Ostrogi rycerskie otrzyma, zwycięzcę stu turniejów pokonawszy...

O księciu Gotfrydzie opowieść siódma

Posłuchajcie tej opowieści o zdarzeniu dziwnym i cudownym, a prawdę słów moich niech potwierdzą ci wszyscy szlachetni książęta, grafowie i baronowie, którzy byli na uczcie wydanej przez króla Zygmunta na cześć jego zwycięstwa nad władcą pogańskim, Solimanem.

Wielu już tych mężów nie żyje, a wielu się po świecie rozproszyło; ale żywie jeszcze Arnold z Trevilu, którego ta przygoda spotkała, jego więc możecie zapytać, a nie będzie miał czelności zaprzeczyć. Nie radzę wam tego jednak czynić, bo jest to pan obyczajów grubych i sprośnych, nic z przyjemnej dworskości, przystojnej dla rycerza, w sobie niemający.

Na tej właśnie uczcie ukazała się po raz pierwszy księżniczka Roksana, która dzieckiem jeszcze będąc nie brała dotychczas w rycerskich zabawach udziału. Za jej to krzesłem stał, jako paź jej, książę Gotfryd, któremu się podówczas czternasta zaczynała wiosna; a naprzeciw niej siedział hrabia Arnold z Trevilu, będący w poszanowaniu wielkim dla swej siły i odwagi i chełpiący się61 bardzo tym, że w stu turniejach był zwycięzcą.

Otóż trzeba wam wiedzieć, że paziowie królewscy nosili suknie z błękitnego aksamitu, a na piersiach miał każdy herb swego rodu złotem haftowany, bo były to wszystko pacholęta krwi szlachetnej.

Jeden tylko Gotfryd nie miał żadnego herbu, bo nikt nie wiedział, kto jest zacz i skąd pochodzi. Tak więc ów hrabia Arnold, podchmieliwszy62 sobie czerwonym winem, drwić z niego nieprzystojnie zaczął, gdyż był, jak to już powiedziałem, grubych i sprośnych obyczajów pan.

Mówi tedy hrabia Arnold do Gotfryda:

— Słuchaj no, paziu królewski, cóż to się z twoim herbem stało? Czyś go gdzie po drodze zgubił? Boć słyszałem, że masz herb bardzo piękny: Owca na zielonym polu, a nad nią dwa kije na krzyż...

Przygryzł Gotfryd wargi, dumnym spojrzeniem Arnolda zmierzył, ale nic nie odrzekł.

A Arnold pod boki się wziąwszy, śmiechem parsknął i rzecze:

— Coś bardzo z góry na mnie spoglądasz, mój chłopcze! Czyżbym się co do herbu twego pomylił? Król cię księżniczce w podarku na gwiazdkę przywiózł, to może masz gwiazdkę wigilijną w herbie? Oj, oj, wspaniały to herb, a rzadki! To i nie dziwota, żeś dumny!

Zagryzł jeszcze mocniej usta Gotfryd, tak że mu krew na wargi wystąpiła, i pobladł jak płótno, ale nic nie odrzekł.

— He! He! — odezwie się znowu Arnold. — A czy pozwolisz się zapytać, rycerzu Gwiazdy Wigilijnej, w jakich okolicach księżyca leży twój zamek rodowy, oszczercy63 bowiem powiadają, że nie istnieje on zgoła64 i że przodkowie twoi świnie pasali?...

Zmarszczyła brwi księżniczka Roksana i śliczne swe usteczka dumnie wydąwszy rzekła:

— Hrabio Arnoldzie, jeśli przodkowie Gotfryda świnie pasali, to w każdym razie dwornością obyczajów przewyższać cię musieli...

Roześmiał się król i wszyscy rycerze, a hrabia Arnold purpurowy się z gniewu zrobił i rzekł:

— Zaiste, dostojna księżniczko, niepotrzebnie się tak za sługą swym ujmujecie, sam on mi przecie odpowiedzieć potrafi. No, cóż, Gotfrydzie, czy ogłuchłeś czy nie raczysz ze mną rozmawiać?

Ale Gotfryd milczał, wciąż z tą samą zimną pogardą na niego patrząc. Huknął pięścią w stół Arnold, aż zadźwięczały kielichy i zatrzeszczały deski, i zawołał:

— Widzę, że śpisz na służbie, paziu królewski, ale ja cię zaraz obudzę!

I kość z półmiska porwawszy w Gotfryda nią cisnął.

Wystąpił na środek sali Gotfryd i mały mieczyk, który paziowie dla ozdoby nosili, z pochwy wyciągnąwszy rzekł:

— Wobec króla najjaśniejszego i dostojnej księżniczki, i wszystkich tu zebranych rycerzy wyzywam cię, grafie Arnoldzie z Trevilu!

Wybuchnęli śmiechem rycerze, bo też i zabawny był widok dziecka tego naprzeciw olbrzymiego i barczystego męża stojącego i wywijającego mieczykiem do zabawki podobnym... A najgłośniej śmiał się hrabia Arnold z Trevilu.

