SCENA III
Lasy czeskie.
Szpigelberg, Racman i banda rozbójników w gromadach tu i owdzie rozsypanych.
RACMAN
Tyż to? ty istotnie? Niechże cię zduszę na winną polewkę, kochany, serdeczny Maurycy! Bądź nam wśród czeskich lasów pozdrowiony. I wyrósł, i zmężniał! Siarczystyż to batalion! Przywodzisz rekrutów w całej paradzie, ty zwinny werbowniku!
SZPIGELBERG
Nieprawdaż, bracie? nieprawdaż? I całą gębą chwaty chłopaki. Nie uwierzysz, widoczne błogosławieństwo boże za mną ugania: jak mię73 widzisz, ot nędzny, zgłodniały chudeusz, ten kij tylko miałem, gdym Jordan przechodził — a dziś jest nas siedmdziesięciu ośmiu: po największej części zrujnowanych kramarzy, odprawionych belfrów, i pisarczuków ze szwabskich prowincji. To korpus chwacki, braciszku, wyborne chłopaki, powiadam ci — jeden drugiemu guziki kradnie od sukni i jeden przy drugim z nabitą tylko strzelbą pewny jest życia — i znają ich, i na czterdzieści mil w około mają respekt — to nie do pojęcia. Nie ma dziennika, żebyś tam o wisusie Szpigelbergu jakiegoś artykuliku nie wyczytał — tylko o mnie piszą. Od stóp do głowy masz mię przedstawionego — myślisz, że mię widzisz. Nie zapomnieli nawet guzików od mojego surduta. Ale też nielitościwie ciągniemy ich na dudka. Niedawno lecę do drukarni, oświadczając, że osławionego Szpigelberga na własne widziałem oczy — i dyktuję pisarczukowi, co tam siedział, żywy obraz miejscowego eskulapa74 — rzecz się rozeszła, pociągają nygusa par force75, wypytują — a ten w strachu i głupocie wyznaje, niech mię wszyscy diabli porwą! wyznaje na czysto: że jest Szpigelbergem. Do trzystu piorunów, tylko co nie skoczyłem do magistratu, żeby zaskarżyć łajdaka, iż mojem imieniem śmie tak poniewierać — we trzy miesiące jednak już go powieszono. Musiałem dobry niuch tabaki wpakować do nosa, gdym przechodził potem koło szubienicy i widział fałszywego Szpigelberga w całej chwale dyndającego — a tak gdy Szpigelberg wisi, Szpigelberg pomaleńku wywinął się z łapki76 i poza plecami przemądrej sprawiedliwości pokazywał ośle uszy, że aż litość brała.
RACMAN
Śmiejąc się.
Zawsze jednakowy!
SZPIGELBERG
Jak widzisz, ciałem i duszą. Muszę ci też opowiedzieć o figlu, com w klasztorze celestynek niedawno wypłatał. Postrzegam w mojej wędrówce klasztor jakiś na drodze — tak ku zmierzchowi — a żem przez cały dzień ani jednego naboju nie ruszył, a jak wiesz, na śmierć nie cierpię „diem perdidi77” postanowiłem noc uczcić wspaniałem dziełem, choćby tam przyszło diabła ucho odkręcić. Czekamy cichutko do późnej nocy — ani mysz pisnęła. Światła pogasły, i skoro nam się zdało, że już mniszki skurczone w piernatach, biorę z sobą Grima, a drugim każę stać przy bramie, aż póki nie dosłyszą mojego świśnięcia. Chwytam stróża klasztornego, odbieram mu klucze, wciskam się ostrożnie do celek, gdzie dzieweczki spały, sprzątnąłem sukienki i hop do bramy z tłumokiem. Tak od celi do celi, zabraliśmy wszystką odzież jednej po drugiej — a na samym końcu pannie przeorysze. Jak gwizdnę: moje chłopcy nuż z podwórza stukać i szturmować, jakby na dzień sądny, i z bestialskim hałasem lecieć do wnętrza cel. Ha, ha, ha! trzeba ci było hecę obaczyć, jak te biedne kotki po omacku szukały sukienek i załamywały rączęta z rozpaczy, widząc, że gdzieś poszły do diabła. My tymczasem, jak zaczniem huku puku podszczuwać, tak nieboraczki to się w prześcieradła pozawijały, to w kuczki przysiadły pod piecem, i dalej szlochać i lamentować, aż na koniec stara ropucha przeorysza się przywlekła. Wiesz, bracie, że na tym szerokim ziemi okręgu nic dla mnie nie ma obrzydliwszego jak pająk i baba stara — cóż dopiero, wyobraź sobie, jak ten uwędzony pomarszczony kudłaty tłuk na swoją dziewiczą czystość zaklinać mię począł! Do trzystu diabłów! jużem wszystkie pięści nastawił, żeby jej tę resztę kości połamać: słowem, krótko i węzłowato, albo na stół srebra wszystkie, skarby kościelne i białe talarki, albo moje chłopaki wiedzą, co zrobić. Otóż powiadam ci, wyciągnąłem z klasztoru więcej jak na tysiąc talarów i śmiechu do rozpuku, a chłopcy jeszcze w dodatku pozostawili pamiątkę na dziewięć okrągłych miesięcy.
RACMAN
Tupając78.
Do tysiąca piorunów! Że mnie tam nie było!
SZPIGELBERG
Widzisz? Powiedzże teraz, że to nie życie? — a przy tem świeży i silny tułów trzyma ci się i rośnie na drożdżach jak brzuszek prałacki. Nie wiem, coś magnetycznego muszę mieć w sobie, co całą tłuszczę obszarpaną na ziemi bożej ciągnie do mnie jak stal i żelazo.
RACMAN
Piękny mi magnes! Ale do kata chciałbym też wiedzieć, jakich ty czarów używasz, żeby...
SZPIGELBERG
Czarów? Czarów nie trzeba — głowy na karku, pewnego praktycznego iudicium79, którego nie nabędziesz jedząc kaszę za piecem. — Bo widzisz, ja zawsze powiadam: poczciwego człowieka zrobisz z każdego pastucha, ale na hultaja trzeba cienką mąkę przepytlować80 — do tego należy także właściwy geniusz narodowy i pewna, że tak powiem, hultajska atmosfera.
