tak.
— A ty? — ciągnął, zwracając się ku mnie i wymierzając na mnie swoje okulary.
— Tak a tak.
— Podoficer! Natychmiast wziąć ich do ostrogu, ogolić w kordegardzie po cywilnemu, niezwłocznie, pół głowy; jutro też zaraz przekuć kajdany. A to co za szynele? Skąd dostali? — spytał nagle, zwróciwszy uwagę na szare kapoty z żółtymi krągłymi naszywkami na plecach, które wydano nam w Tobolsku i w których stanęliśmy przed jego majestatem. — To nowa forma! To pewno jakaś nowa forma... Nowe jakieś projekty... z Petersburga — mówił, obracając nas po kolei.
— Czy mają coś ze sobą? — spytał nagle żandarma, który nas przyprowadził.
— Mają własną odzież, wasze wysokobłagorodie — odpowiedział żandarm, wyprostowawszy się w jednej chwili, nawet z pewnym drgnięciem. Wszyscy go znali, wszyscy o nim słyszeli i bali się go.
— Wszystko odebrać. Oddać im tylko bieliznę, i to tylko białą; kolorową, jeżeli jest, odebrać. Wszystko poza tym sprzedać na licytacji. Pieniądze zapisać do przychodu. Aresztant nie ma własności — mówił dalej, surowo popatrzywszy na nas. — Pamiętajcie dobrze się prowadzić! Żebym nie słyszał! Jeżeli nie... ka-ra cie-les-na! Za najmniejsze wykroczenie — r-r-ózgi!
Nieprzywykły do takich przyjęć, przez cały ten wieczór byłem prawie chory. Wrażenie tego przyjęcia wzmogło się jeszcze wskutek tego, co ujrzałem w ostrogu; ale o pierwszym wejściu moim do ostrogu już opowiadałem.
Tylko co powiedziałem, że nam nie śmiano pobłażać i nie pobłażano, żeśmy w porównaniu z innymi aresztantami nie mieli żadnej ulgi w pracy. Raz jednak próbowano to uczynić: ja i B-ki (Polak) przez całe trzy miesiące chodziliśmy do kancelarii inżynierów w charakterze pisarzy. Ale zrobiono to cichaczem i zrobiła to władza inżynieryjna. Naturalnie, wszyscy inni, do których należało wiedzieć, wiedzieli zapewne o tym, ale udawali, że nie wiedzą. Działo się to jeszcze przy komendancie G-wie. Podpułkownik G-kow spadł nam jak z nieba, był u nas bardzo niedługo, jeżeli się nie mylę, nie więcej jak pół roku, a nawet jeszcze mniej, i odjechał do Rosji, wywarłszy nadzwyczajne wrażenie na wszystkich aresztantach. Mało powiedzieć, że go aresztanci lubili, oni go ubóstwiali, jeżeli można użyć tu tego wyrazu. Nie wiem, w jaki sposób tego dokonał, ale wiem, że podbił sobie ich serca od razu. „Prawdziwy ojciec, ojciec nie będzie lepszy!” — powtarzali co chwila przez cały czas, kiedy zarządzał oddziałem inżynierii. Hulaka, zdaje się, był straszliwy. Niewielkiego wzrostu, z zuchwałym, pewnym siebie spojrzeniem, z aresztantami był łaskawy, dochodził niemal do czułości i rzeczywiście lubił ich jak ojciec. Dlaczego tak lubił aresztantów, nie umiem tego objaśnić, ale wiem, że nie mógł spotkać się z aresztantem, ażeby mu nie powiedzieć łaskawego, wesołego słowa, nie pośmiać się z nim, nie pożartować, a nie było w tym ani odrobiny traktowania z góry, nic, co by wyglądało na łaskawość zwierzchnika. Umiał być z nimi jak towarzysz, jak człowiek równy. Pomimo jednak całego tego jego instynktownego demokratyzmu, aresztanci ani razu nie pozwolili sobie na jakąś poufałość, na brak szacunku wobec niego. Przeciwnie. Tylko twarz aresztanta rozkwitała, gdy spotykał się z komendantem i zdjąwszy czapkę, patrzał już z uśmiechem na podchodzącego ku sobie naczelnika. A gdy ten przemówi — jak gdyby rublem obdarzył. Zdarzają się tacy popularni ludzie. Wyglądał na zucha, chodził prosto, żwawo. „Orzeł!” — mówili o nim aresztanci. Ulżyć im losu, naturalnie, nie mógł, zawiadywał tylko robotami inżynierskimi, które i przy wszystkich innych komendantach szły swoim zwyczajnym, legalnym porządkiem. Tyle tylko że, bywało, spotkawszy przypadkiem partię na robocie, a widząc, że robota skończona, nie trzymał jej niepotrzebnie i puszczał przed uderzeniem w bęben. Ale podobała się jego ufność ku aresztantom, brak drobiazgowej drażliwości, zupełny brak form obrażających, zwykłych w stosunkach z podwładnymi. Myślę, że gdyby zgubił tysiąc rubli, a najpierwszy z naszych złodziei je znalazł, to byłby mu je odniósł. Mam głębokie przekonanie, że tak by się stało.
Z jak wielkim współczuciem dowiedzieli się aresztanci, że ich orzeł-komendant pokłócił się na śmierć z naszym nienawistnym majorem. Stało się to zaraz pierwszego miesiąca po jego przybyciu. Nasz major służył kiedyś razem z nim. Spotkali się po długim niewidzeniu jak przyjaciele i zahulali razem. Ale nagle nastąpiło zerwanie i G-w stał się śmiertelnym wrogiem majora. Mówiono nawet, że pobili się przy tym zerwaniu stosunków, co być mogło, bo major często się bijał. Gdy o tym posłyszeli aresztanci, radości ich nie było końca. „Czy to ośmiookiemu żyć w zgodzie z takim! Ten nasz, a nasz”... i tu zwykle dodawano słówko niestosowne do druku. Ogromnie się interesowali, kto kogo pobił. Gdyby wieść o tej bójce okazała się była nieprawdziwa (co było możliwe), to zdaje mi się, że naszym aresztantom byłoby bardzo przykro. „Nie, to już pewne, że komendant był górą — mówili — on mały, ale chwat, a tamten, słychać, schował się przed nim pod łóżko”. Ale G-kow prędko odjechał i aresztanci zapadli w dawny smutek. Prawda, że nasi naczelnicy inżynieryjni wszyscy byli dobrzy: przy mnie zmieniło się ich trzech, czy czterech; „A jednak — mówili aresztanci — nie znajdzie się już takiego; orzeł był, orzeł i obrońca”.
