SCENA V
Bliski las. W środku stary, walący się zamek.
Banda rozbójników obozem.
ROZBÓJNICY
Śpiewają.
Kraść, zabijać, hulać, kusić,
To się zowie trawić czas.
Jutro stryczek może zdusić,
Dziś więc rześko każdy z nas!
Wolne życie wiedziem my,
Życie uciech, co w pęd leci,
Las kołysze nasze sny,
W wichrach, burzach biesiad gry,
W miejscu słońca księżyc świeci,
I Merkury majster znany
To nasz człowiek zawołany.
Dziś do księdza idziem w gości,
Jutro bogacz da nam chleba —
A co zresztą, niech tam mości
Pan Bóg w niebie, jak mu trzeba.
Gdy jagódek winnych sok
Dobrze gardła nam wyparzy:
Więcej siły, śmielszy krok,
I do braci czarnej w skok,
Co tam w piekle gdzieś się smaży.
Zarzynanych ojców ryk,
Błagających matek krzyk,
Opuszczonych dziewic jęk:
To kapeli naszej brzęk!
Hej pod toporem gdy się we krwi plucha,
Ryczy jak cielę, zdycha jak mucha:
Toż to rozkosznie poi się źrenica,
Toż to ochoczo ucho się zachwyca!
A gdy śmierć nam zakołace:
Pal ją żywcem czart przeklęty!
Już za pracę mamy płacę,
Podsmarujem trochę pięty,
Łykniem na drogę haust gorący wina
I huź do góry jak lotna ptaszyna!
SZWAJCER
Już noc, a kapitana jeszcze nie widać.
RACMAN
A jednak obiecał punkt na ósmą do nas powrócić.
SZWAJCER
Jeśli by mu co złego się stało — hej kamraci: rozniecamy pożar i zabijamy nawet niemowlęta.
SZPIGELBERG
Biorąc na stronę Racmana.
Na słówko, Racmanie!
SZWARC
Do Grima.
Czy by niedobrze szpiegów rozstawić?
GRIM
Daj mu pokój. — On tam taki połów sporządzi, że nas wszystkich zawstydzi.
SZWAJCER
Do kata, za daleko pędzisz. Widocznie z hultajstwem jakiem na myśli odchodził. Nie pamiętasz, co mówił przez las nas przeprowadzając? „Kto z was jedną rzepę ukradnie, zostawi tu głowę swoją, jakem Moor”. Nie wolno więc rabować.
RACMAN
Cicho do Szpigelberga.
Do czego to zdąża? Wyraźniej mów!
SZPIGELBERG
Cyt, cyt! Nie wiem, jakie ty albo ja możemy mieć wyobrażenie o swobodzie, ciągnąc jak woły przy jednym wozie — a rozprawiając szeroko o niepodległości. To mi się nie podoba!
SZWAJCER
Do Grima.
Co ta kapuściana głowa ma do rozprawiania?
RACMAN
Cicho do Szpigelberga.
Mówisz o kapitanie?
SZPIGELBERG
Cytże, cyt! Niby on tu między nami nie ma uszów swoich. Kapitan, powiadasz? Kto go kapitanem zrobił nad nami? Czy nie wziął on siłą ten tytuł, który prawnie do mnie należał! Jak to? czy dlatego na loterię stawialiśmy życia nasze, wyssali wszystkie hipochondryczne losu kaprysy, żeby w końcu dostąpić szczęścia, zwać się poddanymi niewolnika? Poddanymi, mogąc być książętami? Dalibóg, Racman, to mi się nigdy nie podobało.
SZWAJCER
Do innych.
To, to — z ciebie prawdziwy bohater, aby kamieniami żaby rozgniatać. Samo skrobnięcie jego nosa, gdy się uciera, już by cię przez uszko od igły przepędziło.
SZPIGELBERG
Do Racmana.
Od lat przemyśliwam: trzeba to inaczej urządzić, Racman, jeśli jesteś takim, za jakiego cię zawsze miałem... Racman! nie mogą się go doczekać, uważają za straconego... Sądzę, że jego czarna godzina już uderza. Cóż to? ani ci rumieniec na twarzy, wtenczas, gdy dzwon bije do wolności? Nie masz tyle odwagi, żeby śmiałe słowo zrozumieć?
