Kopalnie diamentów
Niedługo potem zdarzyła się rzecz, budząca powszechne podniecenie. Nie tylko Sara, ale i cała szkoła uznała ją za nader ciekawą i uczyniła z niej główny temat rozmowy na parę tygodni. Oto w jednym ze swych listów kapitan Crewe opowiedział niebywale interesującą historię. Jeden z jego przyjaciół, który kolegował z nim jeszcze w ławie szkolnej, przybył niespodziewanie do Indii, aby go odwiedzić. Był on właścicielem znacznego obszaru ziemskiego, na którym znajdowano diamenty, i właśnie przystąpił do organizowania kopalni. O ile by spełniły się wszystkie jego przewidywania, mógł w krótkim czasie dojść do tak ogromnego majątku, że na samą myśl o nim już człowiekowi mąciło się w głowie. Ponieważ zaś żywił dla swego druha z lat chłopięcych uczucie gorącej przyjaźni, więc dawał mu sposobność do udziału w tych olbrzymich skarbach, czyniąc go powiernikiem i wspólnikiem swego przedsięwzięcia. Tyle przynajmniej Sara zdołała wyrozumować z listu swojego ojca. Gdyby szło o jakieś inne przedsiębiorstwo, choćby najbardziej zyskowne, na pewno i ona sama, i jej towarzyszki nie zainteresowałyby się zbytnio tą wiadomością; jednak wyrażenie kopalnie diamentów do tego stopnia przypominało opowiadania z Tysiąca i jednej nocy, że nikt nie mógł pozostać obojętnym. Sara była nim wprost oczarowana. Poczęła rozsnuwać przed Lottie i Ermengardą obrazy krętych korytarzy w głębi ziemi, gdzie błyszczące kamienie zdobiły zarówno ściany, jak i strop i podłogę, skąd wyrąbywali je czarni, dzicy ludzie ciężkimi żelaznymi kilofami. Ermengarda była zachwycona tą opowieścią, a Lottie co wieczór nalegała, żeby powtarzać jej wszystko od początku do końca. Jedynie Lawinia wzruszała ramionami i zwierzała się Jessie, że nie wierzy w istnienie kopalni diamentów.
— Moja mamusia ma pierścionek z diamentem, który kosztuje czterdzieści funtów, choć wcale nie jest wielki. Gdyby istniały kopalnie pełne diamentów, wszyscy ludzie staliby się bogaci aż do zbytku.
— Może Sara stanie się bogatą aż do zbytku — zaśmiała się Jessie.
— Ona i tak już w zbytkach się wychowała, choć nie jest bogata — fuknęła Lawinia.
— Zdaje mi się, że jej zazdrościsz — rzekła Jessie.
— O nie, wcale nie! — warknęła Lawinia. — Ale nie wierzę w te kopalnie diamentów.
— No, przecież ludzie muszą je skądś dobywać — odparła Jessie, po czym znów zaśmiała się: — A co myślisz o tym, co mówiła Gertruda?
— Nie wiem, co mówiła... i nie chcę słuchać, jeżeli to dotyczyło Sary.
— A właśnie dotyczy. Jednym z jej urojeń jest to, jakoby była księżniczką. Odgrywa wciąż jej rolę — nawet w klasie. Mówi, że to jej pomaga do lepszego wyuczenia się lekcji. Chciałaby i z Ermengardy zrobić księżniczkę, ale Ermengarda odpowiada, że jest do tego za gruba.
— Bo też jest za gruba — potwierdziła Lawinia. — A Sara za chuda!
Jessie roześmiała się znowu.
— Ona mówi, że to nie ma nic do rzeczy, jak kto wygląda lub czym się odznacza, bo ważniejsze jest to, co się robi lub co się myśli.
— Coś mi się zdaje, że nawet gdyby była żebraczką, jeszcze by się jej roiło37, iż może być księżniczką — odpowiedziała Lawinia. — Wiesz co? Będziemy ją odtąd nazywały Jej Książęcą Mością.
Gdy skończyły się wszystkie lekcje tego dnia, dziewczynki zasiadły przed kominkiem w sali szkolnej i zabawiały się, jak tylko mogły. W tym samym czasie miss Minchin i miss Amelia jadły podwieczorek w pokoiku, do którego nikt prócz nich dwóch nie miał wstępu. O tej godzinie wiodły zawsze długą poufną rozmowę, zwłaszcza o ile nie przeszkadzał im w tym hałas młodszych uczennic, co (trzeba stwierdzić) zdarzało się nader często; w takich wypadkach jednak zazwyczaj wdawały się w to starsze uczennice i dopiero gdy ich łajania lub rękoczyny nie odnosiły skutku, pojawiała się w drzwiach miss Minchin lub miss Amelia i kładła tamę swawoli. Właśnie gdy Lawinia kończyła swe słowa, drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Sara, za którą — niby mały piesek — dreptała nieodstępna Lottie.
— Już ona tu przylazła z tym nieznośnym dzieciakiem! — syknęła Lawinia. — Skoro ona tak lubi tę małą, to czemu jej nie trzyma w swoim pokoju? Tylko patrzeć, jak się ta płaksa rozbeczy!
Właśnie zdarzyło się, że Lottie ni stąd, ni zowąd zapragnęła bawić się w sali szkolnej i wyprosiła u swej przybranej matki, żeby zabrała ją tam z sobą. Przyłączyła się do gromadki najmłodszych dziewczynek, bawiących się w kącie, natomiast Sara usiadła na ławce pod oknem, otworzyła książkę i zaczęła czytać. Była to książka o rewolucji francuskiej. Niebawem całą uwagę Sary pochłonęło opowiadanie o losach więźniów Bastylii, którzy tak długie lata spędzili w ciemnicy, że gdy ich stamtąd wyzwolono, mieli twarze całkowicie zasłonięte długim, siwym zarostem i już wcale nie pamiętali, jak wygląda świat zewnętrzny, ale byli podobni do ludzi pogrążonych we śnie...
Czytając to, tak daleko odbiegła od sali szkolnej, że doznała przykrego uczucia, gdy nagle głośny płacz Lottie przywołał ją znów do rzeczywistości. Nigdy nie było jej trudniej zapanować nad sobą, jak wtedy, gdy ktoś przerwał jej marzenia.
— Mam wtedy takie uczucie, jakby mnie ktoś nagle uderzył — zwierzyła się pewnego razu Ermengardzie. — We mnie natychmiast budzi się chętka, by odwzajemnić się za to uderzenie... i muszę sobie wszystko prędko przypomnieć, by powstrzymać się od powiedzenia jakiegoś niegrzecznego słówka.
Okazało się, że Lottie ślizgała się po posadzce szkolnej, wskutek czego najpierw pobudziła do gniewu Lawinię i Jessie, a następnie upadła i stłukła sobie tłuste kolanko. Zaczęła więc krzyczeć wniebogłosy i podrygiwać na jednej nóżce, budząc na przemian to współczucie, to nagany ze strony koleżanek.
— Ucisz mi się natychmiast, ty bekso! Ucisz się natychmiast! — łajała ją Lawinia.
— Ja nie jestem beksą... wcale nie! — kwiliła Lottie. — Saro! Saro!
— Jeżeli nie przestanie ryczeć, miss Minchin ją usłyszy i będzie się gniewała! — zawołała Jessie. — Lottie, moja droga, nie płacz. Dam ci pensa!
— Nie chcę twojego pensa — załkała Lottie i ujrzawszy kropelkę krwi na kolanie, wybuchnęła nowym płaczem.
Sara przebiegła przez pokój i uklęknąwszy na ziemi, przytuliła do siebie dziecinę.
— Ależ, Lottie — odezwała się do niej. — Przecież mi obiecałaś...
— Ona powiedziała, że ja jestem beksą! — rozbeczała się Lottie.
Sara pogłaskała ją, ale przemówiła do niej głosem stanowczym, który Lottie znała tak dobrze:
— Bo też będziesz nią naprawdę, gdy będziesz tak wciąż płakała, moja Lottie. Przecież obiecałaś...
Lottie pamiętała o swojej obietnicy, mimo to wolała znów głos podnieść:
— Ja nie mam mamusi!... ja wcale nie mam mamusi.
— Owszem, masz — rzekła Sara pogodnie. — Czy już zapomniałaś? Czy nie wiesz o tym, że Sara jest twoją mamusią? Czy nie chcesz, żeby Sara była twoją mamusią?
Lottie przygarnęła się do niej, chlipiąc cichutko.
— Chodź i usiądź ze mną przy oknie — mówiła dalej Sara. — Opowiem ci bajkę.
— Opowiesz? — zapiszczała Lottie. — Opowiesz mi... o kopalniach diamentów?!
— O kopalniach diamentów? — oburzyła się Lawinia. — Ach ty mała rozpustnico, jak chętnie bym cię obiła!
