XXX

Gdy już Tuśka wymówiła ostatnie słowa roli, dopiero przyszła do przytomności.

Kurtyna spadła i rozległ się szmer braw.

— Podnosić!... — wołał Porzycki.

Tuśka uciekała po karkołomnych schodach do garderoby. Kurtynę podniesiono.

— Chodźże pani! — krzyknął na nią Porzycki.

Stała niezdecydowana.

— No... chodźże!...

Głos aktora brzmiał gniewnie.

Czuł, że brawa mogą się urwać przez wahanie się Tuśki.

Wmieszała się w to Markowska.

— Niechże pani idzie... niech pani go nie gniewa! — szepnęła, popychając Tuśkę...

Za chwilę Tuśka, trzymana za rękę przez Porzyckiego, kłaniała się publiczności. Czarna i ciemna scena zupełnie była otwarta i prześliczna postać Tuśki w czarnej, aksamitnej sukni wchłonięta była niejako w tę ciemnię. Tylko czarującą linią i karnacją zaznaczała się jej szyja odsłoniona i obramowana aksamitem, a na tej szyi złote włosy od karku wysoko, modnie zaczesane linią delikatną zlewały się z brzoskwiniowym kolorem ciała. Twarz, upiększona charakteryzacją, arcydziełem Sznapsi, z oczyma powiększonymi czarną linią, z rumieńcami koloru róży, z ustami nadto czerwonymi, była bardzo piękna, jak twarze lalek lub afiszowych figurek, oznajmiających publiczności o nadzwyczajnej mączce dla niemowląt lub rywalizującym z Van Houtenem kakao.

Z orkiestry dźwignął się ku Tuśce duży, pstry bukiet i zaraz potem ogromne koło z bobkowych liści, przystrojone wstążką i gazą dla Porzyckiego.

Oboje wzięli kwiaty i kiwali się wdzięcznie ku publiczności, z której jedna część biła brawo, a druga jeszcze zawzięcie Tuśkę lornetowała.

W pierwszym rzędzie biało, powiewnie ubrana Pita siedziała nieruchomo na krzesełku. Uszka tylko miała silnie zaczerwienione. Za nią widać było cały klan Warchlakowskich: mama w grenadinio czarnej na tle pąsowym i córki w grenadinie białej na tle niebieskim. Nadzwyczajne, ironiczne uśmiechy zdobiły ich usta, a szarotki niewinnie puszczone na plecy zdobiły kosy. Koło mamy Warchlakowskiej siedział sam pan radca, który przybył właśnie tego dnia rano. Był czerwony i nadęty.

Patrzył na ludzi z góry, tak jak przywykł patrzeć właściciel kamienicy, który w każdej chwili, gdy mu się zechce, może podwyższyć czynsz lokatorom lub wysłać sądowne wypowiedzenie... A potem był „radcą”, trzymał za łeb, panie tego, samego prezydenta i stanowił figurę, bez której woli budżet miejski się nie uchwali. I był solidnym człowiekiem, żył z żoną przykładnie (o tym cały Kraków wiedział). Miał więc czego się nadymać pan radca Warchlakowski.

Wreszcie kurtyna zapadła i Porzycki zwrócił się ku Tuśce.

— No... było nieźle!

Ucieszyła się, widząc go znów rozpromienionym, bo od chwili rozpoczęcia się widowiska nie mogła poznać tego człowieka. Znikła jego wesołość, uprzejmość, łatwy sposób obejścia. Stał się opryskliwy, zdenerwowany, zajęty wyłącznie sobą. Wymyślał suflerowi, maszynistom, rekwizytorowi. Urządzał sam scenę, rozkładał dywany, wymagał kandelabrów, klął bezustannie, wołając „psiakrew!”. Co chwila wołał: „Grać nie będę” i zobaczywszy wyplatane wiedeńskie krzesełko wpadł w szał wołając, że musi mieć krzesło złocone, „takie, jakie bywa u dentysty”.

Na Tuśkę rzucał jakieś brzydkie spojrzenia, jakby niechętne, i nie miał dla niej słowa zachęty; tylko, gdy już miała się podnieść kurtyna, mruknął:

— Niechże się pani trzyma, bo mnie pani zasypie i ja się skompromituję!...

Gdy przed rozpoczęciem programu Marcin przyszedł za kulisy i zaanonsował, że dla pani Żebrowskiej jest bukiet, spojrzał na niego, jakby wyczekiwał, że zapowie i dla niego jakąś owację. Ponieważ Marcin nie powiedział nic, Porzycki wpadł we wściekłość. Zaczął z furią wycierać lusterko składanej tualetki ze szminkami, przed którym się charakteryzował.

— Psiakrew... — wyrzekł przez zęby — diabli mi nadali grać w tej szopie.

Powściągał się jednak widocznie z wybuchami swej aktorskiej choroby, która owładnęła nim od razu z chwilą poczucia szminki i publiczności za kurtyną. Pokój, w którym tłoczyli się przyjmujący udział w przedstawieniu, ciasny był i brudny. Panie, wypełniające część koncertową, pozostały w sali, lecz był jeszcze w programie rodzaj journal parlé i rozmaite matadory literackie we frakach i tużurkach oczekiwały swej kolei. Świeżo ogoleni, przybierając miny istot „wyższych” dzierżyli w rękach produkty swej inteligencji, udając skromność i uprzejme zniżenie się do „wszystkich”. Patrzyli na Porzyckiego jako na odtwórcę, a sami mając się za twórców, czuli się wyżej duchowo postawieni.

Porzycki zaś, który nieraz czytał bajdy: „autor miał mu wszystko do zawdzięczenia”, urągał w duszy pawieniu się twórcy. Niemniej jednak znał przed nimi mores i usiłował stanąć na jednym z nimi terenie zachowania się w „dziedzinie intelektu”.

Tuśka patrzyła strwożona i zdumiona na Porzyckiego, nie mogąc go poznać, tak bardzo się zmienił. Z dolepieniem brody z jasnej krepy zmienił się charakter tego człowieka.

Sznapsia, pudrująca lekko policzki Tuśki, szepnęła jej cicho:

— Niech pani mu powie dyskretnie w rozmowie, że i dla niego jest przygotowany wieniec.