RACMAN
Ha, szatanie! gdzie ty wikłasz duszę moją?
SZPIGELBERG
Przecie haczyk zaczepił. Dobrze, chodź więc za mną. Zauważyłem, gdzie się skręcił145. Chodź! Dwa pistolety rzadko chybiają — a tak będziemy pierwsi, co wilczka zdusimy.
Chce go prowadzić.
SZWAJCER
Dobywając noża.
Ha! hultaju, przypominasz mi lasy czeskie. Czyś nie ty, piecuchu, chciał zmykać pierwszy, gdy wołano, że nieprzyjaciel idzie? na duszę, już wtenczas przysiągłem... Przepadaj, morderco podstępny!
Przebija go nożem
ROZBÓJNICY
W poruszeniu.
Zabójstwo, zabójstwo! Szwajcer, Szpigelberg! Rozdzielcie ich...
SZWAJCER
Rzucając nóż swój na trupa.
Tam — zdychaj!... Spokojnie, kamraci — niech was ta nędzota nie porusza. Hultaj, zawsze czyhał na kapitana i ani jednej blizny na całej skórze nie ma. Jeszcze raz, bądźcie spokojni! Ha, psie! z tyłu chcesz ludzi haniebnie zabijać? ludzi z tyłu... Toż dlatego gorący pot pyski nam oblewał, żebyśmy jak nędzniki ginęli? Ha, hultaju! Tośmy dlatego łoża sobie słali pod ogniem i dymem, żeby zdychać jak szczury?
GRIM
Ależ do diabła, kamraci, coście tam mieli z sobą? Kapitan wściekły będzie! —
SZWAJCER
Już to mnie zostaw! Do Racmana. A ty bezbożniku, na pomocnika przyszedłeś! Ty precz mi z oczów! — Szufterle to samo robił, ale też dynda w Szwajcarii, jak to mu kapitan wyprorokował...
Słychać strzał.
SZWARC
Zrywając się.
Słuchajcie! strzał z pistoletu. Drugi strzał. Jeszcze jeden! Hola, to kapitan!
GRIM
Cierpliwości! Powinien trzeci raz strzelić.
Słychać trzeci strzał.
SZWARC
To on! to on! Usuń się, Szwajcer, odpowiemy.
Strzelają.
Karol, Kosiński.
SZWAJCER
Idąc naprzeciw.
Witamy cię, mój kapitanie! W twojej nieobecności trochę za prędki byłem. Prowadzi go do trupa. Bądź sędzią między mną a tym... Z tyłu chciał cię zamordować.
ROZBÓJNICY
Przerażeni.
Co, kapitana?
KAROL
Z wzrokiem utopionym w trupa.
O, niepojęty palec zemstę zapowiadającej Nemezy146! Czyż nie on to pierwszy wabił mię piosnką syrenią147? Poświęć ten nóż ponurej mścicielce — nie tyś to uczynił.
SZWAJCER
Na Boga, jam uczynił istotnie i na szatana! to nie najgorsze dzieło życia mego.
KAROL
Zamyślony.
Rozumiem cię, rządco niebieski, rozumiem! — Liście z mojego drzewa opadają... i jesień moja nadeszła! Sprzątnijcie go z oczów!
Wynoszą ciało Szpigelberga.
GRIM
Rozkaż nam, kapitanie! Co dalej czynić mamy?
KAROL
Wkrótce, wkrótce... wszystko się spełni. Podajcie mi lutnię moją! Zgubiłem się, odkąd tam zaszedłem. Moją lutnię, powiadam! Do dawnych sił muszę się ukołysać. Zostawcie mię148!
ROZBÓJNICY
Północ, kapitanie!
KAROL
To były łzy na teatrze... Rzymskiego śpiewu muszę posłuchać: żeby mój drzemiący geniusz się obudził. Moją lutnię! Północ, powiadacie?
SZWARC
Już przeszła. Sen jak ołów cięży. Od trzech dni nie zmrużyliśmy oka.