Ale Gotfryd, twarzą do króla się zwróciwszy, głosem silnym i dźwięcznym jak spiż mówić począł:

— Królu najjaśniejszy! Uczyń sprawiedliwość! Nie pozwól, by hrabia z Trevilu, zelżywszy65 mnie, odszedł bezkarnie! Niech za słowa swe odpowie według prawa rycerskiego!

A taka była w nim powaga i godność, że cisza się stała wielka i śmiech zamarł wszystkim na ustach.

Podniósł głowę król i rzekł surowo:

— Hrabio Arnoldzie z Trevilu! Czyś nie słyszał wyzwania? Rozkazuję ci wyjść i walczyć!

Spojrzeli po sobie rycerze, podniósł się z miejsca Arnold i rzekł:

— Żartujesz chyba, najjaśniejszy panie! Toć zhańbiłbyś na wieki mnie i ród mój, z chłopcem bić mi się każąc. Toć wszyscy by mnie palcami wytykali, szydząc: Oto mężny rycerz, co wytrącił miecz z ręki dziecka! A gdybym, wytrącając mu miecz, skaleczył go, co się przecież i najzręczniejszemu zdarzyć może, cóż bym wtedy począł ze wstydu?

Aliści odparł mu król:

— Arnoldzie z Trevilu! Rycerz nie obraża słabszych. Obrażając go, uznałeś go za równego sobie. Idź tedy i walcz!

— Czyż nic, najjaśniejszy panie — zapytał Arnold — nie zdoła zmienić twego postanowienia?

— Nic, Arnoldzie z Trevilu!

— A gdyby Gotfryd cofnął swe wyzwanie?

— Wówczas jedynie mógłbym cofnąć swój rozkaz.

— Słuchaj, chłopcze — rzekł groźnie Arnold — rozumiesz przecie, że wytrącę ci miecz za pierwszym uderzeniem! Wiedz tedy, że nauczę cię wówczas mego miecza płazem, co to znaczy z rycerzami się mierzyć! Odstąp lepiej od swego wyzwania, a dam ci tyle złota, ile udźwignąć zdołasz.

— Hrabio Arnoldzie! — zawołał Gotfryd, a oczy jego płonęły. — Hrabio Arnoldzie, do poprzednich obelg dodałeś nową! Wiedz jednak, że los bitwy nie w twoim, lecz w Boga jest ręku! Na świętego Jerzego! Wychodź albo ja cię płazem do walki przymuszę, tchórzu nikczemny!

— Ha! Zuchwały szczeniaku! — ryknął Arnold. — Broń się tedy!

I krzyżowym cięciem na niego natarł.

Osłonił się Gotfryd swym dziecinnym mieczykiem i, o dziwo — odbił uderzenie.

Okrzyk zdumienia wyrwał się ze wszystkich piersi: Jak to, zwycięzca w stu turniejach nie wytrącił temu dziecku przy pierwszym natarciu miecza?! Podnieśli się z miejsc rycerze i kołem zapaśników otoczyli.

Nieprzytomny prawie z wściekłości natarł Arnold po raz drugi. I po raz drugi Gotfryd odparował jego cięcie.

Wówczas Arnold stracił panowanie nad sobą. Poczuł, że oto cała jego sława rycerska wniwecz się obraca i że jeśli nie zwycięży natychmiast w tej śmiesznej, dziecinnej walce, to nie będzie takiego rycerza, który zechciałby swój miecz z jego mieczem skrzyżować. Nie pamiętał już o tym, że walczy przeciw dziecku. Nacierał z zaciętą, mściwą wściekłością. Używał swoich wszystkich najsławniejszych, najtrudniejszych do odparcia, niezwyciężonych cięć. Ale nadaremnie! Gotfryd odbijał jego miecz tak lekko i swobodnie, jak gdyby walka ta była dla niego zabawką. Długi czas ścierali się ze sobą i coraz słabsze, coraz mniej pewne stawały się uderzenia Arnolda.

Aż oto drugi okrzyk zdumienia wyrwał się ze wszystkich piersi: Gotfryd przeszedł z obrony do natarcia!

Przez kilka chwil bronił się Arnold, z widoczną trudnością razy przeciwnika odpierając, po czym tyłem cofać się począł.

I wówczas nagle puścił Gotfryd miecz swój zawrotnym mistrzowskim młynkiem i trzeci okrzyk wyrwał się z piersi rycerzy: miecz Arnolda zatoczył krąg i upadł do stóp Gotfryda, który nogą nań nastąpiwszy rzekł spokojnie:

— Walka jest skończona, hrabio Arnoldzie!

Zakrył Arnold z cichym jękiem twarz rękami.

— Jestem zhańbiony, królu miłościwy! Zdejmijcie mi rycerski pas i ostrogi, bo niegodzien jestem ich nosić! Przyślijcie mi kądziel66 i wrzeciono67, bo ono mi teraz tylko przystoi!