— Dlaczego mu pani nie powie?

Nadzwyczaj subtelny uśmiech przesunął się po ustach aktorki.

— Nie... nie... niech mu pani to powie.

— Dobrze...

— Zaraz mu się humor poprawi.

— O!... w takim razie najchętniej.

Były już teraz na dobrej stopie. Zbliżyły ich próby. Wreszcie Porzycki zajmował się wyłącznie Tuśką. Pieszczoty ich, pocałunki ponawiały się ciągle, stając się coraz mniej uczuciowymi. Tuśka przestała się obawiać Sznapsi, a właściwie nie chciała myśleć już o niczym, oprócz o Porzyckim.

Przy tym aktorka z całym wdziękiem zaopiekowała się „amatorką”. Zaproponowała jej pożyczenie sukni, nadzwyczaj delikatnie podając Tuśce pretekst, iż „jadąc do wód, nie bierze się z sobą zbyt kosztownych tualet”. One zaś, jako artystki, muszą być przygotowywane na jakieś przedstawienia, koncerty, które nagle zaskoczyć je mogą. Stąd i ona ma wspaniałą aksamitną suknię, w której Tuśce będzie bardzo pięknie. Rzeczywiście suknia była nadzwyczajna i Tuśka miała figurę bardzo do figury Markowskiej zbliżoną. Po chwilowym wahaniu Tuśka propozycję aktorki przyjęła i ubrała się w jej tualetę. Na bal, który miał nastąpić po przedstawieniu, przygotowała sobie czarną, dekoltowaną suknię, zdjąwszy z szarego jedwabiu tiul czarny, naszyty palietkami, i nałożywszy go na czarny atłas. Picie sprawiła sukienkę białą muślinową, w której uroda anielska dziecka dosięgła swego szczytu. Pieniądze, przysłane przez Żebrowskiego, topniały jak woda. Tuśka postanowiła sprzedać swój złoty łańcuszek, a na tym balu być i „zaimponować”.

Gdy journal parlé, a właściwie turniej pychy i zarozumiałości się skończył, literackie figury wyniosły się z garderoby i pozostał tylko Porzycki, Tuśka, Marcin i Sznapsia, która usadziwszy w krzesłach Pitę, przyszła za kulisy.

Porzycki w chwili wyjścia na scenę obejrzał przecież Tuśkę.

— Dobrze... — zawyrokował z roztargnieniem i zaraz zwrócił się do Sznapsi.

— To twoja suknia? — zapytał.

Tuśkę to upokorzyło niezmiernie. Oczekiwała na coś więcej. Czuła, iż jest śliczna i ta jej „śliczność” nie doczekała się niczego więcej. Dlatego też, gdy po skończeniu Porzycki założył sobie na szyję ów wieniec jak chomąto końskie i zaśmiał się do niej wesoło, ucieszyła się niezmiernie.

Wreszcie odnalazła jego dawny, dobry uśmiech i poczciwe oczy.

— No... a teraz ja się przebiorę, a potem na salę.

— Ja idę się przebrać do panny Markowskiej.

— Dobrze, a niech się pani długo nie ubiera, bo te wycia i rzępolenia prędko się skończą.

Roześmieli się wesoło.

Na tacce stały kieliszki koniaku, które Porzycki kazał z cukierni przynieść, dużo także cukierków leżało na talerzach.

Tuśka, podniecona, uradowana powodzeniem, wypiła koniak duszkiem.

— Za nasze kawalerskie!... — śmiał się Porzycki.

Koniak wypił, brodę z krepy odrywać zaczął.

— Tak się robi!... — śmiał się rzucając krepę w kąt izby.

Gaz syczał i wiewał wachlarzami płomieni. Ktoś otworzył w górze brudne okienko. Z daleka słychać było szumiący po kamieniach potok, od gór wiał wiatr chłodny, wilgocią przesiąkły.

Kwiaty wydawały nadzwyczaj silną woń.

Tuśka wyrwała z bukietu pęk tuberoz i kilka żółtych lilii i podała tę wiązankę Sznapsi.

— Dziękuję pani! — wyrzekła aktorka.

Przypięła kwiaty do paska czarnej gazowej sukni.

Wieniec Porzyckiego leżał na krześle. Tuśka zbliżyła się i zaczęła czytać napis na szarfie:

„Wielkiemu Artyście — Wielbiciele”.

Uśmiechnęła się.

— To przyjemnie!... — wyrzekła wpatrzona w napis.

Życie kulisowe już działać na nią zaczynało.

Nigdy się nie czuła tak wesoła, bez troski, spokojna, jak w tej chwili.

Porzycki oglądał wstążkę przy swojej szarfie.

Skrzywił się lekko.

— Nieszczególna, mogli się na lepszą zdobyć.

Sznapsia, która w tej chwili nalewała sobie kieliszek koniaku, rzuciła żywo:

— Może nie mogli tu lepszej dostać.

— Może.

Drzwi otworzyły się. Weszli dwaj panowie z komitetu, który urządzał owo przedstawienie. Ze słodkimi minami podeszli do Tuśki, patrząc z podziwem na prześliczną jej szyję. Dziękowali i sypali pochwałami. Ona ciągle jeszcze grała rolę „hrabiny” i czuła, że gra ją dobrze. Przyrzekła, iż po przedstawieniu przyjdzie na salę. Zrobiło się gwarniej. Wchodzić zaczęli bez ceremonii aktorzy i witać się z Porzyckim, Sznapsią i Tuśką. Wszyscy oczami dążyli ku ciału różowemu Tuśki i jej złotym włosom.

Ze sceny dolatywały rozdzierające tony jakiejś grobowej arii włoskiej, śpiewanej przez amatorkę pełną dobrych chęci.

Sznapsia, ująwszy wpół Tuśkę, wyprowadziła ją z garderoby.

— Chodźmy! — wyrzekła — za chwilę tu będzie za ciasno i za wesoło.

Szeregiem ciemnych zaułków wydostały się obie na kurytarz hotelowy. Weszła do numeru zajmowanego przez Sznapsię, która wyprowadziła się z Jaszczurówki z powodu zbyt wielkiej „od miasta” odległości. Świece paliły się w lichtarzach, suknia balowa Tuśki leżała przygotowana na krzesłach.

