XXXIII

I nadszedł ranek, i trzeba było otworzyć oczy, i pomyśleć, że „mąż” pije kawę rano, a nie herbatę, bo tak bywało od lat wielu na... Wareckiej ulicy.

A więc Tuśka wstaje, ale nakłada na siebie zmiętą już i zbrudzoną matinkę. Co ją to wszystko obchodzi! Porusza się jak automat. Przyrządza ową „kawę” z miną ofiary i rzeczywiście ma zamiast serca po prostu ranę. Myśli, że „oni” oboje są w tej chwili pod jednym dachem, obok niej, i że jakby łańcuch przykuwa ją do miejsca, nie pozwala ani jednego swobodniejszego ruchu, ani wyjawienia myśli. I to właśnie tajenie myśli zaczyna ją dręczyć i dławić najwięcej.

— Czy wytrzymam tak długo? — myśli — zaledwie się to przecież zaczęło, a ja jestem u kresu sił...

Podaje mężowi kawę, on dziękuje jej i już ubrany, wyszczotkowany, bardziej niż kiedykolwiek chudy i zielony, bierze tackę i wynosi się z nią na werandę.

— Wypiję kawę patrząc na góry! — mówi i uśmiecha się nieśmiało.

— Tak, tak... tak właśnie być powinno — odpowiada mu Tuśka uśmiechając się także, a myśl jej aż szeleści skrzydłami koło drzwi izby Porzyckiego.

— Co to będzie, gdy się spotkają? — myśli. — Jak zachowa się Porzycki? Może wyjedzie na ten czas... Wszak to musi być dla niego straszne, gdy pomyśli, że ten mąż jest tak blisko niej. A może Żebrowski czegoś się domyśla — co wtedy?

Siada przed lustrem, zaczyna się czesać, lecz grzebień jej z ręki leci. Jest blada, ma oczy podkrążone sinymi obwódkami. Uśmiecha się gorzko.

— Oto wpływ małżeńskiego jarzma... ledwo się pojawił, ledwo przesunął koło mnie, a już zbrzydłam, już się postarzałam.

Patrzy z ukosa na Pitę.

Dziewczynka powoli, z metodą odziewa się i nigdy nie uderzyło tak Tuśkę podobieństwo ruchów dziewczynki z ojcem.

— Taka sama, jak on... marmurek!...

Zdawało się jej, że słyszy w sieni kroki Porzyckiego. Doznała uczucia jakby szalonej trwogi. Pragnie go zobaczyć, a po prostu lęka się tej chwili. Jest jej tak, jakby ona względem Porzyckiego popełniła jakąś straszną winę, jakby to ona ściągnęła tu tego męża, którego obecność stawia dziś Porzyckiego w fatalnej sytuacji.

— Powiedział wczoraj, że uczyni dla mnie wszystko — rozmyśla posępnie. — Ach! gdyby rzeczywiście.

Kręcenie się automatyczne Pity denerwuje ją do reszty.

— Weź, Pito, swoje mleko i idź do ojca na werandę. Dotrzymaj mu towarzystwa.

Dziewczynka bierze filiżankę z mlekiem i wychodzi nie śpiesząc się i nie okazując wielkiej chęci do owego „dotrzymania ojcu towarzystwa”.

— To będzie wszystko straszne, to nie będzie możliwe do przeniesienia — ciągle myśli Tuśka — ja nie wiem, co się stanie, ale coś się stać musi.

Ktoś bez pukania drzwi otwiera. Obidowska ukazuje się ponura, tragiczna, złamana. Niesie w ręku pęk róż.

— Majom kwiaty! — mówi kładąc róże na stole.

W Tuśce serce bije szalonym tempem. Te róże to posły od niego! Mówią jej wczorajsze słowa, szeptane tam w koronie modrzewiów! Patrzy na nie, tknąć nie śmie.

Drogie, drogie kwiaty! — i drogi, drogi... on!