Sara zerwała się szybko na równe nogi. Należy sobie przypomnieć, że przerwano jej tak zajmującą lekturę o zdobyciu Bastylii — że musiała nagle oderwać się od książki i pospieszyć z pomocą przybranemu dziecku — a wreszcie, że nie była aniołem i że nie czuła zbyt wielkiej sympatii dla Lawinii.
— No, no! — zawołała, zapalając się. — Ja zaś miałabym wielką chętkę obić ciebie... ale nie myślę cię bić! — dodała, hamując uniesienie. — Nie jesteśmy przecież dziećmi z ulicy. Jesteśmy już na tyle dorosłe, by umieć się lepiej sprawować!
Lawinia natychmiast wyzyskała nadarzającą się jej sposobność:
— Wasza książęca mość ma rację — odezwała się z przekąsem. — Podobno jesteśmy księżniczkami... przynajmniej jedna z nas. Nasza szkoła powinna odznaczać się dobrym tonem, skoro pomiędzy uczennicami ma księżniczkę.
Sara rzuciła się ku niej — i miało się wrażenie, że chce jej porządnie natrzeć uszu. Skłonność do rojeń była radością jej życia — o której nigdy nie rozmawiała z dziewczynkami, których nie lubiła. Jej nowe urojenie — o tym, jakoby była księżniczką — było aż nazbyt bliskie jej sercu, więc była na tym punkcie nader drażliwa i nieśmiała, uważała je niemal za tajemnicę; toteż bardzo ją dotknęło, że Lawinia ośmieliła się ośmieszać ją w tym względzie wobec całej niemal szkoły. Zaszumiało jej w uszach, a na policzki wystąpił silny rumieniec. Powstrzymała się jednakże w porę. „Księżniczka nie powinna unosić się złością” — przemknęło jej przez myśl. Opuściła rękę i przez chwilę nie mówiła ani słowa. Następnie wzniosła głowę i przemówiła głosem stanowczym i spokojnym, tak iż wszyscy mogli ją słyszeć:
— Tak, to prawda! Czasami wyobrażam sobie, że jestem księżniczką. Mogę więc i na to się zdobyć, by zachować się jak księżniczka.
Lawinia nie po raz pierwszy przekonała się, że nie potrafi dać Sarze trafnej odpowiedzi. Przyczyna zaś leżała w tym, że ogół przysłuchujących się dziewczynek zawsze jakby brał stronę jej przeciwniczki. I teraz Lawinia widziała, że wszystkie nadstawiają uszek z zainteresowaniem; wszystkie bowiem miały słabość do księżniczki i spodziewały się, że usłyszą o jednej z nich coś więcej, niż dotąd słyszały. Zaczęły więc skupiać się dokoła Sary.
Koniec końców, Lawinia zdobyła się na jedną tylko uwagę, która zresztą wypadła bladawo:
— Wiesz co, moja droga? Gdy wstąpisz na tron, nie powinnaś o nas zapominać.
— Nie zapomnę — odpowiedziała Sara i na tym ucięła rozmowę, wpatrując się spokojnie w Lawinię, której nie pozostało nic innego jak wziąć Jessie pod ramię i wyjść z sali.
Od tego czasu te dziewczynki, które jej zazdrościły, nazywały ją księżniczką Sarą, gdy chciały okazać jej szczególną wzgardę, natomiast te, które ją lubiły, nadawały jej pomiędzy sobą to miano na znak swego przywiązania. Nikt wprawdzie nie wołał na nią „księżniczko” zamiast „Saro”, ale jej wielbicielki wielce radowała barwność i wspaniałość tego tytułu, a miss Minchin, posłyszawszy to nazwanie, napomknęła o nim kilkakrotnie wobec odwiedzających ją gości, zdając sobie sprawę z tego, że rzecz taka dodawała splendoru jej szkole.
Becky uważała ów tytuł za rzecz najsłuszniejszą w świecie. Znajomość, zawarta w ów mglisty dzień, gdy mała posługaczka obudziła się ze strachem w wygodnym fotelu Sary, trwała nadal i stawała się coraz bardziej zażyła, choć miss Minchin i miss Amelia nic prawie o tym nie wiedziały. Zauważyły wprawdzie, że Sara była grzeczna dla posługaczki, ale nie doszła do nich nawet głucha wieść o tych z trudem wydartych chwilach, gdy Becky, błyskawicznie uporawszy się ze sprzątaniem górnych pokojów, wkraczała do pokoju Sary, składając z westchnieniem ulgi ciężką paczkę węgli na ziemię. W owych chwilach powiastki szły za powiastkami, jak na zamówienie, a różne smakołyki wędrowały bądź do ust Becky, bądź do jej kieszeni jako zapas na noc, którą posługaczka spędzała w swym łóżku na poddaszu.
— Ale muszę je ostrożnie zjadać, prosę panienki — odezwała się pewnego razu — bo kiej ostawię okrusyny, zaro wyłazom scury, żeby je pożreć.
— Szczury! — zawołała Sara w przerażeniu. — To tam są szczury?
— Juści, całe gromady, panienko — odpowiedziała Becky takim głosem, jakby mówiła o rzeczy najzwyklejszej w świecie. — Na strychach zawdy bywo wiela scurów i mysów. Cłek się ta w końcu przyzwycai do hałasu, który one robiom. Ja to się tak przyzwycaiłam, ze sobie z nich nic nie robie, póki mi nie zacnom biegać po podusce.
— Och! — zawołała Sara.
— Cłek się do wsyćkiego przyzwycai w cas jakisik — mówiła dalej Becky. — I panienka pewnikiem by sie przyzwycaiła, kieby się urodziła pomywackom. A ja wolę scury nizeli karaluchy.
— I ja bym też wolała — odpowiedziała Sara. — Zdaje mi się, że prędzej bym się pogodziła ze szczurem niż z karaluchem.
Czasami Becky nie odważała się pozostawać dłużej niż parę minut w jasnym i ciepłym pokoju; w takich razach dziewczynki wymieniały między sobą tylko parę słów, po czym małe zawiniątko wędrowało do staroświeckiej torebki, którą Becky nosiła pod fartuchem, przywiązaną do pasa kawałkiem tasiemki. Szukanie i wynajdowanie różnych smakołyków, które można było zapakować w małym zawiniątku, dodawało życiu Sary nowego uroku. Ilekroć wychodziła lub wyjeżdżała na spacer, zawsze rozglądała się skwapliwie po wystawach sklepowych. Gdy po raz pierwszy przyniosła do domu parę pierożków z mięsem, zrozumiała, że teraz dopiero odkryła to, co potrzeba; gdy je wydobyła, oczy Becky zajaśniały radością:
— Ach, panienko! — zamruczała. — To-to bedzie i smacne i pozywne! Najlepse to, jak sie cłek moze pozywić. Ciastko z kremem to dobra rzec, ale sie tak rozpływo, jak... panienka pewnie wi, co chcę powiedzieć. A to, co mi tera panienka przyniesła, to dopiero cłek pocuje w zołądku.
— No, no! — zawahała się Sara. — Nie wiem, czy ci to wyjdzie na zdrowie, jeżeli będziesz wciąż coś czuła w żołądku... ale sądzę, że się tym pożywisz.
Istotnie była to rzecz pożywna — podobnie jak kanapki z polędwicą, kupione w bufecie restauracyjnym — jak zawijane zrazy i serdelki. Z czasem Becky zaczęła się pozbywać uczucia głodu i zmęczenia, a paczka z węglami już jej się nie wydawała tak nieznośnie ciężka.
Dotychczas Becky prawie nie wiedziała, co to śmiech; nie nastrajało ją do radości jej smutne i ciężkie życie. Sara nauczyła ją śmiać się i śmiała się razem z nią; a chociaż żadna z nich nie zdawała sobie z tego sprawy, ten śmiech był równie pożywny, jak pierożki z mięsem.
Na parę tygodni przed dniem jedenastych urodzin Sary, nadszedł od ojca list, jakiś odmienny w tonie — nie nacechowany tą chłopięcą radością i ufnością, jaka dźwięczała w listach poprzednich. Ojciec czuł się jakoś niedobrze i najwidoczniej był przemęczony nawałem spraw związanych z kopalniami diamentów.
— Wiesz przecie, moja kochana — pisał — że twój tatuś nie jest wcale człowiekiem do interesów, a wszelkie rachunki, obliczenia i urzędowe sprawy nużą go niewypowiedzianie, bo nie rozumie ich należycie i wydają mu się ogromne, ponad ludzką miarę. Być może, że gdyby nie trawiła mnie gorączka, nie przewracałbym się bezsennie z boku na bok przez połowę nocy, a drugiej połowy nie spędzałbym w niespokojnych snach. I jestem pewny, że gdyby moja mała jejmość była tu przy mnie, nie omieszkałaby mi udzielić jakiejś poważnej i pożytecznej rady. Prawda, moja mała jejmość?
