XIX
Pita zasnęła, lecz Tuśka, ubrana ciągle w swój biały kostium, snuje się po izbach. Ustawia drobiazgi, bez potrzeby przegląda suknie w szafie, spogląda niekiedy w lustro. W niepewnym świetle dwóch świec widzi swą twarz jakąś zmienioną, niespokojną, powleczoną mgłą.
Zda jej się, że ma gorączkę i drzemie. Oczywiście zimno jej. A przecież nie zamyka okna. Przez firankę bije srebrnymi snopkami pęk księżycowych promieni.
Tuśka czuje, że tam, poza oknem, jest srebro, mgła, czar...
Stanęła i w czar ten daleki patrzy.
Patrzy i myśli, że tam, na Wareckiej, przed srebrem księżyca zasłania się wszystko szczelnie jak przed mikrobami, które wedrzeć się w zdrowy organizm mogą. Zasłania się rolety w dziecinnym pokoju, okno zawiesza się jeszcze pledem. Żebrowski mówi, iż księżyc mu spać nie daje, a on biedny musi się przed biurem wyspać. Potem ten księżyc, który zawisa nad dachami ociekłymi deszczem i pyłem węgli, jest inny, nieprzyjacielski, zimny, jakby z musu zjawiający się o oznaczonej porze. Światło jego nie otula, nie przenika słodyczą niewymowną, lecz jest natrętne, wrogie, zbyteczne.
I dlatego się przed nim okna tak szczelnie zasłania, dlatego tak się dusze od niego chroni...
To myśli Tuśka i w okno nie zasłonione patrzy. Jakiś cień miga.
— Pani jeszcze nie śpi?
Porzycki odsuwa bez ceremonii firankę.
W narzuconym na ramiona serdaku stoi w obramowaniu okna.
— Niech pani wyjdzie przed dom... tak ślicznie, porozmawiamy trochę.
— Chłodno jest.
— Niech się pani czym otuli.
Aż ciągnie ją w ten czar i do tej rozmowy. Lecz zarazem tak, jak ten, który czuje, iż nenufar nęcący go rośnie na błotnej głębinie, Tuśka zbiera siłę woli i opiera się pokusie.
— Nie. Dzisiaj nie! Wolę pozostać w domu.
Mówi to głosem słodkim, tak jakby lękała się, że on odejdzie.
Lecz on nie odchodzi, stoi ciągle w oknie.
— Szkoda! — mówi — sądziłem, że pani pójdzie się przejść. Nasi proponowali mi dziś spacer nocny, daleki...
— To niech pan idzie.
— Może pójdę.
Opiera się jednak o ramę okna i nie odchodzi.
— Pani nie umie żyć! — mówi patrząc na nią uważnie.
— Ja? Ależ ja żyję tak, jak wszyscy w moim położeniu.
— Otóż to, otóż to — jak wszyscy. A każdy człowiek powinien przefasonować sobie życie do swojej indywidualności. W tym cała filozofia.
— Ja muszę się stosować do raz przyjętych zobowiązań.
— A w czymże im pani uchybi, jeśli pani choć trochę przestanie więzić i krępować siebie?
— O!... tak się panu zdaje.
Zbliża się ku niemu, jakby zwabiona czarem jego głosu. Stanęła prawie przed samym oknem. Światło poza nią uwydatnia linie jej ciała. Włosy złote prześwietlają aureolą. Twarz jej tonie w cieniu. On głowę przechyla, patrzy na nią i uśmiecha się przyjaźnie.
— Pani jest ładna — mówi z przekonaniem.
— O!...
— Tak. Ładna, tylko nieszczera. I to wszystko psuje. Ja z pani muszę zrobić szczerą kobietę... Pst!... proszę nic nie mówić. Ani się pani nie opatrzy, jak się pani przerobi. I mąż pani będzie mi wdzięczny.
To słowo „mąż” pada po raz pierwszy w ich rozmowie. Jest to naturalne, że mówią o nim, a przecież Tuśkę jakby to uraża. Nie rozumie, dlaczego.
— To musi być dobry człowiek! — dorzuca Porzycki.
Tuśka chce odpowiedzieć „bardzo”, ale znów jakieś nieokreślone uczucie więzi jej słowa.
— Ma pani jego fotografię?