Obidowska nie odchodzi, stoi, kiwa głową.

— Wiedzom? — pyta — to te kuśtyki go zabili.

— Kogo?

— Ano... tego, co go fcora naśli. Jego zona i jej gachy. Zmówili się, zmanili w las i ciupagami utłukli... Juz ik majom! Siedzom w hareście...

Tuśkę ogarnia znów złość na tego „męża”, który więził przy sobie rwącą się od niego kobietę.

— Dobrze mu tak... — powtarza z uporem — dobrze mu tak; po co się żenił z młodszą?

— Jakże to? jakże to? — pyta Obidowska.

— Tak to, tak to... — przedrzeźnia ją Tuśka, rada, że ma na kim zemścić się za swoje udręczenia — tak będzie każdej, czy żonie, co męża więzi, czy mężowi, co więzi żonę.

Obidowska zrozumiała. Oczy jej zabłysły i nagle zgasły, jakby trwoga je zgasiła, usta rozwarte znamionują przestrach. Tuśka czuje ulgę w tym moralnym znęcaniu się. W Obidowskiej widzi uosobienie nienawistnego jej w tej chwili jarzma małżeńskiego. Forsuje więc nutę.

— I wy strzeżcie się!... — rzuca, kładąc róże do wody.

— Jo?

— A wy... nie więźcie Józka w chałupie, bo on młody i chce świata.

— Jo go ta nie więze...

— Aha!... trzymacie go koło siebie na uwięzi, a on kiedyś będzie miał dosyć i zrobi wam tak, ja ci zrobili z gazdą w lesie.

— O! o! o!...

— Nie o!... ale tak! — A teraz idźcie sobie, bo mnie nudzicie.

Obidowska wychodzi cicho, jakby spłoszona, zamykając lekko drzwi. Chwilę długą stoi na dziedzińcu, zamyślona, z oczyma wbitymi w ziemię.

Gdy wreszcie weszła do szopy, oczy jej nieufnie błysnęły w stronę łóżka, na którym leżał Józek. Kilkakrotnie otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz milkła.

Wreszcie wzięła nóż i kartofle i siadła przy ognisku.

Jak cień siadł przy niej lęk ogromny, najgroźniejszy ze wszystkich lęków, jakie szarpią nędzną istotę człowieka, bo lęk o życie własne.

Mimo woli ogląda nóż i głową kiwa.

— Nieostry! — myśli — nawet byk się cem bronić nie miała.

I postanawia dziś jeszcze dać nóż do wyostrzenia.

*

Tuśka czesze się powoli i do róż uśmiecha się smutnie.

— Co to będzie!... co to będzie!...

Znikło z jej duszy owo zastawianie się, że „nic złego się nie stało”. Tak było, gdy nie widziała męża, żyjącego dowodu swej przysięgi małżeńskiej. Obecnie, będąc w gruncie rzeczy zupełnie nie zepsuta i nie zdeprawowana rozlicznymi flirtami szpetnymi i powoli oswajającymi kobiety z rzeczywistym, bo serdecznym wiarołomstwem, uważa, że to, co się stało, już jest wiele, bardzo wiele! Reszta to już rzeczy wypadku i sprzyjających okoliczności. Główna wina, owo „zakochanie się” i dowiedzenie się o wzajemności, rozwinięte w całej pełni. A więc wina jest. Jakże z nią żyć? Jak się taić? Jak się szarpać tak dnie i noce całe? A zwłaszcza gdy oni staną naprzeciw siebie i obok niej?

— Ach, nie! nie!

Słyszy teraz wyraźnie, że Porzycki wtacza rower do sieni. Rano musiał wstać, jeździć po róże. Ona go nie słyszała, gdy przechodził. Należy się z nim zobaczyć, koniecznie...

Porywa się od lustra, narzuca biały szal na matinkę, drzwi do sieni otwiera.

— Dzień dobry!

