41. Zbigniew zwalczony powtórnie
Widząc tedy Bolesław, iż brat przyrzeczeń ani przysiąg żadnych nie dotrzymywał, a przeciwnie wciąż krajowi całemu szkód i dolegliwości przyczyniał, krok za krokiem ścigając, zmusił go do ustąpienia precz z granic ojczystych, a gdzie jeszcze który z jego popleczników i kasztelanów u tychże granic bronił rozpaczliwie, i tych przy pomocy Rusinów i Węgrów pobrał w ich gniazdach i stłumił. Tym sposobem panowanie Zbigniewa skutkiem złych rad odbieranych się skończyło, a wszelka właść274 w państwie w spójnię złączyła jednolitą pod berłem Bolesława. Gdy przecież innym by starczyło tyle dokazać na czasy burz pełne a srogich wysileń, Bolesław za nic sobie nie ma żadnych przeciwności, ze złej pory lub innych nie mniej dolegających przyczyn wynikłych, gdzie upatruje w tym korzyść lub dobre imię bronionej przez siebie ojczyzny.
42. O przyżeglowaniu do Prus niegdyś Sasów
Wtargnął więc do Prus275, ziemicy wcale barbarzyńskiej, z której pobrał zdobycz wielką i niewolników, a łuną pożarów drogi swe po niej rozświecił; powrócił wszakże, nie zdoławszy wywabić mieszkańców jej do zmierzenia się, jak się był spodziewał, orężnego. Czyniąc zaś tę wzmiankę przygodną o dzikiego ludu siedzibie, nie uważamy za rzecz niestosowną przywieść coś o tejże z podania w pamięci starych ludzi dochowanego. W czasach albowiem Wielkiego Karola, władcy Franków, gdy oręż buntowniczy Saksonia przeciwko niemu podniosła, nie przyjmowała zaś ani zwierzchniego jego panowania nad sobą, ani szerzonego przezeń światła wiary Chrystusowej, lud rzeczonej krainy wsiadł na okręty i morzem się przeprawiwszy, do Prus zawinął, w posiadłość je zajął i wspólnym odtąd Prusaków nazwał się mianem. Owóż tak dotrwali oni, bez króla, bez prawa rodzinnego, aż po te czasy, nie pozbywając się pierwotnego swego przesądu ani dzikości. Kraina ta bowiem jest tak dalece obwarowana jezior i bagien swych niedostępnością, jak by nie zdołały tego dokonać żadne grody ani zamczyska; stąd też przez nikogo jeszcze dotychczas nie była podbita, gdyż niepodobna było, aby ktokolwiek z wojskiem się odważył na owych jezior a bagien pasmem ciągnące zatopy i trzęsawiska.
43. Cud zrządzony z Pomorzanami
Teraz lud pruski z jego mnogością dzikiego zwierza opuśćmy, a pewną opowieść, z ust rzeczy świadomych276 powziętą, czyli o cudzie Bożym przytoczmy. Zaszedł wypadek, iż Pomorzanie z swych się kryjówek tłumem wynurzywszy, obyczajem zwykłym zbójeckie zagony po Polsce rozpuścili. Lecz mało to było posłyszeć, iż w ślad za nimi szedł zabór i zniszczenie, kędy hordami dosięgli; zdobyli się oni wśród tychże na większe zbrodnie, napaścią na kościół święty i jego arcypasterza. Właśnie arcybiskup gnieźnieński Marcin, starzec sędziwy, w kościele swym w Spicymirzu przed wysłuchaniem mszy św. spowiedź przed kapłanem odbywał, a stały w pogotowiu konie do zamierzonej przezeń dalszej podróży, gdy zagroziło niebezpieczeństwo, iż on i wszyscy przy nim się znajdujący padliby pod ciosami złoczyńców lub poszli dźwigać pęta niewoli u tychże, gdyby jeden z jego dworzan stojących przed kościołem, postrzegłszy ich zbrojnych, nadciągających tuż, tuż prawie, nie wpadł do kościoła i wielkim o zbliżaniu się Pomorzan zgromadzonych w nim nie przeraził okrzykiem. Nagle zaskoczeni i drżący z przestrachu pasterz, kapłan i arcydiakon, mając się za zgubionych, nie wiedzieli, gdzie skryć się, co począć lub kędy w ucieczce szukać ratunku. Ani kawałka broni, dworzan garstka mała, wrogowie na progach, a co niebezpieczniejsza rzecz jeszcze, kościół drewniany, łatwiejszy do podpalenia. Wreszcie arcydiakon, za drzwi się wychylając, gankiem krytym zamierzył do koni dopaść i tym sposobem się zabezpieczyć. Lecz opuszczając to, co było jego zbawieniem, a szukając go w tym, co zgubnym było, wcale zbawienia nie znalazł, bo z nacierającymi oko w oko znalazł się w tej chwili. Skoro pojmany został, poganie rozumiejąc, iż arcybiskupa w rękach swych mają, mocno się ucieszyli i wnetże na wóz go wsadzają, nie wiążą, nie chłoszczą, lecz strzegą tylko i patrzą nań z uszanowaniem. Arcybiskup zaś podówczas, w ślubach i modłach Bogu się polecił, a przeżegnawszy się z odwagą, jakby w młodzieńczych latach, w zgrzybiałym wieku wdarł się na wysokość, do której z myślą spokojną nie sięgnąłby nigdy. Rzecz godna zdumienia zaprawdę, skąd się tam siła ta znalazła w starcu prawie bezsilnym, tak dalece ją wzmogło niebezpieczeństwo i przestrach, co go opanował. Kapłan w pogotowiu do mszy św. już będący, skrył się pod ołtarzem, a tak kapłan i pasterz, przy Bożej pomocy, uszli rąk pogan, każdy w kryjówce właściwej. Albowiem wpadających tychże do kościoła, tak dalece potęga Boża zaślepiła, iż żaden z nich nie pomyślał puścić się na górę po drabinie ani za ołtarz lub pod tenże okiem rzucić. Dzicz ta przecież porwała drożny ołtarzyk arcybiskupi i kościelne relikwie, a uwożąc arcydiakona, zabrała je z sobą. Wszelako Bóg wszechmogący, jak wyzwolił pasterza, kapłana i kościół z przygody, tak później wrócił arcybiskupowi pomienione relikwie oraz całkowite sanktuarium nietknięte i od sprośności ich niesplugawione. Którykolwiek bowiem z pogan w rękach swych posiadał relikwie, szaty święte lub naczynia ze świętego przybytku, padał tknięty wielką chorobą lub obłąkania dostawał nagle. Wspaniałość więc tu Boska, taką ich trwogą napełniła, iż puścili na wolność arcydiakona i świętości do rąk mu zwrócili. Arcydiakon cały i bezpieczny Pomorze opuścił; gdy zaś tak wszystko na dobre się wykierowało, już tylko arcypasterz widział się w obowiązku Bogu, w dziełach swych przedziwnemu, oddać cześć dziękczynną. Od owego to dnia Pomorzanie skromniejsi, ani tak się już wrychle277 na łupież do Polski ośmielili.