1846
Istnieją chore, pokraczne od urodzenia myśli, które całą swą oryginalność zawdzięczają sąsiedztwu z obłąkaniem.
Szczypcie myszy w ogon, a posłyszycie tony najnowszych skrzypków-wirtuozów.
Te góry, przez które się w życiu najtrudniej przebywa, składają się zawsze z ziarnek piasku.
Być przeznaczonym tylko dla jednej chwili i tę chwilę chybić: to budzi uczucie śmierci.
Błoto jest prawie tak samo wszechobecne jak Bóg.
Podczas trzęsienia ziemi jednemu miażdży czaszkę spadający komin, drugiemu spada do nóg najdojrzalsza gruszka.
Oddalenie zmniejsza wszystkie rzeczy fizyczne, a powiększa moralne.
Stwarzając człowieka, postawiła natura na loterii i przegra stawkę.
Przy modlitwie i przy goleniu przybiera człowiek jednako pobożną minę.
Synowie wtedy dopiero zaczynają kochać ojców, gdy przestają szanować matki.
Prawie we wszystkich klasach i stanach społeczeństwa, szczególnie jednak w handlowych i przemysłowych, wynaleziono rodzaj ogólnego sumienia stanowego, w którym sumienie jednostek nabiera tchu albo, jak kto woli, dusi się. Oszukuje tedy kupiec, bo tak wszyscy kupcy czynią, szlachcic krzywdzi mieszczanina, bo tak czynią wszyscy szlachcice, żołnierz zachowuje się zawadiacko, bo tak wszyscy żołnierze czynią, szkaluje dziennikarz, bo tak postępują wszyscy dziennikarze. W ogóle człowiek jest zadziwiająco pomysłowy w wynalazkach, które mają oszukać reflektującą stronę jego „ja” co do strony działającej, i rzadko kiedy nie udaje mu się w dziedzinie obyczajowo-moralnej to, co mu się nigdy nie uda w dziedzinie fizycznej: jeszcze w zwierciedle poprawić swój obraz.
Jest bardzo prawdopodobne, że natura wszystko zrobić musi, co zrobić może, lecz gdyby miała się już tylko powtarzać, a nie chciała ustać w twórczości, wtedy nastąpiłaby krisis. Jestem o tym prawie przekonany.
Ludzie bystrzy pewnej kategorii, którzy nie są twórczymi lub tworzyć przestali, piszą najbardziej zajmująco wtedy, gdy piszą o książkach, ale dzieje się to dość rzadko. Nie mówię tu o recenzentach, nawet dobrych, bo zadaniem recenzentów jest wyznaczać książkom należne im sfery, chwalić je lub ganić, nie zaś traktować je tak, jak pogodę lub niepogodę, i poddawać się im gwoli beztroskiej gry skojarzeń. Mam tu na myśli zajmowanie się raczej starymi książkami niż nowymi, raczej przeciętnymi niż wybitnymi. Nowe książki są często tylko wysypką teraźniejszości, stare książki, które jednak pozostały nowymi, pochodzą widocznie od zajmującej jednostki i zawierają dużo treści natury subiektywnej lub obiektywnej. Tamte budzą gniew i niechęć, jeżeli się nie należy do entuzjastów, którzy początek świata datują od godziny ósmej rano; te imponują. Mam też na myśli takie książki, których Żyd kolporter nie podnosi, gdy mu z paki wypadną, listy miłosne do potomności, deptane nogami. Tylko w takich książkach odbija się mierność, a mierność jest pod pewnym względem bardzo pouczająca, rzut oka na nią wstecz, gdy jej panowanie już ustało, opłaci się zawsze.
Jak rzadko umiemy korzystać z sądów ludzkich! Nie powinno się ich ani zwalczać, ani brać zbytnio do serca, chyba w tym względnym znaczeniu, w jakim nawet sąd chłopa o homarach zasługuje na uwagę, gdyż poucza gospodarza, aby mu homarów nie zastawiał.
Zaletą wyższych natur jest, że świat z wszystkimi szczegółami widzą zawsze w sposób symboliczny.
Drzewo, które wystrzela zuchwałą pełnią z ziemi i znowu nachyla się ku niej ciężkimi od liści gałęziami, wydaje się wodotryskiem unaoczniającym zmienną grę sił nieśmiertelnych.
