XXVIII

Kiedyż ma być to przedstawienie?

— Za dziesięć dni.

Tuśka gniewnie brwi zmarszczyła.

— A czy koniecznie pan musi grać jakąś sztuczkę? Czy nie może pan powiedzieć monologu?

Porzycki pokręcił głową.

— Komitet prosi o sztuczkę, a że już przyrzekłem...

Deszcz pada, chmurno, brzydko. Całe strugi ukośnie sieką o szyby i Tuśka aż drży ze zdenerwowania. Porzycki odziany w gumową pelerynę chodzi do miasta drwiąc z ulewy. Wczoraj powrócił późno i zdawało się Tuśce po odgłosie jego nierównych w sieni kroków, że nie był trzeźwy. Gdzie chodził? Z kim spędził wieczór? Nie mogła się go spytać. Bała się po prostu. Gdyby jej z dawną otwartością powiedział, że bawił się w gronie koleżanek i kolegów, czuje, że wybuchnęłaby płaczem. A wtedy musiałoby dojść do wyjaśnienia sytuacji.

I...

Naturalnie Tuśka ani na chwilę nie przypuszcza możliwości jakiegoś ostatecznego upadku, ale jeśli on w tym rozżaleniu jej wyczyta to, co się w niej dzieje, będą musieli wybrać jakiś modus vivendi dalszy. I kto wie, w co się to obróci! Cały czar pryśnie wobec tego, że ona nie jest wolna...

W południe następnego dnia wchodzi do niej Porzycki blady jakiś — znudzony. Chłodem powiało od niego nagle. Tuśka od razu to odczuła.

Nie spojrzał nawet na jej fryzurę, która dnia tego była piękniejsza i staranniejsza niż zwykle... Zajął się poprawianiem rysunku Pity, która mozoliła się przy stole nad arkuszem papieru.

Tuśka owinęła się w szal i usiadła przy piecu, w którym skwierczało parę szczap drzewa.

Milczenie zaległo izbę.

Mimo woli Tuśka przypomniała sobie te pierwsze dnie, które przeżyła z Pitą w Obidowskiej chałupie. Tak samo deszcz lał, wiatr wył i drzewo skwierczało w piecu.

Tylko jego w tej izbie nie było.

Zamyka oczy, chce zapomnieć o jego obecności. Na próżno — serce się w niej kołace, w gardle ją ściska, nerwy ją szarpią.

Wreszcie słyszy jego głos:

— Ano!... Już i mnie odkopali. Jak mnie wczoraj u Płonki obsiedli, musiałem im przyrzec, że wezmę udział w jakimś tam przedstawieniu. I to wymęczyli na mnie, że grać coś będę. Szczęściem, że była i Sznapsia w cukierni — więc pomyślałem zaraz o niej...

— I... będziecie grali razem?

— Tak! może się co wybierze.

Tuśkę ogarnęło uczucie zazdrości. Zaczną się próby, schadzki, narady. Przypomną sobie dawne czasy, kiedy grywali wspólnie. Niegdyś Porzycki powiedział, że nic tak nie wiąże aktorów, jak właśnie ta wspólność scenicznych desek.

Dlatego to Tuśka podsuwa Porzyckiemu projekt monologu, ale on odrzuca i upiera się stanowczo przy sztuce.

— Coś z Musseta. Są bardzo ładne jego „Prowerby” w jednym akcie.

Tuśka powstaje z krzesła. Zaczyna chodzić po pokoju, nie może sobie po prostu znaleźć miejsca.

Porzycki siedzi koło Pity, która odsuwa się od niego, o ile można najdalej. Tuśka patrzy na aktora. Jest osowiały, patrzy przed siebie — papieros przylgnął mu do ust.

W Tuśce zazdrość gra z coraz większą siłą. Widział się wczoraj ze Sznapsią. Kto wie, co pomiędzy nimi było. Dlatego jest dzisiaj dla niej tak obojętny.

Jeżeli widywać się będą codziennie, wszystko się zerwie. Ona to wie, ona czuje, rozumie. I ogarnia ją prawie rozpacz. Zdaje się jej, że życie się dla niej skończy, i ogarnia ją przerażająca pustka. Traci poczucie taktu i miary. Spogląda na chwilę w stronę Pity, waha się — wreszcie wychodzi szybko do drogiego pokoju.

— Panie Porzycki! — woła zmienionym głosem.

Porzycki zdziwiony ma także chwilę wahania. Także spogląda w stronę Pity, ale dziewczynka uparcie patrzy na rysunek, tak jakby jedynie interesowała się chałupą z „pazdurem”, którą narysowała przed chwilą.

Porzycki wsuwa się do pokoju, z którego drzwi wychodzą na werandę.

— Służę pani!

Drzwi nie przymyka i to Tuśkę pozbawia śmiałości. Decyduje się jednak na wszystko. Przez zęby, zasłaniając pół twarzy szalem, wymawia szybko zmienionym głosem:

— Ja... nie chcę... żeby pan grał z tą panią!

Porzycki podnosi głowę. Przez chwilę patrzy w jej oczy. Odczytują się wzajemnie. Ogarnia ją nerwowe drżenie. On ogląda się na drzwi. Ona instynktownie cofa się ku drzwiom werandy.

— Nie chcę! — powtarza raz jeszcze, tracąc panowanie nad sobą.

— Dlaczego? — pyta Porzycki machinalnie, ale pyta jedynie dlatego, aby nie było milczenia. Jest bowiem przy niej i w fałdach szala rąk jej szuka.

— Nie chcę!...

Tuśka nie może wymówić nic więcej, tak bardzo jest wzruszona. Łzy jej zaczynają napływać do oczu i drżą na rzęsach jak krople rosy. Jego usta drżą znów pragnieniem, aby te łzy wypić. Ona to czuje i ostatnim wysiłkiem otwiera drzwi od werandy.

— Nie chcę!... — rzuca jeszcze i wybiega na werandę, zatrzaskując drzwi za sobą.

Zimna fala deszczu uderza jej w twarz i opływa ją strugą lodowatą. Wicher kręci jej suknie i pled rozwiewa. Słota pastwi się nad nią, ale jednocześnie przyprowadza ją do przytomności.

On uchyla drzwi:

— Proszę wrócić... Pani zachoruje...

Oczy jego są znów dobre, miłe, łagodne i zakochane. Wyciągnął rękę. Śliczne usta uśmiechają się prosząco.

— No... no... dobrze... już nie będę grał... tylko niech pani wróci.

Ogarnia ją ogromny wstyd.

Ten człowiek myśli, że ona dlatego stoi na deszczu i na wichurze, aby wyłudzić od niego pewne ustępstwa. Jednocześnie przez umysł przesuwa się jej myśl, że włosy się rozfryzują, a puder spłynie z twarzy.

To wszystko tworzy dziwny amalgamat myśli, które zniewalają ją do powrócenia do izby.

Szybko przebiega mimo Porzyckiego i wpada do pokoju w którym Pita ciągle zajęta jest swoim rysunkiem. Tuśka ukradkiem przegląda się w lustrze, chwyta puszek i po mokrej jeszcze twarzy przeciąga trochę pudru. W tej samej chwili wchodzi Porzycki. Na szczęście Tuśka w porę odrzuca puszek. Porzycki jest już ożywiony i weselszy, jak wódz w przeddzień pewnego zwycięstwa. Tuśka zmieszana, spłoszona, podchodzi do stolika Pity i siada naprzeciw dziecka, tak jakby nagle zaczęła zajmować się tym, co córka robi. Pita z nieokreślonym wyrazem spogląda na zmoczone włosy matki i zaraz spuszcza oczy na swój rysunek.

Do stolika również podchodzi Porzycki.

— To chata... — objaśnia wskazując na papier.

— Rzeczywiście! — mówi Tuśka — chata! Z czegoś to przerysowała, Pito?

Dziewczynka nic nie odpowiada, tak jakby nie chciała wmieszać swego głosu do tych, które brzmią sztucznie i nieszczerze dokoła niej.

— Mała ma talent... — zajmuje się nią dalej Porzycki. — Należy ją kształcić!

— Tak... pomyślę... — odpowiada Tuśka.