Jednym z wielu żartów kapitana było nadawanie córce tytułu małej jejmości, a to ze względu na jej poważne, przypominające dorosłą osobę, usposobienie.
W związku z nadchodzącym dniem urodzin Sary, ojciec poczynił niezwykłe przygotowania; między innymi zamówił w Paryżu nową lalkę, której strój miał być istnym cudem doskonałości. Odpisując na list, w którym ojciec zapytywał, czy ten prezent odpowiada jej życzeniom, Sara okazała się znów wielką dziwaczką. Oto co napisała:
— Jestem prawie dorosła, więc już nigdy w życiu nie otrzymam lalki. Ta lalka będzie ostatnią w moim życiu. Jak uroczyście brzmią te słowa! Gdybym umiała pisać wiersze, na pewno napisałabym piękny poemat pt. Ostatnia lalka. Ale nie umiem pisać wierszy; próbowałam, ale próba wypadła bardzo nieudolnie i zgoła nie przypominała wierszy Wattsa, Coleridge’a, ani Szekspira. Wiem, że nikt nie zajmie miejsca Emilki w mym sercu, ale dla Ostatniej Lalki będę miała wielki szacunek, a jestem pewna, że cała szkoła ją polubi. Moje koleżanki są bardzo podobne do lalek, chociaż niektóre ze starszych (te, które mają około piętnastu lat) lubią uchodzić za dorosłe.
Kapitan Crewe doznawał straszliwych bólów głowy, czytając ten list w swym bungalowie w Indiach. Stół, stojący przed nim, był zawalony papierami i listami, które go niepokoiły i przejmowały śmiertelną trwogą, pomimo to kapitan śmiał się tak serdecznie, jak nie śmiał się już od wielu tygodni.
— Ho ho! — odezwał się. — Moja córka z każdym rokiem staje się dowcipniejsza. O, gdybyż mi Bóg pozwolił załatwić pomyślnie te wszystkie interesy... żebym już mógł swobodnie powrócić do kraju i zobaczyć ją wreszcie! Cóż bym dał za to, by ona w tej chwili mogła swymi małymi rączkami obejmować mnie za szyję! Cóż bym dał za to!...
Dzień urodzin Sary miano obchodzić uroczyście; zapowiedziano wielką zabawę w udekorowanej sali szkolnej, gdzie odbyć się miała wielka ceremonia otwarcia pudełek z podarunkami, po czym oczekiwało wszystkich wspaniałe przyjęcie w niedostępnym zazwyczaj pokoju miss Minchin. Gdy nadszedł ów radosny dzień, w całym domu aż wrzało z podniecenia. Salę szkolną przystrojono girlandami, pousuwano pulpity, a ławki poustawiano wzdłuż ścian i zasłano czerwonymi kobiercami.
Gdy Sara weszła rankiem do swego pokoju bawialnego, znalazła na stole małą, niezgrabną paczkę, owiniętą w kawałek brunatnego papieru. Domyśliła się, że to prezent, a i zgadywała po trosze, kto go tu złożył. Z wielkim rozczuleniem rozwinęła paczuszkę; znalazła w niej czworoboczną poduszeczkę do igieł, zrobioną z niezbyt czystej i czerwonej flaneli, w którą wetknięte czarne szpileczki tworzyły napis: „Wiela scenśliwych zyceń”.
— Ile też ona musiała się przy tym natrudzić! — zawołała Sara, ogarnięta gorącym uczuciem. — Aż mi jej żal... chociaż takie to ładne!
Po chwili jednak doznała rozczarowania. Oto na odwrocie poduszki znalazła przyszpiloną wizytówkę, na której pięknymi literami wypisane były słowa: „Miss Amelia Minchin”.
Sara poczęła obracać ją na wszystkie strony.
— Miss Amelia! — odezwała się, nie dowierzając własnym oczom. — Jakże to możliwe!
W tej chwili usłyszała skrzyp lekko otwieranych drzwi i ujrzała twarz Becky, zaglądającej ostrożnie do pokoju. Niebawem posługaczka stała już przed nią.
— Podoba się panience? — zapytała, szczerząc zęby w tkliwym, serdecznym uśmiechu i nieśmiało trąc rękę o rękę.
— Czy mi się podoba? — zawołała Sara. — Toś ty sama to wszystko zrobiła, moja Becky?
Becky zaśmiała się śmiechem urywanym, lecz radosnym, a oczy jej zaszły łzami.
— Dyć to nic innego, ino flanela... i to jesce nie nowa... ale ja chciałam dać cosik panience na urodziny, więcem to wysywała po nocach. Wiedziałam, ze panienka umi se wyobrazić, ze to podusecka jedbawna z brelentowemi śpileckami; i ja se tyz to wyobrazałom, kiej robiłam tę poduseckę. A wedla tej kartecki — (tu zawahała się nieco), — to może nik sie na mnie nie pogniwo, ze podniesłam ją ze śmieciów? Miss Amelia wyrzuciła ją prec, więc se ją zabrałam; ni mom swojego bieletu, a wiedziałam, ze prezent przez bieletu taki jakisik nieprzystojny, więc przyśpiliłam bielet miss Amelii.
Sara rzuciła się jej na szyję i przytuliła ją do siebie, a w gardle dławiło ją coś niezmiernie.
— Ach, Becky! — zawołała, śmiejąc się z cicha. — Ja cię tak kocham... tak kocham naprawdę!
— Och, panienko! — wykrztusiła z siebie Becky. — Bóg zapłać panience, ale tyz ta ni mo cego chwalić! Ta flanela... ta flanela jest przecie bardzo staro!
Jeszcze o kopalniach diamentów
Gdy Sara po południu wkraczała do obwieszonej festonami38 sali szkolnej, wyglądała niby jakiś wódz na czele pochodu. Miss Minchin, ubrana w najpiękniejszą suknię jedwabną, prowadziła ją za rękę, za nią postępował lokaj, dźwigając pudełko z Ostatnią Lalką, za nim szła pokojówka, niosąc drugie pudło, a w straży tylnej kroczyła Becky z trzecim pudłem, ubrana w czysty fartuch i nowy czepek. Sara wolałaby wejść do sali w zwykły, codzienny sposób; jednakże miss Minchin wezwała ją do siebie i po krótkiej rozmowie w swym gabinecie wyraziła życzenie:
— To nie jest przecież dzień powszedni... i nie chciałabym, by go za taki uważano.
Sara, z taką pompą wprowadzona do sali, czuła się bardzo onieśmielona, gdy starsze dziewczynki wlepiały w nią oczy i trącały się łokciami, a młodsze na jej widok zaczęły się radośnie kręcić w ławkach.
— Cicho, panienki! — zawołała miss Minchin, uspokajając powstały hałas. — Jakubie, postaw to pudło na stole i podnieś nakrywkę. Emmo, złóż swoje pudło na krześle. Becky, a to co?!
Ostatnie słowa miały ton ostry i surowy. Becky bowiem, podniecona całą uroczystością, zapomniała się całkowicie i w serdecznym uśmiechu wyszczerzyła zęby do małej Lottie, ledwo panującej nad sobą w zachwycie oczekiwania. Posłyszawszy karcący głos przełożonej, biedna posługaczka drgnęła i tak się zlękła, iż o mało nie upuściła pudła na ziemię, a jej trwożne dygi i jąkliwe wyrazy przeprosin były tak zabawne, że Lawinia i Jessie nie mogły powstrzymać się od skrytego śmiechu.
— To nie miejsce ani pora na przyglądanie się panienkom — upomniała ją miss Minchin. — Zapominasz się, Becky. Połóż pudło.
Becky z trwożnym pośpiechem spełniła ten rozkaz i czym prędzej wycofała się ku drzwiom.
— Możecie odejść — oznajmiła miss Minchin służącym, dając im znak ręką.
Becky z szacunkiem zeszła w bok, by dać przejście lokajowi i pokojówce, piastującym wyższe od niej stanowiska. Skusiło ją jednakże, by rzucić tęskne, pożądliwe spojrzenie w stronę pudła, stojącego na stole. Spomiędzy zwałów kolorowej bibułki wyzierał jakiś przedmiot z błękitnej satyny.
— Proszę pani — odezwała się nagle Sara do miss Minchin. — Czy pani nie byłaby łaskawa pozwolić, żeby Becky została tu przez chwilę?
Odezwanie to było czynem tak zuchwałym, że miss Minchin omal nie podskoczyła ze zgrozy, po czym nałożywszy na nos binokle39, jęła40 z zakłopotaniem przyglądać się swej wzorowej uczennicy.
— Co? Becky? — zawołała. — Ależ, moja Saro!
Sara postąpiła krokiem w jej stronę.