RACMAN
W tym względzie, bracie, zachwalano mi Włochy.
SZPIGELBERG
Tak, tak, każdemu słuszność oddać należy: Włochy swoich ludzi światu pokazują. Ale i Niemcy, jeśli tak dalej postępować będą, jak rozpoczęły, jeżeli Biblię wymiotą, jak najświetniejsze ku temu nadzieje: jeszcze z Niemiec coś będzie. Szczególnie muszę ci powiedzieć: że jeśli powietrze cokolwiek nie służy, geniusz wszędzie wynagradza — a zresztą, bracie, i w Paryżu nie zrobisz z owsa ryżu — Ale ciągnąc dalej, na czemże to ja stanąłem?
RACMAN
Na sztucznem81 zaciąganiu.
SZPIGELBERG
Tak właśnie, na sztucznem zaciąganiu. Najpierwsza rzecz, skoro do miasta przybędziesz, dowiesz się u policjantów, żandarmów i siepaczów, kto do nich najczęściej zachodzi, najniżej się kłania; i tych wyszukujesz co prędzej. Sadowisz się potem po kawiarniach, b... ch82, szynkowniach, i szpiegujesz, badasz, kto najwięcej krzyczy na ciężkie czasy, na wielkie procenta, na wzrastającą czujność policji poprawczej; kto najwięcej rząd znieważa, uskarża się na postrzeżenia fizjonomistów, i tym podobnie. Hej bracie! oto właściwa wyżyna umiejętności. Uczciwość tam chwieje się jak ząb spróchniały; trzeba tylko szczypczyki do wyrwania podsadzić. Albo krócej i lepiej: przechodząc rzucasz na otwartej ulicy worek z pieniędzmi, zakradasz się w jakiem miejscu i uważasz, kto go podejmie. Za chwilę potem pędzisz z tyłu, szukasz, krzyczysz i pytasz tak niby mimochodem: czyś pan czasem woreczka mego nie znalazł? Przyzna się? to bierz go diabli — ale jeśli w żywe oczy się wyprze albo przebąknie: „Pan raczy darować; nie wiem, co Pan mówi; bardzo żałuję...” Oho, bracie, zwycięstwo! zgaś latarnię, Diogenesie przebiegły — twój człowiek znaleziony.
RACMAN
Z ciebie skończony praktyk.
SZPIGELBERG
Panie Boże! jakbym kiedykolwiek mógł wątpić o tem. Ale gdy tak twój człowiek uchwycił haczyk od wędki, trzeba zgrabnie się zwijać, żeby go wyciągnąć. Otóż mój synu! ja tak robiłem. Jak tylkom ślad wytropił, przyczepiam się jak kleszcz do mojego kandydata, upijam się za panie bracie — notabene musisz sam wszystko fundować, kosztuje to wprawdzie nieco, ale na to zważać nie trzeba — posuwasz dalej, prowadzisz go pomiędzy graczów i rozpustników; wplątujesz go w bójki i brzydkie awantury, póki sos i nos, mienie i sumienie i sławę nazwiska nie porwą puśliska83 — bo mówiąc ci nawiasem, nic nie sprawisz, aż ciało i duszę zgubisz za jednym zachodem. Wierzaj mi bracie, z mojego doświadczenia ledwiem nie pięćdziesiąt razy wysnuł: że jak tylko poczciwy człowiek z gniazdeczka prychnie, tam zaraz diabeł panuje, i skok wtenczas tak łatwy, tak łatwy jak skok z zalotnicy na dewotkę. Słuchaj no — co to za łomot?
RACMAN
Piorun gdzieś uderzył, kończ swoje.
SZPIGELBERG
Jeszcze krótszym i lepszym sposobem: rabujesz mu dom i gospodarstwo, tak żeby koszulki na grzbiecie nie zostało — przyjdzie z własnej ochoty. Nie ucz mnie sztuczek, braciszku — ot tam raczej zapytaj tej brązowej twarzy. Ciężka sprawa była! O, tego cudownie w łapki schwyciłem. Przesunąłem mu czterdzieści dukatów pod nosem i obiecałem wyliczyć, jeśli mi przyniesie wyciśnięte na wosku klucze pana swego. Wyobraź sobie, głupi osioł wyciska — i niech mię diabeł porwie — przynosi klucze i żąda zapłaty. Monsieur, wołam, wiesz waćpan, że ja te klucze zaniosę prostą drogą do komisarza policji i najmę mu kwaterę pod jasną szubienicą? Tysiąc saprementów — trzeba było widzieć hultaja, jak sobie oczy przecierał i dzwonił zębami jak pudel zmoczony! „Przez Boga żywego, ale niech pan wzgląd ma — ja, ja, panie”. Co panu? — chcesz nogi zadrzeć i do wszystkich diabłów wyruszyć za mną? „O z całego serca, z największą chęcią”. Ha, ha, ha, biedaku! Za kawałkiem sadła mysz do łapki wpadła. Kpijże z niego, Racmanie, ha, ha, ha!
RACMAN
Tak, tak — muszę przyznać. Tę naukę złotemi literami na moich tablicach wypiszę. Szatan zna swoich ludzi, kiedy ciebie na werbownika przeznaczył.
SZPIGELBERG
Nieprawdaż, bracie? mnie się zdaje, że gdy ja mu dziesięciu przystawię, powinien by mnie wolno wypuścić. Przecież każdy księgarz dziesiąty egzemplarz daje darmo kolporterowi — dlaczegoż by diabeł miał się tak po żydowsku obchodzić? Racman, ja proch czuję...
RACMAN
Saperment! i ja go czuję od dawna. Ostrożnie, coś się w bliskości dziać musi. Tak, tak! jak ci mówiłem, Maurycy, będziesz kapitanowi naszemu bardzo na rękę z nowo zaciężnymi — i on też tęgich chłopców przyciągnął.
SZPIGELBERG
Ależ bo moi, moi to! — Ba!
RACMAN
Zapewne, muszą dobre mieć paluszki — ale powiadam ci, sława naszego kapitana uczciwych nawet ludzi skusiła.
SZPIGELBERG
Nie spodziewam się.
