Kundel

Cóż u diabła starego? Dlaczegóż nie mam i ja zrobić kariery? — zawołała Resia, ciskając obszarpaną książkę na ziemię.

Zerwała się z obdartej sofy, a pociągnąwszy falbaną szlafroka kawał sprężyny i pęk siana, poskoczyła ku oknu.

Ładnie tam było na dworze, choć trochę jeszcze chłodno. Resia nie uczesaną głowę wytknęła przez okno, a wiatr wiosenny rozwiewał jej kręte, czarne włosy. Ona od czasu do czasu dmucha silnie, chcąc odpędzić natrętne kosmyki, które kręciły się koło jej wybladłych warg lub czepiały się długich rzęs i wzrok zasłaniały.

Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie zbudowana, brudna i pokryta piegami. Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych cór miasta — i odznaczała się szczytną głupotą, dobrym sercem i zamiłowaniem do pieczonej gęsi.

Lubiła przy tym pieniądze (była Żydówką), nowe buciki, karmelki i zwykle w zimie o szarej godzinie piekła sobie na trzech patyczkach jabłka, kiwając się i mrucząc jakąś monotonną piosenkę. Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać, jadła chleb ze szmalcem na obiad, a potem, nie umywszy rąk, nacierała się „chyprem”.

Paliła papierosy i czesała się raz na tydzień, była antysemitką w całym słowa znaczeniu, a na kwestię emancypacji kobiet nie zapatrywała się wcale.

Dnie całe leżała na swojej sofie, paląc papierosy, dopiero z nadejściem zmroku budziła się ze swej bezczynności.

Wstawała wtedy, mrucząc i plując po kątach i szczoteczką od zębów czyściła buciki, a bieliła twarz kredą w braku pudru. Potem — usiadłszy przy oknie, czekała na... Kundla.

*

Kundel ten był obecnie jej wielką miłością. Był to mały, potwornej brzydoty chłopak, syn jednego ze znaczniejszych urzędników miasta. Przysłowiowo brzydki, był dziwnym okazem jakiejś brutalnej zuchwałości i bezczelnej arogancji, którymi w domowym zaciszu uzyskał słodkie miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta rozwichrzoną, olbrzymią czupryną, miała kształt prawie czworograniasty; wyraz małych oczek i ust wydętych, obrosłych sterczącym, rudawym włosem, znamionował upór, przewrotny spryt i jakieś niczym nie ukrócone zuchwalstwo. Trzymał zwykle ręce w kieszeniach od spodni i nosił małoruskie koszule, najczęściej rozpięte na piersiach. Mówił powoli, zacinając się na syczących spółgłoskach i miał zupełnie odrębny sposób wyrażania się, który trwogą przejmował słuchaczów.

W domu był postrachem matki i sióstr, dwóch młodych dziewczynek, słodkich i nieśmiałych, tulących się do kątów, gdy Kundel — podczas nieobecności ojca — zjawiał się w salonie lub w jadalni. Matka sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy, w których nierzadko przewijała się łza...

Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił, że jest „wyższy nad świat cały”, i rozwalając się na kanapie przetrawiał, ziewając, resztę nocnych pohulanek i pochłoniętego piwa. Zrodzony z rodziców szczytnie „bürgerskich200” — według jego słów własnych, nie wiadomo skąd rozwinął w sobie naturę nocnego włóczęgi i junakierię bursza201. Całe dnie włóczył się w przydeptanych pantoflach po czyściuchnych pokojach, wytrząsając popiół z fajki na dywany lub fotele. Gdy mu ktokolwiek zrobił jaką uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:

— Odsuń się, bo cię psom oddam na pożarcie, a krwią twoją drzwi mego przedpokoju pomalować każę!

Miał lat dwadzieścia i skończył dwie klasy. Nie było siły ludzkiej, która by go skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się „prywatnie” — doprowadzając zwykle nauczycieli do rozpaczy lub do dzielenia z nim nocnej rozpusty.

Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic, zakosztował wszystkiego i od lat pięciu czepiał się spódnic kobiecych, pełen przewrotnej żądzy, z której sobie doskonałą zdawał sprawę.

Doszedłszy do lat dwudziestu, był przeżytym i znudzonym starcem, gdy wracał do domu nad ranem, twarz jego miała odcień ziemisty, a oczy czerwone i spuchłe.

Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie zaślinione. Gdy siadał do obiadu, nie umyty, nie uczesany, i wyciągał trzęsące się palce po wino lub cytrynę, cieszył się widocznie z nerwowego drżenia, które mu ramię targało.

— Łapcie mi się trzęsą! Co? — pytał, spoglądając tryumfalnie po obecnych, którzy wzruszając ramionami, zdawali się zapominać o jego obecności.

Przyzwyczajono się bowiem w domu do tego Kundla — na pół pijanego, uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie lokalu knajpowego. Jeden tylko ojciec umiał poskromić tę ohydną zuchwałość. Przy nim Kundel zapinał na piersiach koszulę, schodził do obiadu o właściwej porze i zamieniał tradycjonalne pantofle na głębokie kalosze. Gdy spodziewano się gości, Kundel obcinał paznokcie u lewej ręki i usiłował zaprowadzić porządek we włosach. Był to rozkaz ojca, rozkaz wypowiedziany dobitnie urywanym suchym tonem.

Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej drobiazgowo i pozornie.

— Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!

A „nabierania” tego, więcej aniżeli zwykłej zuchwałości, bała się szczególniej matka.

Kundel bowiem, znając słabą stronę ojca, gdy zbyt wiele narobił długów i za często był proszony do cyrkułu202 — stawał się nagle melancholijny i odczuwał potrzebę poprawy. Pragnął wtedy czystej bielizny, mydła, książek naukowych i trochę szacunku ludzkiego.

Wchodził do pokoju ojca na palcach, ucierał nos chustką, sługom pozwalał przejść spokojnie, a siostry głaskał po głowie, nazywając je pieszczotliwie „małpiszonami”.