— Proszę o to, ponieważ wiem, że i ona chciałaby przyjrzeć się prezentom — wyjaśniła. — Przecież i ona jest małą dziewczynką.
Miss Minchin uszom własnym nie wierzyła. W osłupieniu wodziła oczyma po obecnych.
— Ależ, Saro kochana — bąknęła w końcu. — Becky jest pomywaczką w kuchni... a pomywaczki... nie są małymi dziewczynkami...
Istotnie nigdy nie przyszło jej do głowy, by za coś podobnego je uważać. Posługaczki — wedle jej zapatrywania — były jedynie maszynami, które dźwigały paczki z węglem i paliły w piecach.
— Ale Becky jest małą dziewczynką — odpowiedziała Sara — a wiem, że spełnienie mej prośby bardzo by ją ucieszyło. Prosiłabym, żeby pani pozwoliła jej zostać... bo to moje urodziny.
Miss Minchin odparła z godnością:
— Ponieważ prosisz o to z racji swych urodzin... więc pozwalam jej zostać. Rebeko, podziękuj pannie Sarze za jej wielką łaskawość.
Becky, która dotąd stała w kącie, mnąc w oczekiwaniu i zachwycie rąbek fartucha, teraz wystąpiła naprzód, kłaniając się uprzejmie, ale pomiędzy oczyma jej i Sary przebiegł błysk przyjaznego porozumienia.
— O, jezeli panienka tako łaskawo! — bełkotała prędko. — Jakze ja panience jezdem wdzięcno! Ja ino chciałam popatrzeć się krzynkę na tę lalkę, prose pieknie panienki. Dziękuję panience. A i wielemoznej pani pieknie dziękuję za to pozwoleństwo.
Miss Minchin znów skinęła ręką — tym razem w stronę kąta koło drzwi.
— Stań tam — rozkazała. — Nie za blisko panienek.
Becky udała się na wskazane miejsce, szczerząc zęby w uśmiechu. Obojętne jej było, gdzie ją postawią, byle miała szczęście przebywać w tym pokoju, gdzie działy się takie cuda. Tymczasem miss Minchin chrząknęła uroczyście i oznajmiła:
— A teraz, moje dziewczynki, chcę wam powiedzieć kilka słów.
— Oho, już będzie przemówienie! — szepnęła jedna z dziewczynek. — Oby skończyło się jak najprędzej!
Sara poczuła się nieswojo. Ponieważ była to uroczystość ku jej czci, zgadywała, że i przemówienie będzie jej dotyczyło — a wszak niemiłą jest rzeczą stać na środku sali szkolnej i słuchać kazania pod własnym adresem.
— Jak wiecie, moje dziewczynki — rozpoczęła swe przemówienie miss Minchin — kochana Sara ukończyła dzisiaj lat jedenaście.
— Kochana Sara! — mruknęła z przekąsem Lawinia.
— Niektóre z was również już w swoim czasie ukończyły lat jedenaście, ale urodziny Sary różnią się nieco od urodzin innych dziewczynek. Ona, gdy dorośnie, stanie się dziedziczką olbrzymiego majątku, który powinna zużytkować w jak najodpowiedniejszy sposób.
— Kopalnie diamentów — cicho zachichotała Jessie.
Sara nie słyszała tego docinka. Utkwiła zielone oczy w miss Minchin i czuła, że robi się jej gorąco. Gdy miss Minchin zaczęła mówić o majątku, w Sarze obudziła się świadomość, że żywi od dawna wielką niechęć do swej przełożonej — mimo iż zdawała sobie sprawę, że obowiązana jest do szacunku względem osób starszych.
— Gdy jej zacny ojciec, pan kapitan Crewe, przywiózł ją z Indii i oddał pod moją opiekę — brzmiał ciąg dalszy przemówienia — odezwał się do mnie żartobliwie: „Boję się, że ona będzie bardzo bogata”. A ja na to odpowiedziałam: „Postaram się dać jej takie wykształcenie, panie kapitanie, żeby mogło być uświetnieniem choćby największego bogactwa”. Istotnie Sara jest najwzorowszą z mych uczennic. Jej znajomość francuskiego i tańców przynoszą chlubę naszej szkole. Wytworność jej manier i grzeczne obejście się z ludźmi sprawiły, że nadałyście jej przydomek księżniczki. I teraz okazała wam swą uprzejmość, zapraszając was wszystkie na dzisiejszą zabawę popołudniową. Mam nadzieję, że potraficie to ocenić, a na znak uznania wzniesiecie jednogłośny okrzyk:„Dziękujemy ci, Saro”!
Wszystkie dziewczynki powstały — zupełnie jak w ów pierwszy dzień, który Sara pamiętała tak dobrze.
— Dziękujemy ci, Saro! — zawołały chórem, a Lottie zaczęła podskakiwać z radości. Sara przez chwilę była onieśmielona, ale wnet opamiętała się i złożyła wszystkim piękny ukłon.
— Dziękuję wam bardzo, że sprawiłyście mi taką przyjemność! — odpowiedziała.
— Bardzo ładnie to powiedziałaś, Saro — pochwaliła ją miss Minchin. — Tak postępuje prawdziwa księżniczka, gdy ją lud oklaskuje. — Tu zwróciła się w inną stronę, zmieniając ton głosu na gniewny: — Lawinio, ten głos, który wydajesz w tej chwili, mocno przypomina chrząkanie. Jeżeli jesteś zazdrosna względem koleżanki, powinnaś wyrażać swe uczucia w nieco przyzwoitszy sposób. A teraz pobawcie się same, bo ja wychodzę.
Ledwie wyszła, już przełamał się ten urok czarnoksięski, jaki na uczennice wywierała jej obecność. Jeszcze się drzwi nie zamknęły, a już wszystkie ławki były puste. Małe dziewczynki przeskakiwały przez nie lub pchały się jedna przed drugą, a starsze nie dawały się im wyprzedzić; wszystko, co żyło, cisnęło się ku pudełkom. Sara z rozpromienioną twarzą pochyliła się nad jednym z nich.
— Aha! Tu są książki!
Młodsze dziewczynki zaczęły szemrać, a Ermengarda zawołała, nie kryjąc przerażenia:
— To twój tatuś przysyła ci książki w prezencie na urodziny? On chyba jest tak niedobry, jak mój tatuś! Nie otwieraj tego pudełka, Saro!
— Ja właśnie lubię książki — zaśmiała się Sara, ale zwróciła się w stronę największego pudełka. Znajdowała się w nim Ostatnia Lalka, tak piękna, że dzieci wydały przeraźliwy okrzyk radości i cofnęły się, patrząc na nią przez chwilę w niemym zachwycie.
— Ona jest prawie tak wielka, jak Lottie — szepnęła jedna z nich.
Lottie klasnęła w ręce i zaczęła tańczyć z uciechy.
— Ubrana jak do teatru — zauważyła Lawinia. — Ma palto obramowane gronostajem.
— O! — zawołała Ermengarda, wyskakując naprzód. — Ona trzyma w ręce lornetkę... niebieską i wyzłacaną.
— A oto jej walizka — rzekła Sara. — Otwórzmy ją i zobaczmy, co zawiera.
Usiadła na podłodze i przekręciła klucz. Dzieci z hałasem skupiły się koło niej, przypatrując się z zachwytem, jak podnosiła jedno wieczko za drugim i odsłaniała zawartość walizki. Były tam koronkowe kołnierzyki, jedwabne pończoszki i chusteczki; było pudełko z klejnotami, zawierające naszyjnik oraz przepaskę na włosy, która błyszczała tak pięknie, jakby w nią wprawiono prawdziwe diamenty; były sukienki balowe, spacerowe, wieczorowe i wizytowe, kapelusze i wachlarze; był zarękawek i długi kołnierz fokowy. Nawet Lawinia i Jessie zapomniały, że już wyrosły z tych lat, kiedy bawiły się lalkami, i raz po raz porywały do obejrzenia to jedną, to drugą rzecz, wydając przy tym okrzyki zachwytu.
— Wyobraźmy sobie — odezwała się Sara, stojąc przy stole i wdziewając wielki, aksamitny kapelusz na głowę uśmiechającej się obojętnie właścicielki tych wspaniałych strojów — wyobraźmy sobie, że ona rozumie ludzką mowę i czuje się dumna z podziwu, jaki obudza.
— Ty wciąż sobie tylko wyobrażasz różne rzeczy — odezwała się tonem pewnej wyższości Lawinia.
— Wiem o tym i jest mi z tym dobrze — odrzekła Sara, nie speszona bynajmniej. — Nie ma nic tak miłego, jak wyobrażanie sobie różnych rzeczy. To zupełnie jakby się było wróżką. Jeżeli człowiek uporczywie sobie coś wyobraża, niebawem staje się to dla niego prawie rzeczywistością.