RACMAN
Bez żartów! i nie wstydzą się pod nim służyć. On dla rabunku, jak my, nie zabija; o pieniądze nie zdaje się nawet dopytywać, odkąd ich mieć może do woli, a część trzecią zdobyczy, która mu prawem przypada, rozdaje na sieroty albo je przeznacza na naukę zdolnej młodzieży. Ale niech no wywącha dziedzica, co swoich chłopów jak bydło gniecie; albo dostanie w łapki hultaja ze złotym galonem, co prawem frymarczy i srebrem pluje w oczy sprawiedliwości; albo innego panka podobnego szychu: wtenczas on w swoim żywiole, wpada w wściekłość szatańską, jakby się każda żyłka jego w furię przemieniła.
SZPIGELBERG
Hum, hum!
RACMAN
Niedawno powiedziano nam, że bogaty hrabia, który z Regensburga ma tędy przejeżdżać, wygrał proces milionowy za pomocą kruczków swojego adwokata. Kapitan nasz siedział przy stole i marzył. — Wiele jest naszych? — zapytał mię nagle, powstając i gryząc zębami dolną wargę, jak ma zwyczaj, gdy w największym jest gniewie. Nie więcej jak pięciu, odpowiedziałem. — To dosyć — zawołał, cisnął szynkarce pieniądze na stół, wino, które sobie podać kazał, zostawił nietknięte i zabraliśmy się w drogę. Przez cały czas nie wyrzekł ani jednego słowa, z boku biegł samotnie; tylko od czasu do czasu zapytywał, czyśmy czego nie postrzegli, i kazał ucho przykładać do ziemi. Na koniec nadjeżdża hrabia w powozie ciężko naładowanym; adwokat siedział przy nim — na przodzie jeździec, a z boku dwóch służących pędziło. Gdybyś go widział wtenczas, jak sam z dwoma pistoletami w ręku wyprzedziwszy nas, do powozu skoczył; gdybyś ten głos usłyszał, którym on zawołał: „Stój!”. Woźnica, co nie chciał czekać, zaraz stoczył się z kozła; hrabia strzelił z powozu na wiatr; jeźdźcy pouciekali. „Twoje pieniądze, łajdaku!” krzyknął kapitan grzmiącym głosem i jak byka toporem rozciągnął. „To ty, oszuście, co sprawiedliwość w wszetecznicę przemieniasz?” — Adwokat trząsł się, aż mu zęby dzwoniły — sztylet wtoczył się do jego brzucha jak kół w winne jagody. „Jam swoje zrobił” zawołał i dumnie odwrócił się od nas — rabunek to wasza sprawa. Po tych słowach poszedł w las.
SZPIGELBERG
Hum, hum! Wiesz, bracie, to com ci opowiadał, niech przy nas zostanie. Nie potrzeba mu wiedzieć. Rozumiesz?
RACMAN
Słusznie, słusznie, rozumiem.
SZPIGELBERG
Ty go znasz, miewa swoje kaprysy. Rozumiesz?
RACMAN
Rozumiem, rozumiem.
Szwarc wbiega zadyszany.
RACMAN
Kto tam? Co się stało? Czy podróżni w lesie?
SZWARC
Prędko, prędko! Gdzie reszta? Tysiąc sapramentów! Stoicie tu i paplacie. Czy nie wiecie nic, czy nic wcale nie wiecie? a Roller...
RACMAN
Cóż tam? Cóż tam?
SZWARC
Rollera powiesili i jeszcze czterech razem...
RACMAN
Rollera? Okropność! Kiedy? Skąd wiesz?
SZWARC
Już od trzech tygodni siedzi, a myśmy nic nie wiedzieli; trzy sądy nad nim odprawiano, a myśmy nie słyszeli nic. Brano go na tortury, żeby powiedział, gdzie kapitan — dzielny chłopak nic nie wyznał. Wczoraj skończono z nim proces, a dziś rano ekstrapocztą odprawiono do diabła.
RACMAN
Przeklęta sprawa! Czy wie kapitan?
SZWARC
Wczoraj się dopiero dowiedział. Jak dzik się pieni. Ty wiesz, on najwięcej był do Rollera przywiązany. Sznury i drabiny do wieży przystawiliśmy; nic nie pomogło. Kapitan w habicie kapucyna sam się podkradł do niego i na jego miejscu chciał zostać; Roller odrzucił upornie. Wtedy on przysięgę wykonał, aż mróz nam przebiegł po ciele, że mu pochodnię pogrzebową zapali, jaka jeszcze żadnemu królowi nie przyświecała, a grzbiety im posmaże84 na sino i czarno. Boję się bardzo o miasto; już on dawno ma z niem na pieńku za bigotyzm; a ty wiesz, że gdy powie: „Chcę zrobić!” to tak, jakby już zrobiono.
RACMAN
To prawda, znam kapitana. Gdyby diabłu samemu dał słowo, że do piekła pójdzie: nie weźmie się pewnie do modlitwy, choćby go jeden ojczenasz miał zbawić! Ale ach! biedny Roller, biedny Roller!
SZPIGELBERG
Memento mori85! mnie to nie porusza.
Nuci.
Gdy wisielca widzę tam,
Zmarszczę sobie prawe brwi,
I pomyślę: wisisz sam,
Kto tu głupi, ja, czy ty?
RACMAN
Słuchajcie! Strzał.
Strzelanie i hałas.
SZPIGELBERG
Jeszcze jeden!
RACMAN
I trzeci! To kapitan!
Za sceną śpiewają:
W Norymberdze nie powieszą
Ni jednego z nas;
Chociaż naprzód się ucieszą,
Że złowili w czas.
SZWAJCER i ROLLER
Za sceną.
Hola ho! Hola ho!
RACMAN
Roller! Roller! niech mię diabli porwą!
SZWAJCER i ROLLER
Za sceną.
Racman! Szwarc! Szpigelberg! Racman!
RACMAN
Roller! Szwajcer! Do kroć grzmotów i piorunów!
Lecą na spotkanie.
Karol na koniu, Szwajcer, Roller, Grim, Szufterle.
Rozbójnicy błotem i pyłem okryci.
KAROL
Zeskakując z konia.