Dozwalał sprzątać w swoim pokoju i przewracać materace na drugą stronę, fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku i palił damskie papierosy, mówił cieniuchnym głosem, dobierając słów, a oglądając lampę deklarował, że „już się wszystko skończyło i on, Dyńdzio, zabiera się do pracy...”

Ojciec zwykle z początku sceptycznym wzrokiem śledził zmianę w postępowaniu syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei. Kto wie — może wreszcie coś się zbudziło w tej głowie mózgu pozbawionej, w tym sercu zda się zatopionym w kale rozpustnych uciech.

— Patrz, duszko — mówił do żony, która z robótką w ręku dozorowała zabawy dwóch dziewczynek — ot, zdaje się, że tam na górze jakiś porządek panować zaczyna...

Dyńdzio zajmował dwie facjatki203 położone na drugim piętrze i domowi, chcąc unikać wymówienia imienia najstarszego z rodu, nazywali locum204 Kundla „górą”.

Matka jednak wzruszała ramionami.

— Pewnie coś nabroił lub chce coś uzyskać — mówiła smutnym głosem.

— No!... kto wie! Kto wie! — protestował ojciec — może się wreszcie upamięta i przestanie zatruwać nam życie.

Matce łzy stawały w oczach.

— Daj Boże! — odpowiadała wzdychając.

Lecz nie łudziła się wcale.

Wiedziała, co znaczy to „upamiętanie”. Wszakże i ona niejednokrotnie została w ten sposób przez syna zwiedziona. Na wskróś religijna, mająca w sobie ślepą wiarę i poszanowanie praktyk religijnych, konfensjonałem, kazaniem chciała wpłynąć na rozhukanego chłopca. Kundel od razu zrozumiał, że z tej naiwnej i pełnej adoracji duszy — może wyciągnąć dla siebie korzyści.

I powoli wprowadził system dziwny, a przyjęty przez matkę, która w żarliwości swojej stała się źródłem wyzysku.

Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź, otrzymane rozgrzeszenie, odprawioną pokutę, każdą bytność na kazaniu — opłacała pewną umówioną kwotą pieniędzy.

Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany łeb w cienie konfesjonału, biedna kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie o „oświecenie nieszczęśliwego”.

Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu niestworzone brednie, wyjawiając wątpliwości, od których włosy spowiednikowi stawały po prostu na głowie, obliczał w myśli, ile to nocy bezsennych za otrzymane od matki pieniądze w murach knajpy przepędzi.

I długo włóczył się tak po kościołach, będąc postrachem księży, którzy zobaczywszy przystępującego do kratek Kundla, czuli krew bijącą im do głowy. Na mszach porannych widzieć go można było drzemiącego obok rozmodlonej matki, z oczyma zaczerwienionymi jak u królika, z rękami brudnymi i koszulą pomiętą.

Czasem, wpadłszy w dobry humor, „fiksował jaką zamodloną dewotkę” lub gasił świece defilującemu bractwu.

Wreszcie matka zrozumiała, że każda spowiedź Kundla, każda msza jest dla chłopca tylko źródłem wyzysku, a pieniądze otrzymywane dają mu możność pogrążania się w coraz większej rozpuście. Zamknęła kieszeń i od tej chwili, gdy Kundel zapowiadał poprawę, wiedziała, czego się trzymać w takich razach.

Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio z wielką pompą wchodził do jego kancelarii i zabierał librę205 papieru, kilka piór i pakę bibuły, ojciec pytał go, w jakim celu bierze te foliały.

— Idę pracować — będę robić notatki z Naukowych podstaw krytyki literackiej Hennequina206 lub ocenię którą z tragedii Sofoklesa — odpowiadał Kundel, stawiając ostrożnie nogi obute w stare kalosze, które jak dwie plamy rozlewały się na jasnym tle dywanu.

— Sofoklesa? — pytał ojciec.

— Hm!... tak, jeśli będą tego warte. Nie wiem jeszcze. Być może, iż sam coś napiszę, bo coś mi się w głowie... kiełbasi! Zresztą, pracować będę do rana. Dobranoc ojcu!

I wychodził powłócząc nogami, a zamknąwszy drzwi za sobą, uśmiechał się złośliwie:

— Stary jest wzięty... pojutrze można się lansować — a beknie, i to dobrze!

*

Lecz Kundel miał także w głębi duszy swojej kącik poetyczny, w którym rosła błękitna niezabudka sentymentalizmu. Kundel był kochliwy i jak wszyscy „przeżyci” — w miłościach swoich dążył do ideału. Ideał był to zupełnie odrębny od ideału Danta i Petrarki, lecz mimo to nie przestał być ideałem, w którym Dyńdzio czerpał natchnienie i siłę do życia. Dyńdzio cieszył się takim wstrętem mieszkanek miasteczka, że dość było dla kobiety ujrzeć na ulicy Kundla, aby mieć humor popsuty na dzień cały.

Kundel nie martwił się tym wcale. Nienawidził kobiet dobrze ubranych i jako tako wychowanych. W knajpie po opiciu się odpowiednią ilością piwa — brutalnie zdzierał z każdej „damy” kryjące obsłony i z cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami pogardy i szyderstwa. Dla niego istniała tylko natura w postaci rozczochranych dziewczyn, którym jego małoruska haftowana koszula imponowała, a plugawy żargon przypominał ciemne zaułki, wśród jakich młodość spędziły.

Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał ody, maczając palec w piwie i kreśląc słowa na marmurze stołu. Gdy blady świt kładł im wszystkim na czoła zielonawe, trupie tony — Kundel deklamował:

Niekiedy blada Wenus z mdławym blaskiem w oku

Schodzi tu na ziemię w latarnianym zmroku.

Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.

Ten Kundel! A niechże go! A to je wyzywał! Lecz on przygasłymi oczami spoglądał na nie jakby ze smutkiem i sącząc z kufla resztki piwa, bełkotał:

I uniesioną suknią wpół bezmyślnie szasta,

Ukazując światu brudnych pończoch parę...

Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek z tych dziewczyn, kochał po swojemu, tyranizując i maltretując bez litości. Gdy przyszła kolej na Resię, Kundel odmienił swój system postępowania. Resia przypadła mu do gustu i cygańska natura kobiety zlała się wybornie z brutalnym usposobieniem chłopca. Podbita jego trywialną, a chwilami znów sentymentalną namiętnością, Resia zachwycała się Dyńdziem i dozwalała mu na wszelkie wybryki.

Były chwile, w których Kundel nazywał Resię „nikczemną Żydówką” — po to, aby po kwadransie nadawać jej miano Fryny207 i wycinać z jej wykoszlawionych bucików greckie sandały. Po czym mówił jej wiele o potrzebie kształcenia umysłu i obiecywał dać jej nauczyciela angielskiego, gimnastyki i gry na cytrze. Najczęściej następowała później mała nauczka moralna, w której Kundel wykładał zdziwionej i drapiącej się w łydkę Resi, że są pewne warunki, z którymi szanująca swą godność kobieta liczyć się powinna, a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu i wskutek tego może doznać w przyszłości zmartwień i upokorzeń. On, Dyńdzio — jest wprawdzie wolny od przesądów i bez kwestii „szanuje” w niej kobietę, ale właśnie dlatego pragnie, aby cały świat ją szanował. Gdy Resia opornie przyjmowała podobne słowa i w trakcie podobnej perory oddawała się sportowi dłubania szpilką w uchu, Kundel dla poparcia swych argumentów uderzył ją pięścią w głowę, co wywołało oczekiwany skutek.

Kundel obdarzał Resię prezentami i od czasu do czasu znosił do mieszkania swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty pochwytane na kredyt po sklepach, w których przez wzgląd na rodziców kupcy nie śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić. W ten sposób Resia posiadała siedem par szelek, cztery pary kaloszy, trzy spluwaczki, cztery brzytwy, jedenaście pędzli do rozrabiania mydła i olbrzymi teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami, rodzynkami, paloną kawą, pieprzem tureckim i musztardą. Nauczyła się palić papierosy, a nawet żuła tytoń jak stary turkos208.

Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie” zaczęło powoli nie wystarczać Resi. Kundel imponował jej ciągle — zapewne — a teraz, kiedy wymyślał światłocienie i opowiadał, że użyje ją do „pleinairu209”, od którego świat „zdesenieje”, Resia zapominała o pieczeniu jabłek i cała zasłuchana kucała u kolan Dyńdzia wyciągniętego niedbale na koszlawym krzesełku. Ale... Dyńdzio od pewnego czasu przynosił już same słoiki musztardy, a w dzień urodzin Resi obdarzył ją męskim siodłem, więc dziewczyna powoli zaczynała się niecierpliwić. W dodatku Dyńdzio, w celu rozświetlenia umysłu swej Fryne i uczynienia z niej Lais210 miasta — przynosił znudzonej dziewczynie tłumaczenia rozmaitych francuskich romansów, w których imaginacja autorów wraz z potwornością fabuły walczyła o lepsze. Resia czytała te opisy wonnych buduarów, wypikowanych atłasem, tonących w półcieniu sypialni, nocnych lamp kryształowych, migocących w przestrzeni.

Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem puszczał wodze swej sentymentalności i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej wody, połamanych grzebieni i dziurawych krzeseł, galopowali myślą w sferę woni, połysku jedwabiu i bladych barw abażurów.

Wreszcie doszło do takiego naprężenia sytuacji, iż Resia, zjadłszy dwa słoiki musztardy i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę praną przed pięcioma miesiącami — zeskoczyła z sofy i stanąwszy w lufciku, powiedziała z mocą:

— Muszę zrobić karierę!...

*

Kiedy te słowa posłyszał wieczorem, Kundel roztworzył szeroko oczy i wydął wargi.

— Tego ci się zachciewa? — zapytał.

Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną do żartów.

Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane z odmrożenia ręce w rozczochrane włosy i nie odpowiedziała ani słowa.

— Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa w maśle? — pytał Dyńdzio.

Milczenie.

Dyńdzio począł się niecierpliwić.

— Chcesz zrobić karierę, a cóż to... mała kariera, jaką masz teraz?

Resia wykrzywiła usta.

— Ojej!... — wyrzekła wreszcie — co mi z tego. Mieszkam jak śledziarka... a czym żyję, to już wstyd powiedzieć...

Dyńdzio machnął ręką.

— To wszystko marność, widzisz, serce to grunt...

Resia zamilkła i znów kiwała się długą chwilę, wpatrzona w odrapane ściany swego pokoju.

— Chciałabym — zaczęła znów powoli — chciałabym mieć dywan na podłodze i atłasową kołdrę, i samowar na szafie, i komodę, i firanki, i taką lampę u sufitu z kolorowym szkiełkiem. Aj, aj, o!... to bym chciała mieć!...

Cmoknęła ustami i znów zakołysała się, obejmując nagimi ramiony211 swe kolana ledwo okryte cienką spódnicą.

Słaby blask płonącej na stoliku świeczki żółtawą linią oznaczał jej kontury. Miała w tej niedbałej pozie, w tym skurczu całej postaci coś z owych Żydówek tkwiących w piasku pustynnym.

— Och, ty puchu mamy! — wyrzekł wreszcie z pogardą.

Resia wzruszyła ramionami.

— Żebym ja puchem była — to dawno bym z siebie pierzynę zrobiła — wyrzekła sentymentalnie.

— Więc bogactw ci się zachciewa, ty kruku żydowski? — ciągnął Dyńdzio — bogactw? Wschodniego zbytku? Nie wystarcza ci skromny dobrobyt, jakim cię otoczyłem? Dobrze, poznasz więc udrękę bogactwa! Pęknę w czternaście kawałków, jeśli od dziś za miesiąc, ty cholero azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów... dzieł sztuki i twego samowara bydlęcego na szafie!...

Resia spojrzała na Dyńdzia z niedowierzaniem.

— Diabeł wie, czy to będzie, a tymczasem może byś jutro mi coś przysłał do zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem wyłazi!...

— Cicho, córo Izraela! Jutro ci przyślę trzy funty mydła, bo ojciec mi kredę212 na mydło otwiera. Pojutrze u nas goście, więc powiadają, że się umyć trzeba...

Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia, nie wstając z klęczek.

— Ty i tak ładny, Kundlu! — wyrzekła, mrużąc oczy i przeginając się jak kotka.

— To się wie! — odparł Kundel, wyciągając swe brudne ręce i kładąc je na wspaniałych ramionach klęczącej u jego stóp Żydówki.

*

W miesiąc później rodzice Kundla wyjeżdżali na letnie mieszkanie.

W domu pozostawał Dyńdzio i stary stróż.

Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku miał powrócić do miasta i objąć nadal swe zajęcia biurowe.

Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni nawet na pociąg przez Dyńdzia, który od tygodnia zachowywał się przyzwoicie, prawie bez zarzutu.

Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością poprawy. Chciała mu na samym wyjezdnym zaproponować spowiedź, ale cofnęła się i postanowiła czekać.

Kto wie, co się w tej mózgownicy gnieździło.

Za to ojciec dał się unieść złudzeniu. Przestał nazywać syna „Kundlem”, a natomiast mówił dobitnie „Dionizy”! — lub „synu”! Dał mu trochę pieniędzy, otworzył kredyt u krawca na dwa garnitury letnie i na wyraźne żądanie Dyńdzia sprawił mu pół tuzina koszul z poczwórnymi gorsami. Lecz zdziwienie całego domu dobiegło szczytu, gdy Dyńdzio zażądał fularowych213 chustek do nosa, szkockich skarpetek, Encyklopedii Orgelbranda214 i pasty do zębów. Czym prędzej udzielono mu żądanych przedmiotów i Kundel ostentacyjnie wycierał teraz nos w olbrzymie kolorowe fulary, które zawsze wyglądały mu ze wszystkich kieszeni ubrania.

Skarpetki nosił także — wprawdzie w kieszeni, ale to był już stanowczy zwrot ku lepszemu, i gdy pociąg ruszył, ojciec wychylił się raz jeszcze, aby spojrzeć na Kundla stojącego przykładnie na peronie pomiędzy posługaczami i urzędnikami kolejowymi.

— Stoi, a nawet zdjął kapelusz i ku nam powiewa!... O!... teraz wyciągnął chustkę i ciągle macha!... — mówił biedny ojciec do cisnącej się gromadki — doprawdy wygląda jak porządny człowiek.

— Kto wie! — szepnęła matka — może Bóg go wreszcie raczy... — i ręką opiętą w ciemną rękawiczkę kreśliła w powietrzu znak krzyża... ot... matka!

Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze chwilę na dworcu, schował płachtę do kieszeni i szybko skierował się ku domowi.

Wszedłszy do mieszkania, zamknął drzwi na klucz i zaczął systematycznie zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte składał na ziemi jedne na drugich, nie zważając, że ramy wpijają się kantami swymi w płótna i kaleczą cenne oryginały i dobre kopie skrzętnie przez ojca zbierane.

Potem przyszła kolej na dywany.

W gabinecie ojca było kilka wschodnich makat, miękkich, o wytwornych gustownych odcieniach. Makaty te Dyńdzio zerwał ze ścian i nie składając zwalił na obrazy. Po czym rzucił się ku portierom, oberwał je wraz ze strzałami, na których były zawieszone. Jedna ze strzał spadając uderzyła go boleśnie w głowę, lecz on potarł tylko czuprynę i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i poduszki.

Z tualetki matki porwał dwa kryształowe flakony, weneckie lustro, z małego saloniku japońskie maski, sztylety i dwa wypchane ibisy. Z kuchni zwlókł durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar olbrzymi, mogący pomieścić do czterdziestu filiżanek, worek do piasku, kawał wosku od podłóg i dwie żelazne dusze215. Pomieszał to wszystko z fajkami ojca, poduszką haftowaną, dziełem rąk sióstr, z koszykiem do robót matki, gustowną szyfonierką, zerwaną ze ściany, i malowaną paterą na bilety wizytowe.

Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy jeszcze na całą kupę tych przedmiotów cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie lustra, dwa pufy fortepianowe, prześliczną lampę, biuścik śmiejącego się dziecka, świecznik mosiężny żydowski i kilkanaście sztuk srebra stołowego, usiadł Dyńdzio na tym wszystkim i pogwizdując oczekiwał zmroku.

*

Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych posłańców przeniosło na tragach wszystkie te przedmioty do mieszkania Resi. Tragi eskortował Kundel, kroczący z dumą i spoglądający z góry na przechodzących. Wszyscy usuwali mu się z drogi, tylko stary stróż mruczał otwierając bramę, lecz przed podniesioną laską panicza schował się czym prędzej do swej izdebki.

Posłańcy śmieli się, dochodząc do mieszkania Żydówki. Znali oni dobrze Kundla i wiedzieli, że „panicz znów coś ukuł”.

Zapłaceni z góry, wrzucili wszystkie sprzęty do pokoju i życząc „dobrej nocy” — odeszli, śmiejąc się bezustannie.

Kundel zabrał się teraz do urządzenia pokoju Resi, która otworzywszy szeroko oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona widokiem tylu nieznanych dla niej przedmiotów.

Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła spomiędzy portier poduszki i oszalała z radości, poczęła je ciskać po pokoju.

— Z puchu! aj, aj!... z puchu! — wołała, gniotąc je w ręku i zanurzając twarz w szeleszczącą jedwabiem pościel.

Na widok samowaru chwilę zamilkła, po czym podszedłszy ku niemu, z szacunkiem przyklękła i twarz swą rozpaloną do chłodnej blachy przykładać poczęła.

— Same księżne takiego nie mają! — szeptała drżącym ze wzruszenia głosem.

Tymczasem Dyńdzio na brudnych, odrapanych ścianach rozwieszał obrazy, wbijając z energią przyniesione w kieszeni haki. W braku młotka posługiwał się marmurowym przyciskiem przedstawiającym uśpioną Dianę. W mdłym blasku świecy zamajaczyła Elegia Siemiradzkiego216, energiczna Głowa starca Kotsisa217 i zabieliło się ciało Najady Hennera218.

Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.

— Goła! — wyszeptała, chichocząc się cicho.

Lecz Dyńdzio pracował ciągle.

Portiery wisiały krzywo, zakrywając drzwi wejściowe. Połowa tkaniny leżała na ziemi, maczając się w strudze wody, płynącej z rozbitego dzbanka.

Na podłodze Kundel porozrzucał makaty, a rozsypane po ziemi węgle trzeszczały za każdym krokiem. Stara sofa została nakryta gobelinem, przedstawiającym Pallas Atenę, a złocone krzesełka stanęły dokoła stołu pokrytego batystową kapą ściągniętą z łóżka jednej z siostrzyczek.

Durszlak, patelnię, wałek do ciasta — Resia poustawiała na komodzie wraz z flakonikami kryształowymi i weneckim lustrem.

Zbytkowne wydanie Pana Tadeusza poszło dla219 braku miejsca pod szafę. Ten sam los spotkał wyborną kopię z Ary Scheffera220 i śliczną broń gallo-romańską.

Wreszcie na łóżko Resi rzucono poduszki oszyte cienką, nicianą koronką i na ciemnym z brudu prześcieradle rozłożono atłasową pąsową kołdrę — jeszcze wyprawną matczyną.

Wreszcie Kundel zatarł ręce i czując się znużony, siadł z nogami na sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.

— Masz... coś chciała — wyrzekł, dobywając z kieszeni fajkę i zapalając ją ze smakiem.

A Resia, leżąc na ziemi z włosami rozczochranymi, z policzkami rozpalonymi, tarzała się wśród makat, dotykając co chwila ręką samowaru i żydowskiego świecznika, który o mało ją nie wprawił w szaleństwo.

— Aj! aj!... takie bogactwa!... — mruczała cmokając.

*

W trzy tygodnie później inna odbywała się scena.

Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta, z najwyższym przerażeniem dostrzegł spustoszenia poczynione w mieszkaniu. Co więcej — Kundel od chwili powrotu ojca wcale się w domu nie pokazał. Zawezwana telegraficznie matka przyjechała i z pomocą stróża i owych posłańców odkryła miejsce, w którym mieściły się wyniesione z mieszkania przedmioty. Również domyślano się, że tam, a nie gdzie indziej kryje się zapewne Kundel, obawiając się skutków swego zuchwalstwa.

Rozpoczęło się parlamentowanie.

Kundel, zaatakowany listem ojca, zagroził w razie użycia środków represyjnych strzeleniem sobie w łeb.

Serce rodziców zadygotało, postanowiono obniżyć kamerton i matka zaproponowała listownie ugodę pokojową.

Kundel odpowiedział zimno i spokojnie, że po głębokim namyśle przychodzi do przekonania, iż rodzice nigdy nie zechcą go uważać za dojrzałego mężczyznę, który wie, co robi i za każdy swój krok przed Bogiem i honorem odpowie. Że znudzony bezczynnością, powróciłby może na łono rodziny, ale tylko w tym razie, jeśli zapewniona mu zostanie stała miesięczna renta i za zwrócenie zabranych przedmiotów pewna suma pieniężna.

Kilka dni ciągnęły się te pertraktacje pokojowe, a w miarę czasu rosły pretensje i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała po kątach, a ojciec targał wąsy, patrząc na opustoszałe ściany, w których tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały się porwane liny.

Wreszcie dnia jednego zajechała z hukiem przed dom dorożka i wysiadł z niej Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. Na samym wstępie uderzył w głowę stróża, który go zdradził i wyjąwszy z dorożki Elegię, niebieską szklaną miednicę i potrząsając włosami, które w przeciągu tych tygodni doszły do potwornych rozmiarów, wyrzekł:

— Jestem! Zrobiłem, co mi nakazano. Ponieważ jednak na tym wszystkim ucierpiała najwięcej szacunku godna kobieta — muszę wynagrodzić jej krzywdę i prawdopodobnie się z nią... ożenię!

A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych tymi słowy rodziców, wyszedł powłócząc nogami i pakując ręce w kieszenie.

Przypisy:

1. matinée (fr.) — tu: poranny strój kobiecy. [przypis edytorski]

2. Nabuchodonozor — imię królów babilońskich. [przypis edytorski]

3. filister (pogardl.) — mieszczanin. [przypis edytorski]

4. patyneczki — rodzaj płytkich pantofli. [przypis edytorski]

5. mikado — tytuł cesarza Japonii. [przypis edytorski]

6. nicować — wywracać na drugą stronę. [przypis edytorski]

7. newchatel — gatunek sera szwajcarskiego. [przypis edytorski]

8. cacko — tu: zabawka. [przypis edytorski]

9. bachantka (mit. rz.) — ogarnięta szałem kobieta z orszaku Bachusa, boga wina. [przypis edytorski]

10. satyr — bożek z kozimi nogami, symbol pożądania. [przypis edytorski]

11. portiera — zasłona. [przypis edytorski]

12. bawić (daw.) — przebywać. [przypis edytorski]

13. suchoty (daw.) — gruźlica. [przypis edytorski]

14. pugilares (daw.) — portfel. [przypis edytorski]

15. white rose (ang.) — biała róża (tu: nazwa perfum). [przypis edytorski]

16. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

17. dolman — turecki a. węgierski strój pod kurtkę. [przypis edytorski]

18. jour fixe (fr.) — przyjęcie. [przypis edytorski]

19. five o’clock tea (ang.) — herbatka o piątej. [przypis edytorski]

20. receptions matinales (fr.) — poranne przyjęcia. [przypis edytorski]

21. zderanżowany (z fr.) — tu: zdezorganizowany. [przypis edytorski]

22. wcale (daw.) — całkiem. [przypis edytorski]

23. C’est atrocé (fr.) — to okropne. [przypis edytorski]

24. decorum (z łac.) — ozdobność, powaga, także: wysłowienie a. styl właściwe dla tematu. [przypis edytorski]

25. Attention, sales gamins! Ou je vais vous ficher des claques (fr) — Uważajcie, brudne dzieciaki! Albo dam wam klapsa. [przypis edytorski]