— Mam.
— I chłopców?
— Mam.
— Niech pani pokaże.
Tuśka zbliża się wolno do stołu, szuka w teczce fotografii męża i dwóch chłopców w szablonowych pozach, lecz ogarnia ją pewne uczucie wstydu.
Żebrowski na tej fotografii wygląda mizernie, nędznie jak suchotnik i jak kancelista. To nie jest ten „mąż”, który mógłby zaimponować i ją samą w dobrym świetle postawić. Natomiast fotografie chłopców są bardzo correct. Mają miny poważne, szczególnie starszy, w mundurku; młodszy jeszcze zdejmowany w Van Dyckowskim guście, to jest w aksamitach i koronkowym kołnierzu. To można zaprezentować. Bierze fotografie synów i wręcza je Porzyckiemu. Ten wsuwa się prawie w okno. Przygląda się chłopakom uważnie.
— Ładne dzieci, ale strasznie marmurkowate.
— Jakie?
— No... marmurkowate! Pani nie wie, co to są bracia marmurki?
— Nie.
— To mniejsza, bo i ja nie wiem. Ale synowie pani to tacy bracia marmurki... Do kogo podobni? Do pani? może do męża? A gdzież fotografia męża?
— Nie wiem... gdzieś była...
— A to nieładnie! Powinna stać na stoliku razem z dziećmi. Tak zawsze panie robią na wiledżiaturze...
Śmiać się zaczął.
Tuśka odebrała mu z rąk fotografię chłopców.
— Widzi pan, że mam rację nie stawiając fotografii na pokaz. Śmiałby się pan i ze mnie.
— Nie. Z pani nie mam prawa.
— A z tamtych?
Zmierzyli się oczami.
— Może... — wybąknął mężczyzna.
Tuśkę przeszył dreszcz.
— Szkoda, że one tego nie słyszą — wymówiła gorzko, wkładając fotografię do teczki.
Twarz Porzyckiego zmieniła się, jakby pod uczuciem wstydu.
— Ja... przecież... nie wymieniam nazwisk!
— No, tego by brakowało.
Tuśka czuła w tej chwili jakąś swoją wyższość, niedościgłość i zdała się sobie ogromnie dumna a łaskawa.
— Biedne kobiety! — wyrzekła kiwając głową.
Lecz i on już odzyskiwał pewność siebie.
— O! o!... biedne! ofiary!... co znowu! Żadna z nich tragicznie tego wszystkiego nie brała. Czasem popłakały, ale zapudrowały noski i były jeszcze ładniejsze.
Tuśce przed oczyma nagle przewinęły się źrenice czarno ubranej kobiety, która tam, przed werandą kuźnicką, patrzała na nią spod ronda kapelusza z jakimś smutkiem i litością.
— I pan myśli, że one wszystkie zapomniały?
— Naturalnie!
— A... Sznapsia?
To imię wyrwało się nagle i padło trochę ciężko, jak ptak o zwichniętym skrzydle pada nagle na ściernisko.
— Sznapsia?
— No... tak... ta w czerni... aktorka.
— Ależ Sznapsia to nasza, to co innego.
— Przepraszam, to także kobieta.
— Naturalnie! I jaka!... Ale ona się nie liczy. To nie był flirt.
— Więc... ona... nie zapomniała?
— Naturalnie, że nie. Jakże pani chce? Wspólna bieda, prowincja. Gotowała sama na maszynce naftowej. Często nie było co. Zimno! Za kulisami mróz. Ona zawsze dobra, wierna...
— A pan?
— Ja?... było różnie. Ale przeważnie byłem jej wierny...
Oczy aktora przybrały pewien wyraz rozmarzenia. Nie były to czarne motyle, które padały mu chwilami na oczy, przeciwnie, źrenice jego jaśniały, widziały coś w oddali.
— A przecież pan przestał ją kochać... — wyszeptała Tuśka.
— Cóż, miało być na całe życie? — odrzucił już weselej Porzycki. — Cały sezon trwało, aż wreszcie ona dostała engagement gdzie indziej, ja gdzie indziej i skończyło się. Wiadomo... sezonówka...
— Co takiego?