Niczego się tak dziś w poezji nie nadużywa jak porównań; więc z pewnością będzie na czasie ustalić jakąś zasadę właściwego ich stosowania. W tej materii dałoby się nieskończenie wiele powiedzieć; tym razem wskażę tylko na jeden punkt. Każde porównanie wymaga przestanku w myśli, który znosimy nie zawsze i nie z byle jakiego powodu. Gdy nasz duch znajduje się już w stanie najintensywniejszej czynności, gdyż już niecierpliwie chce dotrzeć do celu i cel ten już przeczuwa lub widzi: jakże można spodziewać się po nim dobrowolnego przystanku, jakże wymagać od niego uwagi dla pięknego szczegółu po drodze, szczegółu, który zachwyca spacerowicza, ale dla kuriera jest zupełnie obojętny? Tu więc jest każde porównanie złym, bez względu na to, czym jest samo w sobie. Jeżeli już jednak skłonni jesteśmy do przystanku, to w każdym razie chcemy za to wynagrodzenia, więc jeżeli nadarzy się miejsce stosowne dla porównania, wszystko zależy od tego, czy porównanie jest trafne, i o wiele lepiej jest zostawić lukę, której nikt nie zauważy, niż wypełniać ją niezręcznie. Trafne porównanie zaś jest tylko takie, które nie tylko stoi w stosunku pokrewieństwa do przedmiotu, lecz jest także obfite w relacje uboczne, które, chyżo mknąc, myśl bez niego pominąć by musiała. Porównania, które tylko powtarzają w mowie obrazowej to, co już raz powiedziane zostało, nie dodając nic użytecznego, są zupełnie jałowe, a przeto zbyteczne; i tak już za dużo mamy ich w samej mowie. Tyle ogólnie; zastosowanie do poszczególnych rodzajów poezji jest dość łatwe. Epos ma, zdaniem naszych estetyków, niewątpliwe prawo do bezużytecznych porównań, zatrzymuje się, gdzie mu się podoba, i wymalowuje, co mu się podoba; sądzę jednak, że nieograniczone korzystanie z tego prawa uczyniło epos tak nudnym, i radziłbym epikom, aby tego zaniechali. Liryka, tj. najnowsza liryka, zasadza cały swój spryt na porównywaniu tam i sam różnych rzeczy trywialnych i jest podobna do szyszki jodłowej, której nie można uchwycić, tyle ma kolców; szkoda tylko, że chude myśli nigdy się przenośniami nie utuczą. Co do dramatu, to trzeba jeszcze wziąć w rachubę, że podczas gdy w eposie i w liryce występują przed nami na pierwszy plan opowiadacz i śpiewak, a więc pewne charakterystyczne maski z określonymi przywilejami, w dramacie mamy do czynienia bezpośrednio z nagim człowiekiem, takim, jaki czyni i mówi to, co mu natura każe. Stąd wprawdzie nie wynika dla normy powyżej ustalonej przy dramacie żadna zmiana, przybywa tylko jeszcze większa trudność w jej stosowaniu. Miejsce, w którym poeta dramatyczny odważy się na porównanie, musi się do tego szczególnie nadawać, a porównanie samo musi być tak obfite, ażeby pozwoliło nam zapomnieć nie tylko o przystanku, który w dramacie jest podwójnie dotkliwy, lecz i o tej niezwykłej okoliczności, że ludzie mówią obrazami i snują metafory, które by im w zwykłym życiu nigdy na myśl nie wpadły.
Czy jest to naturalne, gdy złe rymy dobrych utworów, źle zbudowane okresy dobrych książek sprawiają komu ból fizyczny, jak widok pajęczyny w kątach izby? Nie wiem, ale tak jest właśnie ze mną. Nie mogę czytać dalej Hegla już z powodu jego błędów stylistycznych, jeżeli nie mam popełnić samobójstwa — chociaż, co prawda, te błędy mają głębszą przyczynę, która powiększa jeszcze to fatalne wrażenie. Rozpruwa on tkaninę mowy na nowo, przeplata nici inaczej, jak były zadzierzgnięte, i miesza znaki, przestawiając na pozór tylko inaczej pojęcia.
Recenzować z góry lub pagórka stopnie, po których się wstąpiło — to uchodzi w oczach wielu za autobiografię.