26. Taisez ous, tas des salauds (fr.) — spokój, bando łajdaków! [przypis edytorski]

27. j’espère, que vous allez vous tenir tranquilles... autrement — je tire (fr.) — mam nadzieję, że zachowacie spokój... inaczej będę strzelać. [przypis edytorski]

28. Junon, dévorée par la jalousie, épiait Jupiter (fr.) — Junona, pochłonięta zazdrością, śledziła Jowisza. [przypis edytorski]

29. et Jupiter aimait Jo (fr.) — a Jowisz kochał Io. [przypis edytorski]

30. bez (reg.) — przez. [przypis edytorski]

31. dla (daw.) — w celu. [przypis edytorski]

32. jour fixe (fr.) — przyjęcie. [przypis edytorski]

33. tużurek — dwurzędowy, ciemny surdut popularny na przełomie XIX i XX w. [przypis edytorski]

34. oczów — dziś popr. forma D.lm: oczu. [przypis edytorski]

35. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

36. bez (reg.) — przez. [przypis edytorski]

37. barchanowy — wykonany z grubej tkaniny bawełnianej. [przypis edytorski]

38. duchem (daw.) — szybko. [przypis edytorski]

39. subiekt (daw.) — sprzedawca w sklepie. [przypis edytorski]

40. bramowany — dosł.: obszyty po krawędzi pasem materiału. [przypis edytorski]

41. perystyl (z gr.) — termin architektoniczny: przedsionek wsparty na kolumnadzie. [przypis edytorski]

42. wchodowy — dziś popr.: wejściowy. [przypis edytorski]

43. sposponował — dziś popr.: spostponował. [przypis edytorski]

44. aresztować — tu: zatrzymywać. [przypis edytorski]

45. kontent (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]

46. zmaniać (reg.) — sprowadzać w złą stronę. [przypis edytorski]

47. kontuar — lada w barze. [przypis edytorski]

48. obejście — sposób zachowania. [przypis edytorski]

49. kruchta — przedsionek kościoła. [przypis edytorski]

50. despekt — urażenie czyjegoś honoru. [przypis edytorski]

51. stan (daw.) — wcięcie w pasie, talia. [przypis edytorski]

52. zawrzeć (daw.) — zamknąć. [przypis edytorski]

53. Tiens! tiens! c’est du propre! (fr.) — Słuchaj! Słuchaj! Ładna historia! [przypis edytorski]

54. tout d’un coup (fr.) — nagle; ni z tego, ni z owego. [przypis edytorski]

55. en garçon (fr.) — po kawalersku. [przypis edytorski]

56. brakonierski (daw.) — kłusowniczy. [przypis edytorski]

57. tinktura (z łac.) — maść. [przypis edytorski]

58. portiery — zasłony. [przypis edytorski]

59. szylkret — tworzywo z pancerzy żółwi morskich. [przypis edytorski]

60. pâte des prélats — rodzaj kremu. [przypis edytorski]

61. C’est idiot (fr.) — to idiota. [przypis edytorski]

62. chartreuse — francuski likier ziołowy. [przypis edytorski]

63. Tiens... c’est du propre! c’est mignon! (fr.) — Słuchaj! Ładna historia! Jakie to miłe! [przypis edytorski]

64. Tirez vous de cette affaire vous même... Voilà! — Sama wyciągnij się z tej afery, ot co! [przypis edytorski]

65. viveur (fr.) — człowiek korzystający z życia. [przypis edytorski]

66. Tirez vous de l’affaire! (fr.) — wyciągnij się z afery! [przypis edytorski]

67. przemóc (daw.) — tu: zwyciężyć. [przypis edytorski]

68. Ainsi va le monde! (fr.) — tak porusza się świat. [przypis edytorski]

69. C’est du guignon! Rien de plus — To pech! Nic więcej! [przypis edytorski]

70. bleu de France (fr.) — błękit francuski (obecnie mówi się: błękit paryski). [przypis edytorski]

71. peniuar — tu: pelerynka zarzucana na kark przy czesaniu włosów. [przypis edytorski]

72. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

73. fular — jedwabna chusta noszona zamiast krawata. [przypis edytorski]

74. trotuar (z fr.) — chodnik. [przypis edytorski]

75. wchodowy — dziś popr.: wejściowy. [przypis edytorski]

76. etażerka — mebel złożony z kilku otwartych półek. [przypis edytorski]

77. patarafka — dekoracyjna podkładka pod lampę. [przypis edytorski]

78. merla — cienka tkanina bawełniana. [przypis edytorski]

79. prywacja (daw.) — obywanie się bez czegoś. [przypis edytorski]

80. kontuar — lada. [przypis edytorski]

81. qu’allait — il faire donc, dans cette galère? — zniekształcony cytat z Szelmostw Skapena Moliere’a, gdzie było: Que diable allait-il faire dans cette galère, tj. jaki diabeł przybędzie tą galerą? [przypis edytorski]

82. dezynwoltura — nadmiernie swobodne, lekceważące zachowanie. [przypis edytorski]

83. Cambronne, Pierre (1770–1842) — generał wojen napoleońskich; wedle anegdoty podczas bitwy pod Waterloo wulgarnie odpowiedział na propozycję kapitulacji. [przypis edytorski]

84. je n’en sais rien (fr.) — nic o nich nie wiem. [przypis edytorski]

85. buduar (z fr.) — pokój pani domu służący odpoczynkowi. [przypis edytorski]

86. efronteria (daw.) — bezczelność. [przypis edytorski]

87. barkarola — utwór muz. wzorowany na pieśniach weneckich gondolierów. [przypis edytorski]

88. Troschel, Wilhelm (1823–1887) — polski śpiewak operowy i kompozytor. [przypis edytorski]

89. T’amo (wł.) — kocham cię. [przypis edytorski]

90. mädel (niem.) — dziewczyna. [przypis edytorski]

91. porte-bonheur (fr.) — amulet. [przypis edytorski]

92. chartreuse — francuski likier ziołowy. [przypis edytorski]

93. suchoty (daw.) — gruźlica. [przypis edytorski]