Przysuwa do siebie rysunek. Porzycki pochyla się nad nią. Czuje jego oddech; on nawzajem czuje woń jej skóry i włosów. Przez chwilę upajają się sobą jak wonią kwiatu. Przed nimi Pita gryzie usta, jakaś strwożona i dzika. Czemu się oni nią zajmują? Sprawiają jej ból! Niech ją zostawią w spokoju!

Nagle Porzycki uderza z radością w ręce.

— Mam świetną myśl!

— Co?

— Pani będzie ze mną grała zamiast Sznapsi.

— Ja?

— Ależ pani! Raz pani wzięła Laforgues’a i czytała mi jedną „complainte”. Pani lepiej deklamowała ode mnie. Zresztą w pani jest pyszny materiał na aktorkę...

— !!!

— Ależ tak! O!... te oczy! Jak się pani na mnie nimi patrzy! Zresztą ja nauczę. Czy pani grała kiedy na scenie?

— Niegdyś... gdy byłam panienką.

— No... i...

— Mówili wszyscy, że doskonale, ale to tak dawno.

— To i cóż? Życie panią wytresowało na jeszcze lepszą aktorkę. To jedyna szkoła dramatyczna. Zresztą spróbujemy.

Na Tuśkę biją ognie.

Grać? publicznie? za pieniądze? Ogromna odpowiedzialność. Z drugiej strony wybucha w niej z ogromną siłą próżność kobiety, która lata całe hodowała fikusy, rodziła dzieci, liczyła grosze i nie była nigdy podziwiana przez tłumy, a przyszła na świat z szalonym tego podziwu pragnieniem!

Próbuje zaoponować.

— To niemożliwe! Ja nie mam tualety.

— Sprawi się. Zresztą wybierzemy coś łatwego, bez stroju...

Uszczęśliwiony, ożywiony, biegnie do swojej izby i po chwili wraca niosąc nieduży zeszycik.

— Ja zawsze mam coś takiego na dwie, trzy osoby pod ręką. Oto dobry flircik na dwoje: Postscriptum.

Tuśka bierze w rękę zeszycik:

Postscriptum?

— Tak. Bardzo łatwe. Będzie pani przeważnie siedziała przy kominku. To pani ułatwi grę. Ja pani zaraz rolę napiszę. Wieczorem zrobimy czytaną próbę...

Rozporządza się, rad i pewien siebie. Otwiera skrypt — czyta niektóre zdania, intonacje.

— I to nawet będzie lepiej, że grać będę z panią, nie ze Sznapsią — mówi. — To doda szyku. Cóż! aktorka? Każdy ją widzi sto razy. Pani prawie nikt nie zna... A potem — zabawi się pani wspaniale.

Tuśka czuje, że będzie to rzeczywiście zabawa „wspaniała”, i uśmiecha się na tę myśl.

Lecz nie wie, dlaczego równocześnie uparcie jak muchy brzęczą jej słowa „buty, jedna szklanka, nie jem kolacji, stróż nastawia samowar, wietrzę materace...”.

Po co ta plątanina rzeczy z mężowskiego listu? A potem ta Pita nieufna, milcząca, wpatrzona w swój rysunek!

Gdyby choć ona zaaprobowała pomysł Porzyckiego, Tuśka czułaby się choć w połowie uspokojoną. Zdawałoby się, że to „ulica Warecka” daje jej niejako sankcję. Ale Pita, zajęta cieniowaniem pazdura, skryta jest i zagadkowa. Miele tylko języczkiem w buzi, który jak różowe żądełko w cieniuchnych wargach się kręci. Tuśka po prostu szuka łaskawego wzroku dziewczynki, lecz mała unika widocznie spotkania się z oczyma matki.

Tuśkę ogarnia gniew.

Zanadto znów się liczy z tym wszystkim! Złego w tym nic nie ma. Najuczciwsze panie i największe damy grają w teatrach amatorskich. I ona wreszcie ma prawo odetchnąć i zabawić się...

Czy ona przeszkadza tam mężowi używać swobody? Niech sobie! A zresztą, ona jest przekonana, że jej mąż znów tak nie tkwi ciągle pomiędzy „fikusem a samowarem”. Wmawia w siebie przeróżne rzeczy. Przypomina sobie dowcipy pism humorystycznych o „słomianych wdowcach”... Wyciąga je z pamięci i rada zastosowuje do Żebrowskiego. Niezadługo, a biedny urzędnik w zielonym palcie, obciążony mianem podejrzanym wdowca ze słomy, stanie się w jej oczach hulaką i takim panem, który się dobrze bawi.

— Ogródki, kolacyjki, Marcelin, aktorki...

Na tej ostatniej myśli łapie się niespodziewanie! Wszak i ona niezadługo stanie się „aktorką”, choć przelotnie i na dobroczynność, ale zawsze będzie taką panią umalowaną, paradującą na wzniesieniu przed kinkietami...

— No i cóż? — myśli zuchwale. — On tam siedzi jako widz, a ja będę na scenie. Wet za wet... To wszystko.

*

I w duszy Tuśki, jak chwast, z przerażającą szybkością rozwijać się zaczynają urojone pretensje, które zakrywają jej prawdę życiową jak słońce chmury. Nie umie po prostu rozróżnić, co jest wytworem jej fantazji, co jest rzeczywistością smutną i sprawiedliwą. Z owego „męża” zaczyna stwarzać fantazyjną postać, potrzebną do jej celów. Pochyła, tragiczna sylwetka milczącego wyrobnika, wyniesionego nad tłum nędzarzy etykietą „urzędnika”, spowija się w mgłę żółtego, niezdrowego blasku. W myślach Tuśki wykrzywia się jak pajac, cieszy się, tańczy, podkochuje, umizga... A dokoła niego jest wielka, przeogromna pustka opuszczonych domów, na które czas pieczęcie melancholii kładzie. Tę pustkę Tuśka wyczuwa doskonale i w niej jeszcze rozumie całe światy niewidzialne, z których się egzystencja jej i tych, co do niej należą, składa — ale z uporem szalonej w świetlistą postać pajaca patrzy i w ruch ją wprowadza. Tuśka chce, ażeby tak było.

I zdaje się jej nawet chwilami, że tak jest.

*

Deszcz leje ciągle, „siąpi” i niebo zda się coraz niżej zstępować na Zakopane. Lada chwila, a chmury do ziemi przysiądą i rozleją się po kotlince nowym potopem. Nawet już „zrezygnowani” kolanami po błotku nie klapią, a damy nie chodzą po ulicach w owych wdzięcznych kapturach, które według ich przekonania nadają im miny figlarnych koboldów, a w rzeczywistości czynią je podobnymi do straszydeł na ptaki. Pani Obidowska, która w chałupie swojej przechodzi jakieś straszne żywiołowe tragedie, cuchnie na cztery mile zmoczoną kozą czy owcą, cała przepojona deszczem, z nogami sczerniałymi od błotnistej mazi. Przez okna widać ukośne smugi deszczu, który ma pozory, że coś się wściekło i pastwi się nad mrowiskiem, na które zwlokły się chore mrówki wielkim kosztem i często ofiarą, zipiąc „świeże powietrze”, aby jeszcze choć trochę pożyć pod słońcem. W „Lewkonii” i innych willach milczenie, szczelnie pozamykane drzwi i tylko czasem na werandzie dudnienie nóg bosych i wybieranie z balii deszczówki do prania „kolorów”.

Drobne życia, w których się lubował Balzac i lubuje Kamil Lemonnier, teraz rozpoczynają swoją symfonię lamp wcześnie zapalanych i sentymentów szlachetnych lub niskich, rosnących w tych zamknięciach jak kurczęta w kojcu.

W takie rozkoszne, zakopiańskie słoty człowiek pozostawiony samemu sobie zaczyna obrachunki ze sobą i nabiera czasem ochoty do zostania wreszcie kimś na świecie. Panie Warchlakowskie obmyśliwszy pierożki z resztek sztuki mięsa czują, że coś w nich nurtuje — jakiś żal, jakieś przeczucie całej łąki kultury przeróżnej, odgrodzonej od nich jakby nasypem kolejowym, na którym świecą złowrogo nici szyn. Do tych łąk dotrzeć nie mogą, nie pragną, urągają im nawet, ale istnienie ich jest dla nich w to zamknięcie udręką.