— No, sezonówka, sezonowa miłość... U nas w teatrze liczą się miłości na sezony... teatralne. Mówi się: kochali się pół sezonu, cały sezon, to takie żniwo dla sezonowej miłości...
— !!!
— Och! jakie pani robi oczy! Pani w to nie wierzy? Dokoła aż się roi w taką księżycową noc od flirtów... A to wszystko sans conséquences... pour passer le temps — oktawę. Fortepian otwarty, artysta z nałogu rzuca jeden pasaż. La chose est faite!... Widzi pani. Z kurtuazją, galanterią... Voilà!
Był znów zupełnie pewny siebie, wesoły, rozbawiony.
Ławeczka stała pod oknem.
Osunął się na nią i bardzo wdzięcznie i miło na rękach twarz swoją o krawędź okna oparł.
Tuśka stała wciąż przy stole, oszołomiona, ogłuszona jego werwą, jego pustotą.
Od pewnego czasu w Warszawie zapanowała karawaniarska atmosfera, przemieniająca poprzednie wersalskie flirty w upiorne, fatalne, tragiczne konflikty. Tuśka asystowała z daleka tej przemianie i jak poprzednio przetrawiała „flirt” jedynie w wyobraźni, tak zawsze teraz „rozwiane” i „rozpienione”, „poskłębiane” piekła namiętności pozostawały dla niej jedynie w krainie druku i sceny lub faits divers zanotowanych pośpiesznie w wiadomościach dziennikarskich. Nie miała jednak nigdy wielkiego pociągu do owych farandoli śmiertelnych. Czuła w nich jakby pozę, jakby ktoś zmuszał się do gry zbyt męczącej. A choć właśnie była sztuczną i nienaturalną, lecz tylko w drobiazgach chętnie zadawała sobie ten przymus. W wielkim jakimś fakcie życiowym nie miała po prostu pojęcia, czy zdobyłaby się na „pozę”.
Ciągnęło ją jednak chętniej ku łatwym i wesołym flirtom. Było w nich więcej pudrowanej grzeczności i powierzchownego sentymentu.
Czytała z przyjemnością książki traktujące zapalczywie o tym sporcie i śledziła często, czy to na spacerze, czy w salach widowisk flirtujące pary. Sama nie zawiązała nigdy podobnej nitki. Sposób ich życia od pierwszej chwili ukształtował się lodowo i atmosfera ta przylgnęła do jej gestów i zachowania się całego. Tym odstręczała zawodowych flirtowców. Za mało miała inteligencji, aby natrafić i rozgrzać coś niezwyczajnego. I tak pozostała w roli widza, śledzącego z daleka wypadki miłosnej areny. Niemniej przecież z trwogą odwracała się od hufca „rozpienionych i splątanych w wyjące sarabandy” krzykaczy miłosnych. Flirt był łagodniejszy, przystęp lżejszy dla niej i nie tak skomplikowany. Stąd Porzycki i jego manewry przynoszące pewne rozflirtowanie zaczynały trafiać na dobry grunt.
Tuśka wkraczała powoli na arenę.
Nieśmiało, cicho, wbrew woli.
A przecież...
Na ławeczce siedział tak naprzeciw niej, czarne oczy jego śledziły ją bacznie i zarazem owijały jakby ciepłą, miękką tkaniną.
I nagle rzucił ku niej cichym, miłym głosem:
— No... kiedy się pani we mnie zakocha?
Aż ją ścisnęło za gardło; czuła, że powinna rozgniewać się, kazać mu iść precz, lecz już nie mogła.
Wolała obrócić to w żart.
— Sezonową miłością? — zapytała.
— Naturalnie. Przecież nie wymagałbym od pani nic więcej... Ot... jakby trochę kwiatów... A zresztą...
— Co zresztą...
— To samo przyjdzie!
— Co?
— To, że się pani we mnie zakocha.
Uczuła się dotknięta.
— A ja panu mówię, że nie przyjdzie!
Głos jej aż drżał, gdy to mówiła.
Porzycki uśmiechnął się wdzięcznie.
— Załóżmy się.
— Pan jest cynikiem.
— Dlatego, że chcę, ażeby pani wyszła trochę z tych modnych form, z tej sztywności nieznośnej i żeby pani była więcej... kobietą?
— Pan nazywa poczucie obowiązków w kobiecie zanikaniem kobiecości!
