„Oto jest to dziecko”

Dnia następnego trzej członkowie Dużej Rodziny siedzieli w bibliotece pana z Indii starając się w miarę możliwości rozweselić go rozmową. Pan Carrisford zaprosił ich dzisiaj umyślnie. Od dłuższego czasu żył w wielkiej niepewności i oczekiwaniu, a dziś właśnie z ogromną niecierpliwością oczekiwał pewnego zdarzenia.

Zdarzeniem tym był powrót pana Carmichaela z Moskwy. Jego pobyt w tym mieście przewlekał się z tygodnia na tydzień. Gdy tam przybył po raz pierwszy, wszystkie jego poszukiwania spełzły na niczym. W końcu udało mu się dowiedzieć na pewno o miejscu zamieszkania owej rodziny; gdy jednak tam zaszedł, służba oznajmiła mu, że państwo wybrali się w podróż. Wszelka pogoń za nimi okazała się bezcelowa, przeto pan Carmichael zdecydował się pozostać w Moskwie aż do ich powrotu.

Pan Carrisford siedział w swym wielkim fotelu, a jego faworytka Janet zajęła miejsce na podłodze koło niego. Nora usadowiła się na jednym z podnóżków, a Donald wskoczył na tygrysi łeb, wznoszący się ponad rozpostartą na ziemi skórą tego zwierza i jeździł na nim dość hałaśliwie.

— Nie rób takich krzyków, Donaldzie — upomniała go Janet. — Gdy przychodzisz w odwiedziny do osoby chorej, nie powinieneś jej zabawiać głosem tak przeraźliwym. Proszę pana, czy on nie bawi się zbyt głośno?

Pan Carrisford poklepał ją po ramieniu.

— Nie, nie — odpowiedział. — Niech się bawi. To mnie odrywa od smutnych myśli.

— Właśnie się uciszam — wrzasnął Donald. — Będziemy się wszyscy sprawowali cicho jak myszki.

— Myszki nie robią takiego hałasu! — zauważyła Janet.

Donald zrobił sobie uzdę z chusteczki do nosa i jął podskakiwać na karku tygrysim, jak na koniu.

— Owszem, zrobiłyby taki hałas, gdyby ich było dużo... na przykład tysiąc — odpowiedział z wesołym uśmiechem.

— O, chyba pięćdziesiąt tysięcy! — rzekła Janet z surową minką: — a my powinniśmy się zachowywać tak cicho, jak gdyby tu była tylko jedna myszka.

Pan Carrisford zaśmiał się i znów poklepał ją po ramieniu.

— Tatuś powinien tu przybyć już niezadługo — rzekła Janet. — Może teraz porozmawiamy o zaginionej dziewczynce?

— Zdaje mi się, że nie potrafiłbym teraz mówić o niczym innym — odpowiedział pan Carrisford, marszcząc czoło w smutku.

— My tak ją lubimy! — zawołała Nora. — Nazywamy ją księżniczką nie z bajki.

— Czemuż to tak? — zaciekawił się pan Carrisford; lubił się przysłuchiwać różnym powiedzonkom dziecinnym, bo odrywały go one od innych myśli...

— A dlatego — odpowiedziała Janet — że choć nie jest postacią z bajki, to jednak, gdy ją odnajdziemy, będzie tak bogata jak księżniczka.

— Czy to prawda — spytała Nora — że jej tatuś powierzył wszystkie swoje pieniądze jakiemuś przyjacielowi, który miał kopać diamenty... i że ten przyjaciel potem uciekł, myśląc, iż stracił wszystkie te pieniądze, i uważając się za złodzieja?

— Ale wiesz przecie, że nie był złodziejem — wtrąciła Janet pospiesznie.

Pan Carrisford chwycił skwapliwie jej rękę.

— Tak jest, on nie był złodziejem — powtórzył.

— Bardzo mi żal tego przyjaciela — rzekła Janet. — On przecież nie działał w złej wierze... a jestem przekonana, że teraz bardzo boleje nad tym, co się stało.