Otóż ten G-kow bardzo lubił wszystkich nas szlachtę i przy końcu kazał mnie i B-kiemu chodzić niekiedy do kancelarii. Po jego odjeździe urządziło się to więcej prawidłowo. Wśród inżynierów byli ludzie (szczególnie jeden), którzy czuli do nas wielką sympatię. Chodziliśmy, przepisywaliśmy papiery, nawet nasze pismo zaczęło się doskonalić, gdy nagle nadszedł od wyższej władzy rozkaz, ażeby nas niezwłocznie odesłać do dawnej pracy: ktoś już zdążył donieść! Zresztą dobrze się stało, bo kancelaria zaczęła się nam bardzo przykrzyć. Przez dwa lata potem prawie nierozłącznie chodziliśmy z B-kim na roboty, najczęściej do warsztatu. Gawędziliśmy ze sobą, rozmawialiśmy o naszych nadziejach, przekonaniach. Dzielny to był człowiek, ale jego przekonania były niekiedy bardzo dziwne, pełne wyłączności. Bywa to, że u pewnego rodzaju ludzi bardzo rozumnych ustalają się pojęcia wręcz paradoksalne. Ale tyle się za nie wycierpiało, tak wielkim kosztem się je nabyto, że oderwać się od nich zbyt boleśnie, prawie niepodobna. B-ki z bólem przyjmował każdy zarzut z mej strony i zgryźliwie mi odpowiadał. Zresztą w wielu rzeczach być może miał on więcej ode mnie słuszności, nie wiem tego; aleśmy się na koniec rozłączyli i to mnie bardzo bolało: przeżyliśmy już wiele razem.
Tymczasem M-cki stawał się z biegiem lat coraz smutniejszy i posępniejszy. Smutek go pożerał. W początkach mego pobytu w ostrogu był bardziej towarzyski, dusza jego częściej i więcej objawiała się na zewnątrz. Już trzeci rok żył w katordze, gdy do niej wstępowałem. Z początku zajmowało go bardzo wiele rzeczy, które przez te dwa lata stały się na świecie, a o których on nie miał wyobrażenia, siedząc w ostrogu; rozpytywał mnie, słuchał, oburzał się. Ale pod koniec, z upływem lat, wszystkie uczucia zaczęły się w nim koncentrować wewnątrz, w sercu. Żar pokrywał się popiołem, a nienawiść wciąż rosła. „Je hais ces brigands” — powtarzał mi często, z nienawiścią patrząc na katorżników, których ja już zdołałem lepiej poznać, i żadne dowody, które przetaczałem na ich korzyść, nie działały na niego. Nie rozumiał, co mówię; czasami zresztą jakby w roztargnieniu zgadzał się, ale nazajutrz powtarzał znowu: „Je hais ces brigands”. Nawiasem dodam, żeśmy często ze sobą rozmawiali po francusku i za to nas pewien dozorca przy robotach, żołnierz inżynieryjny Dranisznikow, przezwał felczerami. M-ki ożywiał się tylko, mówiąc o swojej matce. „Stara jest — mówił do mnie — chora, kocha mnie nade wszystko na świecie, a ja tu nie wiem nawet, czy żyje. Dość już było dla niej tego, że wiedziała, jak mnie pędzono przez strój”... M-ki nie był szlachcicem i przed zesłaniem ukarano go cieleśnie. Wspominając o tym, zaciskał zęby i starał się patrzeć w bok.
W ostatnich czasach coraz częściej przechadzał się samotnie. Pewnego razu około południa wezwano go do komendanta. Komendant wyszedł do niego z wesołym uśmiechem.
— No, M-cki, co ci się dziś w nocy śniło? — zapytał.
„Aż drgnąłem — opowiadał, wróciwszy do nas M-cki. — Jakby mi coś serce przeszyło”.
— Śniło mi się, że list od matki otrzymałem — odpowiedział.
— Lepsze rzeczy, lepsze! — zawołał komendant. — Jesteś wolny! Matka prosiła... prośba jej wysłuchana. Oto jej list, a oto dekret o tobie. Natychmiast wyjdziesz z ostrogu.
Wrócił do nas blady, jeszcze nie mogąc się opamiętać po otrzymanej wiadomości. Winszowaliśmy mu, a on nam ściskał ręce swoimi drżącymi, chłodnymi z wrażenia dłońmi. Wielu aresztantów winszowało mu także i byli radzi jego szczęściu.
Wyszedł na posielenie i zamieszkał w naszym mieście. Wkrótce dano mu posadę. Z początku często przychodził do naszego ostrogu i udzielał nam rozmaitych nowin. Przede wszystkim polityczne bardzo go zajmowały.
Z pozostałych czterech, to jest oprócz M-go, T-go, B-go i Z-go, dwaj byli jeszcze bardzo młodymi ludźmi, przysłanymi na krótko. Mało mieli wykształcenia, ale byli zacni, prości, szczerzy. Trzeci, A-czukowski, zanadto był ograniczony i nic w sobie nie miał szczególnego, ale czwarty, B-m, człowiek już starszy, wywierał na nas wszystkich najprzykrzejsze wrażenie. Nie wiem, w jaki sposób dostał się między takich przestępców (politycznych) i sam on przeczył temu. Była to gruba, małomieszczańska dusza, z narowami i zasadami kramarza, który doszedł szachrajstwem do majątku. Nie miał wcale wykształcenia i nic go nie zajmowało oprócz jego rzemiosła. Był to malarz pokojowy, i to malarz nie lada, wspaniały malarz. Prędko się władza dowiedziała o jego talencie i całe miasto zaczęło wykorzystywać B-ma do malowania ścian i sufitów. W ciągu dwóch lat wymalował wszystkie kwatery rządowe, za co płacili mu mieszkańcy tych kwater i żył dostatnio. Ale najlepszą rzeczą to było, że razem z nim na robotę zaczęto posyłać i jego towarzyszy. Z tych, co ciągle z nim chodzili, dwóch nauczyło się od niego tego rzemiosła i jeden z nich, T-rzewski, zaczął malować niegorzej od B-ma. Nasz plac-major, który także mieszkał w rządowym domu, z kolei wezwał do siebie B-ma i kazał mu wymalować wszystkie ściany i sufity. Tu już się B-m wysadził: nawet u generał-gubernatora nie było ścian tak pięknie wymalowanych. Dom był drewniany, jednopiętrowy, stary i z zewnątrz koślawo wyglądał; wewnątrz za to pomalowano go jak pałac i major był zachwycony... Zacierał ręce i mówił, że teraz musi się ożenić; „przy takim mieszkaniu nie można się nie żenić” — dodawał poważnie. Z B-ma był coraz więcej zadowolony, a dzięki niemu i z innych, którzy z nim pracowali. Malowanie ciągnęło się przez miesiąc. Przez ten miesiąc major zupełnie zmienił opinię o wszystkich naszych (tj. o politycznych przestępcach) i zaczął ich protegować. Doszło do tego, że pewnego razu wezwał do siebie z ostrogu Ż-kiego.
— Ż-ki — powiedział do niego — skrzywdziłem cię. Kazałem cię obić daremnie, wiem o tym. Żałuję tego. Czy ty to rozumiesz? Ja, ja, żałuję tego!
Ż-ki odpowiedział, że rozumie.
— Czy pojmujesz to, że ja, ja, twój naczelnik, wezwałem cię do siebie po to, aby cię przeprosić. Czy ty to czujesz? Ktożeś ty wobec mnie? Robak! Mniej niż robak, aresztant! A ja z łaski Bożej166 major. Major! Rozumiesz?
