XXII

Do domu biegła silnym, pewnym krokiem.

— Tak! — myślała. — Zrobię tak! W ten sposób jedynie mogę go posiąść!

Wzdrygnęła się gdzieś w dali.

— Posiąść? — Ja, mężczyznę?

I natychmiast usprawiedliwiała się.

— Tak... mężczyznę, ale nie jego! Nie takiego jego!

Usprawiedliwiała najzupełniej teraz już te kobiety, które żyły z nim poprzednio.

— Tak, nie mogły uczynić inaczej... musiały. Bezkarnie nie można być w jego objęciach. Cóż dziwnego, że one padały! Nieszczęsne! Skoro ja...

Histerycznie była teraz podrażniona.

— Skoro ja... — dodała — na wszystko jestem gotowa.

Jakiś smukły cień zamajaczył na trotuarze w pobliżu jej domu.

Był to Kaswin.

— Szedłem właśnie do pani! — pozdrowił ją szykownie.

Zatrzymała się i ogarnęło ją obłędne drżenie. Patrzyła na to młode chłopię i myślała:

— Może... może...

Nagle zdecydował ją łagodny ton mowy „małego”.

— Nie mogę już żyć bez pani!

Czuła błąd — wykrzywienie się linji jej postępków — czuła, że powinna zatrzymać się, namyśleć — ochłonąć.

Lecz „pasja” kładła jej bielmo na oczy, szumem wypełniała uszy, nie dozwalała na nic, coby graniczyło z jakąkolwiek logiką.

Z poza zaciśniętych zębów rzuciła:

— Mały! Weź mnie dziś na kolację!

Rozpromienił się nagle — rozjaśnił.

— Co?... Renusiu? Ty chciałabyś spędzić ten wieczór ze mną?

Wstrząsnęła się, po tonie jego poznała, iż nie zrozumiał.

— Chcę... ale spędzić inaczej! — zawołała. — Inaczej...

— ?...

— Po waszemu!

— Jak?... Gdzie?

Zaczęła podniecać siię coraz więcej gorączkowo.

— A to już twoja rzecz, panie mężczyzno, i to mężczyzno zakochany we mnie. Prowadź mnie, gdzie jest wolno wejść ludźmi obcymi, a wyjść kochankami!

Aż cisnął się, jak małe zwierzątko, radośnie usposobione.

— Reno? Ty mnie kochasz! — wykrzyknął z pewnym rodzajem dziecięcego patosu, który przecież był szczerą prawdą.

Ona roześmiała się.

W półcieniu ulicznym śmiech ten miał fatalny wyraz.

— Ja?... — krzyknęła.

I zaraz dorzuciła, jakby plując słowa:

— Czekaj... coś ci powiem, coś z waszej szkoły — co posłyszałam sama przed chwilą...

Urwała.

— Albo nic! Nic! Chodźmy!

Kaswin nagle ją zatrzymał.

— A! To niemożliwe! — wyszeptał zasmucony.

— Dlaczego? — zawołała. — Idźmy naprzód, tam gdzie gra fałszywa muzyka i drapie nerwy, gdzie kelner z lepkiemi rękami przynosi szampana — gdzie wy czerpiecie odwagę, aby się następnie tarzać w błocie. No, dalej... jedźmy tam!

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

Usta mu się złożyły w podkówkę.

— Bo... bo... to przed pierwszym, a ja nie mam pieniędzy.

Ogarnęła ją rozpaczliwa wesołość.

— Co? Tak?... Cudownie!

Z woreczka dobyła portmonetkę.

— Oto masz... moje, twoje, wszystko jedno.

Tak drżał z radosnej żądzy i posiadania wreszcie tej kobiety.

— Tak! Tak! Ja ci oddam!

Schował portmonetkę. Byłaby go uściskała za tę szpetność. Nic jej nie wytrącało ze szpetoty, w którą sama brnęła. Gdyby w Kaswinie zrodził się lepszy odruch, byłby ją może opamiętał.

— Chodźmy!

Podbiegli do stacji dorożek. Nagle przed kamienicę, w której mieszkała Rena, zajechała cicho dorożka. Wysiadł z niej mężczyzna wysoki, ciemno odziany, dziwny. Jakoś szedł inaczej, niż wszyscy. Bardziej miękko, cicho, niezawiśle. Sunął cieniem, bez cienia wszakże, jakby lękał się, że w ten sposób zbyt wiele miejsca na ziemi zabierze. I miał postać tego, który coś ściga, coś goni — coś niewidzialnego dla wszystkich, dla niego jednego dostępnego.

Wywiała go oślizgła czerń nocna — zjawił się — przemknął czarną strugą i zniknął, jakby włócząc ciemnemi, złamanemi skrzydłami po ziemi.