KAROL
Toż na oczy łotrów balsamiczny sen spada? Czemuż ode mnie ucieka? Jam nigdy ani lękliwcem, ani łotrem nie był... Idźcie spać! Jutro o świcie ruszymy dalej.
ROZBÓJNICY
Dobranoc, kapitanie!
Kładą się na ziemi i zasypiają. Cichość głęboka.
Karol bierze lutnię i śpiewa.
Brutus
Bądź pozdrowiony, kraju spokojny!
Chroń ostatniego Rzymianina zwłok!
Tam spod Filippi, gdzie grzmi zguba wojny,
Smutkiem ciężarny zawiodłem tu krok.
Gdzie ty, Kasjuszu? Oto Rzym zgubiony
Braterskie wojska moje poszły w dym:
We wrotach śmierci szukam swej ochrony!
Brutus już nie ma nic na świecie tym.
Cezar
Niezwyciężonego kto idzie krokiem,
Gdzie spadzista skała ta?
Jeśli mię złuda nie zwodzi swem okiem,
Rzymianina chód on ma.
Tybrowy synu, którą idziesz stroną,
Czy stoi jeszcze miasto siedmiu wzgórz?
Nieraz płakałem nad sierotą oną,
Że nie obaczą w niej Cezara już.
Brutus
Ha! to ty z raną dwudziestotroistą!
Kto cię, umarły, przyzwał na ten świat?
Drżący w Orkusa wracaj otchłań mglistą,
Dumny ty płaczku, nie ciesz się ze strat!
Tam pod Filippi żelazną kolumną
Syna wolności ostatniego trup!
Rzym śmiercią dysze nad Brutusa trumną,
Mnie bierze Minos, ty się w falach gub!
Cezar
Ręka Brutusa zgubny cios zadała!
I ty, Brutusie — i ty przeciw mnie?
Synu, to ojciec! Synu, ziemia cała
Kiedyś dziedzicem miała witać cię!
Idź! tyś największym Rzymianinem był,
Gdyś pierś ojcowską przeszywał żelazem!
Idź i u tych bram wołaj z całych sił:
Brutus największym Rzymianinem był,
Gdy pierś ojcowską przeszywał żelazem.
Idź! Wiesz już teraz, co nad Lety prąd
Wiodło mię jeszcze...
Czarny mój statek już opuścił ląd.
Brutus
Ojcze, zaczekaj! na całe przestworze,
Jam jednego tylko znał,
Co się porównać do Cezara może —
Tego jednego Cezar synem zwał.
Rzym Cezar tylko mógł zgubą owinąć,
Cezar Brutusa tylko nie mógł ujść;
Gdzie Brutus żyje, Cezar musi ginąć,
Gdy ty na lewo, mnie na prawo pójść.
Kładzie lutnię i głęboko zamyślony przechadza się.
Kto mi będzie rękojmią? Tak wszystko ciemne — kręte labirynty; żadnego wyjścia, żadnej gwiazdy przewodniczki. Jeśli wszystko z tem ostatniem tchnieniem przepada, przepada jak błaha dziecinna gra marionetek... Ale na cóż to wrzące pragnienie szczęścia? te ideały nieosiągniętej doskonałości, to rwanie się do zamiarów niewykonalnych? jeżeli nędzne pociśnienie nędznego narzędzia... Przykładając pistolet do głowy. na równi stawia głupca z mądrym, lękliwca z mężnym, cnotliwego z łotrem? Taka boska harmonia w tej bezdusznej naturze, dlaczegóż w rozumnej byłby rozdźwięk taki! Nie, nie! coś więcej być musi, bom ja jeszcze nie był szczęśliwy.
Myślicie, że zadrżę przed wami, wy, duchy zamordowanych przeze mnie? — Nie, ja nie zadrżę. Drżąc silnie. Te przeraźliwe jęki waszego konania, te duszeniem poczerniałe twarze, te straszliwie poziewające rany — to tylko ogniwa nieprzełamanego łańcucha przeznaczenia, co się przyczepiły do moich wieczorów próżniaczych, do kaprysów mamek i nauczycieli, do usposobień ojca, do krwi mojej matki. Z drżeniem coraz żywszem. Dlaczego mój Perylus stworzył mię na woła, że ludzkość w rozpalonym brzuchu moim się piecze149?