Jeżeli mnie dobrze poinformowano, istnieje u katolików wiara, że nikt nie może zginąć, kto uratował jakąś duszę. Jest więc naturalne, że każdy stara się o tę nadzwyczajną zasługę i zamiast pracować nad własną duszą, mozoli się nad cudzą, bo gdyby tylko sam był czysty, jeden człowiek tylko dostąpiłby raju, gdy zaś troszczy się o swego bliźniego, to bądź co bądź dostanie się ich tam dwóch. Zdaje mi się, że ta wiara katolicka, iż potrzeba drugiego myć, aby samemu być białym, ma źródło w ogólnych popędach ludzkiej natury. Utrzymujemy sobie w jednym z naszych przyjaciół moralnego pupila, któremu nie przebaczamy najmniejszego przewinienia przeciw prawu moralnemu, nie pozwalamy na żadne wykolejenie, a gdy ów pupil odważy się naśladować nas choćby w drobiazgach, bierzemy go zaraz za głowę i wieszamy, aby Bóg i świat widzieli, jak poważnie sprawę traktujemy. Jeśli nam zaś brak przyjaciół, obsadzamy tę posadę nawet wrogiem i kamienując go, udowadniamy, że wara mu wprawdzie od chleba powszedniego, ale za to życzymy mu szczęśliwości niebieskiej. Takiego przyjaciela miałem w J.
Da się psychologicznie wytłumaczyć, dlaczego wśród oburzenia i gniewu szczytem postponujących epitetów jest zwykle słowo „człowiek”, na którym wypoczywamy, nie mając już nic więcej do powiedzenia. Nazywając kogo łajdakiem, nie czynimy zeń jeszcze osła; nazywając go osłem, nie robimy zeń łajdaka; żadna obelga nie obejmuje wszystkich negacji na raz, a przecież nie chciałoby się zostawić mu nic pozytywnego. Wtedy największy ferwor wpada na wyrażenie „człowiek”, które zastosowane w tak nagi, ogólnikowy sposób do określonej jednostki orzeka niejako, że w tej jednostce, wyjąwszy to, że należy do rodzaju ludzkiego, nie ma już nic ludzkiego, w ogóle nic, co by ją odróżniało od zera.
Kiedy dusza człowieka wżyje się całkiem w Chrystusa? Skoro jego ciało wrośnie w Apollina Belwederskiego.
Pierwszy człowiek mógł ze strachu przed śmiercią popełnić samobójstwo.
Pies chodzi z człowiekiem piętnaście lat, ale nie wpadnie mu na myśl popełnić samobójstwo. Tak samo duchowy motłoch z duchowymi wielkościami.
W człowieku spotykają się wszystkie żywioły i kolejno się krytykują; na tym polega jego życie.
Powinniśmy krytykować tylko czynami; w czynach możemy być bezwarunkowo szczerymi nie raniąc nikogo, w słowach — z trudnością.
Co lepsze: być najlepszym między złymi, czy być najgorszym między najlepszymi?
— Zając wie dobrze, dlaczego tak bieży; jego mięso jest zanadto smaczne! — powiedziałby zając na obronę swego tchórzostwa.
Leży to w naturze człowieka znosić pewne przykrości, od których by się mógł uwolnić, gdyż sądzi, że one zabezpieczają go przed jeszcze większymi przykrościami.
Najniebezpieczniejszym ryzykiem jest urządzić sobie całkiem wyjątkowe stosunki, które odbiegają od norm ogólnych, a przeto trudne są do osądzenia, gdyż każdy, kto ich nie zna dokładnie, mylnie je osądza.
Jedyną prawdą, jakiej mnie życie nauczyło, jest ta, że człowiek nie dochodzi w żadnej sprawie do niezmiennego przekonania i że wszystkie jego sądy są postanowieniami, aby się na rzeczy tak lub owak zapatrywać.
Jak pływać można tylko powierzając się wodzie, tak żyć tylko wtedy, gdy się siebie odda żywiołom.
Sen jest rozkoszowaniem się śmiercią.
Gdzie się przecinają wszystkie granice, stykają się wszystkie sprzeczności, tam jest punkt, w którym życie wytryska.