— Rozumna z ciebie kobietka, Janet — odpowiedział pan Carrisford, tuląc do siebie jej rękę.

— A czy opowiadałaś panu o dziewczynce, która nie żebrze? — pisnął znowu Donald. — Czy pan wie, że ona ma nową, ładną sukienkę? Może ona też zaginęła, a teraz ją ktoś odnalazł?

— Dorożka! — zawołała Janet. — Staje przed bramą. To tatuś!

Wszyscy troje podbiegli ku oknu, by się przyjrzeć.

— Tak, to tatuś! — oznajmił Donald. — Ale przy nim nie ma dziewczynki.

Cała trójka, nie tracąc chwili czasu, wybiegła z pokoju i pędem wpadła do hallu. W ten sposób zawsze witali ojca. Słychać było, jak podskakiwali, klaskali w ręce, wśród gwarów i pocałunków.

Pan Carrisford próbował wstać, ale siły odmówiły mu posłuszeństwa.

— Nic z tego! — rzekł, siadając w fotelu. — Jestem człowiekiem złamanym i bezsilnym!

Pod drzwiami rozległ się głos pana Carmichaela:

— Nie, moje dzieci! Przyjdziecie później, gdy porozmawiam z panem Carrisfordem. Idźcie pobawić się z Ram Dassem.

Drzwi otwarły się i wszedł pan Carmichael. Był bardziej jeszcze rumiany, niż dawniej i wniósł z sobą atmosferę młodości i zdrowia; lecz przy przywitaniu oczy jego zaszły chmurą smutku i niepokoju, spotkawszy się z pytającym wzrokiem chorego.

— Jakie wieści? — zagadnął go pan Carrisford. — Cóż z tym dzieckiem, adoptowanym przez Rosjan?

— Nie jest to dziecko, którego szukamy — odpowiedział pan Carmichael. — Ono jest znacznie młodsze niż córeczka kapitana Crewe. Widziałem to dziecko i rozmawiałem z nim, a ci Rosjanie udzielili mi wszelkich potrzebnych informacji. Imię tej dziewczynki brzmi Emilia Carew.

Dłoń pana Carrisforda wysunęła się z dłoni pana Carmichaela, a na jego twarzy pojawiło się piętno udręczeń i zmęczenia.

— Trzeba więc rozpocząć nowe poszukiwania — westchnął. — Cóż robić! Ale proszę usiąść.

Pan Carmichael usiadł. W ciągu dłuższej znajomości z tym człowiekiem nabrał wielkiego przywiązania. Sam był taki zdrów i szczęśliwy, otoczony taką radością i miłością, że samotność i utrata zdrowia wydawały mu się czymś wprost nie do zniesienia; gorszą zaś rzeczą musiała być owa trapiąca myśl o krzywdzie, którą wyrządził dziecku, porzuconemu na łaskę losu gdzieś w świecie.

— No, no, proszę się nie martwić — rzekł pogodnym głosem. — Jeszcze uda się nam ją znaleźć.

— Musimy zająć się tym niezwłocznie. Nie należy tracić czasu — niecierpliwił się pan Carrisford. — Czy mógłbyś mi podsunąć jakąś nową radę?

Pan Carmichael wstał i zaczął wielkimi krokami przechadzać się po pokoju. Twarz miał zamyśloną, ale niespokojną i niepewną.

— Mam jedną myśl, ale nie wiem, czy z niej co będzie. Przyszła mi do głowy, gdy jechałem pociągiem z Dover.

— Jaka to myśl? Jeżeli dziecko żyje, to musi się gdzieś znajdować.

— Tak właśnie. Szukaliśmy jej w szkołach paryskich. Dajmy teraz spokój Paryżowi i zacznijmy szukać w Londynie. Oto mój pomysł.

— W Londynie jest wiele szkół! — odrzekł pan Carrisford; naraz poruszył się żywiej, jakby tknięty jakimś wspomnieniem — Ot, na przykład jedna znajduje się w sąsiedniej kamienicy.

— Od niej więc zaczniemy. Bliżej już zaczynać niepodobna124!