Przykładając pistolet.
Czas i wieczność — jedną sekundą przykute do siebie! Oto klucz straszliwy, co za mną więzienie życia zapiera150 i odryglowuje przede mną mieszkanie wiecznej nocy! Powiedz, o powiedz, dokąd mię zawiedziesz, ty obcy, nigdy nieobżeglowany kraju! Patrz — ludzkość pod tym obrazem upada; rwie się naciągnięta siła śmiertelnika — a wyobraźnia, ta zmysłów małpa swawolna, kłamie naszej łatwowierności jakieś dziwne mary. Nie, nie! mężczyzna chwiać się nie powinien. Bądź, czem chcesz, ty bezimienne wybrzeże — niech mi tylko moje Ja wiernem zostanie: bądź, czem chcesz — bylem z sobą siebie samego mógł zabrać. Świat zewnętrzny to skorupa człowieka — ja jestem swojem niebem i swojem piekłem.
Zaślesz mię na jakie zgliszcze okręgu światowego, sprzed oczów twoich wygnane, gdzie się memu obliczu noc tylko samotna i wieczne pustynie przedstawią. Milczące pustkowie swojemi fantazjami zaludnię, a wieczność dostarczy mi czasu do anatomizowania zmieszanego obrazu nędzy powszechnej. Zechcesz mię przez coraz nowe utwory i coraz nowe widowiska nędzy — ze stopnia na stopień aż do zniszczenia prowadzić? Kto mi zabroni, nitki mojego życia tam poza światem przędzone, tak jak i tę rozerwać? Możesz mię w nicość obrócić, tej wolności odebrać mi nie możesz. Nabija pistolet, nagle zatrzymuje się. Mamże z bojaźni przed dręczącem życiem umierać? Nędzy zostawiać zwycięstwo nad sobą? Nie, nie! będę cierpiał. Odrzuca pistolet. Niech udręczenie stępieje na dumie mojej! — Dokończę!
Coraz ciemniej.
HERMAN
Z między drzew wychodząc.
Słuchaj! — słuchaj! — puszczyk wyje przeraźliwie. Tam we wsi dwunasta wybiła. Dobrze, dobrze — zbrodnia śpi — w tem dzikiem miejscu nikt nie posłucha. Przybliża się do starych ruin i stuka. Wychodź, nędzarzu, mieszkańcze więzienia — wieczerza twoja przygotowana.
KAROL
Z wolna się cofając.
Co to ma znaczyć?
GŁOS
Z wewnątrz.
Kto stuka? He! Czy to ty, Hermanie, mój kruku?
HERMAN
Ja, Herman, twój kruk. Wyleź do kraty i jedz. Sowy krzyczą. Okropnie przyśpiewują towarzysze twoi, starcze. — Smakuje ci?
GŁOS
Głodny byłem bardzo. Dzięki ci, posłańcze kruków, za chleb na pustyni! Jakże się powodzi memu kochanemu dziecku, Hermanie?
HERMAN
Cicho! — słuchaj: szmer jakiś, jakby chrapanie! Nic nie słyszysz?
GŁOS
Jak to? czy słyszysz co?
HERMAN
Wiatr świszcze po wieży przez jej rozpadliny. Nocna muzyka, od której zęby dzwonią i sinieją paznokcie. Słuchaj: jeszcze raz — zdaje mi się zawsze151, jakbym słyszał chrapanie. Masz gości, starcze! Hu, hu, hu!
GŁOS
Czy widzisz co?
HERMAN
Bądź zdrów! bądź zdrów! okropne to miejsce. Zejdź w dół — tam w górze twój zbawca, twój mściciel! Przeklęty syn!
Chce uciekać.
KAROL
Z przerażeniem, zastępując mu drogę.
Stój!
HERMAN
Krzycząc.
Biada mnie!
KAROL
Stój, mówię!
HERMAN
Biada, biada! wszystko zdradzone!
KAROL
Stój! mów — kto jesteś? co tu robisz? mów!
HERMAN
Miłosierdzia, o miłosierdzia! Wielmożny panie, posłuchaj jednego słowa, nim mię zabijesz.
