2

Oto pierwszy, nawiasowy jeno przykład. Po wszystkie czasy chciano „poprawiać” ludzi: to przede wszystkim zwało się morałem. Aliści pod jednakim słowem kryją się najrozmaitsze tendencje. Zarówno oswojenie bestii ludzkiej, jak i hodowlę określonego gatunku człowieczego zwano „poprawą”: dopiero te termini zoologiczne odpowiadają rzeczywistościom — co prawda, rzeczywistościom, o których typowy „poprawiacz”, kapłan, nic nie wie, nic wiedzieć nie chce... Nazwać oswojenie zwierzęcia „poprawą” jego, wygląda to dla nas niemal na żart. Kto wie, co się dzieje w menażeriach, ten nie daje wiary, by bestia „poprawić się” tam mogła. Słabnie, nie jest już tak szkodliwa, pod wpływem przygnębiającego uczucia trwogi, pod wpływem bólu, ran i głodu staje się bestią chorobliwą. — Nie inaczej ma się z oswojonym, „poprawionym” przez duchownego człowiekiem. W okresie wczesnego średniowiecza, gdy kościół był istotnie przede wszystkim menażerią, polowano wszędzie na najpiękniejsze okazy „bestii jasnowłosej” — „poprawiano” na przykład dostojnych Germanów. Aliści jak wyglądał potem taki poprawiony, zwabiony do klasztoru Germanin? Jak karykatura człowieka, jak dziwoląg: stawał się „grzesznikiem”, siedział w klatce, śród straszliwych zamknięty pojęć... Gryzła go troska, choroba, złość do siebie samego; nienawidził podniet życiowych, patrzał podejrzliwie na wszystko, co jeszcze było silne i szczęśliwe. Słowem, „chrześcijanin”... Mówiąc fizjologicznie: w walce z bestią, by ją osłabić, nie ma innego środka, jak uczynić ją chorą. Znał się na tym kościół: popsuł człowieka, osłabił go — ale chlubił się, że go „poprawił”...