— Dzień dobry!

Ona szepce i on także...

Ten szept ostrożny, pośpieszny, właściwy ludziom zmuszonym ukrywać się ze swą miłością.

Tylko u niej głos drży, on mówi pewnie, zupełnie śmiało.

— Pan wie...

— Co?... A!... tak — mąż... Gdzież jest?

— Siedzi na werandzie, pije kawę.

— Naturalnie.

Zaczyna się śmiać. Ten śmiech zbija trochę z tropu Tuśkę.

— Jam temu nie winna...

— Czemu? że pije kawę?

— Nie, że... przyjechał.

— A któż panią wini?

— Ja... myślałam... że pan...

— Ja?

— No... że... panu będzie przykro...

Wzruszył ramionami.

— Zapewne, przyjemne mi to nie jest. A nawet bardzo... nieprzyjemne...

— A więc ja pomyślałam, że najlepiej będzie, ażeby pan wyjechał.

Otworzył szeroko oczy.

— Po co?

Nie umiała sformułować odpowiedzi, lecz dodała szybko:

— Na ten czas tylko.

Pomyślał chwilkę, wreszcie odrzucił:

— To niepotrzebne.

— !!!

— Tak. To się jakoś ułoży.

Załamała ręce.

— Ale jak? jak?... Mnie to zabije.

Roześmiał się znów i pogładził ją po rozpuszczonych włosach.

— No, no, nie tak tragicznie. Niech no się kiciątko nie martwi. My to jakoś ułożymy, że wszyscy będą zadowoleni.

Powtarzała ciągle gorączkowo:

— Ale jak? ale jak?

— Jakoś!...

I nim opamiętać się zdołała, pocałował ją gorąco i znikł we drzwiach, prowadzących na ulicę.

Tuśka cofnęła się z płonącymi policzkami i z duszą pełną rozwichrzonych myśli.

Co miało znaczyć jego: Jakoś się temu zaradzi?...

Nagle od strony werandy, przez izbę do niej prowadzącą, doleciały ją zmieszane głosy.

Tak, stanowczo, to był głos Porzyckiego, a potem jej męża.

Zmartwiała cała. Dźwignęła się z krzesła i szybko podeszła do drzwi.

A więc się spotkali! Może teraz mąż dopiero zagra w odkryte karty, może teraz wyda się, iż on wie o wszystkim i po to jedynie przyjechał, aby wyświetlić sytuację. Co się stanie! co się stanie!

Z bijącym sercem Tuśka śledzi i wsłuchuje się w to, co się dzieje na werandzie.

Ale to, co się tam odbywa, to nie jest żadna tragedia. Przeciwnie, spokojnie, gładko tam płynie fala życiowa bardzo ładnym i miłym szablonem. Porzycki podszedł pierwszy i poprosił Pitę, aby przedstawiła go ojcu.

— Sąsiadem jestem i mam zaszczyt znać żonę szanownego pana i jego córeczkę. Pozwoli więc pan...

Żebrowski na wszystko pozwala. Odkłada rogalik, który skrupulatnie smarował masłem, powstaje i z pośpiechem ściska wyciągniętą dłoń aktora. Usty pełnymi pieczywa bełkocze, że „jest niewymownie szczęśliwy”. Jego spłowiałe, zmęczone oczy patrzą z zachwytem na ładną, zdrową, pełną twarz Porzyckiego. Ten rosły, wspaniały mężczyzna imponuje biednemu urzędnikowi o zapadłych piersiach.

— Pan dobrodziej pierwszy raz w górach?

— Tak... tak.. A może pan usiądzie?

— Chętnie.

— Papierosika?

— Dziękuję. Mam swoje. Może panu można służyć?

— Ja mam nasze i do tych jestem przyzwyczajony.

— Phi! ja także jestem Królewiak.

— No... no... a z których stron?

— Z Kieleckiego.

— Ja także.