Wzmaga to ich nudę, a nie ma piekielniejszej męczarni, jak gdy głupi człowiek się nudzi. Ogryza wtedy swą własną duszę, jak pensjonarka paznokcie, i często nawet krew pocieka. W tych willach o wyrzynanych, obrzydliwych szwajcarskich gankach lub tradycyjnych, zlanych deszczem werandach odbywały się całe niespodziewane tragedie wyrastające z ogólnego pnia nudów. Były to tragedie wewnętrzne, kołtuńskie, śmieszne, ale były. I w tym choćby już zasługa strug lejącej bez upamiętania ulewy. Kiedyś pani Warchlakowska będzie mogła powiedzieć: „Wnikam w siebie... i ja także miałam swe cudowne godziny”. Może nigdy tak nie powie, może ze wstrętem przypominać będzie sobie, że w Zakopanem, gdy deszcz leje, to przychodzą najuczciwszej kobiecie do głowy „głupie myśli”, może, ale fakt będzie faktem.

Pani Warchlakowska w deszcze i słoty zakopiańskie ogryza własną duszę...

I czuje się głodna.

Głód ten objawia się nudą.

I głupimi myślami.

Pani Warchlakowska dla odpędzenia tych myśli bierze do ręki robótkę.

Ale to nic nie pomaga.

I znów ogryza duszę...

Biedna dusza pani Warchlakowskiej!

*

Tuśka natomiast rada jest deszczowi.

Całe dnie siedzi w izbie i Porzycki prawie od niej nie wychodzi. Urządzili sobie jakieś wspólne życie. Obidowska przynosi im obiady, które Porzycki zjada u Tuśki. Teraz zjawia się obrus na stole, serwetki i w dzbaneczku trochę gałęzi smreków, słowem, wszystko, co może podnieść wdzięk kobiecy w danej chwili. Porzycki przynosi z miasta ciastka, sardynki, wino, kanapki, cukierki.

Panuje pewien rozrzutny a cygański dobrobyt, dawniej Tuśce nie znany, a ta masa łakoci, którą zwykle żywią się przeważnie aktorowie, robi wrażenie zarzuconej przysmaczkami klatki, w której pozamykano ptaki. Tuśka porównywa swoje poprzednie nudy podczas słoty, która ją zaskoczyła po przyjeździe, to wysiadywanie pod piecem i pod oknem z Pitą, i rozkoszuje się po prostu chwilą obecną. Porzycki ma dziwny talent uprzyjemniania życia domowego. Być może, iż ten talent właśnie przywiązuje tak do niego kobiety. Tuśka, nie przyzwyczajona do tego, aby ktoś tak mile, tak serdecznie starał się w każdej chwili rozerwać ją i dbał o jej zdrowie, o jej myśl smutniejszą, o to, co boli, czego znieść nie może, wchodzi w tę fazę najniebezpieczniejszą dla kobiety. Zaczyna się czuć szczęśliwą nie tylko przez to, że ma w kim uwielbiać siebie samą, ale i przez to delikatne, miłe pożycie codzienne, które otula ją, ściele się jej pod nogi, nie pozwala jej ani na chwilę czuć się samą i bez oddanej jej w zupełności drugiej istoty.

— To są drobiazgi — myśli — te ciastka, te proszki fenacetyny, ta woda sosnowa do rozpylania, te konserwy, morele, kwiaty, dzienniki, książki, ale to wszystko jest, to są fakty i one mi są teraz drogie, konieczne i potrzebne...

Chwilami zdaje się jej, że wyciąga się w hamaku, w rozkosznym, świetlanym promieniu. Dokoła niej woń odurzająca kwiatów leśnych i dobrze jej, ciepło, miło. Ktoś cicho szepce wyrazy ledwo dosłyszalne, jakaś ręka odpędza rój natrętnych, smutnych myśli i kołysze ją do snu!...

Z rozkoszą wita szare, bezbarwne dnie deszczowe. Lęka się po prostu słońca. Tyle światła i ciepła jest we wnętrzu jej izb zamkniętych. Boi się, że razem z promieniami słońca Porzycki uleci znów w góry, przestanie być tak słodki i dobry, jak do tej chwili. Nie zanosi się jednak na to.

I Porzyckiemu widocznie na razie uprzykrzyły się góry i słońce. Przyzwyczajony w swoim cygańskim życiu do ciągłego przebywania z kobietą, a przez zamieszkiwanie wspólnie z matką rozpieszczony i nie mogący obejść się długo bez „domu”, rad był, że znalazł ów kąt, gdzie mógł przytulnie w szmerze delikatnych sukien kobiecych przebywać i roztaczać swą miłą dobroć umiejącego stwarzać domową atmosferę mężczyzny. Od razu zrozumiał, że Tuśka nie przyzwyczajona jest do tych objawów troszczenia się drobiazgami o jej dobro, i zdwoił swą staranność, którą zwykle przy rozpoczynaniu swych miłostek i tak roztaczał w bardzo dużej dozie. Wytworzył się więc, w tę słotę wściekłą i tragiczną, w chałupie Obidowskiej nadzwyczaj miły modus vivendi, który rósł ciągle z dniem każdym.

A przecież...

Były i tu „a przecież”. Przede wszystkim gryzła Tuśkę obecnie myśl o przedstawieniu, w którym miała wziąć udział. Próby odbywały się codziennie i Porzycki nadzwyczaj pilnie i starannie uczył ją roli. Twierdził nawet, że jak na amatorkę grać będzie zdumiewająco dobrze, ale Tuśka w chwilach jasnego poglądu lękała się, że co scena i publiczność płatna, to nie Obidowska chałupa i próba sam na sam z Porzyckim. Przy tym miała duże niepewności. Miała grać hrabinę. Autentycznej hrabiny Tuśka nie znała osobiście. Widywała te panie, ale z daleka. Imponowały jej sportowym wyglądem, porządnym wyszczotkowaniem włosów i przeważnie nie upudrowanymi twarzami. Ale co więcej? Jak się zachowują? Jak mówią? Przypominała sobie, że aktorki grające „hrabiny” najczęściej mówią półgębkiem, wykręcają w śmiechu usta do lewego ucha, unoszą piąty palec lewej ręki i mówią zamiast „moja matko” — „moja metko!”. Tak, ale to aktorki. Instynkt mówi Tuśce, że naprawdę tak nie jest. Wie, iż pomiędzy widzami będą panie z arystokracji. Porzycki jej to powiedział. Pragnie, aby się z jej nie wyśmiewano. Chwilami oblewa ją żar na myśl, co uczyniła, podejmując się tak nagle, bez zastanowienia, ukazania się na scenie obok Porzyckiego. I zwraca się ku niemu prosząc, aby ją uwolnił, aby w ostatniej chwili wykręcił się monologiem.

— To niemożliwe! — odpowiada jej aktor — przyrzekłem sztuczkę, dotrzymam słowa. Zresztą programy wydrukowane.

— I moje nazwisko?

— Cóż znowu! Zamiast nazwiska są trzy gwiazdki... To jeszcze więcej zainteresuje. Cóż? dobrze?...

Ona uśmiecha się, nie ma już ani siły, ani woli...

Uśmiechy ich spotykają się jak dwa kwiaty. Oczyma wpijają się Tuśka i Porzycki w siebie z ogromną siłą. Ciągle tak wnikają w siebie pieszczotą wzroku. Obecność Pity nie pozwala na więcej, ale na razie i to jest miłe. Tuśka odczuwa za każdym takim spojrzeniem przebiegające ją warem dreszcze. Płoni się, ucieka oczyma i znów wraca. Brak jej tchu. Chwilami zdaje się, że omdleje. Gdy oczy przymknie, widzi go przed sobą tak dokładnie, jakby obraz jego pod powieki zabrała.

