IZBA MARII

Woyzeck, Maria.

WOYZECK

wpatruje się w Marię i potrząsa głową

Hm! Nic nie widzę, nic nie widzę. O, to by było widać, to by można rękami namacać!

MARIA

zastraszona

Co ci to, Franku? Zbzikowałeś!

WOYZECK

Grzech, tak opuchły i wzdęty — to musiałoby tak śmierdzieć, że wszystkie aniołki wykurzyłoby do nieba! Ale ty, Maryś, masz czerwone wargi! czerwone wargi i żadnego wrzodu na nich? Jesteś piękna — jak grzech. Ale czy to grzech śmiertelny może być piękny?

MARIA

Franek, bredzisz!

WOYZECK

Czort! Tu on stał? Tak? tak?

MARIA

Ano, że dzień długi, a świat wiekowy, z pewnością niejeden stał na tym miejscu.

WOYZECK

Widziałem go!

MARIA

Można dużo widzieć, gdy się ma dwoje oczu, a ślepym się nie jest i słońce świeci.

WOYZECK

Dziewka!

Zamierza się na nią.

MARIA

Wara! Raczej nożem dźgnij, ale ręki nie podnoś! Własny ojciec się nie ważył, jak mi dziesięć lat było i jakem na niego spojrzała.

WOYZECK

Maryśka! — Nie, to by było widać! Człowiek jest otchłanią; w głowie się kręci, gdy się spojrzy... Oby tak było! Chodzi jak sama niewinność. No, cnoto, masz znamię na sobie. Wiem to? wiem to? Kto to wie?

Odchodzi.