3. Oblężenie grodu Nakła
Ponownie Władysław, po uzyskaniu trzech hufów posiłkowych z Czech, około św. Michała175 wtargnął na Pomorze; tam oblegającym gród Nakło176 niesłychane dziwy się przytrafiały, strasząc co noc tychże widokiem mar zbrojnych, w wojennym szyku, jakby w celu natarcia zbliżających się ku ich obozowi. Gdy takie złudzenie częściej się powtarzało i znaczenia jego sobie wytłumaczyć nie byli w stanie, pewnej nocy zdjęci przestrachem zwykłym na znaczną przestrzeń wybiegli z obozu, jakoby cienie nocne ścigając, a tymczasem grodzianie, skorzystawszy z tego ich obłędu, przypadli między puste okopy i jeśli czego innego nie dokazali, tedy przynajmniej część namiotów i machiny ich wojenne puścili z dymem. Widząc zatem Polacy, że nic nie wskórają, ani nawet do boju porządnego wywołać ich nie będą w stanie, zwłaszcza że dla części wielkiej wojska, najbardziej zaś dla Czechów, brakło żywności, po daremnym znoju podjętym, od grodu odstąpili. Poszło za tym, iż Pomorzanie z wolna wzbili się w pychę, jakoby Polskę sobie lekceważąc, a nie przeczuwali, w jaki im ton kiedyś zagra syn Marsa, którego wizerunek tu kreślimy. Lecz żeby się komu nie wydało, iż tylko za treścią weselszą gonimy w naszym opisie, powiemy i o takich rzeczach, co rozjątrzą przeciw nam zawistnych — na co już z góry jesteśmy przygotowani. Nikt też na bieg wypadków zważający pilnie, za niestosowną rzecz tego nie uzna, iż się do jednej tu opowieści wprowadzi bękart obok syna w prawym małżeństwie zrodzonego. Na taki też to sposób nie razi nas w dziejach świętych postawienie obok siebie dwóch synów Abrahama, których tenże rozłącza wkrótce z powodu niezgody wszczynającej się miedzy nimi. Pochodzili przecież obaj z tego nasienia patriarchy, a tylko różnica zachodziła co do praw ich ojcowizny.
4. O buncie Zbigniewa
Owóż Zbigniewa, syna, którego miał z łoża bocznego, panujący książę Władysław177, gdy widział w nim lata ku temu odpowiednie, a nie chciał mieć go przy sobie w Krakowie, za radą swej żony, wysłał pod pozorem kształcenia naukowego i osadził w pewnym klasztorze saskim178. A wtenczas Sieciech, wojewoda naczelny, mąż skądinąd rozumu wyższego, przy czym imponujący rodem i samąż postacią okazałą, zaślepiony chciwością mienia, nieznośnych dopuszczał się gwałtów, posuwanych do okrucieństwa. Jednych bowiem za nieznaczącą pobudką wywłaszczał z dóbr posiadanych, drugich z kraju wyganiał, w miejsce zaś szlachty na urzędy gmin wynosił. Skutkiem takiego jego samorządztwa, wielu, niezniewolonych nawet dotąd pobudką wyraźną, dobrowolnie z kraju ustępowało, nie chcąc tylko doczekać, by na nich przyszła kolej podobnego bez winy cierpienia. Ale jak to dotychczas miało miejsce, iż tułacze po różnych okolicach się rozpraszali, za namową książęcia Brzetysława, jęli się pod jego okiem w Czechach gromadzić. Ci następnie chytrością Czechów ułowieni na wędkę, owszem przekupstwem skłonieni, postarali się o wykradzenie Zbigniewa z klasztoru i pośród siebie go przywiedli. Wreszcie mając taką rękojmię dla swych widoków, przystąpili czynniej do wykonania dawniej ułożonego planu, wyprawiając poselstwo do Magnusa, wielkorządcy wrocławskiego, w następnych objęte słowach:
„My w rzeczy samej, Magnusie, komesie z ramienia królewskiego, jakkolwiek zniewagi Sieciecha, na wygnanie skazani, znosimy, lecz nad tobą, Magnusie, któremu tytuł twego rządzwa więcej ujmy niż zaszczytu przynosi, serdecznie ubolewamy, bo przypadł ci mozół zaszczytu, nie zaszczyt, bo nie śmiesz nawet przystawom Sieciecha zwierzchności twej okazać. Owóż gdybyś z karku jarzmo niewoli chciał zrzucić, weź się do tego spiesznie, abyś młodzieńca, którego między sobą tu mamy, obecnością jak tarczą obrony się zasłonił”.