— Tak... niech się pani rozcharakteryzuje „cold-creamem”. Tu ma pani puder, róż, wodę kolońską, żelazka, szpilki...

Uprzejmie nadzwyczaj czyniła honory swego gniazdka tymczasowego, w którym było piętno jej samej. Porozrzucane kwadraty haftowane z szarej gipiury przetykanej złotem, pęki kwiatów w wazonach huculskich, śliczna i wonna pościel, wykoronkowana i lila atłasem błyszcząca, srebrne przybory na gotowalni, dużo kasetek pluszowych, saszetek, pudełek i książek, a nade wszystko ten zapach róży zmieszanej z trèfle incarnat, który zdawał się przepajać wszystko, czynił z tego numeru hotelowego jakieś odrębne, posiadające własne cechy gniazdo.

Tuśka rozglądała się dokoła i podobać jej się zaczynało ogromnie to cygańskie urządzenie.

Zbliżyła się do biurka i patrzyła na porozstawiane fotografie. Natychmiast doznała ściśnienia serca. Kilka fotografii Porzyckiego w kostiumach i zwyczajnym ubraniu, w dużych formatach, porozstawiane było w ramkach i pozatykane za pluszowe wstążki parawanika, ustawionego na biurku.

Na niektórych czerniły się ukośne napisy, lecz Tuśka od razu przeczytać ich nie mogła.

Sznapsia uprzejmie zbliżyła się ze świecą w lichtarzu.

— To moja Ama! — wyrzekła, wskazując dużą fotografię ślicznej dziewczynki, której nadziemska twarzyczka rzeczywiście dziwnie przypominała Pitę.

— Troszkę młodsza na tej fotografii od Pity, ale prawda, jaka podobna?

Tuśka nie odpowiadała nic przez długą chwilę.

Patrzała, chciała się spytać, czy dziecko to żyje i czy to jest dziecko Porzyckiego? — ale nie śmiała. Przeniosła wzrok na aktorkę, która smutna, owiana swą czarną gazą, wbiła swe prześliczne oczy w fotografię dziecka.

— Umarła dwa lata temu!... — wyszeptała wreszcie, wzdychając ciężko.

Tuśkę to westchnienie przeszyło do głębi. Wyobraziła sobie, jakie wspólne chwile smutku łączyły tę kobietę z Porzyckim.

Wspólne, długie chwile w pokoju, gdzie czai się coś, czai się, jakby w księżycową noc zakradał się przeogromny strach i rozszeptał się widmem po kątach.

Mała lampka płonie, zakryta jeszcze ustawioną książką. Koło niej tyle szklanek, łyżek, flaszeczek! Biedny, nędzny arsenał mamiących środków.

A w kącie trochę pościeli białej, wtłoczona poduszka i w tej bieli złocisty snop światła i nieruchoma, płonąca twarzyczka. Oczy rozwarte, a już szklane. Widzą — nie widzą... Ku tej twarzyczce garną się ich dusze i wiszą u tych ustek, które już zdają się nie wdychać w siebie nic.

I tak powoli wlecze się noc.

Przewlokła swój czarny płaszcz. Idzie świt, ręce tych dwojga ścierpły od ściskania się w oczekiwaniu najstraszniejszego. Jej głowa pochyliła się na jego ramię. A w głębi pościeli snop złota tężeje. Płonąca twarzyczka o świcie zdaje się sina. Jeden lekki dech... Kobieta kryje twarz na jego piersi. Jest sama! Dziecko jej nie żyje.

A potem trumna biała, błękitna... Lilie, bławatki. — Przez tę trumnę ci ludzie patrzą sobie w oczy. A potem przez grób świeży, na który idą we dwoje. I gdy ona pada we łzach na rozmokłą glinę, on ją otula ramionami i podnosi.

— Niech kiciątko nie płacze!...

Przez fotografię martwego cudownego dziecka spotykają się oczy Tuśki i Sznapsi.

W jednej chwili obie przeżyły tę całą tragedię, która całunem opadła na ich balowe suknie, na ich nagie ramiona.

Nie mówią do siebie nic, ale myśli ich spotkały się i wniknęły w siebie z nadzwyczajną czystością.

Sznapsia stawia fotografię na biurku.

— Ja pójdę do Pity! — mówi ze smutnym uśmiechem.

Ale Tuśka zatrzymuje ją w pół drogi.

— Dlaczego on się z panią nie ożenił?

— Kto?

— On!...

— Porzyk?

Tuśce bielmem zaciągnęło oczy.

Więc on rzeczywiście!

— Tak.

Aktorka zdaje się przez chwilę namyślać, wreszcie odpowiada z prostotą:

— Nie żądałam tego.

I znów po chwili dodaje:

— Może byłby to zrobił... później... dla dziecka... ale Ama umarła.

Tuśce przypomina się tamta w hotelu, płacząca, która upominała się o nazwisko dla dziecka i pytała: „Co będzie?”.

— Nie — odpowiada Tuśka stanowczo — nie, on byłby się z panią nie ożenił.

— Skąd pani wie o tym?

— Wiem.

Delikatność kobieca nie pozwalała Tuśce rzucić w oczy Markowskiej, że oprócz jej Amy są jeszcze inne „Amy” — gdzieś daleko, poza innymi kulisami.

— On przecież jest dobry w gruncie. Bardzo kochał dziecko: gdy była słabsza, znosił jej farby, uczył ją rysować, zajmował się nią. Gdy umarła, napisał do mnie list ogromnie serdeczny.

— Nie był przy śmierci?

— Nie, był gdzie indziej angażowany. Byłam wtedy sama.

To słowo pada ołowiem, bryłą kamienia w to wykoronkowane gniazdo. I robi się nagle dokoła pusto, strasznie, zimno...

Tuśka doznaje jednak jakiejś ulgi na myśl, że nie było pomiędzy tym dwojgiem takich nocy przedzgonnych, takich pochylań się nad kołyską, gdzie złoty snop włosów gaśnie w blasku stygnącego życia.

Na kurytarzu rozlegają się hałasy. Trzaskanie drzwiami, krzyk. Przedstawienie skończone, nastąpią teraz tańce.