Pewnego razu powiedział jej, że doznaje tego samego wrażenia. Wytwarza się pomiędzy nimi silny prąd magnetyczny. Chwilami boją się spotkać czy to wzrokiem, czy rękami i znów biegną ku sobie z jakąś zapamiętałością, jakby się zbłąkali i dla siebie na chwilę zginęli. A w to wszystko wplata się wdzięk drobnych faktów życiowych, ułożonych płynnie miłą warstwą. Zamiast świec pali się obecnie wieczorami lampa i łagodne jej światło gromadzi ich koło stołu, nakrytego do herbaty. Siadają radzi, on czyta dziennik lub opowiada dużo i dobrze. Laforgue także występuje w kręgu lampy, tylko już śmiertelne jego igraszki nie mają miejsca w tym zaciszu.

Tu jest „dobrze żyć” i tu teraźniejszość ma wagę.

Dewiza Napoleona, le passé et l’avenir n’existe pas, il n’y a que le présent, przepaja atmosferę. Ci ludzie żyją tylko chwilą obecną, szczególnie mężczyzna.

Kobieta idzie za nim jak cień!

Idzie i nie wie, nie chce już wiedzieć, dokąd właściwie zajdzie.

Nawet uparta melancholia Pity nie zdoła ich wytrącić z tej drogi, po której iść im tak przyjemnie. Dziewczynka, założona przez Porzyckiego masą farb, palet, wzorków, tektur, wiszorków, kredek, tonie w swej rysunkowej pracy i milczeniu. Całe wieczory spędza pochylona nad rajzbrecikiem. Nie miesza się do rozmowy.

Nie patrzy nawet na matkę i na Porzyckiego. Czasem tylko, gdy oni nie widzą, obrzuci ich promieniem swego spojrzenia i cofa się w głąb siebie, coraz więcej smutna i nieufniejsza.

Tymczasem na maszynce spirytusowej, którą Porzycki przyniósł ze swego pokoju, gotuje się herbata, na tekturowej tacce wdzięczą się różowymi i czekoladowymi brzuszkami ciastka pana Płonki, srebrzą pudełka sardynek i homarów, jak topaz mieni się koniak i lubiany przez Porzyckiego „Vöslauer Goldeck”. W piecu pali się raźno wysuszone przez dzieci za wskazówkami aktora drzewo, pachnie jodłami i białą różą, przecudne, pełne maki jak rozstrzępione motyle czerwienią się w półcieniu.

Tuśka i Porzycki mówią dużo, mówią, rozpowiadają sobie siebie samych na wyścigi, jedno przez drugie, jakby się śpieszyli, by stanąć u mety. On szczerością swoją pobiją ją, bo mówi jej wszystko i odsłania się takim, jakim jest w istocie ze swymi wadami, brakami, ze swym złem i tym, co jest złego w jego dobrym. Tymczasem ona, jak zwykle kobieta w takich razach, pozuje jeszcze, pozuje ciągle, ale już ogromnie umiejętnie, nie kłamie tak, jak z Warchlakowską, lecz wybiera to, co ma powiedzieć, a to, co ma zataić. Nie wie bowiem, iż mężczyźnie jest najczęściej wszystko jedno, jaką kobieta była, a nawet jest. Chodzi mu głównie o to, jaką będzie, zwłaszcza w tego rodzaju stosunkach, jak jej do Porzyckiego. Jeżeli ci ludzie rozpowiadają przed sobą siebie samych, to czynią to tylko z potrzeby mówienia o sobie przed słuchaczem chętnym, ale nie z konieczności wyświetlenia swego charakteru.

Jeżeli są szczerzy, to dlatego, że nie są zdolni do utrzymania nawet własnej tajemnicy.

Jeżeli kłamią, to folgują chęci upiększenia wszystkiego, nawet siebie samych.

W gruncie rzeczy nie ma wielkiej różnicy.

Jedno i drugie nie ma właściwie celu.

Porzycki, gdy Tuśka pracowicie kłamie, kim i czym jest, patrzy z lubością na jej rozwiane umiejętnie fale włosów, na jej śliczne uszka jak muszelki różowe, na jej podbródek, zarysowany na tle błękitnej aksamitki z czystością porcelanowej maseczki.

Tuśka arabeskami cieniuje wspaniałość swego charakteru, a on śledzi nozdrza delikatne jej noska cokolwiek garbatego i myśli, że poruszają się obiecująco jak chrapki, i rozkoszuje się każdym tym poruszeniem.

Nawzajem, i ona, gdy Porzycki najdowcipniej, potrącając czasem o nutę sentymentu, kreśli obraz swej cygańskiej duszy, ukradkiem dobiera się wzrokiem do jego rzęs jedwabnych, długich, gęstych, dziwnie zafryzowanych, tak jak Tuśka tego nigdy jeszcze nie widziała.

— On jest śliczny! — myśli z zachwytem.

*

A deszcz pluszcze, bije w szyby, łomoce, wstrząsa chałupą, zdaje się, że zmyje ją i inne sadyby zupełnie z powierzchni ziemi. I coś jęczy, coś skarży się tam w nocnej oddali, coś bardzo biednego i nędznego, cała ludzka tragiczność, ta cała właściwa tragiczność w poznaniu zupełnej bezsilności w walce z przeznaczeniem. Łopoce to jakby stado zranionych ptaków, co to odbieżeć chciało, hen, daleko, w błękity i złota słoneczne, a padło, szarugą groźną i wściekłą przybite do rozmokłej i czyhającej na ich trupy ziemi.

Ach!... jak w taką noc deszczową po zakopiańskiej dolinie rozwłóczą się łzawe skargi i jęki...

Och!... jak tam ktoś kaszle...

W oddali, w willi przeciążonej zdobnictwem i figlikami, drży nocna lampka.

Przez strugi deszczowe na świat drży taka lampka i coś jakby nierówne, spracowane tchnienie nią kołysze.

Chwilami zdaje się, że zgaśnie...

Ulewa szumi, jak potok spieniony, i takie zimno! taki straszny ziąb!

Lampka przecież trwa, drobna, maluchna, słaba — ale trwa.

I kaszel straszny przez szpary złotych belek w nużącą wilgoć się wciska.

I widać niespokojny cień.

Do okna podchodzi, ulewy nadsłuchuje, ręce prawie składa... ku bielejącym w kącie izby poduszkom się zwraca.

Tam żali się coś bardzo nędznego, coś bardzo tragicznego i stamtąd płynie ten dech ciężki, który lampę podsyca.

Długa, straszna, deszczowa, zakopiańska noc. Strugi deszczu po szybach.

Świst wichru od hal...

Świst straszny płuc, w których strzępy się kołaczą!...

A potem nad ranem, gdy jeszcze ciemno, nagle lampka równo, prosto palić się zaczyna.

Żaden dech nie wieje — raz jeden gwałtownie zakołysze płomieniem — i nagle spokój zupełny...

Wówczas od szyby odrywa się cień, który błagał o trochę ulgi, cień ten ku tej wielkiej ciszy się zwraca, chwieje się i pada nagle na klęczki, tak jak się pada przed katafalkiem lub wtedy, gdy trumnę do grobu spuszczają.

W świetle lampki zaostrza się jakiś nieruchomy profil, najczęściej bardzo młody, na tle białych poduszek i schnie srebrna bruzda ostatniej łzy, która życie żegna.

O, nocy deszczowa! Zakopiańska, deszczowa nocy... masz w sobie czarność całunu, a srebro twych strug zabójczych haftuje na nim straszne:

De profundis...

*

Z „widmowego” życia, które teraz Tuśka pędzi w zamknięciu sadyby, musi przecież się wyrwać i wyjść na próbę do Morskiego Oka. Uspokoiła się cokolwiek, zobaczywszy, że jeszcze kilka pań bierze udział w owym koncercie, śpiewając, grając i produkując w ten sposób owoce swych i cudzych udręczeń, które uprawianiem sztuki nazywać się zwykło. Lecz powstaje znów w Tuśce nowa wątpliwość. Czy należy wziąć Pitę na ową próbę? Widzi sama, że wplątała się obecnie w nieszczęśliwą sytuację, z której nie ma wyjścia. Nastręcza się jednak samo. Oto Pita cierpi na lekki ból gardła. Trudno ją narażać... należy zostawić w domu. Tak będzie najlepiej. Nawet Tuśka cieszy się z tego. Boi się jednak przyznać nawet do tego uczucia przed samą sobą. Gdy zajeżdża po nią sprowadzona przez Porzyckiego dorożka, z której leją się strugi wody, Tuśka nie śmie spojrzeć na córkę. Pita jednak zupełnie spokojnie i rozsądnie przyrządza sobie cali chloricum w szklaneczce z wodą.