— Ot, jak się złożyło.

Zaczynają śmiać się.

W śmiechu tym rozwiewa się tragizm sytuacji, a natomiast występuje jakaś ohyda, jakaś szpetota codziennego fałszu i to przenika do głębi duszę Tuśki.

— Śmieją się!... — myśli wracając do lustra. — Już się poznali...

Zwłóczy z ubraniem się, nie jest zdolna po prostu iść tam, pomiędzy nich i brać udziału w ich rozmowie.

— To wstrętne... to jeszcze gorsze, niż gdyby się wzięli za bary — przemyka jej po głowie.

— A może to tylko tak z początku, kto wie, co będzie dalej!...

W duszy jej coś zaczyna się buntować nie tylko przeciw mężowi, ale i przeciw Porzyckiemu.

O ileż wolałaby, gdyby przedstawił się jej zrozpaczony, gdyby uciekł, nie chcąc widzieć nawet tego „męża”. Tak jak było obecnie, namiętność jego i miłość widocznie nie była znów tak bardzo silna i bezwzględna.

— A może on zadaje gwałt sobie i zmusza się do takiego postępowania, aby mnie przykrości nie robić i nie oddalać się ode mnie? Kto wie?

Szczęśliwa, iż wynalazła przed sobą usprawiedliwienie kochanka, zaczyna apoteozować jego poświęcenie.

Tak, tak, nic innego. On się przymusza. On w tej chwili cierpi tak jak ona, a może jeszcze więcej. Tylko, jako mężczyzna, ma więcej hartu i silnej woli.

Pokrywa to wszystko, stara się jakoś ułożyć możliwie sytuację, aby przebyć to wszystko i dopomóc jej do przeniesienia tych ciężkich i fatalnych chwil.

I w tej chwili Tuśka postanawia całą siłą okazać się także równie mężną i bohaterską. I ona dopomagać będzie Porzyckiemu w jego heroicznych usiłowaniach. Nie pozwoli mu dźwigać ciężaru tego przymusowego i tragicznego kłamstwa samemu. I ona okaże się silną i godną jego miłości.

Ubiera się pośpiesznie, ale szykownie i wychodzi wreszcie na werandę.

— Otóż i nasza pani! — woła Porzycki całując ją w rękę.

Tuśka gra rolę uprzejmej gospodyni i siada przy stole pomiędzy Porzyckim a mężem. Od razu odczuwa, iż Porzycki wprowadzić chciał pewien zwykły mu, serdeczny nastrój, lecz Żebrowski zachowuje się, jak zwykle, zimno i lękliwie. Ogarnia ją wielka niechęć do męża za to, że nie umie przyjąć goręcej sympatycznych zabiegów kochanka. Przy tym różnica fizyczna obu mężczyzn występuje na jaw z całą gwałtownością. Porzycki uosabia siłę, zdrowie, piękno i zadowolenie życiowe. Żebrowski, znędzniały, wystygły, jakby nieśmiało skradający się przez życie...

Pełne słońce bije całą masą światła na nich, wydobywając ich zalety i niedostatki z brutalnością i szczerością niezwykłą. Tuśka doznaje dziwnego fizycznego wrażenia, które mimo woli analizuje, rozmawiając o rzeczach na pozór obojętnych.

Oto od strony, po której siedzi Żebrowski, wieje ku niej chłód, który ją literalnie mrozi i skostnieniem przejmuje. Od Porzyckiego zaś idzie jakiś ciepły prąd, ożywczy i miły.

— To tak! — myśli — to tak!

I coraz silniej brnie w ten szablon trójkąta, który dawniej przedstawiał się jej spoza mgły jak jakiś legendowy ptak, wizją przestraszną się unoszący.

Porzycki potrąca o scenę, o swój fach.

Żebrowski spłowiałe oczy szeroko otwiera.

— Pan jest w teatrze?

— Tak!

— A!