Nie trzeba pouczać człowieka, którego doświadczenie nie nauczyło rozumu. Co nie wejdzie uszami, wchodzi często grzbietem, ale co nie weszło grzbietem, nie wejdzie nigdy uszyma.
Jest interesującą kwestią, czy indywidualne zboczenia od ogólnych zasad sztuki dadzą się usprawiedliwić szczególnymi właściwościami artysty. Znam tylko jeden taki wypadek: Szekspira. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że jego rozpraszanie się na mnóstwo szczegółów nie zgadza się z formą dramatu. Przed forum sztuki jedno, czy błąd popełnia się w sposób królewski, czy manierą żebraczą, czy poeta daje nam jakiś charakter w sztuce zbędny, chociaż sam przez się pełen treści, czy wplata równie zbyteczną jak marną sentencję, albowiem ów charakter byłby się stał sentencją, a sentencja charakterem, gdyby król i żebrak byli pomieniali między sobą swoje mienie. Sztuka nie może się rozprzestrzeniać w nieskończoność jak natura, a natura nie może się skurczać do takich ciasnych rozmiarów, jakie ma sztuka; z tej różnicy należy wydedukować zasadnicze prawa sztuki i do niej odnieść główne problematy natury, zwłaszcza sztukę samą. Wyniknie stąd dla sztuki konieczność swobodnego ograniczania się: dzieło sztuki musi z wszechświatem być połączone, lecz także być od niego odcięte, trzeba tętnice natury do dzieła wprowadzić, lecz równocześnie je podwiązać. Przeciw temu grzeszy Szekspir, a jednak nie tylko mu się przebacza, owszem, ma się nawet uczucie, że mu się powinno być wdzięcznym za to naruszenie granic. Dlaczego? Prawdopodobnie, ponieważ u tego poety natrętna samowola subiektywna tak całkowicie odpada, że jego osoba znika zupełnie dla naszych oczu i wtedy zdaje się nam, że za pośrednictwem jego sztuki doznajemy bezpośredniego wrażenia z natury.
Zamiast Boga-stworzyciela dlaczego by nie miało być Boga-tworu? Jeżeli nie było olbrzymiej istoty na początku, czemuż nie ma jej być na końcu świata?
Wszyscy żyjemy jakby w zwierciedle, bo to, czym jesteśmy, niewiele znaczy w porównaniu z tym, za co nas mają.
Dla śmiertelnego człowieka jest nieszczęście w pewnym sensie szczęściem. Jak znieść śmierć, gdyby życie nie było nieznośne?
Wyobrażać sobie ludzi wielkich, którzy byli wielkimi pod każdym względem — najsubtelniejszy sposób samobójstwa.
Jestem mocno przekonany, że świat kiedyś przybierze formę odpowiadającą myślom i uczuciom najszlachetniejszych ludzi. Ale i wtedy bestie i diabły nie zginą, będą tylko związane.
— Jak dobry jest Bóg! Stworzył człowieka, abym się mógł wyżywić! — rzekł tasiemiec.
W świecie sztuki nie ma tematów czystych ani nieczystych. Czyż nawet najwyższego tematu nie splami podła forma, i na odwrót?
...Komedia, w której występują wszystkie osoby tragedii i same siebie parodiują. Alegoryczna, w najwyższym znaczeniu!
Poeta, który nie może poniechać ani jednej myśli, jest podobny do rzeźbiarza, który by z miłości do bryły marmuru wzdragał się odłupywać zbyteczny materiał. Zresztą bowiem swoista wartość kawałka marmuru, który u Apollina Belwederskiego wyobraża nos, nie jest wcale większa od tego kawałka, który tuż obok odbito dłutem i podeptano w pracowni artysty.
Czytelnik (w przeciwstawieniu do człowieka działającego lub nawet studiującego): typ współczesny, i to ważny, gdyż taki człowiek przez wyprzedzanie wszystkiego wyobraźnią pozbawia się zupełnie rzeczywistości.
Tylko mistrz umie rzecz konieczną, istotną powiedzieć nieraz tylko mimochodem, aby nie rozwiać pięknego złudzenia swobody!