Teraz widocznym jest, że aktorka chce coś powiedzieć Tuśce, że się z czymś waha, do czegoś zmierza.

Stoi już przy drzwiach z ręką na klamce, piękna, malarska, stylowa, oczy wielkie, niezwykle uduchowione w Tuśkę wpiła. W oczach tych całe życie zamknięte — smutne, ciężkie życie.

— Wie pani — zaczyna wreszcie — co mi było najstraszniejsze, gdy dziecko umarło? Oto myśl, że może jej śmierć to kara za to, co ludzie winą nazywają... Winą... Pani rozumie? Tak się to już utarła ta nazwa. To niby przesądy. Ale to my, z lepszych domów, mamy widocznie we krwi, wyzbyć się trudno! Czasem ludzie nazywają to... grzechem!...

Tuśka aż zadrgała.

Ta wysmukła czarna postać na tle białym, te oczy dziwne i ten szept:

— Grzech... grzech...

— Idę do Pity, ona tam sama! — mówi aktorka, wysuwając się z pokoju.

Słychać dźwięki orkiestry przez drzwi otwarte, a potem znów trochę ciszy.

Tuśka zaczyna się ubierać.

Siada przed lustrem i spojrzawszy na swoją twarz doznaje zdumienia. Wygląda jak maska, a potem ten dziwny wyraz oczu i w ogóle twarzy. Tuśka zmieniona! Taka nie ona, taka ciągle teraz wylękniona, wyczekująca. Ściera z twarzy farby, czyni to machinalnie, powoli. Ostatnie słowa Sznapsi przywodzą jej na pamięć ową noc fatalną wśród wichru i deszczu, gdy Pita leżała z gardłem obolałym, we śnie gorączkowym. Na co umarła Ama? Może na dyfterię? Może tak samo zaczynała się jej choroba...

W ogóle, jak to przyszło prędko to wszystko, jak ona w parę tygodni popadła w zupełnie obce środowisko i stała się kim innym. Gra na scenie, siedzi w pokoju aktorki, kocha się w aktorze...

Szum dokoła niej, lęk, groza.

Jakże daleko Warecka ulica! jak daleko!

Znów orkiestra.

Tuśka spogląda na przybory tualetowe Sznapsi i widzi dopiero, ile wspólnego ma taka kobieta z mondu z aktorką. Te same żelazka, pudry, kremy, wody, pachnidła. A przecież jest jakaś różnica. U niej te fałsze kryją się jakoś nieśmiało, tu już rozłożone butnie zabierają poczesne miejsce na pierwszym planie.

— I wszystko tak!... — myśli Tuśka, patrząc na porozstawiane fotografie — ja nie śmiałabym postawić fotografii Porzyckiego, a ona nie waha się, wszędzie jest go pełno. Czy one, czy ja mam słuszność?... Oto pytanie.

I jeszcze jedna myśl zaczyna ją gryźć w przerażający sposób:

— Czy ona go jeszcze kocha?

Wzrok jej pada nagle na strzępy wstążki, na kawałeczki frędzli złotej, zwinięte i rzucone w koszyczek na tualetce.

Wstążka jest tego samego koloru i gatunku, jak wstążka przy wieńcu, który „wielbiciele” ofiarowali przed chwilą Porzyckiemu.

A więc ten wieniec był od Sznapsi...

Chciała mu sprawić przyjemność, zadowolić jego miłość własną... Pamiętała o takiej drobnostce i uczyniła to bezimiennie, tak że on nawet wdzięczności czuć dla niej nie będzie.

A więc nic innego, tylko go kocha!

Ze smutkiem nieokreślonym Tuśka spogląda na ten pokój, w którym przechowuje się wielkie, stałe i serdeczne przywiązanie. Fotografia Amy kładzie tu jakby zaziemską nutę. Oczy dziecka, ogromne, szeroko otwarte, ramionka, z których opadła koszulka, włosy rozwiane, cały kwiat łąk życia, kwiat o anielskim wdzięku, melancholią niezrównaną upiększa wszystko.

Ktoś puka do drzwi.

— Czy pani ubrana?

To głos Porzyckiego. Tuśka prawie już ubrana porywa się szybko.

— Nie można!

— Ja poczekam.

— Tak! tak!...

Kończy się ubierać, zaczyna drżeć cała.

— Czy teraz można wejść?

— Nie, nie!...

Za nic go tu nie wpuści. Wie, czuje, że zacznie ją całować, ona nie będzie zdolna mu się oprzeć. Ale tu, w tym pokoju, przed fotografią tego zmarłego dziecka, wśród tej atmosfery, przepojonej przywiązaniem Sznapsi, to niemożliwe, to niemożliwe!...

Wychodzi na kurytarz, obrzucona rotundą. On we fraku, w białym krawacie wygląda imponująco. W butonierce ma tuberozę. Jest bardzo piękny i świeżo upudrowana jego twarz ma dziwną przejrzystość alabastru.

— Dlaczego mnie pani nie wpuściła, skoro pani ubrana?...

— Bo... nie...

Zamyka drzwi na klucz, kładzie klucz do woreczka z czarnego brokatu, który razem z wachlarzem zwiesza się jej u ręki.

On w tej chwili ma wyraz twarzy jakby zawiedziony i gniewny.

— Nie zapomniała pani nic? — pyta tępo.

— Nie... chodźmy.

Spoglądają sobie w oczy. Tuśka aż doznaje bólu, tyle fluidu magnetycznego uderza w jej źrenice z oczu aktora. Szybko odwraca się i po dywanie kurytarza iść zaczyna.

— Chodźmy!...

Szept słyszy za sobą:

— Pani niedobra.

Udaje, że nie słyszy. Idzie ciągle kurytarzem ku drzwiom, które prowadzą na galerię teatralną. Tam są schodki kręcone, łączące galerię z salą.