Nic nie zdoła oddać owego „a”, które z ust bladych, ocienionych niepewnego koloru wąsami się wydobywa.

Jest to zdziwienie, rozczarowanie i pewne lekceważenie zaśniedziałego w swych urzędowych gradacjach i zaszczytach mola dla swobodnie rozwianego i hulaszczo płynącego w przestrzeń życiową artystycznego ducha.

A przy tym jakaś ciekawość tłumu dla histriona, przyglądania się chętnie straszącej z daleka masce, wyciętej z dyni i rozświetlonej wewnątrz ognikiem świecy.

Tuśkę to „a” obraziło za Porzyckiego. Ze skrzywieniem niewyraźnym patrzy na męża. Myśli, że jest brzydki i że brakuje mu taktu.

Porzycki zdaje się jednak nie dostrzegać nic ubliżającego w odezwaniu się Żebrowskiego, bo wesoło proponuje po obiedzie wycieczkę do Kuźnic.

— Pokażemy panu dobrodziejowi czepculki! — śmieje się swobodnie.

— Czy to góry?

— Nie, nie. To specjalność kuźnicka... Pan dobrodziej zobaczy.

— Ba... ja chciałbym widzieć jak najwięcej gór.

— Ale naje się ich pan jeszcze łyżką. Myśmy się ich już najedli. Prawda? co?

Zwraca się do Tuśki.

— Żona pana dobrodzieja niewielka amatorka gór. Nie chce chodzić na wycieczki...

Z czymś widocznie czai się Żebrowski.

— A czy to bardzo niebezpieczne? — pyta wreszcie nieśmiało.

— Co?

— No... taka wycieczka.

— Jak jaka.

— No... ale taka nieduża, całkiem mała wycieczka.

— Cóż ma być niebezpiecznego?

— Bo to można zlecieć.

— Ech! gadanie... skoro się ma pewne nogi i przytomność umysłu.

Żebrowski już nic nie odpowiada. Coś zdaje się rozliczać, obmyślać, wreszcie znów pyta:

— A pan dobrodziej był w górach?

Porzycki parsknął śmiechem.

— Ależ ja znam Tatry jak własną kieszeń.

— I nigdy pan nie zleciał?

— Parę razy.

— A widzi pan.

— Ale mi się nic złego nie stało i jestem zdrów i cały. No... ale jakże będzie z Kuźnicami?

Po Tuśce aż mróz idzie.

W jednej chwili przypomina sobie nieodstępne zielone palto męża, jego zeszłoroczny kapelusz, ogarnia wzrokiem niepoczesną minę i czuje, że nie może zaprezentować publicznie „coś takiego” jako swego męża. Zanadto mizerny, zanadto wyblakły, zanadto żaden.

— To niepodobna — mówi tonem arbitralnym — mam migrenę, głowa szalenie mnie boli, dziś pozostanę w domu.

Porzycki patrzy na nią, widzi, że jest zdrowa, więc wzrusza ramionami.

— Właśnie przejażdżka pani pomoże.

Ale ona gwałtownie wstaje i odsuwa krzesło.

— Nie... proszę, niech pan nie nalega.

Wysiłek trwał za długo. Łzy ją po prostu dławią.

— Idę się położyć.

Szybko wychodzi do swego pokoju. Mąż nie rusza się od stołu.

— Najlepszy na migrenę spokój — decyduje półgłosem. — Ja po chwili pójdę się przejść z Pitą.

— Tak, tak, najlepiej pan zrobi.

Porzyckiemu widocznie przykro. Chciałby iść za Tuśką — nie może.

Wraca do siebie, idąc cicho jak kot przez sionkę.

Po długiej chwili słyszy, jak Pita i Żebrowski idą ku miastu. Wychodzi za nimi i patrzy stojąc przed domem, jak się oddalają z wolna w smudze drożnej. Pita jest widocznie szalenie nerwowo wrażliwa. Gdy idzie z matką, przybiera zupełnie ruchy Tuśki, gdy idzie z ojcem, ma ten sam chód kościany, wymierzony i automatyczny.