Ż-ki odpowiedział, że i to rozumie.
— Otóż teraz godzę się z tobą. Ale czy ty czujesz, czy odczuwasz to w całej pełni? Czyś zdolny to pojąć i odczuć? Wyobraź sobie tylko: ja, ja, major itd.
Sam Ż-ki opowiadał mi tę scenę. Więc jednak i w tym pijanym, głupim i nieporządnym człowieku było jakieś ludzkie uczucie. Biorąc pod uwagę jego wyobrażenia i poziom umysłowy, można by taki postępek nazwać prawie wspaniałomyślnym. Być może zresztą, że stan nietrzeźwy wiele się do tego przyczyniał.
Jego marzenie się nie spełniło: nie ożenił się, choć był już na to zupełnie zdecydowany, gdy skończono oporządzać jego mieszkanie. Zamiast na kobierzec ślubny dostał się pod sąd, po czym kazano mu się podać do dymisji. Wtedy już i wszystkie stare grzechy wylazły. Był on, zdaje się, przedtem w tym mieście horodniczym167... Cios spadł na niego niespodzianie. W ostrogu wieść o tym niezmiernie wszystkich ucieszyła. Toż było święto, uroczystość! Major, powiadają, beczał jak baba i zalewał się łzami. Ale nie było rady. Wziął dymisję, sprzedał parę koni, potem resztę mienia i nawet popadł w biedę. Spotykaliśmy go potem w cywilnym wytartym surducie i w czapce z kokardką; gniewnie spoglądał na aresztantów. Ale cały urok zniknął ze zdjęciem munduru. W mundurze wywoływał grozę, był bogiem; w surducie stał się nagle niczym i miał minę lokaja. Rzecz dziwna, czym jest mundur dla takich ludzi.
Uwaga tłumacza. Drukowane obecnie w „Nowej Reformie” Wspomnienia Sybiraka168 (pamiętniki Józefa Bogusławskiego) pozwalają szczęśliwym trafem podać w całości nazwiska Polaków, o których mówi Dostojewski w swoich pamiętnikach, oznaczając te nazwiska tylko pierwszymi literami, z dodaniem czasami końcówek. Otóż pod literą Ż. ukrywa się profesor Żochowski169, pod T. — Józef Tokarzewski170, pod M. — Aleksander Mirecki171, wreszcie pod B. sam autor Wspomnień Sybiraka, Józef Bogusławski, który w r. 1848 wysłany był z Wilna do robót przymusowych na Syberii. Porównanie jednych wspomnień z drugimi, a przede wszystkim porównanie tego, jak się odzywa Dostojewski o Bogusławskim, a jak Bogusławski o Dostojewskim, byłoby rzeczą bardzo ciekawą, ale w krótkim przypisie nie da się należycie wykonać, zwłaszcza że pamiętniki Bogusławskiego w części dopiero są znane.
XIV. Wyjście z katorgi
Ostatni rok katorgi prawie tak samo jest mi pamiętny, jak pierwszy, szczególnie ostatnie chwile pobytu w ostrogu. Ale po co się wdawać w szczegóły. Powiem tylko, że pomimo iż niecierpliwie oczekiwałem terminu kary więziennej, łatwiej mi było żyć w tym roku, aniżeli we wszystkich poprzednich latach więzienia. A przede wszystkim miałem już wśród aresztantów wielu dobrych znajomych i przyjaciół, którzy stanowczo orzekli, żem dobry człowiek. Wielu z nich było mi oddanych i szczerze mnie lubili. Pionier omal nie zapłakał, odprowadzając mnie i mego towarzysza przy wyjściu z ostrogu, i kiedyśmy potem przez cały jeszcze miesiąc mieszkali w tym mieście, w pewnym rządowym budynku, co dzień prawie zachodził do nas, tak tylko, aby na nas popatrzeć. Były jednak indywidua surowe i nieuprzejme do końca, którym ciężko było przemówić do mnie choć słowo, Bóg wie dlaczego. Zdawało się, że między nami wznosi się jakaś przegroda.
W ostatnich czasach w ogóle miałem więcej ulg aniżeli przez cały czas katorgi. W mieście wśród wojskowych znaleźli się moi znajomi, nawet dawni szkolni towarzysze. Wznowiłem stosunki z nimi. Dzięki nim mogłem mieć więcej pieniędzy, mogłem pisywać do rodziny, mogłem nawet otrzymywać książki. Od kilku lat nic nie czytałem i trudno mi zdać sprawę z tego dziwnego, wzburzającego wrażenia, jakie wywarła na mnie pierwsza książka przeczytana w ostrogu. Pamiętam, zacząłem czytać z wieczora, kiedy zamknięto kazarmę, i czytałem przez całą noc do świtu. Był to zeszyt jakiegoś pisma periodycznego. Zupełnie jakby wieść z tamtego świata przyleciała do mnie; minione życie jasno i wyraziście stanęło przede mną i z tego, co przeczytałem, starałem się odgadnąć: czy bardzo się oddaliłem od tego życia? Czy wiele oni tam przeżyli beze mnie? Co ich teraz porusza, jakimi kwestiami się zajmują? Czepiałem się słów, czytałem między wierszami, szukałem tajemnego znaczenia, aluzji do przeszłości, odnajdowałem ślady tego, co przedtem, w moich czasach, poruszało ludzi i smutno mi było teraz przekonywać się, do jakiego stopnia byłem obcy nowemu życiu, jak stałem się odciętym strzępem. Trzeba było przywykać do nowych rzeczy, zaznajamiać się z nowym pokoleniem. Ze szczególną chciwością rzuciłem się na artykuł, pod którym znalazłem imię znajomego, bliskiego mi niegdyś człowieka... Ale już i nowe imiona rozbrzmiewały; zjawili się nowi działacze i rwałem się, aby ich poznać, i zły byłem, że mogę mieć tak mało książek, że tak trudno dostać się do nich. Przedtem zaś, przy dawniejszym plac-majorze, niebezpiecznie było nosić książki do katorgi. W razie rewizji byłoby niewątpliwie badanie: „Skąd książki? Gdzieś je wziął? A więc masz stosunki?...” A cóż mogłem odpowiedzieć na takie pytania. I dlatego, żyjąc bez książek, mimo woli zagłębiałem się sam w sobie, zadawałam sobie pytania, usiłowałem je rozwiązać i one męczyły mnie niekiedy... Ale wszystkiego tego nie sposób opowiedzieć!...
W zimie wstąpiłem do ostrogu, dlatego zimą miałem wyjść na wolność, tego samego miesiąca i dnia, którego przybyłem. Z jaką niecierpliwością oczekiwałem zimy, z jaką rozkoszą patrzałem przy końcu lata na liście więdnące na drzewach, na trawę usychającą na stepie. Ale oto już przeszło lato, zawył wiatr jesienny; oto już pierwszy śnieg zaczął prószyć... Nadeszła na koniec dawno oczekiwana zima! Serce moje niekiedy zaczynało bić głucho i mocno, czując bliską swobodę. Ale rzecz dziwna: im więcej czas upływał, im bliższy był termin wyzwolenia, tym coraz cierpliwszy się stawałem. W ostatnich dniach aż mnie to zadziwiło i robiłem sobie wyrzuty; zdawało mi się, żem zupełnie zobojętniał. Wielu aresztantów, spotykając mnie na dziedzińcu w czas wolny, nawiązywało rozmowę ze mną, winszując mi:
— Otóż już wyjdziecie, batiuszka Aleksander Pietrowicz, na słobodę, prędko, prędko. Zostawicie nas biedaków.