Ogromna widocznie zaszła różnica w charakterze dziewczynki od chwili Morskiego Oka. Owa „scena”, jaką Pita matce zrobiła z powodu pozostawienia jej w hotelu, zmieniła się w obojętność zupełną. Co więcej, Pita najwidoczniej nie ma ochoty towarzyszyć matce na próbę. Owym próbom w pokoju asystowała w milczeniu i jakby jakąś ironią przejęta. Chwilami śledziła spod oka ruchy matki i zdawać się mogło, że je krytykowała w myśli. To było wszystko, co objawiła na zewnątrz i co Tuśka nawet dostrzegła. Z pewną więc ulgą rozstają się na tę godzinę, rozstają się mimo to ogromnie grzecznie i uprzejmie, tak jakby, podwajając sumę tej grzeczności, chciały zakryć jedna przed drugą wzajemne uczucia.

Lecz już w dorożce Tuśka zaczyna żałować, że nie została w domu, oczekując na wyzdrowienie Pity.

Cóż się bowiem dzieje?

Oto Porzycki po usadowieniu się, zapięciu fartucha, obejrzeniu drogi, czy kto nie idzie, porywa ją z ogromną siłą w objęcia i ustami ust szuka.

Staje się to nagle i niespodziewanie i właśnie w bardzo niestosownej chwili, Tuśka bowiem doznaje jakiegoś ściśnienia serca, coś, jakby ogromnego żalu za Pitą i nie za nią jedną, lecz za tym wszystkim, co Pita reprezentuje. Jest to u kobiet zwykły objaw, że dążąc całą siłą do wyzwolenia się z czegoś, zaczynają tego czegoś serdecznie żałować, gdy to wyzwolenie przychodzi. Jest to objaw chwilowy, niemal mgnienie oka, ale jest to ogromnie szczere i bardzo silne. W takiej właśnie chwili żalu, jak burza, zwalił się ze swym pocałunkiem w objęcia Tuśki Porzycki.

Z wielką energią odepchnęła go od siebie.

— Proszę!... bardzo proszę... — wyjąkała, poprawiając kapelusz i wualkę.

Porzycki był cały zmoczony przy dopomaganiu jej do wsiadania do dorożki. Peleryna jego wydawała nieprzyjemną woń mokrej wełny. Z kapelusza płynęła mu woda. Tuśka ubrała się niezmiernie starannie na ową próbę i z przykrością uznała, że ta próba pocałunku zmoczyła jej nową, ładną, szafirową wualkę w grochy i starła jej z nosa puder. Ta prozaiczna strona w połączeniu z owym wtargnięciem w niestosownie wybraną chwilę duchowej rozterki sprawiła, że Tuśka uczuła i żal, i niesmak, i jakąś urazę. Nie tak wyobrażała sobie taką chwilę. Siedziała cicho, odsunięta w głąb dorożki, starając się pogrążyć w myślach. Było jej jednak dziwnie i zdenerwowanie jej wzrastać zaczęło coraz więcej, zwłaszcza gdy dostrzegła, że Porzycki siedzi także jakby urażony i zniechęcony. Co więcej, gdy odpychała go od siebie, dostrzegła początkowo zdziwiony, a potem ironiczny wyraz jego twarzy. Powiedział tylko — „przepraszam!” i usunął się w kąt dorożki.

To było wszystko.

Była chwila, w której Tuśka miała ochotę kazać stanąć dorożce, wyskoczyć i biec po deszczu na przełaj ku chałupie, tam zamknąć się, paść na łóżko i płakać. Tak ją zadławiło. Bo przypominała sobie, że postępowała bez taktu, że pozwoliła Porzyckiemu przynosić cukierki, ciastka, wino i obdarowywać się łakociami co chwila. A co jeszcze było najfatalniejsze, to ta okoliczność, że Tuśka czyniła to z bardzo niskich pobudek. Chciała bowiem jak najdłużej móc bawić w Zakopanem za nadesłane przez męża pieniądze. Łakocie, z taką rozrzutnością znoszone jej przez Porzyckiego, zaczynały stanowić poważną ulgę w jej budżecie i dlatego to, co powinna była, jako istota pełna taktu, odsunąć i przykrócić, tolerowała chętnie, wiedząc, że źle robi...

Teraz wyobraziła sobie, że to rzucenie się na nią Porzyckiego nie było niczym innym, tylko brakiem szacunku wywołanym przez jej postępowanie.

— Sama jestem temu winna — myślała — mam, na com zasłużyła.

Gdy tak w milczeniu dojeżdżali do hotelu „Morskie Oko”, zdawać by się mogło, że zapanował między nimi nagle wał lodowy, którego przebyć nie będą w stanie.

— Czyżby to był brus? — myślała Tuśka.

— Czyżby to była przebiegła gęś? — myślał Porzycki.

Wszystkie przebyte chwile, rozmarzenia półsenne w srebrach księżyca, kaskady gwiazd nad głową, lasy gencjan, wizje wstających o świcie gór, melancholia nocy deszczowych — to całe przeżyte wspólnie, piękne i jasne, zniknęło i zatarło się przez jeden gest zbyt pośpieszny i brzydki. Jak dwa kwiaty na zbyt kruchej łodyżce, tak widocznie wykwitały ich uczucia na zbyt ciasne horyzonty rzucone, wichrom rozczarowań łatwych podległe.

Tylko była mała różnica.

Kobieta już szukała usprawiedliwienia dla mężczyzny, oskarżając się sama w duszy, przyjmując całą winę na siebie.

On zaś zaciął się i jakby obojętniał, postanawiając ponowić atak teraz już bez tej namiętnej furii, ale rozważniej, obliczalniej.

— Muszę wypróbować...

Zaczynał bowiem nie mieć wielkiego pojęcia, czym właściwie jest Tuśka, z jednej strony lecąca ku niemu całą swoją atmosferą jak ćma i dysząca miłością, z drugiej strony odpychająca go z gniewem w chwili, gdy chciał już dotrzeć do jakichś pozytywnych rezultatów!

W sali teatralnej pusto było i panował nieprzyjemny półzmrok.

Czarna jama zbyt wysokiej scenki, pozawieszana skandalicznymi płachtami, przyjęła Tuśkę i Porzyckiego.

Tu doznała zawodu.

Sądziła, że wejdzie w gwar, pomiędzy ludzi, hałas, przygotowania.

Tymczasem pusto było nawet w cukierni. Deszcz wypłoszył wszystkich. Kelnerzy drzemali po kątach. Sterty ciastek, cukierków, bombonierek zalegały stoły. Kiedy niekiedy ktoś wpadał, chwytał coś, turkotała furka i znów zapadała senna cisza.

Spomiędzy szmat reprezentujących „salon” wyłoniła się jakaś postać i leciuchno zbliżyła się do Tuśki. Jest to młody mężczyzna, odziany bardzo ubogo, o dziwnie wąskiej klatce piersiowej. Palto ma jasne, wytarte, za długie, buty bardzo zniszczone. Za to cylinder bajeczny, zupełnie nowy i tak lśniący, że odbija w sobie wszystkie przedmioty, które go otaczają. Stąd młodzieniec ten robi bardziej fantastyczne wrażenie nosząc na głowie jakby koronę, z jakichś niewyraźnych przedmiotów złożoną.

— Kolega Marcin — przedstawia Porzycki.

Kolega Marcin ukośnym wejrzeniem obrzuca Tuśkę z rodzajem cynicznego uśmiechu, który mu już bezwiednie przyległ do pobladłych warg, skłania się w milczeniu i zabiera się do pełnienia obowiązków suflera.

Tak się to wszystko odbywa smutnie, urzędownie, że Tuśce, która ma inne pojęcie o kulisach, scenie, choćby nawet amatorskiej, zaczyna się robić jakoś dziwnie. Mówi swoją rolę apatycznie, cała zajęta myślą poprzedniej sceny z Porzyckim, który formalnie unika spotkania się z nią wzrokiem. Tuśka jest trochę skrępowana deskami, jednak nie tyle, jak przypuszczała. Zdaje się jej, że ma szczudła na nogach. Marcin podpowiada niewyraźnie, widocznie w złym humorze. Na scenie nie ma ani jednego krzesła — Tuśka i Porzycki mówią swe role stojąc.