„Dialog jest lekki!” — „dialog jest ciężki!” Oto jedyna uwaga recenzentów, nawet lepszych, o stylu dramatycznym. Już ogólnikowość takich uwag pokazuje, że ci ludzie nie wiedzą dobrze, o czym mówią, gdyż wtedy musieliby się ograniczyć do poszczególnych scen, a nawet ustępów, albowiem lekkość lub ciężkość dialogu nie może być wcale charakterystyczną cechą całego dramatu, jeżeli ten dramat rzeczywiście dziełem poetyckim. Bez wątpienia styl jest najważniejszym elementem poezji w ogólności, a dramatu w szczególności, i wszelka krytyka powinna by od niego zaczynać. W fabule nawet w konturach charakterów ukrywa się nieraz abstrakcyjność bardzo głęboko, w stylu odkrywa ją krytyk uposażony zmysłem estetycznym natychmiast. Ale zanim się przystąpi do analizy stylu, trzeba sobie zdać sprawę z różnicy między przedstawieniem [Darstellung], to jest bezpośrednim odzwierciedlaniem życiowego procesu, a relacją [Relation], to jest rozumnym wyliczaniem różnych jego momentów i ostatecznego wyniku. Wtedy będzie się miało całkiem inne strony stylu na oku niż zewnętrzne właściwości budowy zdań i okresów, a Lessing, na którego się zwykle powołują, będzie tylko warunkowo naszym wzorem. Lessing dawał tylko relacje, nie utrzymywał równowagi między tysiącem rysów, dawał tylko dwa lub trzy rysy, które zawdzięczał swemu oczytaniu i znajomości ludzi, więc mógł je łatwo odmalować w najdrobniejszych szczegółach, a mimo to wznieść budowlę etymologiczną, którą można szybko zwiedzić. Inaczej prawdziwy poeta, któremu za każdym krokiem nasuwa się cały świat poglądów i związków, wybiegających równocześnie wstecz i w przyszłość, i który tylko wtedy osiąga wrażenie, o jakie mu chodzi i chodzić powinno, jeżeli da nam również rozkoszować się tym wzbierającym bogactwem, tą nieskończoną pełnią życia. Tam, u Lessinga, gdzie myśli nie następują sobie na pięty, barwy nie przechodzą w siebie wzajemnie, była sieczka małych zdań na miejscu; tu miałaby małe znaczenie. Nie jest prawdą, że człowiek każdą swą myśl przemyśla aż do końca, każde uczucie przeżywa aż do spodu; objawy życia krzyżują się, wytrącają się wzajemnie z pola i to ma przede wszystkim styl dramatyczny unaocznić: każdorazowy stan całkowity, zbieg jego poszczególnych momentów, a nawet wywołane przez to zamącenie. Stąd zaś wypływa, że ulubiona lekkość dialogu może być bardzo często błędem, a ciężkość zaletą.
Każdy płomień staje się po śmierci popiołem, ale rozum lubi oceniać płomień, którym człowiek gorzał, według popiołu, w którym się ostatecznie udusił.
Tęsknota do nieśmiertelności jest palącym wciąż bólem rany powstałej wtedy, kiedy zostaliśmy oderwani od wszech jedni, aby jak pokrajane członki polipa wieść odrębne żywoty.
...Świat, który by tak żył w ogniu, jak nasz w powietrzu!...
Dlaczego pewien charakter w dramacie jest taki lub owaki, tego właśnie nie można objaśnić tym lub owym charakterem, podobnie jak formy nosa nie można wydedukować z nosa; trzeba charakter wytłumaczyć z całości dramatu, tak jak nos trzeba widzieć dopiero na twarzy, i raczej na korzyść niż na niekorzyść poety świadczyłaby, gdyby jeszcze i potem zostało coś niewytłumaczalnego.
Jednostka przeciwstawiając się światu musi zamienić swoje małe prawo na wielkie bezprawie.
Mistyka chrześcijańska Görresa. Gdyby był Görres do tej książki dodał swój wizerunek! Myślę, że nikt nie zdobędzie się na jej przeczytanie, kto go na własne oczy nie widział! Ale kto kiedykolwiek patrzył w jego twarz, nie oprze się pokusie towarzyszenia mu w najgłębsze ciemności, choćby tylko po to, aby się dowiedzieć, jak daleko można zataczać się z zamkniętymi oczami bez wyrżnięcia głową o belkę. Twarz jego jest pobojowiskiem zabitych myśli; wyryła na niej bruzdy każda idea, jaka tylko od czasów rewolucji strząsnęła trójzębem ocean niemieckiego ducha, i wszystkie te bruzdy zostały, chociaż Görres-jakubin skurczył się w Görresie-świętym. Gospoda zamieniła się w kaplicę, ale zapomniano zdjąć szyld; kto nie wie, że wewnątrz śpiewa się pieśni nabożne, mógłby wejść i zażądać wina i kości.
