SCENA SIEDEMNASTA

Księżniczka Eboli i Markiz Poza.

EBOLI

O nieba litościwe! Puść mnie! Puść mnie, panie!

MARKIZ

prowadzi Eboli na front sceny z wyrazem strasznej surowości

Nieszczęsna! Powiedz, jakie zrobił ci wyznanie?

EBOLI

Nic zgoła, nic — puśćcie mnie...

MARKIZ

zatrzymuje Eboli gwałtownie — z rosnącą surowością

Coś się dowiedziała?

Mów, bo stąd już nie ujdziesz — a coś usłyszała,

Nie powtórzysz nikomu więcej na tym świecie!

EBOLI

patrząc z przerażeniem na oblicze Markiza

Wielki Boże! Czym przez to pogrozić mi chcecie?

Przecież, sądzę, nie mordem?

MARKIZ

dobywając sztyletu

Ja krótko się sprawię!

Tak właśnie! Ciebie żywą tutaj nie zostawię!

EBOLI

Mnie? Mnie? Wieczna litości! Cóżem zawiniła?

MARKIZ

z podniesionym wzrokiem ku niebu — ze sztyletem przyłożonym do piersi Księżniczki

Jeszcze czas — jeszcze z ust tych jadu nie puściła

Trucizna. Gdy te piersi zmiażdżę jednym ciosem,

Wszystko wróci, jak było. Wybór między losem

Hiszpanii — albo życiem jednej białogłowy...

W tej pozycji pozostaje przez chwilę.

EBOLI

osunąwszy się do jego stóp — patrzy śmiało w jego oblicze

A zatem — Cóż zwlekacie?... Nie chronię mej głowy

Przed wyrokiem, bom winna — uderzcie żelazem.

MARKIZ

opuszcza rękę z wolna — po krótkiej chwili namysłu

To byłoby tchórzostwem i zbrodnią zarazem —

Nie! — nie! — dzięki ci, Boże!... znajdę inną drogę!

Upuszcza sztylet i oddala się spiesznie — Księżniczka porywa się z miejsca i przez drugie drzwi wybiega.