— A cóż, Martynow, a wy czy już prędko wyjdziecie? — pytam w odpowiedzi.
— Ja? No, co tam mówić! Siedem lat jeszcze się przemęczę...
I westchnie, zatrzyma się, popatrzy roztargnionym wzrokiem, jakby zaglądając w przyszłość... Tak, wielu szczerze i radośnie mi winszowało. Zdawało mi się, że wszyscy zaczęli się ze mną uprzejmiej obchodzić. K-czyński, Polak i szlachcic, spokojny i dobry młodzieniec, podobnie jak i ja, lubił w czasie wolnym chodzić dużo po dziedzińcu. Chciał czystym powietrzem i ruchem ocalić zdrowie i zrównoważyć zły wpływ dusznych nocy w kazarmach. „Niecierpliwie oczekuję pańskiego wyjścia — powiedział mi z uśmiechem, spotkawszy się ze mną na przechadzce. — Pan wyjdziesz i ja już wtedy będę wiedział, że równo rok jeszcze pozostanie mi do wyjścia”.
Nawiasem muszę dodać, że wskutek ciągłych rojeń i długiego odwyknięcia wolność u nas w ostrogu wydawała się czymś większym od rzeczywistej wolności, to jest tej, do której wzdychano. Aresztanci mieli przesadzone wyobrażenie o wolności, a rzecz to tak naturalna, tak właściwa każdemu więźniowi. Jakiś obdarty dieńszczyk oficerski wydawał się nam niemal królem, niemal ideałem wolnego człowieka w porównaniu z aresztantami, dlatego tylko, że nie miał ogolonej głowy, chodził bez kajdan i bez konwoju.
W wigilię ostatniego dnia, o zmroku, obszedłem po raz ostatni cały nasz ostróg wokoło pod palami. Ile tysięcy razy robiłem to samo koło w ciągu tych wszystkich lat? Tu, za kazarmami, błąkałem się w pierwszym roku mojej katorgi sam, opuszczony, przybity na duchu. Pamiętam, jak liczyłem wtedy, ile tysięcy dni mam jeszcze tu przebyć. Boże, jak to dawno było! Oto tu w tym kącie żył nasz uwięziony orzeł; tu znów spotykał mnie często Pietrow. On i teraz szukał mego towarzystwa. Podbiegnie ku mnie i jakby zgadując moje myśli, w milczeniu idzie koło mnie i, rzekłbyś, dziwi się czemuś sam w sobie. Pożegnałem się w myśli z tymi poczerniałymi zębami naszych kazarmów. Jak niemile raziły wzrok mój wtedy, w owe pierwsze czasy. Zapewne i one się przez ten czas postarzały, alem tego nie mógł zauważyć. I ileż to w tych ścianach zagrzebano bezowocnie młodości, ile wielkich sił zginęło tu daremnie! Bo trzeba już wszystko powiedzieć: ten lud więzienny wszakże to byli ludzie niezwyczajni. Wszak to były może najzdolniejsze, najsilniejsze żywioły z całego naszego ludu. Ale zginęły bezowocnie potężne siły, zginęły nienormalnie, bezprawnie. A kto temu winien?
Otóż to, kto winien?
Nazajutrz rano, jeszcze przed wyjściem aresztantów na roboty, jak tylko zaczynało świtać, obszedłem wszystkie kazarmy, żeby się pożegnać ze wszystkimi aresztantami. Wiele silnych, spracowanych rąk wyciągnęło się uprzejmie ku mojej dłoni. Niektórzy ściskali ją zupełnie po koleżeńsku, ale takich było niewielu. Inni już dobrze rozumieli, że ja za chwilę będę zupełnie odmiennym od nich człowiekiem. Wiedzieli, że mam w mieście znajomości, że natychmiast stąd udam się do panów i zasiądę z tymi panami jak równy. Rozumieli to i żegnali się ze mną wprawdzie uprzejmie i grzecznie, ale bynajmniej nie jak z towarzyszem, raczej jak z panem. Inni odwracali się ode mnie i surowym milczeniem odpowiadali na moje pożegnanie; niektórzy nawet spoglądali na mnie z nienawiścią.
Umilkł bęben, wszyscy ruszyli na roboty, a ja pozostałem w domu. Suszyłow tego dnia wstał bodaj czy nie wcześniej od wszystkich i dokładał wszelkich starań, ażeby mógł mi jeszcze zrobić herbatę. Biedny Suszyłow! Zapłakał, gdy mu ofiarowałem swoje znoszone aresztanckie rzeczy i trochę pieniędzy. „Mnie nie o to, nie o to chodzi! — mówił, z drżącymi od płaczu wargami. — Ale jak to ja was utracę, Aleksandrze Piotrowiczu? Przy kim się ja tu bez was zostanę!”.
Po raz ostatni pożegnałem się i z Akimem Akimyczem.
— Ot już i wam prędko! — powiedziałem do niego.
— Mnie tu długo, mnie tu bardzo długo jeszcze siedzieć — mamrotał, ściskając mi rękę. Rzuciłem się mu na szyję i pocałowaliśmy się.
W dziesięć minut po wyjściu aresztantów wyszliśmy i my z ostrogu, aby nigdy już do niego nie wrócić — ja i mój towarzysz, z którym tu przybyłem. Trzeba było iść naprzód do kuźni, aby nam zdjęto kajdany. Ale konwojowy z bagnetem już nam nie towarzyszył, poszliśmy z podoficerem. Nasi aresztanci rozkuli nas w warsztacie inżynieryjnym. Czekałem, dopóki nie rozkują towarzysza, a potem sam podszedłem do kowadła. Kowale obrócili mnie tyłem do siebie, podnieśli z tyłu moją nogę, położyli ją na kowadle... Było dużo krzątaniny, chcieli to zrobić jak najzręczniej, jak najlepiej.
— Zatyczkę, zatyczkę, mówię, obróć nasamprzód!... — komenderował starszy. — Ustaw ją, tak dobrze... A teraz bij młotem...
Kajdany opadły. Podniosłem je... Chciałem potrzymać je trochę w ręku, popatrzeć na nie po raz ostatni. Dziwno mi było, że przed chwilą były na moich nogach.
— No, z Bogiem! Z Bogiem! — odezwały się urywane, grube, ale jakby z czegoś zadowolone głosy aresztantów.
Tak, z Bogiem! Swoboda, nowe życie, zmartwychpowstanie... Co za szczęśliwa chwila!