Idąc widzi swą postać odbitą w lustrze, umieszczonym na końcu kurytarza. Pomimo zamieszania, wywołanego spojrzeniem i zachowaniem się Porzyckiego, Tuśka nie może oprzeć się przyjemności podziwiania swej urody. Rzeczywiście jest piękna, o wiele nawet piękniejsza niż na scenie. Zbytnia jaskrawość farb i nadto silna czerń aksamitu ustąpiły miejsca delikatnej, pastelowej karnacji i rozwianym tiulom, posypanym stalowym deszczem blaszek. Z tego czarno-srebrnego obłoku wysuwają się prześliczne, pełne ramiona i głowa przystrojona różami z czarnych aksamitek, które podnoszą jeszcze śliczną, złotą barwę włosów. Gdy Tuśka idzie, rozwiewając rotundę, suknia dokoła niej płynie jak fala fosforyzującego morza z bioder jej ku ziemi kaskadą szemrze.

Tuśka w tej chwili jest cała zjawiskiem pięknym, sztucznym, kwiatem rozsiewającym myśl grzeszną, pożądanie i tęsknotę miłosną. Cała rozpłomieniona, niepewna, drżąca, rozpłomienia, wprawia w niepewność, w drżenie...

Tak myśli Porzycki idąc za nią, tak myślą ci, których oczy wybiegną ku niej, gdy za chwilę wchodzi na salę, przymrużonymi oczyma szukając Markowskiej i Pity. Znajduje je prawie tuż przy wejściu, oczekujące na nią. Tuśka spogląda na Pitę i jest oczarowana jej wielką pięknością. W tej białej, leciuchnej sukience Pita przypomina delikatnego, ślicznego aniołka. Natychmiast Tuśka przywołuje Pitę i teraz idą przez salę obie, jedna dopełniając drugą w tryumfie piękności kobiecej.

Publiczność, przepełniająca salę, rozstępuje się przed nimi z zachwytem. Nawet kobiety przestają być zazdrosne. Pita rozbija najzjadliwsze i wstawia się za matką.

— Śliczne!... — słychać szmer dokoła.

Porzycki idzie obok i chłonie w siebie ten szmer.

I on jest tak podbity tryumfalną pięknością Tuśki i Pity, że zapomina o swej aktorskiej pysze i cieszy się, że Tuśka podbija wszystkich.

Z zadowoleniem rzuca wzrok dumny na grupę kolegów i koleżanek, zbitych w kącie sali.

Wzrok ten, zdaje się, mówi:

— Aha!... a to moje!... a wy co?...

Z kąta odpowiadają mu spojrzenia:

— No... no... wcale... wcale... winszujemy!

Orkiestra gra polkę.

W epileptycznych skokach zaczynają się trząść pary. Ku Tuśce zmierzają żądni zbliżenia się do jej atłasowego biustu mężczyźni.

— Pan ten... Pan ów...

Pochylają się głowy przystrzyżone na lato, ale ona odmawia.

— Nie tańczę polki.

Ma ten wyborny smak, że będzie śmieszna, rosła i pełna, skoro się zacznie trząść w podrygach i skokach.

Porzycki siada przy niej z miną plantatora, biorącego w posiadanie plantację trzciny cukrowej.

— Ja z panią tańczę...

— Jak to? wszystko?...

— Tak!

— Ależ to niepodobna.

Porzycki się śmieje.

— Otóż podobna. Pani to dla mnie zrobi?

Markowska wzrusza ramionami:

— Sensu nie ma. To może panią skompromitować.

Porzycki wzrusza ramionami.

— Pani Tuśka jest wyższa nad takie rzeczy — mówi — prawda?

„Wyższa” kobieta jest bardzo zakłopotana.

— Zapewne.

— Więc tylko ze mną!

Patrzy w oczy z właściwym sobie przymileniem — wie, że wtedy nic mu się nie oprze.

— Tylko z panem!

Sznapsia kiwa głową.

— Pani źle robi!... z nim trzeba inaczej!...

— Proszę cię, bądź cicho.

Jakiś studencik nieśmiało podchodzi do Pity.

— Czy mogę prosić?

Ale Pita najeża się jak mała boule de neige w czasie wichru.

— Idź, Pito...

— Nie, mamusiu!

Pita nie lubi tańczyć. Jest na to za leniwa, przy tym za czysta, za elegancka, aby znosić kontakt z jakimś nieznajomym, może zakurzonym rękawem.

Studencik odchodzi zasmucony.

Znów jakaś głowa, ostrzyżona do skóry, skłania się przed Tuśką. Aranżer zabawy prezentuje:

— Pan...

Dalsze słowa toną w gorsie koszuli i dźwiękach orkiestry:

— Nie tańczę polki.

Porzycki jest uszczęśliwiony.

Dostrzega bowiem pewną rewolucję pomiędzy mężczyznami. Jak to, ta warszawianka, taka szykowna, taka śliczna, nie tańczy? Jakże się do niej zbliżyć? Obsiedli ją aktorzy.

— To moje... to moje!... — zdają się mówić oczy aktora.

Po sali, obstawionej jakby szafami rusztowaniem rzeźbionym lóż, kręcą się liczne pary. Skaczą, skaczą przy sobie w takt rozrzępolonej muzyki i robią wrażenie stada kuropatw, wykonywających przed sobą zaloty. Z niektórych twarzy kobiecych sączy się pot, zmieszany z pudrem, ale one skaczą i skaczą zawzięcie, potrącane w objęciach mężczyzn.

Po lożach siedzą panie nie tańczące i przyglądają się przez lornetki paniom skaczącym.

Pomiędzy nimi bryluje loża Warchlakowskich. Wszystko to jest nadzwyczaj śmieszne i nie ma w sobie nic z wdzięku, jaki mogłaby mieć rzeczywiście taka zabawa w miejscu tak czarującym, jak Zakopane. Jest to nieudolne naśladownictwo miejskich balów, odznaczających się przeważnie wchłanianiem zapalczywym a wzajemnym własnych i cudzych wyziewów w kurzu, ścisku i potrącaniu się wzajemnym.

Co sprawi płucom, nerwom, duchowi lepszego ożywcze górskie powietrze i rozwiane piękno Tatr, to zniszczy, zgryzie targowisko próżności, pielęgnowane troskliwie w roztańczonych, źle oświetlonych norach. I to, co zbudzi blade widmo gór obramowane purpurą wschodzącego słońca w duszy miejskiej kobiety, zadusi, zadławi razem z bryklą droit devant żądza błyszczenia w kunsztownych skokach przed galerią drwiących lub pożądliwie wpatrzonych w nią mężczyzn.