Nie trzeba Görresa zaliczać do ludzi, którzy go otaczają i zaliczają go do swoich; jest to homo sui generis. Najwięcej wewnętrznego pokrewieństwa ma z naszym niemieckim Norwegczykiem, Henrykiem Steffensem. Ci ludzie, wyposażeni sporym talentem kombinacyjnym, traktują świat i historię jak szachownicę, igrają nie mogąc tworzyć. Igrają z rzeczami i wikłając je w nowy sposób, myślą, że to genialne! igrają ze sobą i gdy przeskakują od ekstremu do ekstremu, myślą, że się rozwijają. Brak fundamentów u siebie uważają za swobodę, dowolne rozszerzanie się i skurczanie za ruchy trawiącego żołądka. Koniec takich natur może być dwojaki. Albo opuści je tęsknota do punktu centralnego, wtedy staną się wyłącznie powierzchnią, cienką powierzchnią, jak wołowa skóra Dydony, i uroją sobie, że obejmując tym szerokim zakresem najsprzeczniejsze rzeczy, przez to samo godzą i wiążą je rzeczywiście między sobą. Albo też przemarzną poza obrębem organicznego procesu życia; wtedy ściągną się w sobie jak robaki i owiną się naokoło własnego pępka albo naokoło krucyfiksu. W pierwszym wypadku będziemy mieli indyferentystę, ale w tymże sensie, że będą ducha świata uważali za indyferentnego; w drugim wypadku fanatyka; w obu zaś wypadkach brak uświadomienia zastąpiony będzie przez kłamstwo pojednania.
Książki Görresa nie można uznać za dzieło naukowe, musi się je rozważać jako fakt psychologiczny, i to fakt przerażający. Czyż nie jest straszne, że profesor uniwersytetu opanował całą filozofię natury tylko po to, aby za pomocą na wpół rozumnego, na wpół mistycznego rezonowania, za pomocą niby poetycznego motywowania stać się obrońcą procesów przeciw czarownicom? A przy tym ma się wciąż wrażenie nieszczerości. Czy tak mądre i rozumne przesłanki dadzą się pogodzić z tak niesmacznymi konsekwencjami? Ta wątpliwość pozostaje niezatarta.
Wielkich myśli nie można nigdy wypowiedzieć z dostateczną prostotą, bo poezja nie polega na błyskotkach, ale małe myśli wymagają stroju. Ptakom dała natura pstre pióra; stwarzając lwa, poprzestała na skromnej sierści.
Geniusz poezji porywa człowieka za czuprynę, jak anioł Habakuka20, obraca go ku wschodowi i powiada: — maluj, co widzisz. — Ten spełnia rozkaz, drżąc ze strachu, tymczasem przychodzą jego kochani bracia i rozpalają mu ogień pod stopami.
Jak wszelka krystalizacja zależy od pewnych warunków fizykalnych, tak każde zindywidualizowanie się ludzkiej istoty zawisło od właściwości współczesnej epoki. Wyobrazić względną konieczność tych modyfikacji natury ludzkiej — oto, czym zadanie poezji różni się od zadania historii, i tu może ona dokonać czynów najwyższych, jeżeli jej się uda czysty obraz. Ale wykluczyć przypadkowość z tego zadania i nadto jeszcze uniknąć subiektywnej dowolności jest tak trudno, że mamy zaledwie zaczątki poematów, o jakich tu marzę.
Muszę się strzec, bym nie popadł w swoich dramatach w błąd, którego prawie uniknąć nie mogę, jeżeli będę dalej swoje idee przeprowadzał tak konsekwentnie jak dotąd. Pewny jestem, że w głównej rzeczy się nie mylę, że każdy dramat musi mieć trwały, niewzruszalny fundament. Czy jednak przeto musi go mieć każdy charakter i każda rodząca się w nim namiętność? Mimo to nie mogę się bez wstrętu zdobyć na obracanie się w sferze pospolitych, względnych stosunków.