Czarne oczy aktora rozszerzyły się od zdumienia.
— A któż każe pani zapominać o obowiązkach? Ja? Niech mnie Bóg broni. Nie mam na sumieniu ani jednej mężatki, która by przeze mnie porzuciła swe stanowisko matki i żony. — Pani zaraz dosiada tragicznego rumaka i pędzi ku... przepaściom! No... czyż nie mam racji, że pani jest pozująca i nieszczera?
Tuśka nie odpowiedziała nic. Czuła, iż zaczyna obracać się w jakimś błędnym kole, że ten czar lekkomyślny i dziwny, jaki Porzycki roztacza naokoło, nie dozwoli jej zdać sobie trzeźwo sprawy z sytuacji, w jakiej staną oboje naprzeciw siebie. Ogarnia ją trochę lęku, lecz ufa swoim siłom. Tyle lat przeszła bez zboczenia z prawej drogi, dlaczegóż teraz miało stać się z nią to straszne zło?
Może Porzycki ma rację.
Może nie należy brać tak tragicznie jakiejś drobnostki, która w gruncie rzeczy nie przynosi nikomu krzywdy, a jej pozwoli przyjemnie porozmawiać i spędzić parę tygodni weselej, niż w towarzystwie z panią Warchlakowską.
Patrzy na Porzyckiego i stara się wmówić w siebie, że ten czar bijący od niego z taką siłą, to tylko miły przyjacielski wdzięk.
A to, co on mówi, to są słowa bez znaczenia.
Ależ tak, tylko słowa!
Porzycki wyciąga ku niej rękę.
— Gniewam się?
— Co znowu?...
— No... dzięki Bogu! Bo mi pani z tą swoją pruderią zaczynała coś prowincję przypominać. Nie mogłem się w pani jakoś doszukać warszawianki... No, proszę dać łapkę na zgodę!...
Z pewnym wysiłkiem, ale udając swobodę, zbliża się Tuśka i podaje mu rękę.
— Na zgodę!
Sądzi, że będzie to tylko uściśnienie ręki, ale aktor ujmuje jej rękę, całuje długo każdy palec z osobna i zaczyna się przyglądać paznokciom.
— Cacane pazurki! — mówi dziecinnym głosem.
Tuśka chce mu wycofać rękę. Ogarnia ją jednak słodkie rozmarzenie. On z taką naturalnością całuje w dalszym ciągu jej rękę, bez żadnego zmieszania, bez miłosnych spojrzeń, że i ona się powoli uspokaja. Pozostawia tak rękę w jego dłoni, a on, jakby rozzuchwalony, głaszcze swoją twarz jej ręką.
— Co pan robi?
— Popieścić!... — mówi z przymileniem. — On taki biedny! Nikt go tak dawno nie pieścił.
Tuśka gwałtem chce wyrwać mu teraz swą rękę.
— Proszę... niech pan puści!...
Ale on wygodnie ulokował swój policzek na jej dłoni i przymknął oczy.
— Nic nie ma milszego jak taka śliczna, dobra, poczciwa kobieca ręka!... — mówi głosem jakby sennego dziecka.
I milczy, siedzi tak cicho, przytulony do jej ręki, z oczyma zamkniętymi, zmęczony, jakiś nagle postarzały.
Wypoczywa.
Tak mu z tym dobrze, takie to widocznie dla niego naturalne, nie karygodne, proste, że Tuśka po prostu nie śmie wpaść w tę prostotę ze swą obrażoną godnością. On jej nawet ułatwia sytuację.
— Pani ma dobrą i przyjacielską rękę.
— Otóż to.
Padł wyraz, który jej podaje deskę ratunku.
Przyjaźń.
Tak. Pomiędzy nim a nią zawiązuje się... przyjaźń. Nic więcej. Tuśka chwyta się tej szablonowej deski z zapałem każdej kobiety brnącej w błotko w kaloszach koniecznej cnotliwości. Ma jednak tyle taktu i sprytu, że nie wymawia tego wytartego jak liczman słowa, lecz pozostawia je w głębi swej duszy. Boi się odegrać roli niemodnej romantyczki, ofiarowując mężczyźnie... przyjaźń, lecz postanawia sama przed sobą, iż tak uczyni — nie inaczej.