Gra i gra orkiestra polkę, skaczą pary, migają pięty, falbany spódnic przebogatych, strojnych w medaliony inkrustowane, przetykane aksamitkami. Gdzieniegdzie wdzięcznie wije się linia reformy, uwydatniająca doskonałą budowę dwóch Szwedek zabłąkanych w zakopiańską dolinę. Najwdzięczniej skaczą warszawianki i najpiękniejsze mają spódniczki i pantofelki. Smukłe to, kształtne, prawie Androgyne w pianie koronek. Tuśka jednak aż dostała wypieków. Zdaje się jej, że wszystkie te panie źle tańczą, ona pokazałaby, jak tańczyć należy.

Grają teraz walca. Ze skoków przechodzi taniec w ładny wir i teraz już nie widać falban ani bucików, tylko suknie zakreślają równe, śliczne linie. Ku Tuśce biegną znów spojrzenia mężczyzn. Dostrzega je Porzycki.

Uśmiecha się złośliwie. Podeszli ku nim aktorzy i obsypują Tuśkę nieszczerymi komplementami pożerając wzrokiem kark jej i szyję.

— Ależ tak, grała pani doskonale...

— Wybornie.

— Nie miała pani tremy.

— A przy tym umie się pani ruszać, mówić w salonie. Nie tak jak nasze panie...

— Czy ma pani zamiar poświęcić się scenie?

Tuśka śmiać się zaczyna.

— Ależ nie, nie!...

Kilka dni temu to samo pytanie obraziło ją nie na żarty.

Dziś śmieje się.

Postępuje olbrzymim krokiem. Czuje się już nawet swobodną i zupełnie spokojną w towarzystwie teatralnym. Nabiera tych samych pogardliwych spojrzeń i wielkiej nonszalancji, jaka ich cechuje. Nie razi jej nawet sposób zachowania się Porzyckiego, który wyraźnie ją kompromituje, popisując się z władzą, jaką ma nad nią.

— Pani nie tańczy? — pyta jeden z aktorów.

Tuśka nie wie, co odpowiedzieć.

— Pani będzie teraz tańczyła... — wyrokuje Porzycki.

Wstaje, skłania się przed nią, bierze ją wpół i bardzo elegancko walcować z nią zaczyna.

Tuśka rzeczywiście ładnie tańczy, on kreśli nogami pas jak baletnik. Ta czarno ubrana, śliczna blondynka, która odmawiała wszystkim, a teraz wypłynęła w objęciach swego scenicznego partnera, robi na sali sensację. Pary przestają się kręcić, z lóż lornetują, szepty, śmiechy, domysły powstają...

Tuśce zdaje się, iż tańczy po rozpalonych kwiatach. I błogo jej, i czegoś wstyd. Sama nie wie, co się z nią dzieje. Chwilami zdaje się jej, że jej skrzydła urosły i te unoszą ją w okrąg, to znów sępy opadły i ku ziemi tłoczą. Wreszcie Porzycki, który dobrze zauważył ów efekt, doprowadza ją zręcznie do miejsca i sadza obok Pity.

— Teraz... wolno pani tańczyć! — mówi z uśmiechem dobrego księcia.

Już ku Tuśce biegną rozmaite „ostrzyżone na lato” głowy i brody szpiczasto przycięte. Kilka mundurów studenckich okrywających rozrosłe barki także się kręci. Za chwilę Tuśka porwana tańczy ciągle, tańczy bezustannie. Nie siada po prostu. Przechodzi z rąk do rąk jak zabawka. Ogarnia wszystkich mężczyzn formalny szał, aby tańczyć z tą „czarno ubraną, co ma taki śliczny kark”...

I wszędzie widać ten rzeczywiście piękny, różowy kark, pokryty lekko kręconymi, złotymi włoskami, który tak zazdrośnie do tej chwili krył się pod wysokim kołnierzem sukienek na Wareckiej ulicy.

Nie oceniany, nie zrozumiany przez spracowanego męża, nigdy nie był pieszczony gorącym, uwielbiającym spojrzeniem. W tej chwili, na tym zakopiańskim balu, świeci jak jutrzenka, wyłaniająca się z czarnych fal, i ciągnie ku sobie oczy nie tylko mężczyzn, ale i kobiet.

— Śliczna!... — mówią wszyscy.

— I dziecko ma śliczne — dodają kobiety.

Pita siedzi na swoim krzesełku. Trzyma w rączkach boa i wachlarz matki. Wyprostowana, zarumieniona, podniecona także, dzieli tryumf balowego królowania, z minką znudzoną, wybornie obojętną. Złożyła nóżki po swojemu, wysunęła je zgrabnie, stopki biało obutej łydki cieniuchne, rasowe, obciągnięte ażurową, białą pończoszką. Posążek malutki ze wzgardliwie wydętą wargą. Sfinks w miniaturze siedzi i myśli...

Ku niej biegną także spojrzenia i słowa, bo aktorzy obsiedli Pitę i w nieobecności matki dziecko obsypują komplementami. Jak maluchny bożek przyjmuje dziewczynka ich słowa i czarną suknię matki, obrzuconą srebrem, śledzi. Porzycki poszedł do bufetu ze znajomymi. Markowska tańczy sennie, ale ciągle, Pita siedzi sama z wachlarzem mamusi i długim, wonnym boa. Aktorzy rozmawiali pomiędzy sobą. Zaczynają powoli zapominać o obecności dziecka. Pita siedzi i słucha tych słów, w głowie jej się kręci, na buzię wystąpiły dwie plamy. Ci panowie mówią o jej mamie, o innych paniach w sali, mówią swobodnie, śmieją się, porównują, szydzą.

Potem patrzą znów na nią, szepcą coś. I inni panowie patrzą także, i panie. Pita prostuje się, lubi, gdy tak na nią uwagę zwracają. Ale to już za wiele, bo to ją zaczyna męczyć, przygniatać... Gryzie wargi i oddycha z trudnością.

A mama ciągle tańczy.

Kadryl — walc — mazur — walc...