Swoboda, wolność! Tu już na lądzie jesteś, Roller! Szwajcer, odprowadź mojego konia i wymyj go winem! Rzuca się na ziemię. To jednak kosztowało!
RACMAN
Do Rollera.
No, na kuźnię Plutona, czyś spod koła zmartwychwstał?
SZWARC
Czyś ty duch jego, czy ja głupi? Czy to ty istotnie?
ROLLER
Odetchnąwszy.
Ja sam, żywy, cały. Gdzieżeś chciał, żebym się podział?
SZWARC
Pytaj czarownic! Wyrok twój zapadł przecie?
ROLLER
Oj, zapadł i więcej jeszcze: oto prosto spod szubienicy wylazłem. Dajcie mi tylko odetchnąć. Szwajcer wam opowie. Nalejcie mi kieliszek wódki. Ty tu także, Maurycy? Jam cię myślał gdzie indziej obaczyć. Dajcież wódki! Kości mi się rozlatują. O mój kapitanie! Gdzie jest mój kapitan?
SZWARC
Zaraz, zaraz! ale mówże, gadajże, jakeś się stamtąd wywinął! jakeśmy cię odzyskali? Głowa mi się zawraca. Spod szubienicy, powiadasz?
ROLLER
Butelkę wódki wychylając.
Hu! to smakuje, rozgrzewa! Prostą drogą spod szubienicy, mówię wam. Osłupieliście, wytrzeszczacie oczy i ani się wam marzy — trzy kroki od sakramenckiej drabiny, z której na łono Abrahama86 miałem się już wznosić — tak blisko, tak blisko — ciało i skórę do ostatniego włoska już anatomom przehandlowali! Niucha tabaki moje życie nie było warte; ale kapitanowi i dech, i życie, i wolność dłużny jestem.
SZWAJCER
Był to figiel, którego warto posłuchać. Dzień przedtem wytropiliśmy przez szpiegów, że Roller dobrze pieprzem obłożony, i że, jeśli niebo nie wda się zawczasu, to nazajutrz — niby to dziś — będzie musiał zwyczajną śmiertelnego cielska pomaszerować drogą. Na nogi! krzyknął kapitan, dla przyjaciela wszystko się waży — wybawimy go czy nie wybawimy: to się mu przynajmniej taka pogrzebowa pochodnia zapali, jaka jeszcze żadnemu królowi nie przyświecała i co im grzbiety na sino i czarno posmaże. Cała banda zwołana. Posyłamy umyślnego, który mu udzielił wiadomość na karteczce w rosole.
ROLLER
Rozpaczałem o skutku.
SZWAJCER
Przeczekaliśmy, aż się ulice zupełnie wypróżniły. Całe miasto wyruszyło na widowisko — — jeźdźcy i piesi, i powozy, wszystko zmieszane w natłoku — a wrzawa i psalm szubieniczny już w dali zagrzmiały. Teraz, rzekł kapitan, podkładajcie ogień, podkładajcie! Jak strzały puścili się chłopaki, podpalili miasto na trzydziestu trzech końcach od razu — porozrzucali ogniste lonty w bliskości prochowni, po kościołach i stajniach. Morbleu! kwadrans nie minął — a północno wschodni wiatr, co także musiał ząbki ostrzyć na miasto, zadął w samą porę i płomień aż na najwyższe szczyty popędził. My tymczasem to w ulicę, to z ulicy, jak opętani krzyczymy: ogień! ogień! przez calusieńkie miasto — wycie, wrzask, tartas — dzwony na gwałt uderzyły — w górę huknęła prochownia, jakby się ziemia na wpół rozpłatała, niebo bryznęło i o dziesięć tysięcy sążni87 piekło głębiej zapadło.
ROLLER
Ogląda się mój orszak poza sobą — aż oto miasto leży na kształt Sodomy i Gomory; na całym horyzoncie tylko ogień, siarka i dym, a czterdzieści gór wokoło echem odgrzmiewa łomot piekielny — strach blady plackiem do ziemi wszystkich obalił — korzystam z chwili i huź, jak wiatr się zrywam — pękają sznury na mnie, i gdy straż skamieniała patrzy poza siebie jak Lota niewiasta, a hyć! i tłumy rozdzieram i zwijam nogami. Na sześćdziesiąt kroków ściągam odzienie, skaczę do rzeki i płynę pod wodą, póki mnie z oczów nie stracili. Mój kapitan już tam z koniem i sukniami czekał — a tak wymknąłem się szczęśliwie. Moor, Moor! bogdaj ci takiego samego bigosu nawarzyli, żebym ci za tę usługę podobną usługą mógł się odwdzięczyć.
RACMAN
Szelmowskie życzenie, za które byś wisieć powinien — ale zabawka, że pęknąć ze śmiechu.
ROLLER
Była to pomoc w ciężkiej potrzebie — wy jej ocenić nie możecie. Gdybyście stryczek mieli na szyi, z żywem ciałem jak ja do grobu maszerowali i widzieli te przygotowania przeklęte, te obrządki rzeźnicze i za każdym krokiem naprzód, drżącą nogą stawianym, coraz bliżej i coraz straszliwie bliżej tę machinę przeklętą, gdzie mi kwaterę zamówiono i właśnie w całej świetności występującą w okropnym blasku wschodzącego słońca — tuż przy mnie czyhająca służba katowników, a dalej muzyka przeraźliwa, co jeszcze skrzypie w uszach moich, i krakanie kruków zgłodniałych, co się czepiały po trzydzieści do wpół zgniłego ciała mojego poprzednika — i wszystko, i wszystko dokoła — i na domiar ta woń przyszłej szczęśliwości, która mi tak zakwitała — bracie, bracie! — a tu naraz wybawienie i wolność! O! to był huk, jakby się jedno koło z nieba odłamało. Słuchajcie, wisusy! powiadam wam, że gdybyście z głębi rozpalonego pieca prosto do wody z lodem wskoczyli, jeszcze byście tego przejścia tak mocno nie czuli jak ja, gdym się obaczył na drugim brzegu rzeki.
SZPIGELBERG
Śmiejąc się.
Biedaku! wszak już minęło. Pijąc. Za szczęśliwe zmartwychwstanie!
ROLLER
Rzucając szklankę swoją.