Przypisy:
1. Wspomnienia z martwego domu — tytuł dzieła Запи́ски из Мёртвого до́ма Fiodora Dostojewskiego tłumaczono na polski także jako: Wspomnienia z domu umarłych czy Zapiski z martwego domu. [przypis edytorski]
2. burzan — kępa stepowej roślinności, zwykle łopianów i ostów. [przypis edytorski]
3. łojówka — świeca z łoju. [przypis edytorski]
4. nara — drewniany pomost do spania pod ścianami. [przypis tłumacza]
5. ostróg — zwykła nazwa podobnych więzień w Rosji. [przypis tłumacza]
6. rota (daw., ros.) — kompania (pododdział wojska). [przypis edytorski]
7. wzdłuż po katordze — ros. вдоль по каторге, oznaczające katorgę bezterminową, dożywotnią. [przypis edytorski]
8. kołacz — rodzaj pszennego pieczywa (chleba lub ciasta) w kształcie koła (stąd nazwa). [przypis edytorski]
9. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]
10. łapcie — buty plecione z łyka lub skóry. [przypis edytorski]
11. sztabsoficer (daw.) — oficer dowodzący w armii rosyjskiej. W dawnym wojsku nazwy stopni wojskowych były jednocześnie określeniami pełnionych funkcji: wyższe funkcje obejmowali oficerowie będący formalnie dowódcami oddziałów, podczas gdy faktyczne dowództwo sprawowali jako ich zastępcy tzw. sztabsoficerowie. [przypis edytorski]
12. kordegarda — wartownia, pomieszczenie dla strażników wojskowych. [przypis edytorski]
13. futor a. chutor (z ukr.) — pojedyncze gospodarstwo, oddalone od wsi; przysiółek. [przypis edytorski]
14. syn zabił ojca, pragnąc dziedzictwa — w dalszym ciągu jest sprostowanie tego faktu. Skazaniec, jak się potem pokazało, nie był zabójcą. [przypis tłumacza]
15. z miasta — miastem, gdzie Dostojewski przesiedział 4 lata w katordze, jest Omsk. [przypis tłumacza]
16. sajki — bułki pszenne z gęsto zamieszanego ciasta. [przypis tłumacza]
17. kopiejka — drobna moneta rosyjska, 100 kopiejek składa się na rubel. [przypis edytorski]
18. Irtysz — rzeka w azjatyckiej części Rosji, lewy dopływ Obu. [przypis edytorski]
19. buran — silny i porywisty wiatr połączony ze śnieżycą, wiejący zimą na obszarze środkowej i południowej Syberii, Uralu i Powołża. [przypis edytorski]
20. alabaster — zbity, prześwitujący minerał będący drobnoziarnistą odmianą gipsu. [przypis edytorski]
21. funt — dawna jednostka wagi; tu miara rosyjska, ok. 0,410 kg. [przypis edytorski]
22. grosz — w XIX w. groszem nazywano w Rosji monetę o wartości pół kopiejki. [przypis edytorski]
23. tarakan (reg.) — karakan, karaluch. [przypis edytorski]
24. nie podług formy (daw.) — nieformalne, nieprzepisowe. [przypis edytorski]
25. ceber — duże, drewniane naczynie wykonane z klepek. [przypis edytorski]
26. czystiak — chleb z czystej mąki, bez jakiejkolwiek domieszki. [przypis tłumacza]
27. kułak — mocno zaciśnięta dłoń; pięść. [przypis edytorski]
28. kagan — w rosyjskich wierzeniach ludowych: ptak przynoszący szczęście, którego nie da się złapać i nie należy próbować szukać. [przypis edytorski]
29. knut (z ros.) — bicz, zbudowany z kilku splecionych ze sobą rzemieni przymocowanych do drewnianej rękojeści. [przypis edytorski]
30. szynel — mundurowy płaszcz wełniany, noszony przez wojskowych, policjantów oraz urzędników w Rosji w XIX i na pocz. XX w. [przypis edytorski]
31. drewniane kubki z kwasem — z kwasem chlebowym, typowym dla ludów słowiańskich napojem przyrządzanym ze sfermentowanego chleba. [przypis edytorski]
32. warnak — nazwa ludowa skazanego do katorgi. [przypis tłumacza]
33. dżuma benderska — epidemia dżumy, która wybuchła pod koniec XVIII w. w pobliżu miasta Bendery, we wsch. Mołdawii, i razem z rosyjskim wojskiem dotarła później aż do Moskwy, pustosząc prowincje imperium. [przypis edytorski]
34. na woli — tu żarg.: na wolności. [przypis edytorski]
35. pięciu Polaków. O nich powiem kiedyś osobno — przy końcu Wspomnień jest cały rozdział poświęcony prawie wyłącznie Polakom. [przypis tłumacza]
36. rezonować — wypowiadać się z dużą pewnością siebie; mądrzyć się. [przypis edytorski]
37. akuratny — dokładny, porządny, schludny. [przypis edytorski]
38. praporszczyk (ros.) — w wojsku rosyjskim najniższy stopień oficera, odpowiednik chorążego. [przypis edytorski]
39. junkier — stopień podoficerski w dawnej armii rosyjskiej, nadawany majętnym szlachcicom oraz słuchaczom szkół wojskowych, odpowiednik podchorążego w polskim wojsku. [przypis edytorski]
40. Czerkiesi — grupa etniczna z płn-zach. Kaukazu, od 1763 walczyli przeciwko Imperium Rosyjskiemu, usiłującemu podporządkować sobie Kaukaz; w 1864 pokonani, padli ofiarą czystek etnicznych i zostali przesiedleni ze swoich terenów, w większości deportowani do Turcji, część na inne tereny Rosji. [przypis edytorski]
41. konduktor (łac.: przewodnik) — tu: podoficer w jednostce inżynieryjnej dawnej armii rosyjskiej (кондуктор инженерный). [przypis edytorski]
42. partia — tu: zorganizowana grupa. [przypis edytorski]
43. Tak-s — dodawanie „s” na końcu wyrazu dla większej dobitności właściwe Rosjanom, szczególnie warstw mniej wykształconych. [przypis tłumacza]
44. interlokutor (z łac.) — rozmówca. [przypis edytorski]
45. w rosyjskich — to jest: w europejskich. [przypis tłumacza]
46. kantonista — chłopiec wychowywany w tzw. szkołach kantonistów do służby w Armii Imperium Rosyjskiego. Po ukończeniu szkoły kantoniści byli obowiązani do odsłużenia w wojsku, tak jak inni poborowi, 25 lat. Kantonistami były głównie sieroty, dzieci żołnierzy i pochodzące z ubogich rodzin, a także karnie odebrane rodzicom walczącym przeciw władzy, np. powstańcom. [przypis edytorski]
47. raskolnicy (z ros.) — dosł: rozłamowcy; dawne, pejoratywne określenie staroobrzędowców, starowierców, wyznania powstałego wskutek rozłamu (cs. raskoł) w Rosyjskim Kościele Prawosławnym, spowodowanego reformą liturgiczną patriarchy Nikona z lat 1652–1656. Starowiercy nie uznali reformy, zostali potępieni jako heretycy i pozbawieni praw obywatelskich, władze Rosji prowadziły ich masowe prześladowania; pełnię praw obywatelskich uzyskali dopiero w 1905. [przypis edytorski]
