XXII

Puk!... Puk!...

Zerwała się Tuśka.

Zerwała się Pita.

— Proszę... niech pani wstaje. Lada chwila wzejdzie.

— Dobrze... zaraz...

Pełnymi rękami jak żniwiarka kłosy, tak ona odgarnia swe jasne włosy od twarzy. Chłód ją przeszywa. Lecz nie ma ochoty położyć się w ciepłe łóżko. Przeciwnie, aż drży cała od chęci wybiegnięcia przed dom i spotkania się z Porzyckim w chwili wschodzącego słońca.

— I to jeszcze! — myśli — i to zabiorę z sobą do Warszawy jako wspomnienie z tej wycieczki.

W nocy śniła o nim prawie ciągle. Zjawiał się jej na tle gór, to znów płynął ku niej po szafirowozielonej głębi, cały spowity w srebrną, drgającą łuskę. Nad ranem, gdy zbudził ją głos aktora, zdawało się jej, że śni tylko dalej — nic więcej.

Pita trochę zadąsana leżała w łóżku.

— Mamusiu!... — wyrzekła wreszcie cicho i widocznie siląc się na grzeczność — czy mamusia nie byłaby tak łaskawa, aby i mnie z sobą zabrać?

Po raz pierwszy Pita objawiała jakieś życzenie.

Do tej chwili na ulicy Wareckiej nie znano życzenia dzieci. One tylko grzecznie wypełniały życzenia rodziców.

Tuśka już ubrana, upudrowana, w żakiecie, w jakimś apokaliptycznym zwierzu, zarzuconym na ramiona i spiętym pod szyją, odwróciła się ku córce siedzącej wśród koców i kołder.

— Nie, mogłabyś się przeziębić.

— Ja się ciepło ubiorę.

— Pito!... co to znaczy?

Tuśka zmarszczyła brwi i zmierzyła córkę ostrym spojrzeniem.

Lecz mała wytrzymała to spojrzenie ze zdumiewającą energią.

— Ja też chcę iść!...

To słowo „chcę” — przeraziło literalnie Tuśkę.

Był to jakby dalszy ciąg rozwichrzonych gestów i tego jakby rozluźnienia silnie scementowanych dobrym wychowaniem manier Pity.

Lecz z sieni doleciał głos Porzyckiego:

— Pani Tuśko!... słońce nie będzie czekało!...

Tuśka zgasiła świecę i wyszła, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Klucz wzięła do torebki i szła, ciągle zmieszana zachowaniem się Pity. Czuła, iż źle zrobiła nie skarciwszy dziecka za niebywałe znalezienie się. Lecz coś ją wstrzymywało. Coś niepojętego, a w głębi jej tak niewyraźnie nurtującego, iż zrozumieć nawet nie mogła.

W sieni spotyka Porzyckiego. Przeczuwa go raczej, bo ciemno jest zupełnie. On — bierze ją za rękę nerwowo, szybko, niecierpliwie, jakby doczekać się jej nie mógł.

— Dzień dobry!

— Dzień dobry!...

Tuśka ma wrażenie, jakby Porzycki wahał się, jakby chciał wzmocnić czymś to powitanie, i zbiera ją lęk. Posuwa się ku drzwiom. Szuka nerwowo klamki. W trakcie tego czuje, że jego ramię próbuje otoczyć jej kibić. Zanim jednak to nastąpiło, Tuśka znajduje klamkę i otwiera drzwi do sieni.

Przenikliwy chłód owiewa ją całą.

Wchodzi w jakąś szarość dziwną, nikłą, bezjasną. Niebo jak klosz szklany pokrywa wszystko. Turnie aż sine, tak są szare i niewyraźne.

Odwraca się ku Porzyckiemu:

— Gdzież to słońce?...

— Czekało, aż pani wyjść raczy. Za chwilę podniosą kurtynę. Służę!...

Jest wyspany, zdrowy, widocznie zlany zimną wodą i pełen jakiejś nadziei. Aż bije to od niego i udziela się Tuśce. Chwyta ją pod rękę.

En avant!... — woła z fantazją.

Biegną pod górę po kamieniach jak dwoje dzieci.

— Mało publiczności!...

— Tym lepiej!...

Ucieszył się.

— Jaka pani dobra — dziękujemy pani!

— Kto — „my”?

— Ja... reżyser, i słońce — primadonna.

Mają już wybiec na szczyt ścieżki, skąd widać Morskie Oko.

Zatrzymuje ją i otula troskliwie. Zapina apokaliptyczne zwierzę, obciąga rękawy żakietu.

— Jak się to ubrało... — mówi — jak na spacer po Nowym Świecie. Przeziębi mi się, zachoruje.

Jest tyle czułości w jego głosie, że Tuśkę ogarnia nie znane jej uczucie.

Nikt do niej tak nigdy nie mówił.

Mąż zapytuje ją czasem: „Nie zimno ci?” — tonem obojętnym, zapinając szczelnie swoje palto pod szyję, ale któż zdoła oddać słodycz tego tonu troszczącego się o nią jak o małe dziecko.

