SCENA DZIEWIĄTA

Carlos i Markiz.

CARLOS

Myśl twoją dobrze zrozumiałem.

Dziękuję ci. Lecz przymus w twym obejściu całem

Uniewinnia jedynie obecność trzeciego.

Czyż braćmi nie jesteśmy? Niech z związku naszego

Ta komedia w godności wyrzucona będzie.

Wmów w siebie, żeśmy obaj w szalejących rzędzie

Spotkali się na balu maskowym u dworu,

Ty w szacie niewolnika, a ja dla humoru

W purpurze. I tak długo, jak trwają zapusty,

Szanujmy nasze kłamstwo. Niechaj ten żart pusty62

Osłania w nas powaga i zabawie gwoli63

Gwarnej rzeszy zostańmy wierni naszej roli.

A gdy Karol spod maski da ci znak skinieniem,

Mimochodem odpowiedz ręki uściśnieniem.

Zrozumiemy się wzajem.

MARKIZ

Ach! Snu tak błogiego

Czy przyszłość nie rozwieje? — Czyli64 hartu swego

Mój Karol dosyć pewny? — aby mógł zuchwale

Oprzeć się zbyt kuszącej majestatu chwale?

Mamy jeszcze przed sobą jedną wielką dobę65,

Co twój zapał rycerski wystawi na próbę.

Ja tylko ostrzec pragnę. — Oto król umiera;

Karol spadkiem po ojcu królestwo odbiera

Największe w chrześcijaństwie. Naraz niezmierzona

Przepaść ciebie oderwie od śmiertelnych grona.

Człowiek wczoraj zwyczajny, dziś bogiem się stanie.

Wzniesiony nad słabości, zgłuchniesz na wołanie

O dług winny wieczności. — Ludzkość66, która jeszcze

Dzisiaj swym wielkim słowem w twym uchu szeleszcze,

Sama ci się zaprzeda i u stóp się skruszy

Swego bożka. Współczucie zagaśnie w twej duszy

Wraz z cierpieniem — a cnota w rozkoszach hart straci.

Bogate Peru złotem szaleństwa opłaci,

A do zbrodni szatanów znajdziesz w własnym dworze.

Tak odurzon snem legniesz w to niebiańskie łoże,

Które zgraja służalców chytrością oprzędzie.

Wartości twego bóstwa sen twój miarą będzie,

A biada szaleńcowi, co by chciał to spanie

Przerwać, wiedzion litością! Cóż się ze mną stanie?

Przyjaźń szczera jest śmiałą; jej blask może razić

Twój majestat schorzały. Może cię obrazić

Zuchwałość poddanego. Ja mogę wrażliwy

Być na dumę książęcą.

CARLOS

Straszny, lecz prawdziwy

Jest twój obraz monarchów! Tak — to prawda szczera.

Jednak zbrodniom jedynie swe serce otwiera

Rozpusta. Jam dziewiczy, w mego życia wiośnie.

Tę siłę męską, którą tysiące tak sprośnie

Zmarnowało — tę lepszą połowę duchową —

Ja ją władcy w przyszłości zachowałem zdrową.

Któż ci więc może kiedy zamknąć serce moje,

Gdy kobiety niezdolne?

MARKIZ

Sam się nie ostoję;

Bo mógłżebym do ciebie mieć to przywiązanie,

Gdybym lękać się musiał?

CARLOS

Ach! To się nie stanie.

Czy ty mnie potrzebujesz? Czyli67 słabość jaka

Ciebie zniży przed tronem do roli żebraka?

Złota pragniesz? Wszak jesteś bogatszym, poddany,

Niż ja, gdy królem będę. — Czy ci pożądany

Blask chwały? — Wszak młodzieńcem masz nadmiar już sławy —

A przecież nią pogardzasz! A nie miej obawy

Stania się mym dłużnikiem — ja nim będę raczej.

Ty milczysz? To milczenie czy obawę znaczy

Przed pokusą? Truchlejesz z bojaźni przed próbą

I siebie nie dość pewny, walkę staczasz z sobą.

MARKIZ

Zgoda więc! Ustępuję! Masz mą rękę, książę!

CARLOS

Moim jesteś?

MARKIZ

Na wieki! Niech nas wzajem wiąże

To słowo w swym znaczeniu obszernym i całem!

CARLOS

Jak dzisiaj do infanta, tak z równym zapałem

I wiernością dla króla zostaniesz w przyszłości?

MARKIZ

Poprzysięgam ci, książę!

CARLOS

Nawet gdy próżności

Robak serce niebaczne pochlebstwy68 otoczy:

Gdy zapomną łez ronić rzewne niegdyś oczy,

Gdy ucho na błaganie zgłuchnie — ty mi przecie

Niezlękłym stróżem cnoty zostaniesz na świecie.

I ducha mego wskrzesisz, jeśliby w uśpieniu

Śmiał zapomnieć o swoim wielkim przeznaczeniu!

MARKIZ

Tak jest!

CARLOS

A teraz jeszcze jedno mam żądanie.

Zwij mnie „ty”. Kiedyś dawał innym to nazwanie,

Zazdrościłem im zawsze. „Ty” — braterstwa miano,

Pieści mile me serce równością nieznaną.

Nie przecz mi! Twą odpowiedź snadnie69 odgaduję.

Dla ciebie — wiem, to fraszką70; lecz ja ją przyjmuję,

Syn króla, jako łaskę. Chcesz więc być mi bratem?

MARKIZ

Twoim bratem!

CARLOS

Tak więc, przed króla majestatem

Stanę teraz bez trwogi. — Gdy z tobą dłoń w dłoni,

Wiek mój wyzwę do walki, śmiało stając do niej.