KAROL
Dobywając szpady.
Co mi powiesz?
HERMAN
Prawda, że mi pod karą śmierci zakazałeś — ale nie mogłem inaczej — nie śmiałem inaczej. — Na niebie jest Pan Bóg — a tam twój ojciec własny — mnie żal było jego — przebij mnie, panie!
KAROL
Tu jakaś tajemnica — dalej, mów! Chcę wszystko wiedzieć.
GŁOS
Z głębi ruin.
Biada, biada! Czy to ty, Hermanie, mówisz tam? Z kim mówisz, Hermanie?
KAROL
Jeszcze ktoś w dole! Co tu się dzieje? Śpieszy do wieży. Czy to więzień, którego ludzie odepchnęli? Ja mu zdejmę łańcuchy. — Głosie, odezwij się raz jeszcze! Gdzie są drzwi?
HERMAN
O miej, panie, miłosierdzie! Nie idź dalej! Przez litość opuść to miejsce.
Zachodzi mu drogę.
KAROL
Na cztery zamki zaparty152! Precz stąd! Musi się wyjawić. Po pierwszy raz dziś, przybądźcie mi na pomoc, złodziejskie narzędzia!
Dobywa wytrychów i otwiera drzwi — z głębi wychodzi starzec wynędzniały jak szkielet.
STARZEC
Miłosierdzia nad nędznym, miłosierdzia!
KAROL
Z przestrachem, cofając się.
Ojca mego głos!
STARY MOOR
Dzięki ci, Boże! przyszła godzina wybawienia.
KAROL
Duchu starego Moora, co cię niepokoi w grobie? Czy na tamten świat poniosłeś grzech ciężki, co ci wchód153 zaparł do raju? Każę ci msze odprawiać, żeby błędnego ducha zawieść do spokoju. Możeś pod ziemię zakopał wdów i sierot złoto, co ci zabiera sen o tej północnej godzinie? Ja ten skarb podziemny wydrę ze szponów nawet czarodziejskiego smoka, choćby tysiąc czerwonych płomieni rzucał na mnie i ostre zęby szczerzył na szpadę moją. Albo przychodzisz może na moje wezwanie, by zagadkę wieczności rozwiązać? Mów, o mów! ja nie człowiek bladego strachu!
STARY MOOR
Jam nie duch — dotknij mię — żyję — nędznem, okropnem154 życiem.
KAROL
Jak to, nie byłeś pogrzebany?
MOOR
Byłem pogrzebany — a raczej pies nieżywy leży w grobie ojców moich — ja zaś trzy pełne miesiące męczę się w tem ciemnem, podziemnem sklepieniu — żaden promyk mnie nie oświecał, ani powiew ciepłego wiatru orzeźwiał, ani odwiedził przyjaciel. Dzikie tylko kruki krakały i północne huczały puszczyki.
KAROL
Boże niebios i ziemi!... któż to uczynił!
STARY MOOR
Nie przeklinaj go — syn mój Franciszek tak uczynił.
KAROL
Franciszek? Franciszek? O Chaos wiekuiste155!
STARY MOOR
Jeśli człowiekiem jesteś i ludzkie masz serce, zbawco, którego nie znam, wysłuchaj ojca, któremu synowie takie udręczenia zgotowali. Przez trzy miesiące żaliłem się jękiem głuchym ścianom ze skały; ale puste tylko echo odbijało skargi moje. Jeśli więc człowiekiem jesteś i ludzkie masz serce...
KAROL
Takiem zaklęciem drapieżne zwierzęta wywołałbyś z ich pieczar.
STARY MOOR
Leżałem na łożu boleści i zaledwie po ciężkiej chorobie trochę sił zebrałem, gdy oto wprowadzono do mnie człowieka, który zapewniał, że mój syn starszy poległ na wojnie — przyniósł z sobą pałasz krwią jego zbroczony — i pożegnanie ostatnie, i straszne słowa, że moje przekleństwo zawiodło go na bój, śmierć i rozpacz.
KAROL
Odwracając się.
To oczywista!