— Dobrze ci wyobrażać sobie różne rzeczy, gdy masz wszystkiego pod dostatkiem — rzekła Lawinia. — Ciekawam, czy potrafiłabyś tak roić i udawać, gdybyś była żebraczką i mieszkała na poddaszu?
Sara przestała układać strusie pióra na kapeluszu Ostatniej Lalki i zamyśliła się.
— Zdaje mi się, że potrafiłabym — odparła. — Gdyby wypadło być żebraczką, musiałabym wciąż roić i udawać. Ale nie wiem, czy przyszłoby mi to łatwo.
Ledwo skończyła mówić, do pokoju weszła miss Amelia.
— Saro — odezwała się — plenipotent41 twojego tatusia, pan Barrow, przyszedł z wizytą do miss Minchin! Ponieważ chciałby porozmawiać na osobności, a w gabinecie zastawiono podwieczorek, więc bądź dobra przejść tam razem z koleżankami, a moja siostra porozmawia w sali szkolnej z tym panem.
Podwieczorek był rzeczą pożądaną, więc niejedne oczka zalśniły na wiadomość o nim. Miss Amelia ustawiła dziewczynki w dwa szeregi, i trzymając Sarę pod rękę, ruszyła na czele tego pochodu, zostawiając Ostatnią Lalkę na fotelu wśród porozrzucanych bezładnie wspaniałych strojów; na poręczach krzeseł zwisały sukienki i paltociki, a na samych krzesłach piętrzyły się zwały koronkowych spódniczek.
Becky, która nie została zaproszona na podwieczorek, była na tyle niedyskretna, że zatrzymała się na chwilę, by przyjrzeć się tym wszystkim cudnościom. To już naprawdę była niedyskrecja!
— Wracaj do roboty, Rebeko — przykazała jej na odchodnym miss Amelia; ona jednak pozostała, żeby z wielką czcią wziąć w rękę najpierw zarękawek, a następnie jedną z sukienek; jeszcze przyglądała się im nabożnie, niby rzeczy jakiej poświęconej, gdy posłyszała tuż za progiem kroki miss Minchin. Ogarnięta trwogą na myśl, że mogą ją posądzić o rzecz niedozwoloną, dała czym prędzej nura pod stół, gdzie ją zasłoniły zwisające brzegi obrusa.
Miss Minchin weszła do pokoju w towarzystwie niskiego i chudego pana o ostrych rysach twarzy, na której malowało się w tej chwili jakby zakłopotanie. Trzeba przyznać, że i miss Minchin też wyglądała na zakłopotaną, a w spojrzeniu, jakim obrzucała owego małego jegomościa, przebijało zmieszanie i rozdrażnienie.
Usiadła, przybierając postawę sztywno-wyniosłą i wskazała gościowi krzesło.
— Proszę siadać, panie Barrow — odezwała się.
Pan Barrow nie usiadł od razu. Całą jego uwagę pochłonęła Ostatnia Lalka oraz otaczające ją przedmioty. Włożył na nos okulary i z widocznym zgorszeniem przyglądał się tej wystawie. Ostatnia Lalka nie przejmowała się tym bynajmniej; siedziała nieruchomo i spoglądała na niego obojętnym wzrokiem.
— Sto funtów! — burknął zwięźle pan Barrow. — Same kosztowne materiały, a wykonane u paryskiej modystki! Ależ ten człowiek marnował pieniądze!
Miss Minchin czuła się obrażona tym, że ktoś śmie tak urągliwie42 wyrażać się o najlepszym z jej dobroczyńców. Nawet plenipotenci nie powinni sobie pozwalać na taką samowolę!
— Przepraszam, panie Barrow — odezwała się chłodno. — Nie rozumiem, co pan chce przez to powiedzieć.
— Widział kto sprawiać jedenastoletniemu dziecku takie prezenty na urodziny! — odrzekł pan Barrow tonem równie krytycznym. — Wedle mego zdania jest to istne szaleństwo!
Miss Minchin wyprostowała się jeszcze sztywniej.
— Kapitan Crewe jest człowiekiem majętnym — rzekła. — Same kopalnie diamentów...
Pan Barrow nie dał jej dokończyć zdania:
— Kopalnie diamentów! Ależ ich nie ma i nigdy nie było!
Miss Minchin zerwała się z krzesła:
— Co takiego? — wrzasnęła. — Co pan chce przez to powiedzieć?
— W każdym razie — odpowiedział zgryźliwie pan Barrow — sprawa przedstawiałaby się o wiele lepiej, gdyby tych kopalń nigdy nie było!
— Więc nie było kopalń diamentów? — wybuchnęła miss Minchin, chwytając się poręczy krzesła i mając takie uczucie, jak gdyby nagle ze sfery pięknych snów powróciła w krainę szarej rzeczywistości.
— Kopalnie diamentów częściej przynoszą ruinę niż bogactwo — odpowiedział pan Barrow. — Gdy ktoś nie ma głowy do interesów, a zetknie się z ukochanym i szczerym koleżką, niechże go Bóg uchowa od wszelkich kopalń złota, diamentów i innych skarbów, w których ów koleżka pragnie ulokować swe kapitały. Nieboszczyk kapitan...
Miss Minchin jęknęła, przerywając rozpoczęte przezeń zdanie:
— Nieboszczyk?!... Nieboszczyk? Czyżby pan przyszedł mi oznajmić, że kapitan Crewe...
— Już nie żyje, proszę pani — odpowiedział pan Barrow szorstkim głosem. — Zmarł z gorączki tropikalnej, do której dołączyły się i kłopoty majątkowe. Gdyby nie te kłopoty, może by go gorączka nie zmogła, a gdyby nie ta gorączka, może by jeszcze przeżył owe kłopoty. Kapitan Crewe już nie żyje!
Miss Minchin opadła z powrotem na krzesło. Słowa, które usłyszała przed chwilą, obudziły w niej silny niepokój.
— Jakież to były te kłopoty? — zapytała.
— Kopalnie diamentów... kochani koleżkowie... i ruina materialna... — odpowiedział pan Barrow.
Miss Minchin oniemiała na chwilę.
— Ruina! — wyjąkała.
— Stracił wszystko co do grosza. Ten człowiek miał za wiele pieniędzy. Jego kochany koleżka miał bzika na punkcie kopalń diamentów... no i wpakował w nie wszystkie pieniądze nie tylko swoje, ale i kapitana... a w końcu przepadł, jak kamień w wodę. Kapitan Crewe był już nawiedzony febrą43, gdy doszła do niego ta wiadomość. Wstrząs był zbyt silny. Kapitan zmarł w malignie44, bredząc o swej córce... i nie zostawił ani grosza...
Teraz miss Minchin zrozumiała, o co idzie. Nigdy w życiu nie zadano jej równie ciężkiego ciosu. Cios ten wymiótł nagle z jej wzorowego pensjonatu najlepszą z jej uczennic i najmożniejszego z jej protektorów. Miała takie uczucie, jakby ją znieważono i okradziono i jakby kapitan Crewe, Sara i pan Barrow w równej mierze zasługiwali na surowe napiętnowanie.
— Więc pan chce mi powiedzieć — krzyknęła — że on nic nie zostawił?... że Sara nie posiada żadnego mienia?... że jest żebraczką... że na mej opiece zostawiono ubogą dziewczynę, która dotąd uchodziła za dziedziczkę wielkiego majątku?
Pan Barrow był człowiekiem sprytnym i wyrachowanym, więc pomyślał o tym, by jak najprędzej uwolnić się od wszelkiej odpowiedzialności.
— Tak, to nie ulega wątpliwości, łaskawa pani — odpowiedział. — Dziewczyna została bez grosza majątku... i została na opiece pani... ponieważ nie słyszałem, by miała jakich krewnych.
Miss Minchin zerwała się z miejsca i podbiegła ku drzwiom. Miało się wrażenie, że chce je otworzyć i wybiec z pokoju, by przerwać wesołą i nieco hałaśliwą pogawędkę dziewczynek, siedzących przy podwieczorku.
— Ach, to okropne! — odezwała się. — Ona w tej chwili siedzi w mym salonie, ubrana w jedwabną sukienkę i koronkowe spódniczki, i na mój koszt wyprawia przyjęcie koleżankom!
— Jeżeli wyprawia przyjęcie, to tylko na koszt pani! — odpowiedział chłodno pan Barrow. — Firma Barrow i Skipworth nie przyjmuje za to odpowiedzialności. Kapitan Crewe nie uregulował nawet naszego rachunku... sięgającego olbrzymiej sumy.
Miss Minchin odwróciła się od drzwi, kipiąc wzrastającym oburzeniem. Rzeczy tak straszne, jak te, których teraz musiała dowiadywać się, nigdy nie przychodziły jej na myśl — nawet we śnie.