Nie, za wszystkie skarby mamony — tego bym nie chciał drugi raz się doczekać. Umierać, coś więcej znaczy jak koziołka wywrócić — ale na śmierć poglądać to ciężej, jak umierać.
SZPIGELBERG
A taż skacząca w obłoki prochownia? Uważasz, Racman, dlatego to powietrze z daleka siarką czuć było, jakby całą garderobę Lucypera pod firmamentem przewietrzali. Dzieło mistrzowskie, kapitanie! Zazdroszczę ci go.
SZWAJCER
Jeśli miasto zabawkę sobie zrobiło, gdy naszego towarzysza jakby poszczutą świnię sprzątnąć mieli — do stu katów! — toż nas sumienie ma boleć, żeśmy za życie naszego towarzysza miasto z ziemią zrównali? I w dodatku jeszcze nasze chłopaki cokolwieczek zrabowali. Hej! powiedz no mi, coś tam wyciągnął.
JEDEN Z ROZBÓJNIKÓW
W czasie zamieszania wkradłem się do kościoła świętego Szczepana i poobrzynałem galony z ołtarza. Pan Bóg, mówiłem sobie, to bogacz nie lada i potrafi z trzygroszowego postronka złote nitki powysnuwać.
SZWAJCER
Dobrześ zrobił! Po co kościołowi takiego szmatałajstwa? Znoszą Stwórcy, który drwi sobie z tych kramów tandetnych, a dzieciom jego każą z głodu umierać. A ty, Szpangler, gdzie żeś gniazdo splądrował?
DRUGI Z ROZBÓJNIKÓW
Ja i Bigel zrabowaliśmy sklep jeden i mamy sukna dla naszych pięćdziesięciu.
TRZECI
Ja dwa złote zegarki schwytałem i tuzin srebrnych łyżek w dodatku.
SZWAJCER
Dobrze, dobrze — a myśmy im nawarzyli, że na czterdzieści dni będzie co gasić. Jeśli się od ognia zechcą uwolnić, to wodą zniszczą miasto. Nie wiesz, Szufterle, ile tam ludzi zginęło?
SZUFTERLE
Ośmdziesięciu88 trzech, powiadają. Sama prochownia sześćdziesięciu na proch roztarła.
KAROL
Roller! drogośmy ciebie opłacili.
SZUFTERLE
Ba, ba! co to znaczy? Gdyby to ludzie byli przynajmniej, ale to dzieci w powiciu, co swoje pieluchy pozłacają; pomarszczone mateczki, co im muchy odganiały; wyschłe i we czworo pogięte kaleki, co się do drzwi dociągnąć nie mogli; chorzy, co skowyczeli za doktorem, który całą swoją powagę poniósł na paradę szubieniczną. Co nogi miało, wyciągnęło na komedię, same fusy miasta zostały, żeby domów pilnować.
KAROL
Biedne stworzenia! Słabi, powiadasz, starcy i dzieci?
SZUFTERLE
Ale tak jest, do diabła! Do tego niańki i bliskie połogu kobiety, co się lękały pod jasną szubienicą poronić. Młode żony, co się bały zapatrzeć na kawał powieszonego ścierwa, żeby ich dziecięciu w żywocie matki na grzbiecie szubienica się nie wypiekła. Byli tam jeszcze obdarci poeci bez butów, którzy ostatnią parę do łatania oddali, i w podobnym rodzaju plugastwo. Nie warto i wspominać o tem. Ale, gdym niedaleko jednej takiej kuczki89 przechodził, słyszę pisk — zaglądam do środka i widzę przy świetle ognia, cóż? oto dziecię jeszcze żywe i zdrowe — leżało na ziemi pod stołem, a stół zaczynał się palić. Biedny nieboraczku, zawołałem, ty zmarzniesz tu — i wrzuciłem do ognia...
KAROL
Czy to prawda, Szufterle? Niechże ten ogień pali twoje wnętrzności, aż póki wieczność nie posiwieje! Precz, potworze! Żeby cię w bandzie mojej więcej nie widziano! Czy szemracie? Co, jakiś namysł? Kto się tu namyśla, gdy ja nakazuję? Precz z nim natychmiast! Jeszcze tu więcej jest pomiędzy wami, co na mój gniew już dojrzeli. Znam ja cię, Szpigelberg. Ale niebawem wejdę ja w wasze szeregi i straszliwy uczynię przegląd.
Rozbójnicy drżący odchodzą.
KAROL
Sam wzdłuż i wszerz się przechadzając.
Nie słuchaj ich, Mścicielu niebieski! Co ja tu mogę? Co ty sam możesz, gdy twoja zaraza, twój głód, twoje powodzie sprawiedliwego i złoczyńcę razem pochłaniają? Kto płomieniowi zakaże, żeby niszcząc gniazda gąsienic, nie dotykał pola kłosem usłanego. Hańba to mordować dzieci, kobiety, chorych! Jakże mnie czyn ten poniża, zatruwa najpiękniejsze dzieła moje! Oto niedorostek wstydem zarumieniony, szyderstwem ukryty, staję przed obliczem nieba — ośmieliłem się maczugę Jowisza podjąć, ale zamiast druzgotać tytanów, małe strącałem pigmeje. Pójdź, pójdź! tyś nie taki, żebyś mógł władać mieczem mściwym wyższego trybunału — przy pierwszej próbie upadłeś. Wyrzekam się odtąd zuchwałych zamiarów; pójdę i zaczołgam się gdzieś w najgłębszą ziemi pieczarę, gdzie by dzień przed hańbą moją ustąpił.
Chce uciekać.
JEDEN Z ROZBÓJNIKÓW
Śpiesznie wchodząc.
Obejrzyj się, kapitanie! Coś straszy. Szwadrony czeskich kawalerzystów obiegają las cały. Któreś chłopisko musiało nas przefrymarczyć90.
NOWI ROZBÓJNICY
Kapitanie, kapitanie! wytropili nas — w kilka tysięcy obsaczają naokoło środkową część lasu.
JESZCZE INNI
Biada, biada, biada nam! Pojmą nas, na koło wbiją, poćwiartują. Tyle tysięcy huzarów, dragonów i strzelców! Wskazują na wzgórza i wszystkie obsadzają przesmyki.