STARY MOOR
Słuchaj dalej: padłem bez zmysłów na tę wiadomość. Musiano wziąć mię156 za umarłego, bo gdym przyszedł do siebie, leżałem w trumnie i jak umarły w śmiertelne owinięty płótno. Skrobałem wieko trumny — odemknięto. Noc była ciemna i mój syn Franciszek stanął nade mną. „Co — zawołał głosem straszliwym — czy wiecznie żyć będziesz?” i wieko trumny zaparło się znowu. Piorun tych słów odebrał mi zmysły — gdym się obudził, czułem, że trumnę podnieśli i ciągnęli na wozie przez pół godziny. Na koniec otworzono — stałem przy wejściu do tego sklepienia, mój syn był przy mnie i ów człowiek, co zakrwawiony pałasz przyniósł mi Karola. Dziesięć razy obejmowałem jego kolana, zaklinałem; ale błagania starca nie wzruszyły jego serca. „Precz ze ścierwem — zagrzmiało z ust jego — dosyć się nażył” — w dół mię zepchnięto bez litości, a syn mój, Franciszek, drzwi zaryglował.
KAROL
To niepodobna — niepodobna! Musiałeś się pomylić.
STARY MOOR
Mogłem się pomylić. Słuchaj dalej, ale nie gniewaj się! Dwadzieścia godzin leżałem w tym dole i nikt nie pomyślał o mnie, bo nikt do tej puszczy nie zachodzi — powszechna bowiem wieść niesie, że moich przodków upiory w tych ruinach dźwigają brzęczące łańcuchy i o północnej godzinie zawodzą pieśń pogrzebową. Usłyszałem na koniec otwierające się drzwi — ten oto człowiek przyniósł mi chleba i wody i powiedział mi, że byłem skazany umrzeć z głodu i że on na niebezpieczeństwo życie swe naraża, gdyby się dowiedziano, że mi pokarm przynosi. Skąpą tą strawą utrzymałem się przez ten długi przeciąg czasu, ale nieprzestanne zimno, zgniłe powietrze moich nieczystości, smutek mój bez granic... siły opadły, ciało zniknęło... tysiąc razy błagałem Boga o śmierć najprędszą; ale widać, że miara kary mojej nie dopełniła się, albo że jeszcze czeka mnie jakaś radość nieznana, kiedy dotychczas cud mię zachował. Słusznie jednak cierpię... Mój Karol, mój Karol! — on jeszcze siwych włosów nie miał.
KAROL
Dosyć! Na nogi, wy kloce, na nogi, ciemięgi, wy leniwi, nieczuli ospalce! Na nogi! Czy żaden się nie zbudzi?
Strzela z pistoletu nad śpiącymi rozbójnikami.
ROZBÓJNICY
Hej, hola! Co tam takiego?
KAROL
Czyż was to opowiadanie ze snu nie wyrwało? Wiekuisty sen byłby się obudził. Patrzcie tu, patrzcież tu! Prawo świata w kości gry zmienione; węzeł natury przerwany na dwoje; stara zwada z kajdan się wyrwała: syn zabił ojca swego.
ROZBÓJNICY
Co kapitan mówi?
KAROL
Nie, nie zabił! Za łagodne słowo! Syn ojca tysiąc razy kołem łamał, kłuł żelazem, na katownię ciągnął, krajał w kawałki — nie! za ludzkie jeszcze słowa: grzech by się zarumienił, serce by kanibala drżało, od eonów jeszcze szatana takiego nie było. Syn własnego ojca... Patrzcież, patrzcie: w niemocy upadł. — Do przepaści tego lochu syn własnego ojca... patrzcie, o patrzcie! Zimno, nagość... głód — pragnienie. O, patrzcie tu, patrzcie! — to mój ojciec... wyznam nareszcie.
ROZBÓJNICY
Przyskakują i otaczają starca.
Twój ojciec? twój ojciec?
SZWAJCER
Zbliża się z uszanowaniem i klęka przy nim.
Ojcze mego kapitana, nogi twe całuję — rozkazuj sztyletowi mojemu!