A wszystko to było sprawką książęcia czeskiego, który z uciechą siał niezgodę między Polakami. Odebrawszy jednak takie poselstwo, Magnus długo wahał się naprzód; dopiero po naradzeniu się ze swą starszyzną i obmyśleniu działania na przyszłość, do ich propozycji się przychylił i Zbigniewa do siebie przyjął. Czyn ten zasmucił mocno ojca tegoż, Władysława, ale zakłopotał daleko więcej królową i Sieciecha, jako na wyniknąć stąd mogące następstwa uważnych. Więc też natychmiast posła z swej ręki do Magnusa i panów wrocławskich wyprawili z zapytaniem, co by to miało za znaczenie, że Zbigniewa ze zbiegami, bez wiedzy i rozkazania ojcowskiego przyjęli. Czy zatem chcieliby być miani za buntowników lub woli jego posłusznych? Na to odpowiedzieli Wrocławianie jednomyślnie, iż nie zdradzali ojczyzny, w ręce ją Czechów lub innych obcych wydając narodów, lecz że przyjęli do siebie książęcego syna, a z nim rodaków będących na wygnaniu, nie sądzą, aby dali powód do mniemania, iż przestali wiernie i wytrwale być posłusznymi panu i władcy swemu lub od tegoż posłuszeństwa się wymawiali względem prawowitego jego syna Bolesława; boć tylko wszelkimi siłami postanowili walczyć przeciw Sieciechowi i jego niegodziwym zamysłom. Lud zaś zgromadzony na wieść o poselstwie, ledwo nie ukamienował orędownika Sieciechowego, iż chciał bronić tegoż przez fałszywe wykręty. Czym rozgniewany wielce Władysław oraz pałający zemstą Sieciech zgodzili się na jedno, ażeby Władysława króla Węgier i Brzetysława księcia Czech na pomoc przeciw Wrocławianom przyzwać: skąd więcej niesławy niżeli zaszczytu i korzyści odnieśli w skutku. Albowiem Sieciecha w więzy zakutego byłby król Węgier Władysław z sobą uprowadził, gdyby tenże wraz z małoletnim Bolesławem nie był wcześniej umknął. Gdy zatem nic siłą przeciw Wrocławianom nie mogli wskórać, rodacy bowiem przeciw rodakom walczyć nie chcieli, mimowolnie ojciec zawarł pokój z synem i przy tej okoliczności po raz pierwszy synem go swym nazwał. Wróciwszy tymczasem z Polski, dokąd w ucieczce był się schronił, między ich starszyzną jął Sieciech chytrze obiecankami i sypanym złotem nurtować i na swą stronę pojedynczo z wolna przyciągać. Na koniec wreszcie znalazłszy większą ich liczbę dla siebie skłonnych, wnet księcia panującego, Władysława, namówił do podstąpienia z wojskiem pod Wrocław i już po drodze poddane sobie zamki niektóre był zagarnął; gdy widząc Zbigniew odpadających od sprawy swej przedniejszych stronników wewnątrz i poza grodem, zrozumiał, jak trudno „wierzgać przeciw kiścieniowi”, a na gminu wierność i bezpieczeństwo życia nie rachując, w nocy ucieczką się ratował a tak niewstrzymany w biegu przypadł do Kruszwicy, grodu rycerstwem przepełnionego, do którego przez grodzian chętnie został wpuszczony.
