III
Sansonetto był zrozpaczony, biegał wstecz po komnatach i ogrodach królewskich, wyrywając sobie jasne włosy. Należało zrobić wszystko, żeby odszukać wydrwioną staruszkę i błagać ją o wyleczenie królewicza z tej choroby. Król i królowa wyznaczyli nagrodę — pół królestwa dla tego, kto wskaże, gdzie przebywa wieszczka, która rzuciła urok na ich syna. Wszelki słuch jednak po niej zaginął.
Nie chcąc wciąż myśleć o swoim nieszczęściu, królewicz często udawał się na polowania. Galopował wstecz, gdyż klątwa dotykała także rumaka, którego dosiadał.
Na widok tego gnającego wstecz rycerza mijani po drodze chłopi czynili znak krzyża, aby odpędzić diabelskie moce.
Pewnego dnia królewicz zapuścił się w las i ujrzał pośród wiekowych drzew maleńką chatkę z jednym tylko oknem. Stała w nim znajoma staruszka i przyglądała mu się z uśmiechem. Sansonetto padł na kolana i zaczął ją błagać:
— Ach! Babciu! Babciu! Przywróć czasowi właściwy bieg, proszę. Chciałbym znów chodzić do przodu.
— Musisz przynieść mi tamtą pestkę!
— Odnajdę ją i przyniosę!
Sansonetto wrócił do pałacu. Lecz jak tu odnaleźć taki drobiazg sprzed czterech lat? Wziął pierwszą lepszą pestkę i zaniósł ją staruszce do lasu. Kobiecina wyglądała przez oko swej chatki.
— Mój drogi, to nie ta! Na tamtej były wyryte słowa, które tylko ja znam...
Królewicz pojął wnet, że nic nie wskóra szalbierstwem, wrócił do pałacu, pożegnał się z rodzicami i wyruszył na poszukiwania magicznej pestki.
Przypomniał sobie — choć mgliste to było wspomnienie — że pestka wpadła do płynącego wzdłuż ulicy strumyczka. Szedł aż do miejsca, w którym wpływał on do potoku. Stanął i przygnębiony patrzył na spienioną wodę. Nad jego głową zatrzymała się ważka, mieniąc się szmaragdowym blaskiem.
— Cóż ci jest, dziecko?
Nazwała go dzieckiem! Ależ on szybko malał! Sansonetto westchnął:
— A to mi jest, że jestem coraz młodszy!
— To jeszcze nic złego!
— A właśnie, że złego! Za kilka lat będę oseskiem, później się narodzę, aż zniknę zupełnie. Może mnie ocalić jedynie pestka Nochatej Wieszczki! Widziałaś może gdzieś tę pestkę?
— Widzieć nie widziałam, ale słyszałam, jak o niej rozmawiali. Dziwna pestka, na której wyryto zagadkowe słowa... zniknęła w rzece, która porwała ją swoim nurtem do morza.
Sansonetto podążał wzdłuż potoku aż do rzeki, a potem wzdłuż rzeki do morza. Gdy ujrzał przed sobą ten błękitny bezkres, stracił wszelką nadzieję, że uda mu się odnaleźć pestkę. Usiadł na plaży i płakał, patrząc na pieniące się fale, a łzy spadały do morza.
— Cóż ci jest, dziecko? — usłyszał nagle.
Była to rozgwiazda, która powoli poruszała się po złocistym piasku.
— A to mi jest, że jestem coraz młodszy.
— To jeszcze nic złego!
— A właśnie, że złego. Narodzę się, czyli zniknę zupełnie, jeśli nie odnajdę pestki Nochatej Wieszczki.
— Tej bardzo dziwnej pestki z wyrytymi słowami, których nie pamiętam... Widziałam ją kilka lat temu. Połknął ją jeden zaprzyjaźniony flaming. Zaczekaj, zawołam go.
Królewicz czekał trzy dni, aż w końcu ujrzał długonogiego, biało-różowego ptaka.
— Tak, to ja połknąłem tę pestkę. Potem odleciałem na południe i zostawiłem ją w ogrodzie dzikiego, niezwyciężonego wielkoluda Marsilia, w górzystej Sorii. Pokonać go może jedynie ten, kto wyrwie zielony włos z jego rudej czupryny.
Królewicz zaciągnął się na statek kupiecki, a po siedmiu tygodniach podróży dopłynął do Sorii. Kiedy pytał o olbrzyma, ludzie przyglądali mu się ze zdumieniem i bledli.
— Wielkolud nikogo nie wpuszcza na swoje włości. Każdego dnia zabija dziesiątki odważnych rycerzy, którzy postanawiają się z nim zmierzyć.
— Ja również chcę stawić mu czoła. Pokonam go, jeśli taki los jest mi pisany.
I królewicz Sansonetto udał się w dalszą drogę, aż dotarł do królestwa olbrzyma Marsilia.
Nad doliną górował Zamek Stu Wież, pod nim zaś rozciągały się wspaniałe ogrody otoczone wysokimi murami, a wokół bieliły się kości śmiałków, którzy próbowali pokonać potwora.
Sansonetto zadął w róg, wyzywając olbrzyma na pojedynek.
Otwarły się potężne wrota, zza których wyłonił się półnagi, nieuzbrojony przeciwnik.
Na widok królewicza wielkolud wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu.
Młodzieniec rzucił się na olbrzyma, wymachując ostrym mieczem; ciął ramiona, ręce, nos, podbródek, ale nieprzyjaciel schylał się, podnosił z ziemi odcięte części ciała i przytwierdzał je na miejsce jakby nigdy nic.
Sansonetto celował w jego głowę, podskakując na swoim narowistym rumaku. Dwa razy prawie mu się powiodło, lecz tak za pierwszym, jak i za drugim razem potwór schylił się, podniósł głowę i osadził ją na potężnych ramionach. W końcu królewiczowi się poszczęściło i ściął olbrzymowi łeb. Zeskoczył prędko na ziemię, by pchnąć go na skraj zbocza i stoczyć w dół doliny. Zaczął gorączkowo szukać zielonego włosa w rudej czuprynie. Za plecami słyszał biegnącego po omacku wielkoluda. Potwór był coraz bliżej, a chłopiec nie mógł znaleźć śmiertelnego włosa. Dobył miecza i kilkoma ciosami ściął całą czuprynę wraz z zielonym włosem. Głowa potwora zbielała, oczy uciekły z wyrazem przerażenia w głąb czaszki i olbrzym z głuchym łomotem padł jak długi na ziemię. Był już martwy.