KAROL
Zemsta, zemsta, zemsta za ciebie, poniewierany, znieważony starcze! Drze suknię swoją od góry do dołu. Ot tak rozdzieram od dziś na wieczne czasy węzeł braterski. W obliczu nieba przeklinam każdą kroplę krwi braterskiej we mnie! Słuchajcie mię, księżycu i gwiazdy; słuchaj mię, obłoku północy, coś na czyn haniebny pozierał; słuchaj, troisto-straszliwy Boże, co nad księżycem rządzisz i mścisz i potępiasz nad gwiazdami i płomienie gromów ciskasz nad nocą: tu klękam, tu wyciągam trzy palce w nocy ciemność przeraźliwą; tu przysięgam, i niech z granic swoich wyrzuci mię natura jak zwierzę złośliwe, jeżeli zaklęcie to złamię — przysięgam światła dziennego póty nie powitać, aż krew ojcobójcy przed tym kamieniem pociecze, parą się wzniesie pod słońce.
Powstaje.
ROZBÓJNICY
To syn Beliala157 — niechże teraz powiedzą, że my hultaje! Nie! na wszystkie krokodyle — coś podobnego jeszcześmy nigdy nie spełnili.
KAROL
Tak — i na wszystkie straszliwe jęczenia tych, co pod waszym konali toporem, tych, co mój pożar pochłonął, moja waląca się wieża zgruchotała: niech myśl nawet zabójstwa albo kradzieży w piersi waszej nie postanie — aż odzież was wszystkich występną krwią jako szkarłat się zmacza. Wam się zapewne nigdy nie marzyło, że ramieniem wyższego majestatu będziecie? Zaplątany węzeł waszego przeznaczenia dzisiaj się rozwikłał. Dzisiaj, dzisiaj moc niewidoma uszlachetniła rzemiosło nasze. Módlcie się do tego, co was tu zawiódł, wzniósł na godność straszliwych aniołów, które jego tajemne sądy wypełniać będą, obnażcie głowy, tu w prochu klękajcie i wstańcie uświęconymi.
Klękają zbójcy.
SZWAJCER
Rozkazuj, kapitanie! — co mamy czynić?
KAROL
Powstań, Szwajcer, i tych świętych dotknij się włosów! Prowadzi go do ojca i daje mu w rękę pukiel włosów. Pamiętasz, gdyś owemu czeskiemu kawalerzyście głowę rozpłatał, w tej samej chwili, gdy mię pałaszem miał ugodzić, gdy ja bez tchu i zmęczony walką na kolana upadłem? Obiecałem ci wówczas nagrodę królewską — do tej chwili nie mogłem ci nigdy długu tego wypłacić...
SZWAJCER
Prawda, przysiągłeś mi — ale pozwól mi wiecznie zwać ciebie swym dłużnikiem.
KAROL
Nie, zaraz ci się odpłacę. Szwajcer, jeszcze tak żaden śmiertelny nie był zaszczycony, jak ty w tej chwili, Szwajcer! Pomścij ojca mego.
Szwajcer powstaje.
SZWAJCER
Wielki kapitanie! Dziś po raz pierwszy uczyniłeś mnie dumnym. Rozkazuj: gdzie, jak, kiedy mam uderzyć?
KAROL
Tu minuty święte — musisz więc śpieszyć. Wybierz najgodniejszego z wszystkich i prosto udaj się na zamek szlachcica. Wywlecz go z łoża, jeżeli usypia albo w objęciach leży rozkoszy; wyciągnij go od uczty, jeżeli się upoił; oderwij od krzyża, jeżeli modli się przed nim na kolanach. Ale zapowiadam ci, surowo nakazuję, nie przywódź tu umarłego. Tego ciało na kawałki poszarpię i sępom głodnym na strawę rzucę, kto mu skórę zadraśnie albo włos zakrzywi. Całego mieć muszę — a jeśli mi całego i żywego przywiedziesz, milion dostaniesz nagrody, który ja z niebezpieczeństwem życia królowi ukradnę, a ty wyjdziesz jak wiatr wolny. Zrozumiałeś mię? — śpiesz się!
SZWAJCER
Dość, kapitanie — oto ręka moja; albo nas dwóch obaczysz, albo ani jednego. Aniołowie niszczyciele, chodźcie za mną!
Oddala się z oddziałem.
KAROL
Reszta rozprószcie się po lesie — ja tu zostanę.