Karol odchodzi.
Szwajcer, Grim, Roller, Szufterle, Szpigelberg, Racman, Banda rozbójników.
SZWAJCER
Wyciągnęliśmy ich z piernatów? Ciesz się, Roller! Dawno już pragnąłem z tymi lampasowymi trochę się poborykać. Gdzie jest kapitan? Czy banda się nasza zebrała? Przecież prochu mamy dosyć?
RACMAN
Prochu pod ostatkiem. Ale nas wszystkiego ośmdziesięciu, a tak zaledwie jeden na ich dwudziestu.
SZWAJCER
Tem lepiej! Choćby i pięćdziesięciu na mój jeden paznokieć. Póty czekali, ażeśmy im wiegciem91 ogon podsmalili. Bracia, bracia! nie ciężka to sprawa. — Oni za dziesięć grajcarów92 życie wystawiają; my walczyć będziem za szyję i wolność. Jak powódź na nich wpadniemy; jak błyskawice hukniemy im do łbów. Gdzież u diabła jest kapitan?
SZPIGELBERG
Opuszcza nas w niebezpieczeństwie. Czy by nie można się wymknąć?
SZWAJCER
Wymknąć?
SZPIGELBERG
Ach! dlaczegom w Jerozolimie nie został!
SZWAJCER
Wolałbym, żebyś się w kloace był zdławił, ty licha duszo. Przy nagich mniszkach umiesz pysk rozdziawiać, ale gdy dwie pięście obaczysz, piecuchu!... Teraz się pokaż albo cię w świnią skórę zaszyć każemy i zaszczujemy psami.
RACMAN
Kapitan, kapitan!
KAROL
Z wolna wchodząc, do siebie.
Dopuściłem, żeby ich całkiem obsaczyli; muszą bić się z rozpaczą. Głośno. Dzieci! Teraz pora wystąpić. Jesteśmy zgubieni albo musimy walczyć jak postrzelone dziki.
SZWAJCER
Już ja im moim długim nożem brzuchy przepłatam, tak że na łokieć flaki im powyłażą. Prowadź nas, kapitanie! W paszczę śmierci za tobą pójdziemy!
KAROL
Ponabijać strzelby! Przecie prochu nie brakuje?
SZWAJCER
Choćby ziemię do księżyca wysadzić.
RACMAN
Każdy ma po pięć par pistoletów nabitych, i każdy trzy gwintówki.
KAROL
Dobrze, dobrze! A teraz niech jedna część na drzewa wylezie albo w gąszczy ukryta z tyłu praży ich ogniem...
SZWAJCER
Tam ty pójdziesz, mosanie Szpigelberg!
KAROL
My pozostali wpadniemy jak furie na środek.
SZWAJCER
Tam ja być muszę.
KAROL
Każdy niech przy tem świstać nie zapomni, po lesie przebiegać: żeby nasza liczba straszną się wydała — wszystkie psy wypuścić, szczuć na szeregi: żeby się rozwarli, rozprószyli i wpadali łatwiej na strzały wasze. My trzej, Roller, Szwajcer i ja, walczyć będziemy w ich tłumie.
SZWAJCER
Wybornie, wybornie! Zasypiemy ich wszystkich chmurami i burzami, tak że nie zgadną, skąd biją pioruny — już ja niejedną wisznię z między ust zestrzelił — niech no przyjdą tylko! —
Szufterle trąca Szwajcara, ten bierze kapitana na stronę i cicho z nim rozmawia.
KAROL
Milcz!
SZWAJCER
Proszę cię!...
KAROL
Precz! Niech dziękuje swojej podłości; ona go wybawiła. Nie chcę, żeby on umierał wtenczas, kiedy ja i mój Szwajcer, i mój Roller umierać będą. Niech suknie swoje zdejmie, ja każę powiedzieć, że był podróżny okradziony przeze mnie. Bądź spokojny, przysięgam ci, że go jeszcze szubienica nie minie.
Ksiądz wchodzi.
KSIĄDZ
Do siebie.
Czy to jest gniazdo tych smoków? Głośno. Za pozwoleniem, moi panowie, ja jestem sługa kościoła, a tam stoi tysiąc siedmset ludzi, co każdego włoska na mojej skroni pilnują.
SZWAJCER
Brawo, brawo! dobrze zapowiedział, żeby sobie żołądek ciepło utrzymać.
KAROL
Cicho, kamracie! Mów krótko, księże plebanie, co tu masz do roboty?
KSIĄDZ
Mnie tu przysyła prześwietny trybunał, który na życie i śmierć pisze wyroki. — Wy złodzieje, wy podpalacze, wy łajdaki — jadowity jaszczurczy gadzie, co w ciemnościach kroczysz, a z ukradka kłujesz... Wyrodki rodzaju ludzkiego, piekielna hałastro, ścierwo na jadło krukom i owadom, gromado przeznaczona na szubienicę i koło...
SZWAJCER
Psie! przestań lżyć albo cię...
Przymierza mu do twarzy.
KAROL
Pfe bo Szwajcer! psujesz mu koncept — on się swojego kazania tak expedite93 wyuczył. Dalej, mój panie: „na szubienicę i koło” —
KSIĄDZ
A ty prześwietny herszcie! Książę rzezimieszków, królu oszustów, wielki mogole wszystkich łajdaków pod słońcem! Podobniusieńki do owego przywódcy, co w tysiącu legionach niewinnych aniołów buntowny94 ogień rozdmuchał i za sobą do głębokiej przepaści potępienia zaciągnął. Jęk opuszczonych matek goni za twoim krokiem, krew pijesz jak wodę, na twojem morderczem żelazie ludzie bańki mydlanej nie ważą.
KAROL
Wielka prawda! wielka prawda — cóż dalej?
KSIĄDZ
Co? wielka prawda, wielka prawda! I toż jest odpowiedź?
KAROL
Jak to, mój panie? Czyś się do tego nie przygotował? No dalej, dalej! Co chciałeś dalej mówić?