Próba wlecze się w ten sposób czas jakiś. Tuśce zaczyna się robić bardzo przykro. Ma ochotę powiedzieć, iż grać nie będzie i wraca do domu. Boi się jednak obmyślić coś stanowczego. Wstyd jakiś ją dławi. Po co jest tutaj? Skąd się wzięła na tej scenie? Drzwi wejściowe się otwierają, wsuwa się kilka osób, dwie kobiety, jeden mężczyzna.

Porzycki marszczy brwi.

— Cóż tam za diabeł? — mówi. — Kazałem nikogo nie wpuszczać.

Patrzy przez chwilę i nagle się rozjaśnia.

Servus! — woła — chodźcie tu...

Zwraca się do Tuśki:

— To nikt!... to nasi, dowiedzieli się, że mamy próbę i przyszli.

Tuśka z trwogą najwyższą patrzy na tych „naszych”, jak idą, rozwiewając peleryny, potrącając krzesła, śmiejąc się, dowcipkując, pewni siebie i na swoich „śmieciach”, bo w teatralnej sali. Ta cała banda, która szła drogą świetlaną, śpiewając kanconę, idzie teraz, ku niej zwrócona, tak samo wesoła, bez troski zbierająca miód z życia i piękno, i to, co niesie rozkosz choćby chwili.

Podeszli do rampy, witają się z Porzyckim, który przykląkł przy kinkietach.

— Jak się masz, stary?

— Jak się macie?

— My? byczo, ale ty gdzie się wkopałeś? ani dychu o tobie... Czemuś nie przyjechał na Jaszczurówkę?

— Dobryś sobie, w taki deszcz!...

— Jeszcze w gorszy potrafiłeś nas znaleźć!

— Stulcie dzioby i siedźcie cicho, bo my mamy próbę.

Obrzucają ciekawym spojrzeniem Tuśkę, tak jak przed chwilą Marcin. Ona aż dostała wypieków pod ich spojrzeniami.

— Jedźcie dalej!... nie przeszkadzamy.

Siedli rzędem w pierwszej ławce, poopierali ręce na parasolach, laskach i patrzą.

Tuśka usiłuje odzyskać spokój, równowagę, ale nie jest w stanie.

Spogląda miłosiernie na Porzyckiego, lecz on nie dostrzega nawet jej zmieszania. Zaczyna mówić swoją rolę, rad, że się może popisać damą z mondu przed kolegami. Nie chce przedstawić Tuśki jako swej kochanki, broń Boże! ale miło mu, że ma ładną i szykowną znajomą.

Tuśka żałuje teraz naprawdę, że się wplątała w tę awanturę. Zdaje się jej, że stoi na rusztowaniu i że ściągnięto z niej wszystko odzienie. Mówi szybko i cicho. Porzycki spogląda na nią zdziwiony. Nigdy jeszcze nie mówiła tak źle swej roli. Ten wzrok miesza ją do reszty. Bliska jest płaczu. Widzi, że idzie zupełnie źle. W rozpaczy pociera ręką po czole.

— Co pani? — pyta wreszcie Porzycki.

— Głowa mnie boli.

Lecz on jest teraz innym człowiekiem.

— Niezadługo skończymy — mówi ozięble.

To jest dla Tuśki jakby podcięcie szpicrutą. Czuje, że i tu przegrywa stawkę. Instynktownie odczuwa, że Porzycki chciał popisać się nią przed kolegami. Uśmiecha się ironicznie i nagle w niepojęty sposób odzyskuje rezon. Zaczyna grać lepiej i gorzej. Popełnia bowiem mnóstwo niedorzeczności obok rzeczy zupełnie dobrych i pomysłowych. Śliczna jej postać, ładna twarzyczka, błyszczące pod szafirem woalki oczy, piękna suknia, ładne obuwie i rękawiczki usposabiają na korzyść. Przy tym zachowanie się jej jest pełne taktu i nie wyzywające.

Aktorzy mrugają na siebie z zadowoleniem.

Do rampy podchodzi wysoka, czarno odziana kobieta.

— Słuchaj, Porzycki — mówi do Porzyckiego — nie robisz pani uwag? Pani źle akcentuje.

Porzycki wzrusza ramionami.

Tuśka zarumieniona zatrzymuje się w pół zdania.

— To przecież bardzo łatwe, bo pani jest bardzo inteligentna i rzeczywiście bardzo zdolna — mówi dalej aktorka, opierając się o podium sceniczne.

Podnosi swą twarz ku Tuśce i ta natychmiast w tych zmęczonych oczach, w tych regularnych, ale jakichś smutnych rysach poznaje Sznapsię.

— Pani pozwoli, ja się przedstawię... jestem Markowska. Dlaczego pani mówi: „będę czekała na pana”, kładąc główny nacisk na — pana, kiedy się bez tego może obejść?... — Niech panie powie jednostajnie: — Będę czekała na pana.

Tuśka zmrużyła oczy i patrzała z góry na czarno ubraną aktorkę, która w szarym świetle sali wydawała się cała jakby pyłem przyprószona.

— Ona ma rację!... — przyświadczył Porzycki. — Pani zanadto wybija!

— Nie jestem aktorką z zawodu! — odcięła się Tuśka.

Porzycki szarpnął się niecierpliwie.

— Ach, Boże! nie o to tu idzie — wyrzekł — zawód, nie zawód, mniejsza z tym. Skoro się ma coś robić, należy zrobić dobrze... Tylko ja nie mam daru nauczania...

Zwrócił się do Markowskiej, ciągle o podium opartej.

— Słuchaj... może ty z panią rolę przejdziesz, jako kobiety łatwiej się porozumiecie.

Nic nie zdoła opisać podrażnienia dumy, jaką uczuła w tej chwili Tuśka.

Ta kobieta, u jej stóp stojąca, wydała się jej czymś tak od niej dalekim i tak nędznym w porównaniu z nią samą, iż ta pycha zaczęła ją dławić i doprowadzać do wściekłości.

— Owszem! — odparła Sznapsia — ja... najchętniej. Mam dużo czasu, jestem gotowa... A kiedy?

Porzycki dalej się rozporządzał.

— Najlepiej jutro. Bądź ubrana o trzeciej. Przyjadę po ciebie fiakrem i przywiozę do nas, na Skibówki.

— Doskonale.

— Tylko się nie spóźnij po swojemu.

Roześmieli się wesoło. Przypomnieli sobie niejedną scenę z powodu tego wiecznego spóźniania się Sznapsi. Porzycki rozjaśnił się i z widocznym upodobaniem spojrzał na aktorkę. Ona mu nawzajem wzrok ten z równą sympatią oddała.

— Więc jutro?

— Na dziś przerwijmy próbę, bo jakoś nie idzie.

— Doskonale — myślała Tuśka. — Układają się bez zapytania nawet, czy ja się na to zgadzam, czy życzę sobie, aby taka pani przestąpiła próg mego domu... Tego dopuszczać się mogą tylko aktorzy.

Zeszli ze sceny i skierowali się ku cukierni. Gdy weszli do sali, jeden z aktorów zaproponował natychmiast:

— Napijemy się co ciepłego...

— Naturalnie.

Weszli do osobnego gabinetu, mając Tuśkę w pośrodku. Tuśce zdawało się, że idzie po rozżarzonych węglach. Nie wiedziała, jak się wyrwać, co począć. Teraz, gdy ci rośli, strojni, zdrowi ludzie otaczali ją, czuła się onieśmielona i przerażona. Siadali za stołem z hałasem. Zsuwali stoły. Kelnerzy usługiwali im chętnie.

Markowska stanęła obok Tuśki.

— Porzycki mówił nam, że pani ma duży talent — wyrzekła nadzwyczaj miłym głosem, który po prostu za serce ujmował — i widzę, że pani rzeczywiście jest utalentowana...

Tuśka czuła, że powinna coś odpowiedzieć.