Kurz, pył jak na jakiej „Srebrnej sali”... Ten i ów tupnie z ochoty, a reszta tańczy glissando dla większego szyku. Państwo Warchlakowscy wyglądają bardzo znużeni, a panienkom od złośliwości pokrzywiły się buzie. Siedzą jednak w lożach jak przykuci. Kobiety co chwila obsypują się pudrem, mężczyźni idą do bufetu. Od strony restauracji gwar, szczęk, hałas. Wszystkie stoliki zajęte robią wrażenie koszyków, pełnych kwiatów. Barwne tualety kobiet wywołują to złudzenie. Tu i ówdzie strzela korek szampana.

Porzycki stara się o stolik, znajduje wreszcie, zakłada krzesła, dysponuje kolację. Powraca do sali, z prawdziwą przyjemnością śledzi tryumf Tuśki i Pity, patrzy, jak „ta czarno ubrana ze ślicznym karkiem” kręci się w objęciach coraz innego tancerza, i postanawia znów zamarkować swoją władzę nad tą „najpiękniejszą”, bo tak decyduje głos tłumu.

Podchodzi do Tuśki korzystając, że na chwilę usiadła obok córki.

— No... dość już tych tańców... Zmęczy się pani zanadto.

— Ja? Nie jestem wcale zmęczona.

— Ledwo pani oddycha. Nie pozwalam tańczyć więcej!...

Tuśce żal przestać królować, ale zarazem jej słodko, że Porzycki zajmuje się nią tak bardzo. Tylko Pita otwiera szeroko oczy i patrzy z oburzeniem na Porzyckiego, słysząc ton arbitralny, jakim on wydaje swe rozporządzenia.

Czeka, że matka się zbuntuje, każe za taką niegrzeczność śmiałkowi iść precz, lecz czeka na próżno. Tuśka uśmiecha się wdzięcznie do aktora i pozostaje na miejscu.

— Idziemy na kolację! — wyrokuje Porzycki.

Tuśka przytomnieje na chwilę.

Na kolację — kto? z kim? Ona z tym obcym człowiekiem... córka z nimi! Do grupy ich przyłącza się Markowska, dwóch jeszcze artystów i jakiś nieodzowny dekadent z włosami rozdzielonymi po cudacku i z twarzą w sekrecie natartą tłustym pudrem. Jest to pan noszący się z zamiarem napisania dwóch sonetów i nie chcący w żaden sposób zrozumieć, że jest już bardzo niemodny. Wszyscy przechodzą z szumem, szelestem i śmiechem przez salę i wchodzą do restauracji, gdzie czynią sensację. Na jednym z krzeseł, przy stoliku zarezerwowanym dla Porzyckiego, powieszono wieniec i publiczność patrzy ciągle na pęk kwiecia, związanego bladozieloną wstążką, zdobiący koło bobkowych liści.

Tuśka idzie do stolika jak przez rózgi. Czuje, iż popełnia rzecz wysoce niewłaściwą, i nie jest w stanie oprzeć się, aby jej nie spełnić.

Siada wreszcie pomiędzy Porzyckim a Pitą, która z rozszerzonymi nozdrzami pije formalnie nie znaną jej a podniecającą atmosferę restauracyjnej, kolacyjnej sali. Na stole pojawia się alasz i kanapki. Wszyscy piją, mówią głośno, wesoło, śmieją się z byle czego. Ich stolik jest point de mire całej sali. Obie kobiety piękne, strojne, śliczne białe dziecko, szykowni, pewni siebie mężczyźni, kwiaty, sfera artyzmu, w której się pławią, to wszystko wyróżnia ich korzystnie wśród tłumu. Czują to i są radzi. Biorą pełną garścią, co im życie niesie wesołości i odurzającej woni. Powoli i Tuśka czuje się porwana. Dobre wino, dowcipne słowa rzucane jak kwiaty na corso, spojrzenia pełne ognia, muzyka dolatująca z sali, a głównie obecność Porzyckiego, który otacza ją ciągłymi, nadzwyczajnymi względami, upajają jej zgłodniałą podobnych wrażeń naturę. Zdaje się jej, że ktoś postawił przed nią pełną czarę rozkoszy i że ona ma prawo poić się z niej i zaspokajać swoje pragnienie według woli. W połowie kolacji odrzuca wszystkie skrupuły. Co znowu!... wydają się jej śmiesznymi wyrzuty, jakie miała w chwili, gdy szła na kolację.

— Przecież to nic złego — myśli, zasłaniając się swoją zwykłą formą — zjeść kolację, pośmiać się; wszyscy tak robią!...

Oczy jej błyszczą, usta płoną jak kwiat granatu. Wachluje się, przechylona na krześle. Do ramienia jej prawie przywarty szepce Porzycki słodkie, miłe słowa. Od czasu do czasu spotykają się ich oczy i przeszywają tak miłosnym spojrzeniem, że stają się aż bolesne siłą swoją. I ręce dążą ku sobie. Zbiegają się za wachlarzem, pod serwetą, na wiązance kwiecia. Sznapsia i aktorzy to widzą, lecz patrzą na tę rzecz filozoficznie. Mężczyźni zazdroszczą. Markowska może śledzi ze smutkiem, jakby z żalem, ale i ona widocznie jest w stadium pewnego flirtu z jednym z aktorów. Przynoszą lody i szampana. Jowialny komik, stary kawaler, przysiadł się do Pity i dolewa jej wina. Tuśka od czasu do czasu przytomnieje, a wtedy surowa zwraca się ku córce i upomina ją, aby nie jadła słodyczy i nie piła wina. Lecz Pita, rozbawiona konceptami komika, którego okrągła, tłusta, różowa twarz bawi ją niepomiernie, daje się namówić przez niego do „nieposłuszeństwa” i w sekrecie popija z jego kieliszka benedyktynkę.

W restauracji przepełnienie. Tańce dogasają, zmęczone pięty żądają wypoczynku. Późna noc powoli rozsunęła się nad Tatrami. Deszcz przestał padać, jakaś uroczysta zapanowała cisza. Od lasów płynie woń przepojonych wilgocią mchów. Coś radosnego, wielkiego zwiastuje ta woń...

Lecz zbici w tłum ludzie nic o tym nie wiedzą. Chłoną w siebie swąd kuchenny, ostrą woń spoconych ciał, dym cygar i podniecają się sztucznie, aby przepchać się ku śmierci.