— Oto, co mnie spotkało! — zawołała. — Ja tak zawsze byłam pewna jego wypłacalności, że brałam na siebie najróżnorodniejsze wydatki dla tego dziecka. To ja płaciłam rachunki za tę kosztowną lalkę i jej fantastyczną garderobę!... To dziecko musiało mieć wszystko, czego mu się tylko zachciało. Miała własny powozik, kucyka, pokojówkę, a za to wszystko ja płaciłam, od czasu, gdy mi przysłano ostatni czek...
Pan Barrow, zdawszy relację z suchych faktów i wyjaśniwszy stanowisko swej firmy, nie miał już ochoty pozostawać dłużej i słuchać utyskiwań miss Minchin, zwłaszcza, że nie żywił szczególnej sympatii do nadąsanych właścicielek internatów. Zauważył przeto:
— Najlepiej pani uczyni, nie płacąc za nic więcej... chyba że ma pani ochotę robić prezenty tej młodej panience. Ona już nie posiada ani grosza własnego majątku.
— Ale cóż ja teraz zrobię? — dopytywała się natarczywie miss Minchin, jak gdyby była przekonana, że obowiązkiem pana Barrow jest wynagrodzenie jej straty. — Cóż ja teraz zrobię?
— Nic już zrobić nie można — odparł pan Barrow, składając okulary i chowając je do kieszeni. — Kapitan Crewe już nie żyje. Dziecko zostało na łasce losu. Nikt, oprócz pani, nie jest za nią odpowiedzialny.
— Ja nie przyjmuję tej odpowiedzialności... nikt mi nie może jej narzucić! — krzyknęła miss Minchin, pobladłszy z wściekłości.
Pan Barrow zabierał się do wyjścia.
— To nie moja sprawa, proszę pani — odrzekł obojętnie. — Firma Barrow i Skipworth nie ponosi za to odpowiedzialności. Bardzo pani współczuję, rzecz oczywista.
— Jeżeli pan myśli, że obejmę nad nią opiekę, to się pan grubo myli — jęknęła miss Minchin. — Oszukano mnie... Okradziono!... Ja ją wyrzucę na ulicę!
Gdyby miss Minchin nie była w tej chwili zaślepiona gniewem, na pewno potrafiłaby w porę utrzymać język za zębami. Jednakże, gdy wyobraziła sobie, iż będzie obarczona tym w zbytkach chowanym dzieckiem, do którego zawsze czuła niechęć, nie zdołała już zapanować nad sobą. Tymczasem pan Barrow spokojnym krokiem zmierzał ku drzwiom.
— Ja bym tego nie robił na pani miejscu — zauważył. — To by wyglądało nieładnie. Zaraz by się rozeszły niemiłe plotki o zakładzie pani, gdyby wyrzucono na bruk uczennicę bez grosza, pozbawioną opieki sierotę.
Był człowiekiem rozsądnym, jak przystało na zawodowego handlowca, wiedział zatem, co mówi. Wiedział również, że miss Minchin jest kobietą dbałą o swe interesy i na tyle roztropną, by zrozumieć należycie sytuację, wobec czego nie zdobyłaby się na taki postępek, za który ludzie nazwaliby ją osobą okrutną i twardego serca.
— Lepiej byłoby ją zatrzymać i zrobić sobie z niej pomocnicę — dodał pan Barrow. — Podobno jest to dziewczynka rozgarnięta. Gdy dorośnie, będzie pani z niej miała niemałą wyrękę.
— Chcę mieć z niej wielką wyrękę jeszcze zanim ona dorośnie! — zawołała miss Minchin.
— Jestem pewny, że będzie ją pani miała — odparł pan Barrow ze złośliwym uśmiechem. — Jestem tego pewny. Do widzenia!
Ukłonił się i znikł za drzwiami. Miss Minchin stała przez kilka minut jak osłupiała i wpatrzyła się w przestrzeń przed sobą. Zdawała sobie sprawę, że pan Barrow oznajmił jej szczerą prawdę, od której nie było ucieczki. Uczennica, stanowiąca ozdobę i chlubę pensjonatu, przepadła bez śladu, a na jej miejscu została zubożała, pozbawiona opieki dziewczyna. Znaczna suma pieniężna, wydana a konto przez przełożoną, była już stracona i niepodobna45 było jej odzyskać.
I gdy tak stała, ogłuszona wrażeniem doznanej krzywdy, do uszu jej doszedł gwar wesołych głosów, rozbrzmiewający w jej własnym sanktuarium domowym, przeobrażonym obecnie w salę biesiadną. Postanowiła kres położyć tej hulance. Podeszła przeto ku drzwiom; w tejże chwili jednak drzwi się otwarły i stanęła w nich miss Amelia.
— Cóż się stało, siostro? — krzyknęła przerażona, ujrzawszy zmienioną, gniewną twarz przełożonej.
Miss Minchin, zamiast odpowiedzi, rzuciła pytanie, wypowiedziane głosem dochodzącym do granic wściekłości:
— Gdzie Sara Crewe?
Miss Amelia zdębiała do reszty:
— Sara? — wyjąkała. — Przecież... przecież jest w twoim pokoju... razem z innymi dziećmi...
— Czy ona ma wśród swych kosztownych strojów choćby jedną czarną sukienkę? — spytała znów miss Minchin tonem pełnym gorzkiej ironii.
— Czarną sukienkę? — wyjąkała miss Amelia. — Czarną?
— Wiem, że ma sukienki różnych kolorów... czy więc ma i czarną?
Miss Amelia pobladła.
— Nie... nie... a raczej... tak... tak! — odpowiedziała. — Ma jedną... tę starą z czarnego welwetu... ale już z niej wyrosła.
— Idź, powiedz jej, ażeby zdjęła tę nieodpowiednią dla niej suknię z czerwonego jedwabiu i włożyła czarną... mniejsza z tym, czy jest na nią za krótka, czy też nie. Już powinna się wyrzec wszelkich strojów!
Wówczas miss Amelia załamała pulchne dłonie i rozpłakała się.
— Ach siostro! — zachlipała. — Siostro! Cóż to się stało?
— Kapitan Crewe umarł, nie zostawiając ani złamanego szeląga. Ta rozpieszczona, kapryśna dziewczyna pozostała w zupełnej nędzy... zdana na moją opiekę.
Miss Amelia usiadła ciężko w najbliższym fotelu.
— Setki funtów przetrwoniłam na różne fatałaszki dla niej... i nie dostanę za to ani pensa. Przerwij natychmiast tę głupią zabawę... to przyjęcie, niby przez nią urządzone... i każ jej przebrać się w inną sukienkę.
— Ja? — westchnęła miss Amelia. — M-mam iść i... i powiedzieć jej to wszystko?
— Ruszaj natychmiast! — brzmiała gniewna odpowiedź. — Nie wytrzeszczaj oczu jak gęś! Idź zaraz!
Biedna miss Amelia już do tego nawykła46, że przezywano ją gęsią; ba, sama przyznawała w duchu, że jest bez mała47 gęsią i że gęsim obowiązkiem jest załatwianie wielu spraw niemiłych. Takim właśnie niemiłym obowiązkiem było wkroczenie do pokoju pełnego rozradowanych dzieci i oznajmienie królowej biesiady, że przemieniła się w żebraczkę, na znak czego powinna pójść na górę i przebrać się w starą, kusą48 i przyciasną już czarną sukienczynę. Cóż, trzeba było to wszystko spełnić co do joty, bo nie był czas po temu, by dopytywać się o szczegóły!
Tarła chusteczką oczy, póki nie poczerwieniały doszczętnie, po czym wyszła z pokoju, nie śmiejąc ani słowem sprzeciwić się rozkazowi siostry. Miss Minchin jęła przechadzać się po pokoju i rozmawiać z sobą głośno, nie zdając sobie nawet sprawy z tego. Czuła się strącona ze szczytu swych marzeń majątkowych, opartych na opowiadaniu o kopalniach diamentów, w wielką przepaść, gdzie zamiast zysków widziała same straty.
— A jakże! Księżniczka Sara!... Przewracano w głowie temu dziecku, niczym jakiej królewnie!
Gdy, domawiając słów tych, mijała róg stołu, stojącego w kącie, nagle wzdrygnęła się, posłyszawszy głośne, spazmatyczne łkanie, wydobywające się spod obrusa.
— Cóż tam takiego? — zawołała gniewnie.
Łkanie dało się słyszeć ponownie. Zniecierpliwiona miss nachyliła się i podniosła zwisający brzeg obrusa.
— Jakże ty śmiałaś!... — wrzasnęła. — Co za bezczelność! Wyłaź natychmiast!
Spod stołu wyczołgała się Becky; czepek miała przekrzywiony, a twarz czerwoną od stłumionego płaczu.