— Pani zbyt łaskawa.

— O! nie... ja jestem szczera. Ja powiedziałabym pani prawdę. A może pani chce się scenie poświęcić?

Tuśka wykrzywiła usta niemiłym, ironicznym grymasem.

— Ja?...

W tym jednym słowie było tyle arogancji, powiększonej chęcią zgniecenia swej interlokutorki, że aktorka odczuła intencję Tuśki.

— Jeżeli nie, tym lepiej dla pani — odrzekła z prostotą.

W tej chwili do gabinetu wszedł Porzycki. Był wesoły, rozpromieniony, w swoim żywiole. Rozmawiał z aktorami ich językiem, każdemu mówił ty, tak samo jak i aktorkom. Przysunął się do Sznapsi i pytać ją zaczął.

— No, i cóż?... miałaś wiadomość?...

Uśmiechnęła się bardzo ładnie i miło.

— Miałam.

— I?

— Powiem ci później.

— Dobre warunki?

— Zobaczysz sam.

— Dziękuję ci! Dobry z ciebie bursz!...

Znów zamienili uśmiechy i Tuśce zdawało się, że nigdy pomiędzy nią a nim nie zakwitł tak ciepły promień, jak ten, który pomiędzy nimi zajaśniał. W jednej chwili uprzytomniła sobie pożycie tych dwojga, przebyte nędze i radości, gospodarstwo na rogu komody przy maszynce naftowej, sceny i godzenia się, wspólna praca, wspólna włóczęga, dzielenie doli i niedoli.

— Nic tak nie łączy jak scena! — powiedział do niej niegdyś Porzycki.

Tak, stanowczo, ci oboje byli złączeni ściśle serdecznie.

Inaczej niż ona...

Zresztą jakie ona prawo miała myśleć o jakimś złączeniu się z tym człowiekiem, ona, niewolna, zamężna, obca zupełnie jego światu... jemu samemu...

Wystarczy spojrzeć na niego, teraz, pomiędzy tą bandą aktorską, na jego oczy błyszczące: czy pamięta o niej? czy wie, że ona istnieje?

Nie — przypomniał sobie. Idzie ku niej, aby ją zaprowadzić na kanapkę pod lustro i posadzić obok swej dawnej kochanki. Tego Tuśka nie zniesie. Wyprostowuje się nagle, nieokreślony wyraz pogardy okala jej usta.

— Pan daruje... ja muszę jechać do domu.

— Dlaczego?

— Pan zapomniał. Dziecko niezdrowe.

Akcentuje silnie to niezdrowie córki, której przed godziną nie wahała się zostawić samej w sadybie. On wzrusza ramionami.

— Ależ to nic nie jest... Pita sobie poradzi.

— Przepraszam. Ja wiem, co mam zrobić.

Markowska miesza się znów do rozmowy.

— Ta śliczna panienka, która była z panią w Kuźnicach, chora?

— Trochę na gardło.

Aktorka wydaje się silnie zaniepokojona.

— Ach, mój Boże! trzeba posłać po lekarza. Tu jest specjalista...

Lecz Tuśka wyniośle kiwa głową.

— Już zrobione, co należy. Dziecku jest lepiej, ale ja jechać muszę...

Skinieniem głowy żegna zgromadzonych.

Zdaje się jej, że jest bardzo królewska i zupełnie niepospolita. Wychodzi, a za nią Porzycki.

Dochodzą do dorożki. Ona spodziewa się, że on się usprawiedliwi, powie coś dobrego... czeka na to słowo. Lecz on pomaga jej wsiąść do dorożki, sam nie wsiada, zapina fartuch i rzuca dorożkarzowi:

— Na Skibówki! Do Obidowskiej!

Dorożka jęknęła, zagrzmiała masą łańcuchów, żelaza, zagrzechotała jak fura kamieni i ruszyła wreszcie ze stękiem.

Po Tuśce spłynął od głowy do stóp zimny dreszcz. Doznała uczucia, jakby ktoś oblał ją zlodowaciałą wodą! Na chwilę nawet myśli w niej zastygły. Wtuliła się w róg dorożki i jechała tak jak martwa w tym niespodzianym osamotnieniu, jakby skostniała.

Wreszcie zrozumiała, że Porzycki zwrócił się ku „swoim”, odstręczony przez nią zbyt może brutalnym odtrąceniem, gdy się ku niej garnął.

— Co jednak miałam począć? co?... co?... — myślała, gryząc do krwi usta i łamiąc pod fartuchem ręce.

Ogarnął ją jakiś namiętny, upiorny szał.

— Dobrze zrobiłam, dobrze!... powinnam mu była dać w twarz... Szkoda, że tego nie zrobiłam!

Dorożka targnęła się jak w konwulsjach, zachybotała jak dziesięć pociągów, podjeżdżających ku stacji, i wreszcie wbiła się w olbrzymią kałużę przed chałupą.

— Niech wysiadajom! — dał się słyszeć głos spod stosu skór baranich, wśród których sterczała fajka.

Tuśka rzuciła w stronę fajki guldena, który skwapliwie pochwyciła nadzwyczajna ręka, dając pewne wyobrażenie, czym musiała być ongi ręka prymitywnego człowieka.

— Niechby dodali co na piwo — zamruczało znów z głębi tajemniczej serdaka.

Lecz Tuśka nie była w wenie uszczęśliwiania ludu i szybko pod parasolem przemknęła się do chałupy.

Na łóżku leżała Pita owinięta pledem. Na widok wchodzącej matki podniosła się grzecznie z łóżka.

— Cóż? lepiej ci? — spytała Tuśka.

— Lepiej.

Dziecko chciało podejść, aby pocałować matkę w rękę, lecz Tuśka powstrzymała ją szybkim gestem.

— Nie, nie — daj spokój... nie podchodź! Jestem zmoczona. Możesz się przeziębić.

Doznała nawet uczucia ulgi, nie potrzebując się zbliżać do córki. Brak równowagi, w jaki popadła, migał przed jej oczyma chwilami fatalnym jej własnym obrazem. Wtedy lękała się formalnie zbliżenia dziecka.

Przebierała się długo i starannie, aby zabić czas. Pita położyła się znów na łóżku i zamknęła oczy. Ściemniało się powoli. Szare, ohydne światło wypełniło pokój. Zdawało się, iż ktoś rozpylał masę popiołu. Sprzęty rzucały niepewne, rozwiane cienie.

Tuśka owinęła się w szal i usiadła przy piecu.

Drzewo dopalało się z wolna i rzucało już tylko krótkie gasnące blaski.

Jakaś przedzimowa, dziwnie smutna, pod serce zaszywająca się atmosfera wkradała się jak nietoperz i zapadała na duszę.

Ogromny smutek rzeczy minionych wyzierał z każdego kąta.

Tuśka zaciśnięte ręce jak pieczęć przywarła do ust, tak wpił się ten smutek w nią całą.

Dokoła niej wszystko przypominało jej ubiegłe wieczory spędzone z Porzyckim: nie dojedzone ciastka złożone były na oknie, na talerzyku pachniały poziomki, woń szpilkowa przepełniała powietrze. Farby Pity leżały rozrzucone na stole... Wszystko przypominało na każdym kroku tego człowieka, który tak niebacznie założył tu swój miły cichy „dom” i teraz odszedł, nie obejrzawszy się nawet za nią.

— Ile on musiał już mieć takich gniazd — myślała Tuśka z goryczą. — Ile!...

— Po co on tu do mnie przyszedł... po co?... — dodała w duszy — teraz mi będzie strasznie...

Myślą pobiegła w dawne swe życie.

Wydało się jej straszne, jałowe, bez jaśniejszego promienia, bez ciepła, bez światła.

— Gdyby nie on, byłoby mi wystarczyło!...

Zmarszczyła brwi, zacięła usta z uporem.

— Musi wystarczyć! — pomyślała.

— Musi!...

Prawie już czarno było w pokoju.

Na rogu komody błyskał jakiś wazonik z pękiem maków rozstrzępionych, wesołych.

— Precz z tym! — postanowiła.