48. dieńszczyk (ros.) — w dawnym wojsku rosyjskim: ordynans, żołnierz przydzielony do obsługi oficera. [przypis edytorski]
49. wasze wysokobłagorodie (ros.) — wielmożny panie; tytuł stosowany w carskiej armii przy zwracaniu się do oficerów od kapitana do pułkownika włącznie. [przypis edytorski]
50. Don Juan — legendarny uwodziciel, XVI-wieczny szlachcic hiszpański, bohater licznych oper i dramatów; pot.: uwodziciel, entuzjasta przygód miłosnych. [przypis edytorski]
51. lowelas — uwodziciel; od imienia bohatera romansu Richardsona Historia Clarissy Harlowe (1748). [przypis edytorski]
52. słoboda (hist.) — osada na Ukrainie lub w Rosji zamieszkiwana przez wolną ludność. [przypis edytorski]
53. wietkowcy — XVIII-wieczna wspólnota prawosławnych staroobrzędowców zamieszkująca lasy w regionie m. Starodub (w ob. obwodzie briańskim, graniczącym z Białorusią i Ukrainą). [przypis edytorski]
54. dialektyk — tu: biegły w sztuce dyskutowania. [przypis edytorski]
55. sybirka — część odzieży używanej na Syberii: niebieski lub czarny ocieplany dwurzędowy płaszcz z grubego materiału, krótki kaftan ze stójką albo czapka z nausznikami. [przypis edytorski]
56. pielmeni — rodzaj rosyjskich pierogów z dość luźnym farszem mięsnym. [przypis edytorski]
57. pryncypał (przestarz.) — szef, zwierzchnik. [przypis edytorski]
58. gefrajter — stopień wojskowy w armiach państw niemieckojęzycznych, a także w armii rosyjskiej, odpowiednik starszego szeregowego. [przypis edytorski]
59. imać się — chwytać się; brać się za coś; zajmować się czymś. [przypis edytorski]
60. brać kogoś na fundusz (daw.) — drwić, kpić z kogoś. [przypis edytorski]
61. panewka — w dawnej broni palnej zagłębienie w tylnej części lufy, na które sypano proch; skrzesana przez strzelającego iskra padała na proch, który zapalał się i przenosił ogień dalej, przez zapał (otwór prowadzący do lufy) do ładunku umieszczonego w lufie, powodując jego odpalenie. Wskutek niedoskonałości technologicznej dawnej broni palnej często proch wypalał się na panewce, nie powodując wystrzału. [przypis edytorski]
62. Cztery tysiące pałek przeszedłem — buntownikom w carskim wojsku wymierzano karę chłosty grubymi, długimi kijami; skazaniec był prowadzony pomiędzy dwoma szeregami żołnierzy i bity z obu stron. [przypis edytorski]
63. herkulesowy — taki jak u Herkulesa, mitycznego starożytnego bohatera słynącego z nadludzkiej siły i dokonania wielu niezwykłych czynów. [przypis edytorski]
64. Nerczyńsk — miasto w azjatyckiej części Rosji, 600 km na wsch. od jeziora Bajkał; od 1826 do 1917 kolonia katorżnicza, gdzie więziono m.in. dekabrystów, powstańców polskich z 1831 i 1863 oraz narodników. [przypis edytorski]
65. bat’ka (ros.) — ojczulek. [przypis edytorski]
66. durak (ros.) — głupiec. [przypis edytorski]
67. kopyto — tu: drewniana forma, na której szewc robi buty. [przypis edytorski]
68. fanfaron — osoba zarozumiała, pyszałek. [przypis edytorski]
69. przez strój — z ros. сквозь строй: przez szereg. [przypis edytorski]
70. sztof (ros.) — miara płynów, butelka o pojemności 1 litra. [przypis edytorski]
71. suchoty (daw.) — gruźlica, niebezpieczna choroba płuc, dawniej często śmiertelna. [przypis edytorski]
72. ataman — kozacki przywódca. [przypis edytorski]
73. mefityczny (z łac. mephiticus) — duszący, cuchnący. [przypis edytorski]
74. tri lista (ros.) — trzy karty, nazwa prostej gry hazardowej, w której zwykle biorą udział cztery osoby. [przypis edytorski]
75. Lezgini — kaukaska grupa etniczna żyjąca w płd.-wsch. Dagestanie; w XIX w. podbici przez Rosję. [przypis edytorski]
76. Czuchna a. Czuchońcy — dawna rosyjska nazwa ludności fińskiej, zamieszkującej okolice Sankt Petersburga. [przypis edytorski]
77. krasawica — piękność, piękna kobieta. [przypis edytorski]
78. Miałem rosyjski przekład Nowego Testamentu, książkę niezabronioną w ostrogu — osobom skazanym za przestępstwa polityczne zarządzenie centralne zakazywało wszelkich książek poza religijnymi. [przypis edytorski]
79. Kazanie na Górze — zawarty w Ewangelii Mateusza (rozdz. 5–7) zbiór powiedzeń i nauk przypisywanych Jezusowi, streszczających jego nauczanie moralne; jedną z jego najbardziej znanych części jest tzw. Osiem błogosławieństw. [przypis edytorski]
80. Isa — arabskie i muzułmańskie imię Jezusa, uznawanego w islamie za jednego z proroków. [przypis edytorski]
81. Isa [Jezus] zrobił z gliny ptaka, tchnął w niego i ptak poleciał... — cud wzmiankowany w trzeciej i piątej surze Koranu, opisany także w Ewangelii Dzieciństwa Tomasza, chrześcijańskim tekście z II w., opowiadającym o cudach, jakich dokonał Jezus w dzieciństwie. [przypis edytorski]
82. Gogol, Nikołaj (1809–1852) — rosyjski pisarz, publicysta; sięgał po groteskę i fantastykę; jego satyryczna twórczość miała wpływ na rozwój realizmu krytycznego; autor m.in. komedii Rewizor (1836), powieści Martwe dusze (1842) oraz dzieła Taras Bulba (1835; 1842), powieści o Kozakach zaporoskich podczas konfliktu kozacko-polskiego. [przypis edytorski]
83. na posielenie (ros. на поселение: na osiedlenie) — tu domyślnie: zesłanie na osiedlenie, przymusowe osiedlenie na Syberii lub w innym odległym rejonie cesarstwa rosyjskiego. [przypis edytorski]
84. obstalunek — zamówienie, zlecenie wykonania czegoś. [przypis edytorski]
85. wiorsta — dawna rosyjska jednostka długości, nieco ponad kilometr. [przypis edytorski]
86. etap (daw.) — miejsce postoju w czasie podróży; w carskiej Rosji: miejsce z barakami noclegowymi, gdzie przetrzymywano eskortowanych na Syberię skazańców po dniu podróży. [przypis edytorski]
87. Zwód praw Imperium Rosyjskiego (Свод законов Российской империи) — kodeks prawa karnego i cywilnego w Imperium Rosyjskim, obowiązujący od 1835. [przypis edytorski]