KSIĄDZ
Bezecny człowieku! Pójdź mi sprzed oczu! Czy krew zabitego dygnitarza, hrabiego nie przylepła95 smołą do twoich przeklętych palców? Czyś nie włamał się złodziejskiemi rękami w przybytek pański i hultajską pięścią czyś nie znieważył poświęconych naczyń sakramentu? Jak to? Czyś nie rzucił ognia na bogobojne miasto nasze, a prochownię czyś nie zwalił na głowy chrześcijan poczciwych? Z załamanemi rękami. Przemierzła, przemierzła zbrodnia! ona aż do nieba wzniesie dym zaraźliwy, uzbroi sąd straszny, żeby gwałtownie zagrzmiał na ziemi. Zbrodnia dojrzała na karę; za wczesna tylko, żeby obudzić trąbę dnia ostatecznego!
KAROL
Dotąd po mistrzowsku wywodziłeś! Ale do rzeczy! Co mi prześwietny Magistrat przez ciebie objawia?
KSIĄDZ
To, czego nigdy godzien nie byłeś! Oglądnij się, krwawy podpalaczu! — gdzie oko twoje zasięgnie, wszędzie cię nasi jeźdźcy obsaczyli96. — Tu nie ma sposobu ucieczki. Jeśli się wisznie97 na tych dębach, a brzoskwinie na tych jodłach zrodzą, wtenczas chyba te dęby i te jodły z tyłu za sobą zostawisz.
KAROL
Czy słyszysz, Szwajcer? Ale mów dalej!
KSIĄDZ
Posłuchaj więc, jak dobroczynnie, jak łagodnie z tobą, złoczyńco, chce się sąd obchodzić: jeżeli tej chwili w prochu się czołgać, o łaskę i pobłażanie błagać będziesz — słuchaj tylko — surowość miłosierdziem, sprawiedliwość czułą matką ci będzie. Ona przywiera98 oczy na połowę zbrodni twoich i skazuje cię — pomyśl tylko — na jedyną karę koła.
SZWAJCER
Czy słyszysz, kapitanie? Pozwól mi temu owczarskiemu psu gardło zasznurować, żeby mu soczek czerwony wszystkiemi wytrysnął porami!
ROLLER
Kapitanie! Do trzystu z piekła piorunów! kapitanie! — Jak on dolną wargę zębami zagryza! — Czy mi pozwolisz, żebym tego hultaja do góry nogami pod firmamentem zawiesił!
SZWAJCER
Mnie, mnie! na kolana, na kolana upadnę — mnie pozwól na mąkę go zetrzeć!
Ksiądz krzyczy.
KAROL
Odstąpcie od niego: niech się ani jeden dotknąć nie waży! Do Księdza, wyciągając szpadę swoją. Patrz, panie kapelanie, tu stoi siedmdziesięciu dziewięciu, których ja jestem dowódcą — a żaden nie umie na znak i rozkaz uciekać albo pod muzyką działową przebierać nogami; tam zaś stoi tysiąc siedmiuset osiwiałych pod karabinem. — Ale słuchaj, tak mówi Moor, rozbójników i podpalaczów herszt! Prawda jest istotna, żem dygnitarza zamordował, kościół dominikanów obdarł i spalił, palne łuczywa rzucił na wasze miasto obłudne i prochownię obalił na głowy poczciwych chrześcijan — ale to nie wszystko! Pokazuje prawą rękę swoją. Widzisz te cztery kosztowne pierścienie, które na palcach moich noszę? Idź i powtórz tym panom od trybunału życia i śmierci słowo w słowo wszystko, co ode mnie usłyszysz. — Ten rubin ściągnąłem z palca ministrowi, któregom na polowaniu u nóg jego księcia trupem położył. Z pyłu motłochu wyniósł się on pochlebstwem na pierwszego ulubieńca — upadek jego poprzednika był mu szczeblem do zaszczytów, przez łzy sierot do najwyższej wzniósł się potęgi. Ten diament ściągnąłem radcy, który przedawał godności i urzędy więcej dającemu, a żalących się obywateli od drzwi swoich odpychał. Ten agat noszę na pamiątkę popa z twojego rodzaju, którego własną ręką zadusiłem, gdy na publicznej kazalnicy łzy rzewne ronił, że święta inkwizycja ma się ku upadkowi. Mógłbym ci jeszcze więcej historyjek o moich pierścieniach opowiedzieć, gdyby mi nie żal już było tych kilku słów darmo wyrzuconych...
KSIĄDZ
O Faraonie, Faraonie!
KAROL
Czy słyszycie? Zauważaliście ten wykrzyknik? Czy nie ma on postawy, jakby chciał ogień niebieski na zgraję Koraha99 przywołać! — Osądza ramion wzruszeniem — swojem chrześcijańskiem ach! potępia. Możeż100 człowiek tyle być ślepym? On, co tysiącem oczów Argusa bliźniego winy wyśledza, w ślepocie swoich widzieć nie może? Spośrodka chmur tajemniczych grzmią słowami dobroci i cierpliwości, a składają z ludzi ofiary Boga miłosierdzia, jakby o ognistych ramionach Molochowi; nauczają o miłości bliźniego, a przekleństwami wypędzają za drzwi ośmdziesięcioletniego starca bez oczów; wyrzekają na chciwość, a wyludnili Peru za sztaby złota i pogan jak bydło do wozów zaprzęgali. Łamią sobie głowy, jak to być mogło, że natura spłodziła Iskariota101 — a nieostatni pomiędzy nimi w Trójcy jedynego Boga za dziesięć by zdradził srebrników. O, wy faryzeusze, wy fałszerze prawdy, wy Bóstwa małpy! Przed ołtarzem i krzyżem padacie na kolana, dyscyplinami rozdzieracie ciało na grzbiecie i dręczycie postami. Toż wam się zdaje, że kuglarstwem podobnem nasypiecie piasku do oczów Temu, którego wy głupcy wszechwiedzącym zowiecie. Jest to najwyższy szczyt naigrawania się z panów ziemskich, gdy im w pochlebstwie mówią, że oni pochlebców nie lubią. Głosicie o uczciwości i przykładnem życiu, a Bóg, który wasze serca przenika, rozzłościłby się na stwórcę waszego, gdyby on nie był ten sam, co nad Nilem krokodyla stworzył. Wziąć mi go sprzed oczów!
KSIĄDZ
Że też taki zbrodniarz tyle ma dumy!
