List III
To Ty, najdroższe światło mych dni, Ty przywracasz mnie do życia; czyż pragnęłabym je zachować, gdybym nie była przekonana, że śmierć jednym ciosem zniszczyłaby i Twoje, i moje życie? Już się do niej zbliżałam w chwili, gdy boska iskra, która ożywia nasze jestestwo dzięki Słońcu, szykowała się do zgaśnięcia; cierpliwa natura już przygotowywała się, by dać inną formę tej porcji materii, którą umieściła we mnie; umierałam: traciłeś na zawsze połowę siebie, kiedy miłość przywróciła mnie do życia, składam Ci je w ofierze. Ale w jaki sposób mogłabym Cię powiadomić o niesłychanych rzeczach, które mi się przydarzyły? Jak przywołać myśli niejasne już w chwili, gdy się nasunęły, a które z upływem czasu stają się jeszcze mniej zrozumiałe?
Zaledwie, najdroższy Azo, powierzyłam naszemu wiernemu chazki ostatni splot33 mych myśli, gdy usłyszałam wielkie poruszenie w naszym mieszkaniu: w środku nocy dwóch porywaczy wtargnęło, by mnie uprowadzić z ciemnej izby równie gwałtownie, jak to uczynili w świątyni Słońca.
Nie wiem, jakimi drogami mnie wiedli, szliśmy nocą, a za dnia zatrzymywaliśmy się w pustynnych miejscach, nie szukając schronienia. Wkrótce padłam ze zmęczenia. Niosły mnie jakieś hamas34, których ruchy męczyły mnie równie mocno, jakbym poruszała się o własnych siłach. Wreszcie pewnej nocy, gdy dotarliśmy do celu, ci barbarzyńcy zanieśli mnie na swych barkach do budynku, do którego wejście, mimo panującej ciemności, wyglądało na niezwykle utrudnione. Umieszczono mnie w miejscu ciaśniejszym i bardziej niewygodnym niż me pierwsze więzienie. Ale, kochany Azo, czyż mogłabym Cię przekonać o tym, czego sama nie rozumiem, gdybyś nie wątpił, że kłamstwo nigdy nie skalało ust dziecięcia Słońca35?
Ów dom, który wydawał mi się wielki z powodu dużej liczby ludzi w nim pomieszczonych, ów dom, jakby zawieszony, nie trzyma się ziemi i wciąż się kołysze. O, światłości mego życia, potrzebna byłaby rada Tiki Wirakoczy, który mógłby swą boską wiedzą napełnić nasze dusze, by zrozumieć tę osobliwość. Mogę powiedzieć tylko to, że owa siedziba nie została zbudowana przez kogoś, kto kocha ludzi, albowiem w kilka chwil po wejściu do niej bezustanne jej kołysanie, połączone ze wstrętnym smrodem, wywołały tak dotkliwą chorobę, że aż dziw, iż mnie nie zmogła — a był to dopiero początek mych strapień.
Upłynęło sporo czasu. Prawie już nie cierpiałam, kiedy pewnego ranka wyrwał mnie ze snu huk straszniejszy niż odgłos Yalpora: nasza siedziba wstrząsana była tak, jak kiedyś ziemia tego doświadczy, gdy spadający księżyc obróci świat w perzynę36. Krzyki towarzyszące temu łoskotowi czyniły go jeszcze straszliwszym; zmartwiała ze zgrozy, pomyślałam, że cała natura ulega zniszczeniu. Sądziłam, że niebezpieczeństwo jest powszechne; drżałam o Twe życie. Mój przestrach spotęgował się na widok gromady wściekłych mężczyzn, o zakrwawionym obliczu i odzieniu, którzy wpadli z wrzaskiem do mej izby. Nie wytrzymałam tego strasznego widowiska, opuściły mnie siły i świadomość: wciąż nie znam dalszego ciągu tego okropnego zdarzenia. Gdy się ocknęłam, leżałam w dość czystej pościeli, otoczona kilkoma dzikusami, ale nie byli to już okrutni Hiszpanie.
Czy możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy znalazłam się w nowej siedzibie, w otoczeniu nowych ludzi, nie mogąc zrozumieć, jak ta zmiana mogła się dokonać? Szybko zamknęłam ponownie oczy, by skupić się lepiej i przekonać, czy żyję, czy też dusza opuściła me ciało, by przejść do nieznanych krain37. Wyznam Ci, bożyszcze mego serca, że zmęczona obrzydłym życiem, zrażona różnymi cierpieniami, przygnieciona ciężarem mego losu, obojętnie przyjmowałam myśl o bliskiej śmierci. Odmawiałam wciąż pomocy, którą mi oferowano; po kilku dniach zbliżałam się bez żalu się do fatalnego kresu. Wyczerpane siły niweczą uczucie: osłabiona wyobraźnia podsuwała jedynie rozmyte obrazy kreślone drżącą ręką. Przedmioty, które najbardziej mnie poruszyły, wywoływały tylko owo niejasne wrażenie odczuwane podczas nieokreślonego rojenia. Prawie już nie żyłam. Ten stan, mój kochany Azo, nie jest tak przykry, jak się uważa, z daleka przeraża, ponieważ myślimy o nim z całych sił. Kiedy ów decydujący moment nadchodzi, osłabiony stopniowym wzmaganiem się bólu, które nas doń prowadzi, zdaje się być odpoczynkiem. Jednak poczułam, że naturalna skłonność do zaglądania w przyszłość, nawet w tę, która nie będzie już naszą, wydaje się dawać mi nowe siły. Zaniesiona byłam do Twego pałacu w chwili, gdy oznajmiono mi Twą śmierć. Widziałam Cię w myślach, mój ukochany, bladym, oszpeconym, bez czucia, jako ten kwiat lilii uschnięty w palącym żarze południa. Byłażby38 miłość nieraz barbarzyńsko okrutna? Rozkoszowałam się Twym cierpieniem, podsycałam go smutnym pożegnaniem, znajdowałam słodycz, może nawet przyjemność w powlekaniu Twych dni jadem żalu i ta sama miłość, która czyniła mnie okrutną, rozdzierała mi serce myślą o grozie Twych nieszczęść. Wreszcie ocknęłam się jak z głębokiego snu, przejęta Twoją własną boleścią, drżąc o Twe życie, poprosiłam o pomoc. Ujrzałam światło.
Czy zobaczę Cię jeszcze, drogi panie mego życia? Niestety! Któż może mnie o tym upewnić? Nie wiem nawet, gdzie się znajduję, być może daleko od Ciebie. Ale choćbyśmy byli rozdzieleni niezmierzoną przestrzenią zamieszkałą przez dzieci Słońca, lekki obłok mych myśli zawsze unosić się będzie wokół Ciebie.