— Fenacetyna!

Porzycki wyciąga przez okno rękę z proszkiem. Wejść nie chce. Tuśka leży ubrana na łóżku. Twarz rozpaloną przycisnęła do poduszki.

— Pani Tuśko! fenacetyna!

Tuśka z trudnością podnosi głowę. Jest rzeczywiście chora, tak jak to kobiety zmartwione chore być umieją.

— Dziękuję panu, ja nie zażyję — odpowiada słabym głosem.

— Ależ... pomoże.

— Nie. Mnie nic nie pomoże.

— Zawsze pomagało.

— Ale dziś nie pomoże.

Porzycki stoi bezradny wobec tej rozpaczy.

— Co pani?

Pytanie to działa na nią wstrząsająco.

— Jak to? pan pyta, co mi jest?...

Siadła na łóżku i patrzy na niego szeroko otwartymi źrenicami.

— Chyba on pani nie dokuczył! — ciągnie Porzycki. — Zdaje się być bardzo delikatnym człowiekiem.

Tuśka uśmiecha się ironicznie.

— Właśnie... z powodu tej delikatności, którą się pan zachwyca, chciałam pana za niego przeprosić.

— Mnie? za co?

Tuśka jest tak rozdrażniona, że i Porzycki zaczyna ją denerwować swoją jakąś szaloną biernością, która obala poprzednio zbudowane przez nią kapliczki heroizmu. To spokojne „przyjmowanie” tego męża, teraz, gdy są sam na sam i gdy nie potrzebuje już udawać, jest jej wstrętne.

— Za to — mówi dobitnie — że pana zlekceważył, gdy się dowiedział, że pan jest na scenie.

— Czyż on mnie zlekceważył?

— Pan tego nie czuł? Ale ja za pana i za siebie uczułam.

Porzycki marszczy brwi i zamyśla się chwilę.

— To nie chodzi o lekceważenie — mówi wreszcie, wydymając usta — ale o to, że mąż pani nie znał mego nazwiska i nie wiedział, że jestem artystą.

— Och!... on!...

— Czy tam u was, w Warszawie, rzeczywiście się nami nie interesują? My znamy tu wszystkich waszych wybitniejszych artystów.

— Co znowu! — protestuje Tuśka — w Warszawie wszyscy ludzie z kulturą artystyczną wiedzą, kim pan jesteś... Ale ten delikatny człowiek nie zajmuje się sztuką. Jego kultura artystyczna jest jeszcze bardzo niska.

— Widocznie! — mówi aktor, którego struna miłości własnej jest struną najsilniej rozbrzmiewającą i podaną do grania umiejętną ręką.

Tuśka powstaje z łóżka i nerwowo zbliża się do okna.

— Przecież choćby dlatego, że grałem w Weselu... — ciągnie dalej swoje Porzycki — powinien wiedzieć, kim jestem!

— Tak, tak — przyświadcza Tuśka.

— Widziała mnie pani na Weselu?

— Naturalnie.

Aż drży, aby nie wziął jej na egzamin, którą grał rolę, bo będąc na sztuce, nie interesowała się aktorami.

— No... widzi pani... Czy można mnie nie zauważyć?

— Nie, nie można!

Tuśka jest coraz więcej zdenerwowana. To zajmowanie się sobą i swoim aktorstwem wydaje się jej więcej niż niewłaściwe. Mógłby też zwrócić uwagę na to, co się z nią dzieje.

— Teraz nie będzie się pan dziwił niczemu! — mówi, siadając przy oknie i opierając się o ramę.

Porzycki ma minę złapaną. Właściwie nie wie, czemu ma się dziwić i dlaczego nie ma się dziwić.