— Nie-e! — rzekł smutno pan Carrisford. — Przebywa tam wprawdzie jedna dziewczynka, którą się interesuję... ale ona nie jest uczennicą. Jest to mała, zasmolona i zaniedbana istotka, zupełnie niepodobna do nieboszczyka Crewe.

W tej chwili zapewne czarodziej znów wziął się do pracy, by spełnić nowy cud. Bo jakże inaczej wytłumaczyć, że gdy pan Carrisford domawiał ostatnich słów, na progu pokoju ukazał się Ram Dass, bijąc korne pokłony, a jednocześnie z trudnością tłumiąc iskierkę wielkiego wzruszenia, migocącą w jego czarnych oczach?

— Sahibie125 — przemówił — to dziecko samo tu przyszło... Mówię o dziewczynce, którą sahib raczył się zaopiekować. Przyniosła małpkę, która uciekła do jej pokoiku na poddaszu. Poprosiłem tę dziewczynkę, żeby zaczekała... bo przyszło mi do głowy, że sahib miałby ochotę ją ujrzeć i z nią porozmawiać.

— Któż to taki? — zapytał pan Carmichael.

— Przyznam się, że nie wiem dokładnie — odparł pan Carrisford. — Jest to właśnie ta dziewczynka, o której mówiłem. Taka sobie posługaczka w szkole.

Skinął ręką na Ram Dassa.

— Dobrze! Miło mi będzie ją zobaczyć. Przyprowadź ją tutaj.

Po czym zwrócił się do Carmichaela.

— Podczas twej nieobecności — zaczął opowiadać — dni tak były posępne i tak mi się dłużyły, że byłem wprost zrozpaczony. Ram Dass opowiadał mi o nieszczęśliwej doli tej dziewczyny... i we dwójkę ułożyliśmy romantyczny plan przyjścia jej z pomocą. Pomysł to był zapewne dziecinny... ale przynajmniej miałem czym się rozerwać. Jednak bez pomocy Ram Dassa, który, jako syn Wschodu, jest człowiekiem zręcznym i sprytnym, nie zdziałałbym niczego.

Do pokoju weszła Sara, niosąc małpkę, która skrzeczała i trzymała się mocno jej ramion, jak gdyby nie miała zamiaru z nią się rozłączać.

— Pańska małpka uciekła — rzekła Sara, rumieniąc się z radości, iż znalazła się w pokoju pana z Indii. — Zeszłej nocy podeszła do mojego okna na poddaszu, a ja wzięłam ją do siebie, bo tak zimno było na dworze! Odniosłabym ją natychmiast, gdyby nie było tak późno. Wiedziałam, że jest pan chory, więc nie chciałam robić ambarasu126.

Pan Carrisford spojrzał na nią z zaciekawieniem.

— Bardzo to ładnie z twojej strony — rzekł.

Sara spojrzała w stronę Ram Dassa, stojącego nieopodal.

— Czy mam ją oddać laskarowi127? — zapytała.

— A skąd ty wiesz, że to laskar? — zapytał pan z Indii, uśmiechając się.

— O, ja widywałam laskarów! — odpowiedziała Sara, oddając małpkę, pomimo całego jej oporu. — Przecież urodziłam się w Indiach.

Pan Carrisford wyprostował się tak nagle i tak zmienił się na twarzy, że Sara aż się przestraszyła.

— Urodziłaś się w Indiach? — zawołał. — Podejdź tu do mnie!

Wyciągnął do niej rękę. Sara podeszła ku niemu i podała mu swoją, gdyż domyślała się, że tego pragnął. Stała spokojnie, wpatrując się weń ze zdziwieniem swymi zielonymi oczyma. Widziała, że w jego duszy działo się coś nie dającego się wytłumaczyć.

— Zdaje mi się, że mieszkasz w sąsiedniej kamienicy — przemówił do niej.

— Tak jest; mieszkam w szkole miss Minchin.

— Ale nie jesteś jej uczennicą?