KAROL
I nie tyle jeszcze — teraz dopiero z dumą przemawiać będę. Idź i powiedz prześwietnemu sądowi, co na życie i śmierć kości rzuca, że... ja nie jestem złodziejem, co ze snem i nocą knuje sprawy i chwały szuka po drabinach u okna. — Moje czynności bez wątpienia znajdę kiedyś w niebieskiej księdze przewinień; ale tu na ziemi, ze sługusami, nie myślę słów na próżno tracić. Powiedz, że moim urzędem jest wymierzanie kary — zemsta mojem rzemiosłem.
Odwraca się od niego.
KSIĄDZ
Nie chcesz łaski i zmiłowania — z tobą moje dzieło skończone. Zwraca się do bandy. Słuchajcie więc wy, co wam trybunał przez moje usta ogłasza: jeżeli natychmiast tego osądzonego złoczyńcę zwiążecie i wydacie sprawiedliwości — słuchajcie: wszystkie zbrodnie wasze odpuszczone w zapomnienie pójdą. Kościół święty przyjmie was, owieczki zbłąkane, z odrodzoną miłością na matczyne swe łono, i każdemu droga do urzędów zaszczytnych otworem stanie. Z uśmiechem tryumfu. No, no! jakże to się podoba waszej królewskiej mości? prędzej więc, wiążcie go i idźcie na wolność!
KAROL
Czy słyszycie? — słyszycie go? czegóż stanęliście osłupieli? Czego się namyślacie? Daje wam wolność w chwili, gdy istotnie więźniami ich jesteście; daruje wam życie — i to nie próżna przechwałka — bo wasze głowy osądzone; obiecuje wam zaszczyty i urzędy — a jakiż los was czeka, na wypadek zwycięstwa nawet, jeżeli nie hańba, przekleństwo i pościg? Przebaczanie niesie wam od nieba — a otoście już potępieni. Nie macie włoska na głowie, który by nie należał do piekła. Rozważcie, chwiejecie się jeszcze? Czyż tak to trudno pomiędzy niebem a piekłem wybierać? Pomóżże mi, kapłanie!
KSIĄDZ
Do siebie.
Czy ten łotr oszalał? Głośno. Sądzicie może, że to są sidła zastawione, żeby was żywcem pochwycić? Czytajcie sami — to jest przebaczenie ogólne podpisane. Daje papier Szwajcerowi. Czy wątpicie jeszcze?
KAROL
Patrzcie, patrzcie tylko! Czego wam więcej żądać potrzeba? podpisane ręką własną. Łaska to bez granic. Lękacie się może, że wam słowo złamią, boście słyszeli, że zdrajcom nie dotrzymują obietnic? Nie bójcie się! Własny ich interes przymusza do dotrzymania słowa, choćby je posłali szatanowi; bo któż by na przyszłość dawał im wiarę? Jakimże by sposobem drugi raz tego samego mogli użyć środka? przysięgnę wam, że ich propozycja jest szczera. Oni wiedzą: żem ja podburzył, ja was do wściekłości doprowadził — wyście u nich niewinni; wasze zbrodnie są tylko błędami młodości, nierozważną czynnością. Mnie oni chcą dostać, ja sam jeden kary ich godny. Czyż nie tak, kapłanie?
KSIĄDZ
Jak się nazywa ten diabeł, co z jego ciała przemawia? — Zapewne, zapewne, tak jest! Ten łotr zawraca mi głowę.
KAROL
Jak to, dotąd żadnej odpowiedzi? Czy się spodziewacie z bronią w ręku wydostać? Popatrzcież wokoło, popatrzcież wokoło! Tego się spodziewać nie można, to by była dziecinna zarozumiałość! Łudzicie się może myślą, że jak bohaterowie zginiecie, boście widzieli radość moją na odgłos trąby wojennej? Nie wierzcie złudzeniu; Moorem z was żaden nie będzie! Wyście bezbożni złodzieje, narzędzia wielkich moich przedsięwzięć, stryczki w ręku katowskim! Złodziej nie może zginąć jak bohater. Dla złodziei życie jest dobrem jedynem, potem okropność przychodzi. Złodzieje mają prawo drżeć na widok śmierci. Słyszycie, jak brzmią ich rogi, widzicie, jak ich grożące miecze błyskają! Jak to? jeszczeście nie postanowili? Czyście szaleni! To nie do darowania! Ja za życie do wdzięczności wam nie poczuwam się, ja wstydzę się waszej ofiary!
KSIĄDZ
W najwyższym zadziwieniu.
Ja tu zmysły stracę, uciekam co prędzej! Czy kto słyszał co podobnego?
KAROL
Czy może obawa, żebym się nie przebił, i swem samobójstwem nie zniszczył warunku, który się tylko do żywego ściąga? Nie, dzieci, bojaźń to płonna. Ciskam oto swój sztylet i pistolety, i tę flaszeczkę z trucizną, co by mi drogą być mogła — tak jestem nędzny, żem nawet panowanie nad życiem własnem utracił. Co! jeszcze wahanie? myślicie może, że bronić się będę, gdy mię102 pętać przyjdziecie? Patrzcie, do gałęzi tego dębu wiążę prawe ramię swoje — jestem bezbronny, dziecię mię może obalić. Któż z was pierwszy swego kapitana w nieszczęściu opuści?
ROLLER
W dzikim poruszeniu.
Choćby i piekło samo dziewięć nas razy okrążyło! Dobywa pałasza. Kto nie pies, kapitana pójdzie wybawić!
SZWAJCER
Rozdziera pardon103 i ciska jego kawałki na twarz Księdza.
W lufkach naszych pardon. Precz, łajdaku! Powiedz senatowi, który cię przysłał, żeś w bandzie Moora ani jednego zdrajcy nie spotkał. Wybawcie, wybawcie kapitana!
WSZYSCY
Wybawcie, wybawcie kapitana!
KAROL
Zrywając się radośnie.
Teraz wolni jesteśmy! Towarzysze, w tej pięści czuję całą armię. Śmierć albo wolność! Przynajmniej żadnego żywcem nie pojmą!
Trąby brzmią do ataku, wrzask i zamieszanie, rozbójnicy z nagiemi szpadami idą do boju.