Wstała cicho, aby nie zbudzić Pity, wzięła kwiaty, ciastka, poziomki, wyniosła na werandę i rzuciła w błoto. Farb Pity nie ruszała, bo nie chciała tłumaczyć się przed dzieckiem. Pozostała chwilę na werandzie. Wiatr smagał ją z szaloną zaciętością. W jednej chwili miała twarz i włosy zlane deszczem. Ale to jej nie otrzeźwiło. Przeciwnie, zdenerwowało jeszcze więcej.

— Tak... tak!... — powtarzała, poddając się tej lodowej chłoście.

Zdawało się jej, że w ten sposób karze się za swe przewinienia. Fizycznych cierpień zapragnęła jak najwięcej. Sądziła, iż w ten sposób zagłuszy moralną udrękę. Po chwili oswoiła się z szarugą i ulewą. Cofnęła gwałtownie głowę i natrafiła na kant drzwi. Uderzyła się silnie. Ten ból sprawił jej chwilową ulgę.

Ponowiła uderzenie.

— Masz!... masz!... to dla ciebie! — myślała, bijąc głową o kant ramy.

Ktoś przechodził drogą i spłoszył ją. Powróciła do pokoju i zapaliła świecę.

Nie chciała zaświecać lampy. Ten jasny krąg byłby jej przysporzył bólu, przywodząc postać Porzyckiego z ciemni.

Pita zasnęła. Tuśka usiadła znów pod piecem i usiłowała zwrócić się myślą w koło „swych obowiązków”.

— Mam męża, dzieci, muszę myśleć o nich... Tylko o nich... to jedno mi wolno. Nic więcej. Jeśli myślę jeszcze o kimś, popełniam grzech! grzech! grzech!...

To słowo rozkrzyczało się w niej jak nagle zbudzony upiór.

— Grzech!... grzech!...

Z ciemni zdawały się ku niej pełzać gadziny z kłębami śliny w pyskach. Te płazy podkradały się ku niej wolno i cicho. Jeden z nich miał długie, oślizgłe łapy, zakończone jakby wachlarzami palców. Po ziemi wlókł całe masy wymion o zielonych, zgniłych refleksach.

— Grzech!... grzech!...

Przez umysł Tuśki przewijać się zaczynają całe masy obrazów, jej dzieci milczące i ciche, w szkolnej odzieży, ukryte za palmami, mąż tak chudy i nędzny, że serce ściska się na jego widok, konfesjonały pełne księży surowych i smutno spoza kratek patrzących, zamknięte wrota kościołów, noce długie, bezsenne, w czasie których włosy mokre od łez wężem po poduszkach się wiją...

— Grzech!... grzech!...

Wicher łopoce w okna, wstrząsa chałupą, zda się, zedrze lada chwila dach i odsłoni izbę na to, aby w nią biły lodowate strugi i siekły czarnymi rózgami z monotonią piekielną. I wtedy nic już nie osłoni Tuśki, nic nie osłoni Pity, nie będzie się gdzie schować ze swymi myślami, ze smutkiem, z bólem i rozpaczą wyjącego w duszy smutku.

Tuśka ogląda się po tej izbie, która od niedawna stała się dla niej jakby straszną pułapką, w której utopiła spokój swej duszy.

Izba ta jest pełna świata innego, nie tego, który powinien być jej światem, lecz tego, który tu się wkradł podstępnie...

Czy jednak bez jej wiedzy?

Przejmuje ją znów lodowy dreszcz.

Wszak temu wszystkiemu, co się tu działo, ona była obecna...

Tak — była obecną, ale tylko obecną. Pozwalała, iż dział się cały łańcuch zdarzeń, co więcej, dopomagała do tego, że się właśnie działo...

Czy więc w ten sposób ona nie była winna, iż Porzycki postąpił dziś z nią tak, jak to się zdarzyło?...

Czy nie wyzwała ona niejako tego pocałunku, tego wyładowania się namiętności? Czyż codziennie niezliczoną ilość razy takie pocałunki nie drżały na ich ustach, przesyłane ku sobie wzrokiem?...

A więc...

Czyż należy tak bardzo winić Porzyckiego?

Wiatr łopoce po szybach coraz gwałtowniej. Jakiś niepokój szeleści dokoła chałupy. Coś niewidzialnego i groźnego od gór się czai...

Grzech!... grzech!...

Tuśka zasłania oczy skostniałymi rękoma.

Jasno teraz spojrzała w głąb siebie.

Uraza do Porzyckiego za to gwałtowne garnięcie się do niej topnieje, ginie, lecz inny, stokroć silniejszy żal wzbiera i dławi.

Zazdrość, zazdrość szalona na myśl, że on teraz z tym ciepłem niezrównanym w oczy tamtej, swej dawnej kochanki, patrzy!...

— Z nią jest teraz, z nią...

Aż jęknęły wiązania chałupy. Ze świeżo zbudowanej wicher belki strącił... Pita porwała się na posłaniu.

— To nic, to wicher... śpij!...

Dziecko senne opadło jak kłos.

I znów jęki wichru, szalenie ulewy, pełzanie po kątach gadów.

Tak mija długa chwila.

Tuśka już drętwieć zaczyna. Nie pragnie nic, nie chce nic, tylko wie, że jest bardzo zmęczona i biedna.

Nagle cichy turkot furki zatrzymuje się przed Obidowską chałupą.

— On!...

Tuśka unosi głowę, dech zamiera w jej piersiach. Słyszy, jak on wchodzi do sieni, jak otrząsa okrycie, jak zrzuca kalosze i jak kieruje się ku swojej izbie.

I Tuśka doznaje nagle szalonego uczucia ulgi.

Wie, że wrócił, wie, że jest pod jednym z nią dachem, wie, że jutro zobaczy go wczesnym rankiem.

Wszystko, co było, mija. Nie pamięta, jak bardzo cierpiała. Wie tylko, że on jest tam.

I wdzięczna mu jest za to, że nie przyszedł, nie zapukał do jej drzwi, bo nie wie sama, jak by się zachowała, co mówiłaby mu, gdyby się ku niej zwrócił. Może wybuchnęłaby płaczem, a to byłoby najgorsze.

— Będę z nim teraz inaczej postępowała — myślała powstając z krzesła. — Zamknę wszystko w sobie; on nie może, nie powinien wiedzieć, co się dzieje we mnie...

Spojrzała na zegarek. Była zaledwie dziesiąta godzina. To ją uspokoiło do reszty.

— Cóż dziwnego, że pozostał trochę w cukierni z kolegami, przecież w tym nie ma nic złego...

Zbliżyła się do lustra, doprowadziła do porządku włosy.

W tej chwili zachrobotał ktoś we drzwi.

Obidowska wsunęła przez próg rękę.

— To dla nich! — wyrzekła — a to dla małej.

Paczka ciastek, na nich śliczna róża, kilka gazet, a dla Pity pudełko cali chloricum.

Drobnostka... nic...

Z piersi Tuśki spada ciężar, świat się jej rozjaśnia, mimo że świeczka dogasa.

— Proszę podziękować!

Niewyraźny pomruk gaździny jest całą odpowiedzią.

— Więc myślał o niej!...

Zamyka drzwi i znów wicher wstrząsa chałupą tak, że zdaje się, rozniesie ją na skrzydłach nietoperza.

I te konfesjonały, w których księża patrzą smutnie przez koronkę kratek, i te palmy, poza którymi grzeczne dzieci z Wareckiej ulicy stoją milczące i ciche....

Grzech!... grzech!...

Tuśka kładzie na stole ciastka, różę i dzienniki i zbliża się do łóżka. Obok, na stoliczku, leży książka do nabożeństwa, strojna książka, oprawna w perłową masę, jedna z tych książek, które stanowią dopełnienie niedzielnego stroju.

— Pomodlę się!... — postanowiła Tuśka. — Mogę; mam prawo, nie popełniłam jeszcze nic złego...

A tu znów płazy czołgać się zaczynają i syk wszczyna się po kątach.

— Grzech! grzech!...

Strojna książka z ręki Tuśki wypada i smutek kłębami, jak chmury przed burzą, wali się ku niej.

Tuśka pada twarzą na poduszki i pozostaje tak bez ruchu, gdy nad nią rozszalałe skrzydła szarugi biją z piekielną wściekłością o pazdur sadyby.