— Nie, nie, ciepło mi!... dziękuję!

— A spało dobrze?

— Dobrze!

— A śniło o mnie?

Rumieniec oblewa twarz Tuśki.

— No... no...

— Tak!

— To ślicznie. A teraz — do słońca!...

I znów biegną, zlatują na dół, wreszcie zatrzymują się koło wielkich głazów, przy których drzemią trawy.

— Tu czekać będziemy.

Siadają oboje na głazie. Jego ręka wsparła się o kamień za jej plecami, tak że łopatkami ona dotyka jego ramienia. Siedzą nieporuszeni, on trochę cofnięty za nią, wpatrzony w śliczną linię jej włosów.

Tuśka patrzy.

Tak, teraz, gdy wypoczęła, widzi lepiej, jest podatniejsza do przyjęcia wrażeń.

A wrażenia te podwajają się z nadzwyczajną siłą.

Przede wszystkim to, co widzi w tej chwili, jest zupełnie inne od tego, z czym zasnęła wczorajszego wieczora. Wczoraj Morskie Oko srebrzyło się, drgało bezustannie, rozigrane, ruchliwe, zaledwie po brzegach trochę nieruchome i powagę zachowujące. Dziś zda się być martwe, zaklęte w nieruchomość bajeczną. I tylko z głębiny zdają się wyrastać nowe turnie, skały, limby — wszystko zapadłe w głębie, przeczyste a w odbiciu, bezbarwne i rozlane.

Tylko leciuchna mgła paruje ku górze, ptakiem się ściele, rozpina bezszumnie skrzydła, opada znów ku wodzie i niknie w tafli szklanej, nie pozostawiając nawet oparu, nie mając jej czystości.

Tuśka trochę zdziwiona zwraca się ku Porzyckiemu.

— Gdzież słońce?

— W naszych duszach — brzmi odpowiedź.

— Pan żartuje.

— Wcale nie. Mnie bez słońca dziś tak słonecznie, że mógłbym tu rozświetlić całe Tatry... A pani?... no!... odpowiedzieć! Być raz sobą, a nie drewnianym manekinem...

— Co pan chce, żebym mu powiedziała?

— Czy i jej słonecznie?

— Nie wiem.

— Ale ja wiem. Słonecznie jej i ciepło, i miło, i dobrze. A kto to sprawił? On — bo stara się, aby ono wreszcie zrozumiało, że drewnem po świecie chodzić, to życie marnować. Czemu ono jest takie?

Tuśka sama zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie ona jest rzeczywiście taka „drewniana”.

— Taki u nas panuje ton... — mówi wreszcie, pocierając czoło, jakby zbierała wspomnienia — wszyscy jesteśmy tacy... dzieci... mąż.

— To idzie od was... od rodziców, z góry. Czemu wy się nie kochacie?

— My?

— No tak, wy. Cała wasza paczka.

— Ależ my się kochamy.

— Tak na chłodno. W drewniany sposób. I to się potem na dzieciach odbija.

Ton jego spoważniał.

— Skoro tak mówimy szczerze — zaczął znowu — to ja pani powiem wielką prawdę, tylko proszę się nie obrazić.

Wyprostowała się, jakby za nadejściem nieprzyjaciela.

— Jeśli to co nieprzyzwoitego...

— Tylko ludzie nieprzyzwoici widzą w rzeczach naturalnych nieprzyzwoitość. Więc niech pani słucha. Są różne dzieci... Dzieci serca, dzieci krwi, dzieci obowiązku. Te ostatnie są najbiedniejsze. Są — drewniane. Najszczęśliwsze są dzieci serca.

Zawiesił głos i dodał z prześliczną prostotą:

— Ja jestem dzieckiem serca!

— A ja...?

— Pani musiałaś być właśnie dzieckiem obowiązku z pewną nieznaczną domieszką krwi. Ale życie zatarło wszystko i dziś pani dzieci są już czystymi dziećmi obowiązku. Dlatego są takie skryte, nieufne, milczące, obowiązkowe i grzeczne. Pani tego nie czuje? co?

Tuśka milczała chwilę.

— Może... — wyrzekła wreszcie — może pan ma rację, ale...

— Co „ale”? Pani powie, że tak lepiej? że żyć sercem nie warto? że oszczędza sobie i dzieciom zawodów? Ależ pani jest po prostu ślepa! Pani nie wie, co to jest kochać i być kochanym jakkolwiek... Czy w rodzinie, czy przez obcych, czy przez rzeczy martwe, czy przez takie słońce...

Ręką ukazał jej szczyty Mięguszowieckiej Turni.

— O!... ja kocham to słońce i ono mnie kocha...

Tuśka podniosła oczy i spotkała się wzrokiem z tak wielkim czarem, że aż ku niemu zadrgało coś leciuchno w jej piersi.

Wędrowne, blade góry zarysowały się purpurową, przepyszną linią na mlecznobiałym niebie. Każda zasłona, każdy szczyt, obwiedziony purpurą, zdawał się opalem drogocennym, oprawnym w pasek gorejącego żelaza.