W program tej przyjaźni może przecież wejść przyjazność ręki, na której spoczywa gładki jak atłas, świeżo ogolony policzek artysty. Skoro to jest uczucie przyjaźni... nic w tym nie ma zdrożnego.
I wewnętrzne usposobienie Tuśki, stygnące i prawie spokojne, dodaje jej otuchy, iż to, co postanowiła, jest wykonalne.
Wprawdzie... podobno przyjaźń mężczyzny i kobiety nie istnieje, ale ona właśnie dowiedzie, iż tak być może.
Zresztą, ten człowiek musi być od niej młodszy. Kto wie — może znacznie. Patrzy na niego w świetle mizernym świecy i nie umie rozpoznać jego wieku, a może przekroczył trzydziestkę...
Ta jego wesołość, dziecięcy chwilami uśmiech, wybryki chłopaka, to wszystko jeszcze młode, bardzo młode.
Natomiast pewne charakterystyczne bruzdy koło nosa, wychudzenie szyi poza uszami pomimo silnego karku, rzadkość włosów, to już oznaki więdnięcia.
A więc?
Tuśce to już obojętne.
Choć wolałaby, żeby on był człowiekiem dojrzalszym. Przyjaźń zawiązywać z dzieciakiem to śmieszne i niemożliwe...
W każdym razie furtkę do wyjścia z sytuacji znalazła.
I zaraz mówi tonem życzliwym, przyjacielskim.
— Niech no pan idzie spać... Pan senny!
— Kiedy mi tak dobrze!
— Ale to nie ma sensu. Pan się przeziębi. Nie można rozsypiać się na powietrzu.
— Albo to prawda... Właśnie w Zakopanem każą spać przy otwartych oknach... Ja tak śpię zawsze.
Chwileczka milczenia, a potem znów senny, miły głos.
— Pani mnie lubi?
— Lubię.
— Bardzo?... Bo jak nie bardzo... to ja pójdę na jakie Liliowe albo Pomarańczowe i prasnę się łbem na dół...
— Ależ lubię pana bardzo, tylko gdy pan posłuszny.
Podniósł głowę, spojrzał na nią zamglonymi oczyma.
— O!... pani tak do mnie mówi jak moja mama. I... wie pani co... albo nic...
Tuśkę niemile dotknęło to macierzyńskie porównanie.
— Pan ma mamę?
— Spodziewam się!
Ożywił się nagle, otrząsnął, porwał się na nogi.
— Idę spać! — zawyrokował.
— Dobranoc!
— Dobranoc!
Zawrócił się z drogi.
— Nie ma pani co słodkiego? Tak przywykłem, że mi matka zawsze coś słodkiego przygotuje przed zaśnięciem. Jak się roli uczę, to jem i czas mi się nie dłuży.
— I owszem, są pana cukierki.
Podała mu sławną bombonierkę z czerwoną kokardą. Zdawał się jednak jej nie poznawać.
Znów sen go ogarniał. Nadstawił po dziecinnemu usta.
— Wybrać samej...
Podała mu do ust cukierek. Ugryzł ją nagle w palec, roześmiał się, otworzył szeroko oczy i wionął połami serdaka.
— A co? nabrałem panią! Wcale mi się spać nie chce. Idę na rozdobędę.
— Na co?
— Na rozdobędę! Dogonię swoich. Pójdziemy piechotą na Czerlę. Bajeczny widok! Wrócę rano.
Miał minę Cygana i nic nie zdoła określić tego tonu, jakim mówił „idę do swoich”.
Tuśce zrobiło się nad wyraz przykro.
A więc nie zdoła go na tyle zająć, aby zapomniał o tych swoich, którzy wydawali jej się coraz nienawistniejsi, coraz więcej ohydni i zagadkowi.
— Położyłby się pan spać spokojnie — wyrzekła białym, bezdźwięcznym głosem.
Zmiana jej głosu była tak widoczna, iż on dość subtelnie odczuwał, że Tuśka doznaje w tej chwili przykrości.
Zbliżył się do okna.
— Nie chce pani, ażebym szedł w góry?...
Patrzył na nią przenikliwie. Coś jakby uśmiech leciuchny przesuwał mu się pod skórą. Tuśka cała spłonęła, doznając wrażenia, że ktoś po prostu rozbiera ją wzrokiem.