Zbliżenie się Tuśki działa jednak na niego, tak jak zawsze. Ogląda się i szybko zaczyna całować jej ręce, które wysuwają się śliczne i kształtne spod fałdów szala. Ta pieszczota doprowadza Tuśkę do szczytu. Zaczyna szlochać, z początku cicho, potem z coraz większą gwałtownością.

— Ja tego wszystkiego nie przeniosę!

— Ależ...

— Nie ma ależ... Pan tego nie czuje, pan nie rozumie, co się we mnie dzieje? Pan nie wie, co ja znoszę za męki!...

— Pani taka z nim nieszczęśliwa?

Mówili z sobą mało o jej domowym pożyciu. Z samego początku kilkakrotne jej odezwanie się dawało do poznania, że stosunek jej do męża jest bardzo correct i że nic tam, jak się mówi, „nie kloszuje” oprócz chłodu i przesadnej grzeczności.

Tymczasem dziś ta poprawność zmienia się w jakąś ukrytą widocznie tragedię, bo przecież takie łzy musi wyciskać prawdziwa i szczera chyba, a długo tajona boleść.

Porzycki zasmuca się nie na żarty. Żal mu jakoś Tuśki, a przecież nie wie sam, dlaczego nie żal mu tak, jak należy.

— Co to jest? co to jest? — myśli, jakiś niepewny i wahający.

Ona odczuwa, że jest jakiś rozdźwięk, i forsuje nutę.

— My tak zawsze... — mówi wśród łez — na dwóch biegunach... To straszne...

On nie znajduje nic, co by mogło ją rzeczywiście z tego zdenerwowania wyprowadzić.

— Proszę, uspokój się.

Im więcej ją prosi, tym ona łka gwałtowniej. Czeka ciągle na jakieś inne, silniejsze, bardzo stanowcze słowo.

— Niech kiciątko nie płacze!...

To osusza jej łzy. Spogląda na niego z ironią. Więc nic innego nie umie? Oczy ich spotkały się i w ślad za oczami idą usta. Przypadli do siebie i całowali przez chwilę całą siłą swych dusz. Ktoś wszedł do sieni, porwali się, rozbiegli jak kuropatwy spłoszone. On przed dom, ona do lustra, aby poprawić włosy i zapudrować oczy.

Drogą od miasta nadciągał powoli Żebrowski z Pitą.

Szedł przygarbiony, przytłoczony, mając pełne oczy słonecznych wizji Tatr, które zobaczył w całej pełni majestatu z ulicy Nowotarskiej.

Jego biedna, miejska, nędzna wyobraźnia nie mogła znieść tego ogromu, tego przepychu, tych roztęczonych, granitowych olbrzymów, które jego, biurowego Pigmeja, z taką wzgardą odpychać się od siebie zdawały.

Szedł milczący obok Pity i tylko kiedy niekiedy kręcił głową.

Gdy doszedł do Porzyckiego, stojącego koło żerdzi, opasujących chałupę, zatrzymał się.

— Wie pan dobrodziej... — wyrzekł — nie spodziewałem się!

— Czego?

Ale on się dalej nie tłumaczył, tylko powtarzał:

— Nie spodziewałem się!

A Pita dodała w formie objaśnienia, wydymając po swojemu usteczka:

— Ojciec mówi o górach.

— Tak, panie dobrodzieju, o górach...

I po chwili dodał:

— Muszę jeszcze tego rycerza na Giewoncie zobaczyć.

A Porzycki z uśmiechem uspokajał:

— Zobaczy pan dobrodziej, zobaczy.

— A czy to rzeczywiście do rycerza podobne?

— Trochę.

— Mówią, że bardzo.

— Tak... przyzwawszy fantazję do pomocy.

Blady uśmiech, jak mgła przedwieczorna, owionął twarz Żebrowskiego.

— To się przyzwie fantazję, panie dobrodzieju!... to się przyzwie!

Usteczka Pity wydymała coraz większa ironia...