Poza tym ani śladu jeszcze słońca, tylko ten przebłysk purpurowy, gorący i krwawy.

— Widzi pani? Widzi pani?

— Tak!

Nie odpowiedziała mu jeszcze nic, kryjąc pół twarzy w futerko, choć wicher nie powiewał, a dokoła panowała taka uroczysta cisza, że dech w piersiach zamierał.

I w Tuśkę wstępuje przeświadczenie, że stanie się coś wielkiego, coś pięknego, coś, przed czym przechodziła życie całe nie wiedząc, że można wziąć udział w takiej wielkiej chwili.

Wziąć udział!

Bo Tuśka nie czuje się być „widzem”, ona sama niejako budzi się razem z tym dźwigającym się słońcem i bramuje się tak purpurą linii jak owe wirchy wysoko na tle krwawiącego się już nieba.

W tej chwili dopiero dostrzega Tuśka, że to, co brała za zatopienie się w szarości i bieli, to był szron, który krystalicznie pokrył mchy, kosodrzewinę, limby, upłazy — wszystko. I nagle rozczerwieniło się niebo, a od Żabiego ptakiem o szafirowym sercu i brylantowych skrzydłach wzbiło się z przerażającą szybkością słońce.

— O!... — zawołała mimo woli Tuśka.

Przechyliła w tył głowę i piła te promienie, które zaczynały gnać cienie jakieś, nagle wykwitłe plamami po stokach gór. Cienie te osuwały się ku wodzie i wpadając w nią, nadawały jej coraz wspanialszą, coraz czarniejszą barwę...

Ręka Porzyckiego chwyta rękę Tuśki.

— Patrz! patrz!...

Jakby od góry, od tych skrzydeł słonecznych nagle wstrząśniętych sypie się deszcz brylantów na skały. Migoce się, zapala się, gra szafirem, rubinem, szmaragdem, tęczą. To szron topnieje i rosą wszystko ocieka. Brylanty te zaczynają spływać strumykami migocącymi ku wodzie i oto woda, już zupełnie czarna, porusza się, żyje...

Lekko, leciuchno marszczą się fale.

Zaklęte, ciche, nieruchome odbicie skał, limb, smreków, upłazów mąci się i ginie. Natomiast brylanty rosy wypływają na załamach fal.

Łuska świetlana, srebrna, drżąca zaczyna płynąć ku Tuśce, jakby zapędzana niewidzialnym wiosłem lub podmuchem anielskiego skrzydła.

Do jej stóp... do jej stóp...

*

Pochyla się ku niej Porzycki.

— No... kocha słońce?...

W oczach jego migocą takie same brylanty, jak na powierzchni wody.

Uśmiecha się do niego, do tych słonecznych piękności, które drgają w głębi jego źrenic.

— A jego kocha?... — pyta dalej Porzycki.

Przymyka oczy, nie odpowiada.

On nie nalega, powstaje nawet z kamienia i patrzy jeszcze chwilę na wodę.

Tuśka w tej chwili doznaje wrażenia, że zadał jej to pytanie ostatnie bezwiednie prawie...

— Chodźmy! — mówi Porzycki podając jej ramię — co najpiękniejsze, jużeśmy widzieli.

Tuśka powstaje i opuszcza Morskie Oko nie oglądając się poza siebie. Czyni to dlatego, ażeby udowodnić przed sobą, iż ta chwila nie jest znów tą wielką chwilą jej życia.

A przecież...

W milczeniu dochodzą do hotelu, przed którym panuje cisza zupełna.

Wchodzą do sieni i już przy drzwiach, prowadzących do pokoju zajmowanego przez Pitę i Tuśkę, zatrzymują się.

— Bardzo pani senna? — pyta troskliwe Porzycki.

— Nie! — mówi trochę rozczarowana.

Jest tak rozkołysana, rozbrylantowana, że to nawet ciepłe troszczenie się o jej stan fizyczny, tak miłe poprzednio, wytrąca ją z równowagi.

— Za pół godziny możemy jechać? prawda?

— Tak, możemy! — odpowiada machinalnie.

Odwraca się, ażeby włożyć klucze w zamek, gdy nagle czuje, że Porzycki zbliżył się i ustami przylgnął do jej włosów, wysoko podniesionych na karku i odsłoniętych pomiędzy futerkiem boa a rondem kapelusza.

Przerażona, wstrząśnięta do głębi, przekręca klucz, otwiera drzwi i wpada do wnętrza pokoju.

Spoza drzwi słyszy jego głos:

— A więc za pół godziny?...

Chce odwrócić się, powiedzieć mu jakieś słowo rozżalenia, gniewu, ale spotyka się z oczyma Pity, która ubrana, umyta, uczesana, siedzi przy stole otulona pledem.

Te oczy mają w sobie tyle nieokreślonego wyrazu, iż Tuśka rzuca w stronę sieni grzeczne i obłudne:

— Tak! za pół godziny!... Dziękuję panu!...