LXXXIII

Tę przekazuję iey Balladę,

W rytmy odzianą dość misterne;

Kto ią zaniesie? Skoczcie rade,

Kto z was ma wolę, druhy wierne;

Byleby, skoro tylko spotka

Mą pannę wdzięczną, wraz na ucho

Rzekł iey: «Skądże to, moia słodka,

Skąd Bóg prowadzi, k...o, plucho?»

Ballada Wilona dla swey miłey

Zwodna miłości, cierpieniem zbyt droga,

Okrutna w skutku, w słodyczy obłudna;

Miłości twardsza niźli stal złowroga,

Mogę cię nazwać, morderczyni cudna:

Serca biednego ty śmiertelny czarze,

Pycho sekretna y wszytkim iednaka;

Oczy okrutne! Czyż ludzkość nie każe

Nie dręczyć, ale wspomagać biedaka?

Lepieybych czynił, szukaiąc pomocy

Indziey, w przystani iakiey barziey lubey:

Nic mnie nie zdoła wybawić z twey mocy;

Trzeba mi pchać się sromotnie do zguby;

Eyże! Mężczyzna, czy też dziecko ze mnie?

Y coż stąd? Zginę, skoro dola taka...

Choć litość radzi, niestety daremnie,

Nie dręczyć, ale wspomagać biedaka.

Przydzie ta chwila, kiedy czas, zbyt skory,

Pożółci, zmarszczy twe nadobne kwiecie;

Śmiałbych się, gdybych doczekał tey pory:

Ba, nie! Naówczas — ieśli żyw na świecie —

Staruchem będę, ty maszkarą podłą.

Owoć goń zdrowo: gdyś mnie leda iaka,

Bądź lepsza innym, y miey to za godło:

Nie dręczyć, ale wspomagać biedaka.