88. wzdłuż po katordze — ros. вдоль по каторге, oznaczające katorgę bezterminową, dożywotnią. [przypis edytorski]
89. denuncjacja — doniesienie władzom o popełnieniu przez kogoś wykroczenia. [przypis edytorski]
90. Quasimodo — postać literacka, bohater powieści Victora Hugo Katedra Marii Panny w Paryżu: dzwonnik z Notre-Dame, uosobienie zniekształcenia i brzydoty. [przypis edytorski]
91. Briułłow, Karł Pawłowicz (1799–1852) — malarz rosyjski, przedstawiciel klasycyzmu i romantyzmu, autor obrazów historycznych, wybitny portrecista; profesor petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. [przypis edytorski]
92. blin — cienki placek, naleśnik. [przypis edytorski]
93. pantalony (z fr., daw.) — dziś: spodnie. [przypis edytorski]
94. trzaska — mały, odłupany kawałek drewna, używany zazwyczaj na podpałkę. [przypis edytorski]
95. Zdawało się, że za cel życia obrała sobie udzielanie pomocy zesłanym do Syberii... — autor ma tu zapewne na myśli politycznych przestępców. [przypis tłumacza]
96. bordiura (z fr.) — dekoracyjne obramowanie. [przypis edytorski]
97. chachłacki — Chachłami nazywają Rosjanie Małorusinów [tj. Ukraińców; red. WL]. [przypis tłumacza]
98. Tuła — miasto w europejskiej części Rosji, ok. 200 km na płd. od Moskwy; w XIX w. ośrodek jubilerstwa oraz produkcji samowarów. [przypis edytorski]
99. Połtawa — miasto w środkowo-wsch. części Ukrainy. [przypis edytorski]
100. pampuszki a. pampuchy — placki drożdżowe gotowane na parze. [przypis edytorski]
101. kwarantanna — tu: ogrodzony budynek, w którym trzymano więźniów z jakiegokolwiek powodu odizolowanych od reszty. [przypis edytorski]
102. szpunt — kołek zatykający otwór w beczce; pić ze szpuntu: pić bezpośrednio z beczki. [przypis edytorski]
103. grać na balandrasie (reg. ros.) — bajać, paplać, mleć językiem. [przypis edytorski]
104. powodyr (ros.) — przewodnik. [przypis edytorski]
105. kontent (przestarz., z łac.) — zadowolony. [przypis edytorski]
106. Małorusin (daw.) — Ukrainiec. [przypis edytorski]
107. pionier — szeregowiec saperskich wojsk inżynieryjnych w armii rosyjskiej w XVIII–XIX w. [przypis edytorski]
108. hreczuszek — placek gryczany; w oryg. гречневик: chleb gryczany w kształcie ściętego stożka. [przypis edytorski]
109. niepodobieństwo (daw.) — coś niemożliwego a. nieprawdopodobnego. [przypis edytorski]
110. padlec (ros.) — łajdak. [przypis edytorski]
111. sążeń — dawna jednostka długości, tu: sążeń rosyjski, wynoszący 2,13 m. [przypis edytorski]
112. Napoleon III Bonaparte (1808–1873) — bratanek Napoleona I, od 1848 prezydent Francji, w 1851 dokonał przewrotu, w 1852 ogłosił się cesarzem; w lipcu 1870 wypowiedział wojnę Prusom, w bitwie pod Sedanem (1 września 1870) skapitulował i oddał się wraz ze swą stutysięczną armią do niewoli, co stało się bezpośrednią przyczyną jego detronizacji oraz proklamowania III Republiki. [przypis edytorski]
113. antypoda — człowiek zamieszkujący obszar położony po przeciwnej stronie kuli ziemskiej względem kogoś innego. [przypis edytorski]
114. La Vallière, Louise de (1644–1710) — faworyta króla Francji Ludwika XIV; jednym z głównych wątków powieści przygodowej A. Dumasa Wicehrabia de Bragelonne (1847–1850) jest nieszczęśliwa miłość tytułowego bohatera do Luisy de La Vallière, która chce zostać dwórką króla. [przypis edytorski]
115. zakon (daw.) — prawo, powinność religijna a. prawna; wiara, religia. [przypis edytorski]
116. kunsztyk (daw.) — dzieło sztuki, majstersztyk; sztuczka, żart. [przypis edytorski]
117. akselbant — sznur galowy, ozdobny pleciony sznur naramienny, będący częścią stroju wojskowego. [przypis edytorski]
118. Fiłatka i Miroszka współzawodnicy, czyli czterech panów młodych i jedna panna młoda — popularny wodewil rosyjskiego aktora i dramaturga Piotra Grigoriewicza Grigoriewa (1807–1854), wystawiany w petersburskim Teatrze Aleksandryjskim. [przypis edytorski]
119. capstrzyk — w wojsku: ustalony sygnał wzywający na apel wieczorny lub do udania się na spoczynek. [przypis edytorski]
120. Aj-da maładiec! (ros.) — O tak, zuch! [przypis edytorski]
121. kuplet — żartobliwa, satyryczna piosenka o budowie zwrotkowej z wyrazistym refrenem, występująca jako element wodewilu i operetki a. samodzielna forma kabaretowa. [przypis edytorski]
122. „Sieni, moje sieni” — tradycyjna rosyjska pieśń ludowa o dziewczynie, której ojciec zabrania widywać się z ukochanym. [przypis edytorski]
123. Leporello — postać z opery Mozarta Don Giovanni: lokaj i powiernik Don Juana. [przypis edytorski]
124. konfidencjonalnie (z łac.) — poufale, z zażyłością; w zaufaniu. [przypis edytorski]
125. kamaryńska (ros. камаринская) — skoczna rosyjska ludowa piosenka taneczna; także taniec do niej. [przypis edytorski]
126. Glinka, Michaił Iwanowicz (1804–1857) — rosyjski kompozytor; jako pierwszy zyskał szerokie uznanie w swoim kraju, uważany za twórcę narodowej opery rosyjskiej, łączącej tradycyjny folklor Rusi z nowymi prądami muzycznymi zachodniej Europy; autor m.in. powstałej na podstawie pieśni ludowej popularnej uwertury symfonicznej Kamarynskaja (1848), która stała się wzorem dla kolejnych kompozytorów szkoły rosyjskiej. [przypis edytorski]
127. wrzeciono — proste narzędzie do ręcznego przędzenia, w formie wałka zaostrzonego na obu końcach. [przypis edytorski]
128. bramin — kapłan i uczony w religii bramińskiej w Indiach. [przypis edytorski]
129. okajannyj, okajannyj — wyrażenie cerkiewne, które oznacza tyle, co przeklęty, nieszczęsny, nędzny. [przypis tłumacza]
130. przęślica — drążek do zamocowania kądzieli, czyli pęku włókien lnianych, konopnych lub wełnianych, z którego prządka wysnuwała pasma i skręcała w nić. [przypis edytorski]
131. „Słońce na zachodzie, czas stracony” — popularna wśród rosyjskiego ludu piosenka z tekstem Mitrofanowa z 1799. [przypis edytorski]