94. drapować się — tu: stroić się. [przypis edytorski]

95. krepa — czarna tkanina, symbol żałoby. [przypis edytorski]

96. heliominiaturzysta — osoba wykonująca barwione fotografie. [przypis edytorski]

97. suteryna (z fr.) — mieszkanie w kondygnacji poniżej parteru. [przypis edytorski]

98. podlotek — dorastająca dziewczyna. [przypis edytorski]

99. terminator — rzemieślnik uczący się u majstra. [przypis edytorski]

100. makagiga — ciastko z karmelu, miodu i maku. [przypis edytorski]

101. wie gehts! (niem.) — jak idzie? a. co słychać? [przypis edytorski]

102. paar śnaps zum andenken! (niem.) — właśc.: paar Schnaps zum Andenken, tj. kilka kieliszków wódki na pamiątkę. [przypis edytorski]

103. Gut, Herr Leitnant (niem.) — właśc.: Leutnant; Dobrze, panie poruczniku. [przypis edytorski]

104. fesches Mäderl (niem.) — szykowna dziewczyna. [przypis edytorski]

105. mimo (daw.) — obok. [przypis edytorski]

106. w wilię (daw.) — w przeddzień. [przypis edytorski]

107. masz recht!... (z niem.) — masz rację. [przypis edytorski]

108. grajzlerówka (z niem.) — ekspedientka w małym sklepie spożywczym. [przypis edytorski]

109. imać (daw.) — chwytać. [przypis edytorski]

110. traktament (z łac.) — poczęstunek. [przypis edytorski]

111. bez (reg.) — przez. [przypis edytorski]

112. myszurys (żyd.) — właśc. meszores, sługa. [przypis edytorski]

113. schlufst du? (niem.) — właśc.: schlafst du?, tj. ty śpisz? [przypis redakcyjny]

114. Naaa! schlaft i nit (zniekszt. niem.) — nie, nie śpię. [przypis edytorski]

115. Weber, Karol Maria von (1786–1826) — niemiecki kompozytor, twórca wielu oper i koncertów fortepianowych; dyrektor opery w Dreźnie od w 1817; zmarł w Londynie, a w 1844 jego zwłoki przeniesiono do Drezna. [przypis edytorski]

116. szuwaks (daw.) — czarna pasta do butów. [przypis edytorski]

117. zawiasa — dziś popr. w r.m.: zawias. [przypis edytorski]

118. glasa (fr.) — tkanina bawełniana, błyszcząca z jednej strony, z drugiej matowa. [przypis edytorski]

119. tombak — stop miedzi z cynkiem, imitujący złoto. [przypis edytorski]

120. bodiak (reg.) — oset. [przypis edytorski]

121. poślad — ziarno gorszej jakości, używane jako pasza. [przypis edytorski]

122. waporyzator (z łac.) — rozpylacz do perfum. [przypis edytorski]

123. ostatnie wrażenie — dziś popr.: ostatnim wrażeniem. [przypis edytorski]

124. westalka — kapłanka rzymskiej bogini Westy w czasie sprawowania tej funkcji pod karą śmierci zobowiązana do zachowania dziewictwa. [przypis edytorski]

125. correct (fr.) — poprawny; tu: bez zarzutu. [przypis edytorski]

126. Ozyrys — egipski bóg świata pozagrobowego, sędzia zmarłych. [przypis edytorski]

127. szewiot — rodzaj tkaniny wełnianej. [przypis edytorski]

128. viveur (fr.) — osoba korzystająca z życia. [przypis edytorski]

129. walansjenka — rodzaj koronki. [przypis edytorski]

130. od gazu — mowa o gazowym oświetleniu. [przypis edytorski]

131. bawić (daw.) — przebywać. [przypis edytorski]

132. więcej — dziś popr.: bardziej. [przypis edytorski]

133. Demande aux lys, s’ils aiment la rosée (fr.) — zapytaj lilii, czy lubią rosę. [przypis edytorski]

134. gawot — taniec starofrancuski. [przypis edytorski]

135. tingel-tangel (daw.) — drugorzędna kawiarnia, kabaret. [przypis edytorski]

136. stójkowy — policjant w zaborze rosyjskim. [przypis edytorski]

137. cyrkuł — komisariat policji w zaborze rosyjskim. [przypis edytorski]

138. sybarytyzm — rozmiłowanie w przyjemnościach życia. [przypis edytorski]

139. parweniusz (z fr.) — człowiek, który dorobił się majątku i nieumiejętnie naśladuje klasy wyższe. [przypis edytorski]

140. koczyk — rodzaj czterokołowego powozu. [przypis edytorski]

141. surdut — długa dwurzędowa marynarka popularna na przełomie XIX i XX w. [przypis edytorski]

142. anglez — dłuższa odmiana surduta. [przypis edytorski]

143. wątrobiarz — mężczyzna z chorą wątrobą. [przypis edytorski]

144. ożyy (reg.) — jeżyny. [przypis edytorski]

145. Resurrecturi — powieść J. I. Kraszewskiego. [przypis edytorski]

146. wchodowy — dziś popr.: wejściowy. [przypis edytorski]

147. siwucha — wódka. [przypis edytorski]

148. starka — odmiana wódki poddawanej leżakowaniu. [przypis edytorski]

149. oczeret — zarośla nadbrzeżne. [przypis edytorski]

150. faworyty — pasma zarostu na policzkach. [przypis edytorski]

151. niepodobna (daw.) — nieprawdopodobne a. niemożliwe. [przypis edytorski]

152. period (z łac.) — okres. [przypis edytorski]

153. rozhowor (rus.) — rozmowa. [przypis edytorski]

154. szuwaks (daw.) — czarna pasta do butów. [przypis edytorski]

155. ordynaria — część wypłaty dla służby dworskiej wydawana w naturze. [przypis edytorski]

156. sarabanda — szybki taniec hiszpański. [przypis edytorski]

157. Na pohybel (rus.) — zgiń! [przypis edytorski]

158. fix — przyjęcie. [przypis edytorski]

159. koncept-praktykant (daw.) — aplikant biurowy. [przypis edytorski]