5. O zdobyciu grodu kruszwickiego i zburzeniu
Lecz ojcu na sercu było, iż tak bezkarnie mu uszedł a kruszwiczanie przeciw niemu właśnie między siebie go przyjęli: więc tymże zachodem w pogoń za uciekającym Zbigniewem się puszcza i całymi siłami na gród kruszwicki uderza. Zbigniew zaś, ściągnąwszy tłumy pogan pod buntowniczą chorągiew, mając przy tym siedem pułków z samych kruszwiczan do rozporządzenia, wyruszył z grodu i walczył z swym ojcem: lecz sędzia sprawiedliwy pomiędzy ojcem a synem wyroku domierzył. Więcej bowiem niż domową powinna się była nazwać ta wojna, gdzie syn przeciw ojcu, a brat przeciw bratu występnego dobywał oręża. Tam, sądzę, nędzny Zbigniew godnie na ojcowskie złorzeczenie, które nastąpić miało, zasłużył; i tamże Bóg wszechmocny nad Władysławem księciem takie miłosierdzie okazał, iż moc niezliczoną z nieprzyjaciół trupem zasłał, a przeciwnie z jego strony jak najmniejszy poczet śmierć spotkała. Tyle bowiem się przelało krwi chrześciańskiej i tyle trupów do jeziora zamek otaczającego zapadło, iż od owego czasu wszelki dobry chrześcijanin brzydził się pożywać rybę z jeziora pomienionego. A w taki to sposób Kruszwica, przedtem w bogactwa i lud rycerski opływająca, w jedno głuche pustkowie się obróciła179. Zbigniew tedy, ocalony z pogromu, z garstką niedobitków do zamku się chroniąc, nie wiedział, czy stratą głowy na rusztowaniu czy obcięciem członków winę swą miał opłacić. Ojciec atoli nie pastwiąc się nad nierozumem wieku młodzieńczego, a zapobiegając tylko, by się do pogan lub innych buntowniczych rodów nie przyłączył, skąd by większe niebezpieczeństwo wynikło, w miejsce ukarania śmiercią lub obcięcia członków przyjąwszy rękojmię sobie zań daną, odesłał go na Mazowsze i więzieniem w grodzie Sieciecha180 przez czas niejaki ususzył. Później wszakże, w dobie poświęcenia kościoła gnieźnieńskiego181, za wstawieniem się biskupów i zwierzchników świeckich stamtąd go dobył oraz czyniąc zadość prośbom tychże, do łaski swej przywrócił.
6. Powieść o cudzie św. Wojciecha
A ponieważ się pobieżnie o kościele gnieźnieńskim nadarzyła wzmianka, nie godzi się przemilczeć o cudzie, jaki w wigilię tego poświęcenia czcigodny męczennik Wojciech w obecności pogan i chrześcijan pokazał. Tak bowiem nocy tej się trafiło, iż do jakiegoś grodu polskiego umówieni zdrajcy wewnątrz tegoż Pomorzan na sznurach wciągnęli, a ci ukryci między okopami czekali tylko błyśnienia poranku, aby spaść na głowy mieszkańcom. Ale ten, co wiecznie czuwa, nie uśnie nigdy, owszem śpiących ustrzegł czujnością rycerza swego Wojciecha, pogan zaś w zasadzce dybiących na zgubę chrześcijan obegnał dokoła strach wielkooki broni duchownej. Ukazał się im bowiem na białym koniu mąż jakiś zbrojny, który im groził dobytym z pochwy do natarcia mieczem, a ten ścigając ich od schodów do schodów, napędził tak ostatecznie, iż na łeb, na szyję, rzucili się z wysokości. Tym to niewątpliwie obrońcy grodu, gdy dobiegł ich krzyk pogan i zgiełk nagły, ze snu rozbudzeni za sprawą chwalebnego męczennika Wojciecha uszli wiszącego nad głowami niebezpieczeństwa. Tyle na teraz dość jest powiedzieć o świętym Pańskim, a zwrócić pióro ku opisowi ciągu rzeczy przerwanego.
7. O podziale państwa między dwóch synów
Przetoż po odbytym obrzędzie poświęcenia bazyliki gnieźnieńskiej i wybłaganym u siebie przebaczeniu dla Zbigniewa panujący książę Władysław na obu synów zdał komendę wojska powierzając je tymże ze wskazaną wyprawą na Pomorze. Ci atoli ruszywszy w pochód i nie wiadomo jak sobie w tym poczynając, wrócili wkrótce, zlecenia swego bynajmniej nie dopełniwszy. Zaczem ojciec, podejrzewając w takim postępku ukrywającą się inną przyczynę, między nich na dwoje rozdzielił królestwo, z rąk wszakże swoich stolic przedniejszych królestwa182 nie wypuścił. Ale co z podziału na którego z nich przypadło i nam wyliczać byłoby uciążliwym i wam przez wysłuchanie tak dalece owocnym by nie było.