— To ja, prose pieknie łaski jaśnie pani... to ja... — zaczęła się usprawiedliwiać. — Wiem, ze nie powinnam była tego robić... ale ja się, prose pieknie pani, przypatrowałam tej lalce... i przestrasyłam sie, kiej pani wesła... i wlozłam se pod stół.
— Więc byłaś tam przez cały czas i podsłuchiwałaś? — zgromiła ją miss Minchin.
— Nie, prose jaśnie pani — przeczyła Becky, kłaniając się uniżenie. — Nie podsłuchiwałam... ino se myślałam, że będę mogła się wymknąć, zeby jaśnie pani mnie nie uźrzała... ale mi sie to nie udało, więcem tu ostała... Ja nie podsłuchiwałam, prose jaśnie pani... kajzebym śmiała... ale cóz na to poradze, zem ta cosik i słysała?...
Naraz jakby pozbyła się strachu wobec groźnej chlebodawczyni.
— Och, prose pieknie jaśnie pani — rzekła, zalewając się łzami — pewnikiem pani mnie za to wyłaje... ale mnie tak straśnie zal panienki Sary... taki straśny zal!
— Wyjdź z pokoju! — rozkazała miss Minchin.
Becky znów poczęła się kłaniać, a łzy już ciurkiem lały się jej po policzkach.
— Dobrze, juz pójdę, prose pani — odpowiedziała, trzęsąc się ze wzruszenia — ale ja chciałam ino to pani pedzieć: panna Sara była taką bogatą paniusią, którą cięgiem ino wsyścy obsługiwali... jak se ona tera poredzi bez słuzoncej? Cy mi też pani nie pozwoli jej posługować, kiej juz pomyję wsyćkie rondle i nacynia? Uwinę sie z tem prędziutko... zeby mi ino pani dała to pozwoleństwo... bym jej słuzyła, kiej ono tak zbidniała. Bidna tez dzisio ta panna Sara... a dyć49 niedawno przezywali ją księznickom.
Prośba ta, zamiast udobruchać miss Minchin, pobudziła ją do jeszcze większego gniewu. Tego było już nadto, żeby pierwszy lepszy szurgot kuchenny śmiał stawać po stronie tej nielubianej przez nią dziewczyny! Tak, nielubianej! Miss Minchin teraz dopiero w całej pełni uświadomiła sobie, że nigdy nie lubiła Sary.
— Nie! Nie! Za nic w świecie! — krzyknęła, tupiąc nogą. — Ona będzie usługiwać sama sobie... i innym. Wynoś mi się natychmiast z pokoju, jeżeli nie chcesz stracić u mnie służby!
Becky zarzuciła fartuch na głowę i umknęła czym prędzej do sutereny50, gdzie usiadła wśród rondli i garnków i płakała długo, boleśnie.
— Zupełnie kiejby w bajce... — westchnęła. — Tez tam opowiadają o księznickach, co zostały wygnane w świat...
*
Miss Minchin nigdy nie miała tak niewzruszenie spokojnego wyrazu twarzy, jak w parę godzin po opisanych zajściach, gdy stanęła przed nią Sara, posłuszna jej wezwaniu.
W tym to czasie Sara miała już wrażenie, jakby jej niedawne przyjęcie urodzinowe było albo snem, albo też zdarzeniem, które miało miejsce przed wieloma laty... i to w życiu nie jej samej, ale zgoła innej dziewczynki.
Wszystkie ślady uroczystości zatarto doszczętnie; ze ścian sali szkolnej pozdejmowano girlandy, a ławki i pulpity poustawiano z powrotem na dawnych miejscach. Salon miss Minchin wyglądał jak w inne dni — i nic w nim nie zdradzało, że niedawno odbywała się tu uczta. Miss Minchin przebrała się w codzienną suknię, a uczennice otrzymały rozkaz pochowania swych odświętnych sukienek. Spełniwszy ten rozkaz, powróciły do sali szkolnej i skupiły się gromadkami, szepcąc i gwarząc z ożywieniem.
— Powiedz Sarze, żeby przyszła do mojego pokoju — oznajmiła miss Minchin swej siostrze. — A zapowiedz jej przy tym, że nie życzę sobie żadnych beków ani awantur.
— Siostro — odpowiedziała miss Amelia. — Tak dziwnego dziecka nie widziałam jeszcze w mym życiu. Pamiętasz, że nie krzyczała wcale, kiedy kapitan Crewe odjeżdżał do Indii? Tak samo zachowała się i teraz. Gdy opowiadałam jej, co się stało, stała najspokojniej w świecie i wpatrywała się we mnie, nie mówiąc ani słówka, tylko pobladła jak ściana i otwarła oczy szeroko. Gdy skończyłam mówić, stała jeszcze przez parę sekund, wlepiając we mnie oczy, potem począł się jej trząść podbródek, odwróciła się, wybiegła z pokoju i udała się na górę. Kilka jej koleżanek zaczęło płakać, ale ona jakby ich nie słyszała ani nie zwracała uwagi na nic poza tym, co do niej mówiłam. Najbardziej mnie to uderzyło, że nie odpowiedziała ani słowa... a przecież gdy się komuś oznajmia jakąś nagłą i niespodziewaną wiadomość, należy się spodziewać, że posłyszymy choćby jakieś zapytanie... jakiś wyraz bólu...
Nikt prócz Sary nie wiedział — i nie dowiedział się nigdy, co działo się w jej pokoju, gdy wbiegła na górę i zamknęła na klucz drzwi za sobą. Prawdę mówiąc, to i ona sama niewiele mogła sobie przypomnieć ponad to, że chodziła przez czas dłuższy tam i z powrotem po pokoju, powtarzając ustawicznie głosem, który się jej wydawał jakby obcym:
— Mój tatuś nie żyje!... tatuś nie żyje!
W pewnym momencie zatrzymała się przed Emilką, spoglądającą na nią ze swego fotelu, i zawołała rozpaczliwie:
— Emilko! Czy słyszysz? Czy słyszysz, że mój tatuś nie żyje?... Umarł w Indiach... o tysiące mil od nas!...
Gdy, posłuszna wezwaniu, weszła do pokoju przełożonej, miała twarz bladą i ciemne obwódki dokoła oczu. Usta zacisnęła, jak gdyby pragnęła nie zdradzać się z tym, jak cierpi i co już wycierpiała. Nie była ani trochę podobna do tego różowego motylka, co niedawno w przystrojonej sali fruwał od jednej zabawki do drugiej; przeobraziła się w niedołężną, opuszczoną, prawie niezgrabną dziewuszynkę. Bez pomocy Marietty przebrała się w porzuconą od dawna, czarną welwetową sukienkę, przyciasną już i krótką, tak, iż smukłe nóżki, nazbyt wystając spod kusego51 rąbka, wydawały się i chude i zbyt długie, jak u bociana. Ponieważ nie mogła nigdzie znaleźć ani skrawka czarnej wstążki, przeto krótkie i gęste czarne włoski rozsypały się bezładnie dokoła twarzy, tworząc silny kontrast z jej bladością. W rękach tuliła Emilkę, osłoniętą kawałkiem czarnego materiału.
— Połóż tę lalkę — odezwała się miss Minchin. — Po coś ją tu przyniosła?
— Nie, nie położę — odpowiedziała Sara. — Ona jest wszystkim, co posiadam na ziemi. Dostałam ją od tatusia.
Jej odpowiedzi stale wywoływały ciche zakłopotanie w duszy miss Minchin. Tak też było i w tej chwili. Sara nie odezwała się bynajmniej niegrzecznie, ale w głosie jej dźwięczała chłodna stanowczość, na jaką miss Minchin w tej chwili nie umiała się zdobyć...
— Odtąd już nie będziesz miała czasu na bawienie się lalkami — zapowiedziała. — Będziesz musiała pracować, wyzbyć się złych nawyków i być pożyteczną.
Sara utkwiła w niej wielkie, dziwnego wyrazu pełne oczy i nie powiedziała ani słowa.
— Teraz wszystko się zmieni — mówiła dalej miss Minchin. — Przypuszczam, że miss Amelia wyjaśniła ci całą sprawę.
— Tak jest — odpowiedziała Sara. — Mój tatuś umarł i nie zostawił mi ani szeląga. Jestem w nędzy...
— Tak, jesteś żebraczką! — podkreśliła miss Minchin, jątrząc się świadomością tego, co kryło się w znaczeniu tego wyrazu. — Okazuje się, że nie masz rodziny ani krewnych i nie ma kto zaopiekować się tobą.
Sara znowu nic nie odpowiedziała, ale mała, blada jej twarzyczka drgnęła boleśnie.
— Czemu wytrzeszczasz oczy? — spytała ją ostro miss Minchin. — Czy jesteś tak tępa, że nie rozumiesz, co do ciebie mówię? Powtarzam ci, że jesteś dziś sama w świecie i że nikt nie zatroszczy się o ciebie, o ile ja z litości nie zatrzymam cię w moim domu.