*

Proch jesteś — w proch się obrócisz!

W proch?

Od Tatr, od gór, od hal skrzydła się jakieś rozwiały. Limby samotnie rosnące żyją, dzwonki liliowe żyją, mchy krwawe żyją, złotogłów drga życiem. Smreki dyszą wonią.

Od Tatr, od gór, od hal skrzydła się jakieś rozwiały...

Ten dech, to tchnienie, właśnie to może zwiastowanie, że pył życiem się stał. Limba w pył korzeniami wrosła, w nim jej nasienie siłę wzięło do życia, do tchu... tak samo krwawy mech, ametystowy dzwonek, gencjana z szafiru, złotogłów z topazu.

W tę noc, w tę cichą noc, od Tatr, od hal, od gór, w dolinę zakopiańską spływa może objawienie najwyższe, spływa to, co zakryte i tajemnicze zda się, a może najprostsze i łatwe do przejrzenia jak krysztalne światło poranka.

Od Tatr, od gór, od hal.

Nie zwraca się ku nim nikt, tchnienie tajemne przechodzi nie odczute. Woń opium, woń smażonych trupów, zapach sztucznych pachnideł, głuszących szpetną woń nieczystych ciał, zbitych w ciasnej klatce, dusi wszechwładnie wszystko.

— Deszcz ustał! — mówi ktoś przy stole.

Niech sobie!... co nas on obchodzi! Nam tu dobrze!...

— Och! i jak! — myśli Tuśka.

Kolacja przeciąga się. Całe grono jest u szczytu podniecenia. Pita ma oczy szeroko otwarte i porzuciła swą minkę dumną i wzgardliwą. Obecnie wraz z komikiem poi muchy benedyktynką i cieszy się, że zdradzają pewne skłonności pijackie.

— Stare alkoholiczki!... — mówi komik, kapiąc na owady złocistym płynem.

Niemowlę dekadenckie (bardzo zresztą w gruncie nieszkodliwe i niezłe stworzenie), umazane pudrem, z całą bezbrzeżną melancholią sączy „chartreuse” i kryje nos w halsztuk na wzór Musseta. Sznapsia flirtuje zupełnie serio z młodym, przystojnym aktorem.

Tuśka patrzy na to wszystko przymrużonymi oczyma. Szampan, do którego jest nieprzyzwyczajona „rozebrał ją” zupełnie. Nie wie sama, co mówi, co robi. Wie, że jest jej błogo i że chciałaby, ażeby ta noc się nie skończyła. Cieszy się widząc, że aktorzy nie mają zamiaru poruszyć się z miejsca. Sala powoli opróżnia się. Oni ciągle siedzą na miejscu, wymyślając przeróżne „kolejki”.

Kelnerzy, wpół śpiąc, podają rozmaitego kształtu butelki. Razem z kieliszkami zjawia się ciągle czarna kawa. Tuśka już nie patrzy na to, co pije Pita. Tuśka sama potrzebuje, ażeby ktoś kontrolował, co ona pije... Wreszcie Sznapsia pierwsza przytomnieje.

— Państwo... świt!

Ach, tak!... świt! Noc ta musi wreszcie ustąpić.

Jakie to fatalne.

Coś tam nieśmiało, szaro się skrada. Chłodem wieje z okien. Z tym słowem świt przychodzi jakiś rodzaj opamiętania.

Wszyscy podnoszą się ciężko z krzeseł. Tuśka doznaje po prostu bolu na myśl, że się to już skończyło. Rzeczywistość spada na nią całym ciężarem. Odziewając się w rotundę, czuje, kim jest i że to przepędzenie czasu, które sprawiło jej tyle rozkoszy, to po prostu sztucznie wyrwany z trudem kwiat i to z cudzego ogrodu.

Świt nadchodzi, kwiat więdnie, niknie, niknie...

Za chwilę wracają dorożką w stronę Skibówek.

Ona z Pitą na tylnym siedzeniu.

Naprzeciw nich Porzycki.

Szare światło poranne wydobywa bladość i znużenie ich twarzy. Tuśka zamglonymi oczyma patrzy na Porzyckiego. On oddaje jej ten wzrok z całą siłą. Uśmiechają się do siebie. Pita widocznie czyni usiłowania, aby nie zasnąć. Mruga oczyma i zaciska piąstki. Jest tak blada, że prawie alabastrowa. Tuśka spogląda na córkę. Przeraża ją ta bladość. Dziecko połyka ciągle ślinę i widocznie jest niezdrowe.

— Co ci, Pito? jesteś chora?

— Nie... mamusiu...

Porzycki zaczyna się śmiać.

— To nic... Pita troszkę za dużo jadła lodów i piła benedyktynki.

Pita wzgardliwie wzdyma usteczka. Jest tak dumna, że ta uwaga aktora przyprowadza ją na pewien czas do równowagi.

Ale niedługo to trwa. Za chwilę znów kurczy się i blednie.

Tuśkę ogarnia przerażenie. Fotografia Amy miga jej przed oczyma. Kto wie! może właśnie dziecko aktorskie zaziębiło się, gdy także powracało z matką z takiej kolacji. I te słowa Sznapsi: „Często myślałam, że to może kara za to, co ludzie nazywają winą...”.

Równocześnie Tuśka czuje, że Porzycki w fałdach peleryny szuka jej ręki.

— Nie, nie...

Zwraca się do dziecka, zdejmuje nerwowo ze szyi szal sznelowy i otula nim dziewczynkę.

— Proszę cię...

— Dziękuję mamusi, mnie nie zimno...

— Proszę Pity wziąć szal!

Zapina starannie pod brodą dziecka ciepłe okrycie.

— Niech Pita się nie rozkrywa.

Dziecko, zmożone ciepłem i wypitym trunkiem, zasuwa się w róg powozu.

Tuśka uspokojona, że wypełniła obowiązek matki, czuje znów rękę Porzyckiego szukającą jej dłoni.

I ostrożnie opuszcza swą rękę w ciepłe fałdy peleryny, w połowie drogi spotyka rękę aktora i palce jego z okrutną prawie namiętnością wplatają się w jej palce...