— Cóż znowu?... — rzekła, siląc się na spokój. — Skąd panu to przyszło do głowy? Powiedziałam to jedynie z życzliwości dla pana, bo zdawało mi się, że pan rujnuje sobie zdrowie takim życiem...
— Co pani nazywa: takie życie?
Nie chciała mu powiedzieć, co wyobraża sobie pod tymi włóczęgami nocnymi w zaułkach drzemiących gór, w morzu kosodrzewiny, w czarnej, świątynnej ciemni smreków. Ogarnął ją wstyd. Przed jej oczyma mignęło rozłożone ognisko, butelki wypróżnione, śpiewy dwuznaczne i gesty nie hamowane. Lecz tego wszystkiego ona przecież jemu powiedzieć nie mogła.
Milczała, pamiętna poprzedniej z nim rozmowy.
— Niech pani będzie pewna — wyrzekł — iż ja wiem, gdzie jest granica zmarnowania się, i na niej, jak juhas na krawędzi skały, zatrzymam się w tempie! Pani nas, młodych, jeszcze nie zna. My umiemy się bawić, ale... w miarę. Te bohemie rozwichrzone to mity... klechdy... bajdy...
— Och! proszę pana... cóż mnie to właściwie obchodzi?
— Widocznie panią obchodzi, skoro pani nie chce, żebym ze swoimi na Czerlę spacerował. Ja nie umiem obejść się bez towarzystwa, a właściwie bez kobiecego towarzystwa. Poza tym jestem solid, jak c. k. urzędnik wzdychający do złotego kołnierza. Voilà!
Tuśce jakoś zepsuło to ów rozwichrzony obraz żywiołowca, jaki się już przed nią zarysował i z którym się pogodziła.
— Nie bardzo temu wierzę! — wyrzekła z uśmiechem.
— Jak pani chce. Ale skoro pani mnie pozbawia towarzystwa innych kobiet, to niech pani idzie ze mną.
— Dokąd? Na Czerlę?
— Niech Bóg broni. Ale pojutrze na przykład do Morskiego.
Aż jej serce zabiło, tak jej się uśmiechała ta wycieczka.
— Nie — odparła smutnie — to niemożliwe.
— Dlaczego?
— Boże mój... nie wiem... ale to niemożliwe.
— Niby przez przyzwoitość?
— Może!
Aż w ręce klasnął.
— No, wiecie, to już przekracza imaginację. Ależ będzie Pita, a chce pani, to przedstawię pani jakiego wzorowego kolegę, on pójdzie z nami jako przyzwoitka.
— Ależ to będzie jeszcze gorzej. Dwóch panów i ja...
— I tak źle, i tak niedobrze. Co za prowincja! A ja muszę być w tym roku przy Morskim. Tak czy tak, pojadę...
— To już rzecz pana.
— Jaka pani niedobra. Ale ja lepszy, nie pójdę na Czerlę, skoro to pani przykrość sprawia... Dobranoc!... idę lulu... Pa... lulu, pa!...
Ręką od ust się jej pokłonił, a potem nagle złożył jej śliczny menuetowy ukłon.
— Bonne nuit, marquise!
Cofając się znikł w sieni.
Posłyszała, jak cichutko przeszedł sień, wszedł do swego pokoju i drzwi zamknął.
Ogarnęło ją wielkie uczucie wdzięczności i spokoju.
Zamknęła okno, spuściła storę i weszła do pokoju, w którym spała Pita.
Dziewczynka leżała z otwartymi oczyma.
Widoczne było, iż pośpiesznie rzuciła się na poduszki. Musiała siedzieć w łóżeczku i starać się posłyszeć, o czym rozmawia matka z ich nowym przyjacielem. Tuśka w pierwszej chwili chciała rozgniewać się na córkę za to, że nie śpi, lecz jakiś wstyd ją ogarnął, pewne zmieszanie wobec pytających oczu dziewczynki, zwróconych na jej twarz spłonioną.
Odwróciła się szybko, udała, iż nie dostrzega czuwania dziecka. Wzięła w rękę notatkę, usiadła na łóżku i zaczęła machinalnie obliczać wydatki.
Lecz myśl jej błądziła gdzie indziej...