Dziwny uśmieszek zaigrał na ustach Sary. Zawahała się przez chwilę.

— Doprawdy nie wiem sama, czym jestem — odparła.

— Czemu?

— Dawniej byłam uczennicą... nawet szczególnie wyróżnianą... ale teraz...

— Byłaś uczennicą?... A czym teraz jesteś?

Dziwny, smętny uśmieszek znów pojawił się na ustach Sary.

— Teraz sypiam na poddaszu, tuż obok pomywaczki. Chodzę za sprawunkami128 dla kucharki, spełniając każde jej polecenie... i pomagam w lekcjach młodszym dziewczynkom.

— Pytaj ją o resztę szczegółów, Carmichael! — jęknął pan Carrisford, opadając bezsilnie w fotel. — Pytaj ją... ja już nie potrafię.

Miły ojczulek Dużej Rodziny z własnej praktyki umiał rozmawiać z dziećmi. Sara przekonała się o tym słysząc jego pytanie, wypowiedziane uprzejmym, zachęcającym głosem:

— Powiedziałaś, że dawniej byłaś uczennicą. Kiedy to było, moje dziecko?

— Gdy tatuś przywiózł mnie tutaj.

— A gdzie teraz jest twój tatuś?

— Umarł — odpowiedziała Sara z wielkim spokojem. — Stracił cały majątek i nie zostawił mi ani szeląga. Nie miał kto się mną zająć... ani płacić miss Minchin za moją naukę.

— Carmichael! — zawołał boleśnie pan z Indii. — Carmichael!

— Nie trzeba jej zbijać z tonu! — szepnął doń cicho pan Carmichael, po czym rzekł głośno do Sary:

— A wtedy ciebie wygnano na poddasze i kazano ci być posługaczką? Czy nie tak było?

— Nie miał się mną kto zająć — odpowiedziała Sara. — Nie było pieniędzy. Nie mam rodziny.

— W jaki sposób twój ojciec stracił majątek? — wtrącił się do rozmowy pan Carrisford, a słowa więzły mu w gardle.

— Nie stracił ich z własnej winy — odpowiedziała Sara, z każdą chwilą bardziej zdumiona. — Miał przyjaciela, którego bardzo kochał... bardzo, bardzo kochał... i aż nazbyt mu wierzył. Ten przyjaciel zabrał pieniądze tatusia...

— Może ten przyjaciel nie miał zamiaru skrzywdzić twojego tatusia — odrzekł pan Carrisford, oddychając nierówno i prędko. — Może zaszła tu jakaś omyłka?

Sara nie zdawała sobie sprawy, jak bezlitośnie brzmiał jej spokojny głos; gdyby wiedziała, na pewno by postarała się złagodzić jego brzmienie.

— W każdym razie był to dla mego tatusia cios dotkliwy — odpowiedziała. — On to był przyczyną jego śmierci.

— Jak się nazywał twój ojciec?... Powiedz! — zawołał słabym głosem pan Carrisford.

— Nazywał się Ralf Crewe — odpowiedziała Sara, zaskoczona tym pytaniem. — Kapitan Crewe... Umarł w Indiach.

Chuda twarz chorego skurczyła się w bólu. Ram Dass pospieszył do boku swego pana.

— Carmichael! — mdlejącym głosem szepnął chory. — Oto jest... oto jest to dziecko!

Sara przez chwilę myślała, że on już umiera. Ram Dass nalał do szklanki parę kropel z jakiejś butelki i przytknął ją do ust pana. Sara stanęła w pobliżu, drżąc i spoglądając niespokojnym wzrokiem na pana Carmichaela.

— Jakie dziecko?... Co to znaczy? — wyjąkała.

— Pan Carrisford był przyjacielem twojego ojca — odpowiedział pan Carmichael. — Nie bój się niczego. Szukaliśmy cię już od dwóch lat.

Sara przyłożyła rękę do czoła, a wargi jej się trzęsły.

— A ja przez cały ten czas byłam u miss Minchin — szepnęła głucho, jak we śnie. — Tuż za ścianą...