— Rozumiem — odpowiedziała Sara głosem stłumionym, jakby przełykała coś, co ją dławiło w gardle. — Rozumiem...
— A ta lalka... — zawołała miss Minchin, wskazując na leżący w pobliżu wspaniały prezent imieninowy — ta do śmieszności kosztowna lalka, wraz z tymi bezsensownymi, zbytkownymi fatałaszkami... to ja zapłaciłam za nią cały rachunek!
Sara zwróciła głowę w stronę fotela.
— Ostatnia Lalka... Ostatnia Lalka...! — westchnęła z dziwnym smutkiem w głosie.
— Tak jest, ostatnia lalka! — rzekła miss Minchin. — Ona należy do mnie, nie do ciebie. Wszystko, co posiadasz, do mnie teraz należy!
— A więc proszę ją sobie zabrać — odparła Sara. — Ja jej nie potrzebuję.
Gdyby Sara rozbeczała się, dostała spazmów i okazała wielkie przerażenie, na pewno miss Minchin miałaby względem niej większą cierpliwość. Ta kobieta lubiła rządzić i odczuwać potęgę swej władzy; jednak patrząc w bladą, ale nieugiętą twarzyczkę Sary i słysząc jej cichy, ale hardy głosik, miała wrażenie, że moc jej na nic się nie zda wobec tej dziewczyny.
— Nie przybieraj miny tak wyniosłej — upomniała ją. — Minął ten czas, gdy mogłaś pokazywać takie fumy52. Nie jesteś już księżniczką. Jutro odeślemy twego kucyka i twój powozik, a pokojówkę odprawimy. Będziesz nosiła sukienki jak najskromniejsze i najbardziej znoszone; te wyszukane stroje nie licują z twym obecnym stanowiskiem. Teraz musisz zarabiać na utrzymanie... jak Becky.
Ku jej zdziwieniu w tejże chwili w oczach Sary zalśnił drobny jakiś odbłysk — niby promyczek pocieszenia.
— Czy będę mogła pracować? — zapytała Sara. — Jeżeli będę mogła pracować, to jeszcze pół biedy... A co będę robiła?
— Będziesz robiła wszystko, co ci każą — brzmiała odpowiedź. — Jesteś dzieckiem pojętnym i uczysz się wszystkiego z łatwością. Jeżeli będziesz starała się być pożyteczna, to pozwolę ci tu pozostać. Mówisz dobrze po francusku, więc możesz pomagać w nauce młodszym dziewczynkom.
— Będzie mi wolno? — zawołała Sara. — Proszę, niech mi pani pozwoli! Wiem, że potrafię je nauczyć! Ja je lubię i one mnie lubią!
— Tylko się nie przechwalaj tym, że cię ktoś lubi! — ofuknęła ją miss Minchin. — Będziesz miała do roboty coś więcej, niż uczenie najmłodszych dziewczynek. Będziesz chodziła za sprawunkami, pomagała w kuchni i sprzątała w sali szkolnej. Jeżeli nie będę z ciebie zadowolona, to cię odprawię. Pamiętaj o tym. A teraz odejdź.
Sara stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w przełożoną, a w jej młodocianej główce ważyły się dziwne, głęboko utajone myśli. Nagle odwróciła się i skierowała kroki ku drzwiom.
— Zatrzymaj się! — upomniała ją miss Minchin. — Czy nie masz ochoty mi podziękować?
Sara stanęła, a wszystkie owe dziwne, głęboko utajone myśli zakipiały nagle falą potężną w jej sercu.
— Za co? — zapytała.
— Za moją łaskawość — odpowiedziała miss Minchin. — Za tę łaskę, że dałam ci dom i opiekę rodzinną.
Sara podeszła kilka kroków w jej stronę, dysząc gwałtownie i odezwała się głosem, jak na dziecko, niezwykle śmiałym:
— Pani nie wyświadcza mi łaski... i nie obdarza mnie opieką rodzinną!
To rzekłszy, odwróciła się i wybiegła z pokoju. Miss Minchin nie zdołała już jej powstrzymać — posłała za nią jedynie jadowite, złowrogie spojrzenie.
Sara szła po schodach powoli, łapiąc z trudnością oddech i przyciskając do serca Emilkę.
— O gdybyż ona umiała mówić! — powtarzała sobie w duchu. — Gdybyż umiała... gdybyż umiała mówić!
Zamierzała udać się do swego pokoju, położyć się na tygrysiej skórze, przytulić policzek do głowy wielkiego zwierza, wpatrzeć się w ogień na kominku i myśleć — myśleć — myśleć... Zanim jednak doszła do półpiętra, z jej pokoju wyszła miss Amelia, zamknęła za sobą drzwi na klucz i stanęła przed nimi, jakaś zakłopotana i nieswoja.
— Tobie... tobie nie wolno tam wchodzić — oznajmiła.
— Nie wolno mi wchodzić? — zawołała Sara, cofając się nieco.
— To już nie twój pokój — odpowiedziała miss Amelia, rumieniąc się z lekka.
Sara poczęła rozumieć sytuację. Pojęła, że jest to początek tej zmiany, o której wspominała miss Minchin.
— A gdzie jest mój pokój? — zapytała, starając się, by głos jej nie zadrżał.
— Masz spać na poddaszu, w sąsiedztwie Becky.
Sara wiedziała, gdzie jest ów apartament, bo słyszała już o nim w opowiadaniach Becky. Odwróciła się przeto i przeszła przez dwa rzędy schodów. Drugi z nich był wąski i wysłany brudnymi strzępami starego kobierca. Miała wrażenie, że idzie w daleką, daleką przestrzeń i że zostawia hen za sobą ów świat, w którym żyła owa druga dziewczynka, coraz mniej mająca wspólnego z nią samą... z tym dzieckiem w kusej i ciasnej sukienczynie, gramolącym się na schody, wiodące ku poddaszu.
Gdy doszła do drzwi wiodących na strych i otwarła je, serce głucho zadudniło jej w piersiach. Zamknęła drzwi, oparła się o nie i rozejrzała się wokoło.
Istotnie był to świat zgoła inny. Pokój był bielony i miał sufit pochyły. Tynk był już brudny i poodpadał w wielu miejscach. Koło pordzewiałego piecyka stało stare, żelazne łóżko, na którym leżał twardy siennik, nakryty spłowiałą kołdrą. Poza tym znajdowało się tu parę sprzętów, przyniesionych z dołu, gdzie wskutek zniszczenia nie nadawały się już do użytku. Pod oknem w suficie, przez które nie było widać nic prócz podłużnego skrawka szarego nieba, stał czerwony podnóżek, mocno już wytarty od starości. Sara usiadła na nim. Nie miała zwyczaju płakać, więc i teraz nie płakała, tylko położyła na kolanach Emilkę, objęła ją rękoma, przytuliła do niej policzek i tak siedziała bez słowa — bez szelestu — przez dłuższy czas.
Naraz rozległo się ciche stukanie do drzwi — tak ciche i nieśmiałe, że Sara nie dosłyszała go początkowo i nawet nie podnosiła się z miejsca; w końcu drzwi się uchyliły, z lekka, jakby trwożliwie naciśnięte i ukazała się w nich zmizerowana i zasmolona twarzyczka. Była to twarz Becky. Biedna pomywaczka popłakiwała ukradkiem od paru godzin, a ponieważ ocierała łzy fartuchem kuchennym, więc w końcu jej czoło, powieki i policzki przybrały wygląd zgoła komiczny.
— Ach, panienko — odezwała się szeptem. — Cy mnie bedzie wolno... czy panienka da mi pozwoleństwo... zebym wesła do pokoju?
Sara podniosła oczy i spojrzała na przybyłą, starając się uśmiechnąć — co jednak się jej nie udało. Nagle pod wrażeniem tkliwego smutku, bijącego z zapłakanych oczu Becky, twarz jej się zmieniła, przybierając wyraz o wiele bardziej dziecinny. Wyciągnęła rękę i zaszlochała cichutko.
— Ach, Becky! — rzekła w końcu. — Mówiłam ci, że jesteśmy zupełnie sobie równe... że jesteśmy po prostu małymi dziewczynkami... niczym innym, tylko dwiema małymi dziewczynkami. Widzisz, że miałam rację. Teraz między nami nie ma żadnej różnicy. Nie jestem już księżniczką.
Becky przybiegła do niej, uklękła przy niej, pochwyciła jej rękę i przytuliła ją do piersi, łkając z przywiązania i współczucia.
— O nie, panienko! — zawołała, zacinając się w słowach. — Cokolwiek się... cokolwiek się panience przydarzy... panienka zawdy pozostanie księżnicką... i nikiej53 nie będzie inna, niżeli była przódy.