408.
Podróż do piekieł. — I ja byłem w piekle, jak Odyseusz, i będę tam jeszcze często bywał; i nie tylko barany tam ofiarowywałem, żeby móc pomówić z niektórymi zmarłymi, lecz nie żałowałem kropli krwi własnej. Były cztery pary, które mnie, składającemu ofiary, nie odmówiły posłuchania: Epikur i Montaigne, Goethe i Spinoza, Platon i Rousseau, Pascal i Schopenhauer. Z tymi muszę dysputować podczas mych długich, samotnych wędrówek, pragnę, żeby oni przyznawali mi rację lub jej odmawiali, im pragnę się przysłuchiwać, kiedy między sobą wzajemnie przyznają sobie słuszność lub niesłuszność. I cokolwiek tylko mówię, postanawiam, cokolwiek pomyślę dla siebie lub innych: w tych ośmiu wzrok swój zatapiam i widzę, że ich wzrok jest utkwiony we mnie. — Niechaj żyjący mi wybaczą, jeśli mi oni nieraz wydają się jak cienie, tak wybladli i smutni, tak niespokojni i ach! tak żądni życia: kiedy tymczasem owi wydają mi się tak żywotni, jak gdyby teraz, po śmierci, nigdy już nie mogli być znużeni życiem. Lecz o wieczną żywotność chodzi: co zaś nam zależy na „życiu wiecznym” i życiu w ogóle!
*
Rozdział drugi. Wędrowiec i jego cień
Cień: Tak dawno nie słyszałem cię, że chciałbym ci nastręczyć do mówienia sposobność.
Wędrowiec: Coś mówi: gdzie? I kto? Zdaje mi się niemal, jak gdybym słyszał siebie mówiącego głosem jeszcze słabszym niż głos mój.
Cień (po chwili): Nie cieszy cię to, że masz sposobność do mówienia?
Wędrowiec: Na Boga i wszystkie rzeczy, w które nie wierzę, cień mój przemówił: słyszę i nie wierzę.
Cień: Przypuśćmy, że tak jest i nie myślmy o tym dłużej; nim upłynie godzina, będzie po wszystkim.
Wędrowiec: Zupełnie tak myślałem i ja, kiedy w lesie pod Pizą ujrzałem zrazu dwa, a potem pięć wielbłądów.
Cień: Dobrze to, że obydwaj jesteśmy jednako wyrozumiali dla siebie, kiedy się zdarzy, że rozsądek nasz milknie: w ten sposób i w rozmowie nie będziemy się drażnić wzajemnie, ani natychmiast jeden drugiemu nakładać klub76, jeśli przypadkiem słowo którego zadźwięczy niezrozumiale. Kiedy się nie wie, co odpowiedzieć, wystarcza już rzec cokolwiek: taki słuszny warunek kładę, jeśli z kimś rozmawiam. W dłuższej rozmowie nawet najmądrzejszy staje się nieraz szaleńcem i po trzykroć głupcem.
Wędrowiec: To, iż tak małym się zadowalasz, nie jest pochlebne dla tego, przed kim się do tego przyznajesz.
Cień: Mamże77 więc pochlebiać?
Wędrowiec: Myślałem, że cień człowieka jest jego próżnością; ta jednak nigdy by nie pytała: „mamże więc pochlebiać?”.
Cień: Próżność ludzka, o ile ją znam, nie pyta także, jak ja już dwukrotnie uczyniłem, czy mówić jej wolno: ona mówi zawsze.
Wędrowiec: Spostrzegam teraz, jak niegrzeczny jestem względem ciebie, mój drogi cieniu: ani słówkiem jeszcze nie oświadczyłem, jak się bardzo raduję, że nie tylko cię widzę, lecz i słyszę. Wiedz, że kocham cień, jak kocham światło. Żeby piękność oblicza, wyrazistość mowy, dobroć i moc charakteru istniały, cień jest równie potrzebny, jak światło. Nie są to przeciwnicy: raczej miłośnie trzymają się za dłonie, i kiedy światło znika, pomyka za nim cień.
Cień: I ja nienawidzę tego, czego ty nienawidzisz, nocy; kocham ludzi, ponieważ są uczniami światła i raduję się blaskiem, który świeci w ich oku, kiedy poznają i odkrywają, ci nieznużeni poznawcy i odkrywcy. Owym cieniem, który ściele wszystkie rzeczy, kiedy padnie na nie promień poznania — owym cieniem jestem ja.
Wędrowiec: Zdaje mi się, że cię pojmuję, chociaż, być może, wyraziłeś się cokolwiek cienisto. Lecz miałeś słuszność: dobrzy przyjaciele tu i ówdzie, jako znak porozumienia, wymieniają słówko ciemne, które dla wszystkich innych powinno być zagadką. My zaś jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Przeto dość wstępów! Parę setek pytań cięży mi na duszy, czas zaś, w którym możesz na nie odpowiedzieć, jest, być może, bardzo krótki. Zobaczmy, o czym porozumiemy się z całym pośpiechem i w zupełnej zgodzie.
Cień: Lecz cienie są lękliwsze od ludzi: nie powiesz więc nikomu, w jaki sposób rozmawialiśmy ze sobą.
Wędrowiec: Jak rozmawialiśmy ze sobą? Niechaj niebo uchroni mnie przed długo wlokącymi się rozmowami na piśmie! Gdyby Plato znajdował mniej przyjemności w takim przędzeniu, czytelnicy jego znajdowaliby więcej przyjemności w Platonie. Rozmowa, która w rzeczywistości bawi, zmieniona w pismo i przeczytana jest malowidłem, o wyłącznie fałszywych perspektywach: wszystko w niej jest za długie lub za krótkie. — Jednak, być może, będzie mi wolno podzielić się tym, na cośmy się zgodzili?
Cień: Na to zgoda: ponieważ wszyscy odnajdą w tym tylko twoje poglądy: o cieniu nie pomyśli nikt.
Wędrowiec: Być może, mylisz się, przyjacielu! Dotychczas w poglądach moich więcej widziano cień niż mnie.
Cień: Więcej cień niż światło? Czyż to możliwe?
Wędrowiec: Bądź poważny, szaleńcze! Pierwsze zaraz pytanie moje wymaga powagi.
*