132. jakiegoś paszportu, z którym można wszędzie mieszkać — w Imperium Rosyjskim funkcjonowały paszporty wewnętrzne, uprawniające do wyjazdu poza granice swojej jednostki administracyjnej. [przypis edytorski]
133. diak — pomocnik księdza w kościele prawosławnym, śpiewak liturgiczny i nauczyciel w szkółce parafialnej. [przypis edytorski]
134. epolety — naramienniki munduru wojskowego. [przypis edytorski]
135. lulka (daw., z ros.) — fajka. [przypis edytorski]
136. jurta — namiot u koczujących ludów syberyjskich. [przypis tłumacza]
137. bajgusz — żebrak, Kirgiz zubożały. [przypis tłumacza]
138. lewizor — popr.: rewizor, urzędnik dokonujący kontroli. [przypis edytorski]
139. protopop — starszy duchowny prawosławny. [przypis edytorski]
140. kamerdyn — popr.: kamerdyner, osobisty służący pokojowy pana. [przypis edytorski]
141. cygan — tu zapewne w znaczeniu: oszust; określenie to, zarówno w języku polskim, jak i rosyjskim, w sposób stereotypowy i krzywdzący łączy przynależność do grupy etnicznej (Cyganie) z zachowaniami przestępczymi (oszustwo). [przypis edytorski]
142. drużok (ros. pot.) — koleżka; kumpel. [przypis edytorski]
143. prewoschoditielstwo (ros.) — ekscelencja; honorowy tytuł wysokich urzędników państwowych, wg tabeli rang Imperium Rosyjskiego przysługujący generałom i urzędnikom cywilnym III i IV klasy. [przypis edytorski]
144. gniadosz — koń o brązowej sierści, z czarną grzywą i czarnym ogonem. [przypis edytorski]
145. przed samym św. Piotrem — przed kalendarzowym świętem św. Piotra, w liturgii prawosławnej obchodzonym 29 stycznia. [przypis edytorski]
146. wist — dawna gra w karty podobna do brydża, popularna w XVIII i XIX w. [przypis edytorski]
147. aplomb (daw.) — pewność siebie. [przypis edytorski]
148. kultiapa — w ludowym narzeczu oznacza człowieka bez rąk, bez palców, kalekę. [przypis tłumacza]
149. kahał (z hebr.: zgromadzenie) — żydowska gmina wyznaniowa a. rada zarządzająca tą gminą. [przypis edytorski]
150. czerepek (daw.) — naczynie gliniane kiepskiej jakości a. potłuczone. [przypis edytorski]
151. feldfebel (z niem.) — stopień podoficerski, sierżant. [przypis edytorski]
152. Antypka a. Antypka bezpięty — w wierzeniach rosyjskich jedno z imion diabła, siły nieczystej; zniekształcone „Antychryst”, dla uniknięcia wypowiadania prawdziwego imienia, które mogłoby przywołać diabła. [przypis edytorski]
153. Je hais ces brigands (fr.) — nienawidzę tych bandytów. [przypis edytorski]
154. sotnia (ros.) — setka czegoś; oddział wojskowy złożony pierwotnie ze stu ludzi. [przypis edytorski]
155. raspiekancja (ros. pot.) — surowa nagana. [przypis edytorski]
156. zaczynszczyk (ros.) — podżegacz. [przypis edytorski]
157. bumaga (z ros.) — papier. [przypis edytorski]
158. otczestwo (ros.) — imię odojcowskie, w języku rosyjskim umieszczane pomiędzy imieniem a nazwiskiem, np. Iwan Aleksandrowicz (tj. syn Aleksandra) Chlestakow; używane razem z imieniem przy zwracaniu się z szacunkiem do innej osoby lub mówieniu o niej, np. „Iwanie Aleksandrowiczu”. [przypis edytorski]
159. Order Świętej Anny — order carski przyznawany w Imperium Rosyjskim; od 1831 na przedostatnim miejscu w hierarchii orderowej; dzielił się na cztery klasy. [przypis edytorski]
160. Oprócz tych trzech Rosjan, innych ze stanu szlacheckiego przebywało w moich czasach w ostrogu ośmiu ludzi — Jak widać z różnych wskazówek rozrzuconych po wspomnieniach, autor mówi tu o Polakach. Patrz uwagę przy końcu rozdziału. [przypis tłumacza]
161. jezuicki — właściwy jezuitom, taki jak u nich; jezuici: męski zakon katolicki, istniejący, aby bronić Kościoła katolickiego przed reformacją; jezuitom przypisywano zakłamanie, przewrotność i bezwzględność, stosowanie zasady, że cel uświęca środki. [przypis edytorski]
162. U-gorsk — Ust-Kamienogorsk, miasto w Azji, nad rzeką Irtysz. [przypis edytorski]
163. trzydzieści pięć lat temu, zjawiło się na Syberii naraz mnóstwo zesłanej szlachty — autor po raz pierwszy drukował Wspomnienia w r. 1861; 35 lat przedtem był rok 1826, w którym zesłano wielu dekabrystów do Syberii. [przypis tłumacza]
164. wiadomej kategorii przestępców — to jest politycznych. [przypis tłumacza]
165. dekabryści — grupa rosyjskich rewolucjonistów szlacheckich, którzy wzniecili nieudane antycarskie powstanie 26 grudnia 1825. [przypis edytorski]
166. ja z łaski Bożej... — Wyrażenie dosłowne, którego zresztą w moich czasach używał nie sam major, ale i wielu innych mniejszych komendantów, szczególnie ci, co wyszli z warstw niższych. [przypis autorski]
167. horodniczy — w państwie rosyjskim od 1775 do 1862: naczelnik władzy administracyjnej i policyjnej miasta powiatowego. [przypis edytorski]
168. Drukowane obecnie w „Nowej Reformie” „Wspomnienia Sybiraka” — pamiętniki J. Bogusławskiego, ukazujące się w odcinkach od października do grudnia 1896 w krakowskim dzienniku „Nowa Reforma”. [przypis edytorski]
169. Żochowski, Józef (1801–1851) — profesor matematyki na Uniwersytecie Warszawskim; za swoje rewolucyjne przemówienie w 1848 został skazany na śmierć; wyrok zamieniono na 10 lat katorgi. [przypis edytorski]
170. Józef Tokarzewski — chodzi jednak o Szymona Tokarzewskiego (1823–1890), który za udział w spisku księdza Ściegiennego i powstaniu roku 1846 został aresztowany, skazany na 10 lat katorgi; w 1857 dzięki amnestii z okazji objęcia tronu przez Aleksandra II powrócił do kraju; w 1862 został powtórnie aresztowany za udział w ruchu patriotycznym i zesłany na katorgę, skąd powrócił w 1883 na mocy amnestii związanej z wstąpieniem na tron Aleksandra III; łącznie spędził w więzieniach, na katordze i na wygnaniu 37 lat życia; jego wspomnienia zostały wydane drukiem już po jego śmierci. [przypis edytorski]
171. Mirecki, Aleksander (ur. ok. 1820) — inżynier; w 1846 skazany na 10 lat katorgi „za udział w spisku”, tj. za udział w przygotowaniach trójzaborowego powstania roku 1846. [przypis edytorski]