160. Namiestnictwo — najwyższy urząd administracyjny w Galicji, stworzony w 1849 roku, od 1866 piastowali go wyłącznie Polacy. [przypis edytorski]

161. galicyjski hrabia i baron — za czasów cesarza Józefa II (1741–1790) w Galicji rozpowszechniły się tytuły arystokratyczne kupowane za pieniądze. [przypis edytorski]

162. mantyla — krótka damska peleryna. [przypis edytorski]

163. błam — zszyte ze sobą skóry zwierząt futerkowych. [przypis edytorski]

164. Sacré-Coeur — Zgromadzenie Panien Serca Jezusowego, założone we Francji w 1800 roku przez Madelaine-Sophie Barat (1779–1865); zajmowało się wychowaniem młodych dziewcząt. [przypis edytorski]

165. C’est convenu! N’est-ce pas? (fr.) — Zgoda! Nieprawdaż? [przypis edytorski]

166. très bien (fr.) — bardzo dobrze. [przypis edytorski]

167. partia — tu: dobra kandydatka do małżeństwa. [przypis edytorski]

168. raważ (z fr.) — spustoszenie, zniszczenie. [przypis edytorski]

169. kohorta — jednostka organizacyjna armii starożytnego Rzymu. [przypis edytorski]

170. stambułka — fajka turecka, lulka. [przypis edytorski]

171. rajtpejcz (z niem.) — pejcz używany do konnej jazdy. [przypis edytorski]

172. muguet (fr.) — konwalia. [przypis edytorski]

173. les voilà! (fr.) — oto oni! [przypis edytorski]

174. sur le retour (fr.) — zaczynająca się starzeć. [przypis edytorski]

175. brykla (z niem.) — rodzaj stalowej taśmy wszywanej w gorset. [przypis edytorski]

176. neurasteniczka — kobieta znerwicowana a. nadpobudliwa. [przypis edytorski]

177. lapisowy — koloru jasnoliliowego. [przypis edytorski]

178. kongestia (z łac.) — chorobliwy napływ krwi do jakiegoś organu. [przypis edytorski]

179. c. k. — cesarsko-królewski, określenie i skrót odnoszące się do władz Austro-Węgier. [przypis edytorski]

180. mundura — dziś popr. forma B.lp: munduru. [przypis edytorski]

181. ménage (fr.) — małżeństwo, związek. [przypis edytorski]

182. epuzer (z fr.) — kandydat do małżeństwa. [przypis edytorski]

183. cette pauvre baronne (fr.) — ta biedna baronowa. [przypis edytorski]

184. un homme charmant (fr.) — uroczy człowiek. [przypis edytorski]

185. une mignonne (fr.) — pieszczotka. [przypis edytorski]

186. enfin, après tout (fr.) — w końcu, zresztą. [przypis edytorski]

187. mon ami (fr.) — mój przyjaciel. [przypis edytorski]

188. quelque chose de piquant (fr.) — coś pikantnego. [przypis edytorski]

189. fumoir (fr.) — palarnia. [przypis edytorski]

190. zaakaparować (z fr.) — przywłaszczyć sobie. [przypis edytorski]

191. reklamować (z fr.) — odzyskiwać. [przypis edytorski]

192. ambra — składnik perfum, pozyskiwany z podgardla kaszalota. [przypis edytorski]

193. au fond (fr.) — właściwie, w gruncie rzeczy. [przypis edytorski]

194. tiens (fr.) — słuchaj (dosł.: trzymaj). [przypis edytorski]

195. zastawiać się (daw.) — zasłaniać się. [przypis edytorski]

196. ma chère... elle est verte!... (fr.) — moja droga... ona jest zielona. [przypis edytorski]

197. saperlipopette (fr.) — do kaduka! [przypis edytorski]

198. rotunda — płaszcz damski o wykroju w kształcie koła, popularny w XIX w. [przypis edytorski]

199. veilleuza — (z fr. veilleuse) lampka nocna. [przypis edytorski]

200. bürgerski (z niem.) — mieszczański. [przypis edytorski]

201. bursz (z niem.) — członek korporacji studenckiej. [przypis edytorski]

202. cyrkuł — posterunek policji w zaborze rosyjskim. [przypis edytorski]

203. facjatka — pokój na poddaszu. [przypis edytorski]

204. locum (z łac.) — mieszkanie. [przypis edytorski]

205. libra — sto arkuszy papieru. [przypis edytorski]

206. Hennequin, Emil (zm. 1894) — francuski krytyk literacki. [przypis edytorski]

207. Fryne — słynna z piękności kurtyzana grecka z IV w. p.n.e. [przypis edytorski]

208. turkos (daw.) — Algierczyk odbywający służbę w wojsku francuskim. [przypis edytorski]

209. plein air (fr.) — malowanie krajobrazu z natury. [przypis edytorski]

210. Lais — imię to nosiły liczne greckie kurtyzany. [przypis edytorski]

211. ramiony — dziś popr. forma N.lm: ramionami. [przypis edytorski]

212. kreda (daw., pot.) — kredyt. [przypis edytorski]

213. fularowy — jedwabny. [przypis edytorski]

214. Orgelbrand, Samuel (1810–1868) — polski wydawca i księgarz, znany z publikacji Encyklopedii powszechnej. [przypis edytorski]

215. dusza — kawałek żelaza, po rozgrzaniu wkładany do żelazka. [przypis edytorski]

216. Siemiradzki, Henryk (1843–1902) — malarz polski, mieszkający w Rzymie, tematy do swych obrazów czerpiący ze starożytności greckiej i rzymskiej. [przypis edytorski]

217. Kotsis, Aleksander (1836–1877) — malarz polski, chętnie podejmujący tematy ludowe. [przypis edytorski]

218. Henner, Jean Jacques (1829–1905) — malarz francuski, naśladowca Tycjana. [przypis edytorski]

219. dla (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]

220. Scheffer, Ary (1795–1858) — malarz francuski, przedstawiciel romantyzmu, autor obrazów ilustrujących dzieła Goethego, portrecista. [przypis edytorski]