— Mylisz się, Arnoldzie — rzekł poważnie król. — Jest nas tu trzynastu rycerzy, ale żaden z nas nie oparłby się temu dziecku! Śmiało rzec możesz, iż raz tylko byłeś pokonany, ale pokonał cię wojownik, jakiego jeszcze między rycerzami nie było! Gotfrydzie! Nie miałeś dotąd godła — miej godło Gwiazdy Wigilijnej! Nie miałeś miana — zwij się Gotfrydem Zwycięzcą! Byłeś paziem — klęknij!

Gotfryd ukląkł, a król trzy razy go po ramieniu uderzywszy rzekł:

— Jesteś rycerzem!

I zawołali grafowie i baronowie:

— Niech żyje Gotfryd Zwycięzca, rycerz Gwiazdy Wigilijnej!

Ale Gotfryd, z klęczek się nie podnosząc, na księżniczkę Roksanę błagalnie patrzył. Zrozumiała to spojrzenie Roksana i wstęgę błękitną od sukni oderwawszy z uśmiechem ją Gotfrydowi podała.

Miecza nie dobywając zamek, na który sam król z całą drużyną porwać się nie ważył, zdobędzie...

O księciu Gotfrydzie opowieść ósma

Osiemnasty się rok Gotfrydowi poczynał i wsławiony był już młody książę wieloma rycerskimi czynami, gdy wydarzyło się razu pewnego, że przybyła na dwór króla Zygmunta wdowa po wasalu jego ze skargą bardzo żałosną. Rzecz zaś miała się tak:

Po śmierci jej męża poprosił ją o rękę pan wielu sąsiednich zamków. Ale że nie czuła ku niemu afektu68 żadnego, przeto odmówiła jego prośbie. Wówczas obrażony rycerz sioła69 jej zagarnął, zamek spalił, a ją samą z maleńkim synkiem precz wygnał.

Rozgniewał się bardzo król na gwałt takowy i obiecał bezprawie ukarać, a siedzibę jej przywrócić. Ale gdy o imię krzywdziciela się zapytawszy usłyszał, że jest nim hrabia z Montclaire’u, zasępił się wielce i rzekł:

— Bóg widzi, dobra pani, że nierad bym cię z niczym od tronu naszego odchodzącą widział. Cóż jednak mam uczynić, kiedy nie jest w mojej mocy z grafem Albertem walczyć. Siedzi on na zamku niezdobytym, a drużyna jego niewiele jest mniejsza od mojej. Próbował już raz rodzic mój zamek butownika tego oblegać, ale od murów jego ze wstydem odstąpić musiał. Zapytajcie się, łaskawa pani, wszystkich tu zebranych rycerzy, a potwierdzą słowa moje.

I powtórzyli mu chórem rycerze:

— Prawdę rzekł nasz król! Próżny byłby to trud na hrabiego Alberta z Montclaire’u się porywać.

Aliści wystąpił z grona rycerzy Gotfryd i gniewem szlachetnym zapłoniony rzekł:

— Czy mnie słuch nie myli, królu najjaśniejszy i wy dostojni panowie? Azali70 naprawdę chcecie wdowę tę z niczym odprawić z trwogi przed jednym rozbójnikiem i buntownikiem?! Azaliście zapomnieli, że pierwszą powinnością rycerza jest słabych i uciśnionych bronić?!

Zmarszczył brwi król.

— Gotfrydzie! — rzekł. — Szanuję cię bardzo i miły mi jesteś niby syn rodzony. Ale choć wielkim jesteś rycerzem, nie przystoi ci jednak mężom siwowłosym tchórzostwa zarzucać. Co innego bowiem jest, Gotfrydzie, męstwo, a co innego nierozsądne zuchwalstwo. Cóż byśmy wdowie tej pomogli, gdybyśmy pod murami zamku Alberta polegli?

— Przystoi rycerzowi — odparł na to Gotfryd — w sprawie uciśnionego polec, ale nie przystoi mu wcale z niczym go odprawiać...

Rozgniewali się bardzo rycerze i jeden z nich rzekł szyderczo:

— Czemuż to nam wyrzuty czynisz, że się za wdową tą ująć nie chcemy? Jeśliś taki mężny i obowiązkom rycerza do śmierci wierny, ujmij się za nią sam. Droga do Montclaire’u dla wszystkich otwarta. Jedź sam tedy i walcz, „niezłomny” rycerzu!

Nie odparł no to nic Gotfryd, jeno z sali wyszedł, a myśleli wszyscy, że się obraził albo zawstydził, niesłuszność swoich zarzutów zrozumiawszy.

Nie tak ci to jednak było.

Gotfryd do swojej poszedł izby i szaty aksamitne z siebie zrzuciwszy od stóp do głów w żelazo się przyodział, po czym giermka71 swego przywoławszy rumaka mu osiodłać kazał.

I zapytał go giermek jego:

— Czy przed główną bramę mam wyprowadzić waszego konia, panie mój?

A odparł mu Gotfryd:

— Nie, giermku, wyprowadź go przed boczną i tak, aby nikt tego nie spostrzegł.

I zapytał go giermek jego:

— Czy mam jechać z wami, panie mój?

A odparł mu Gotfryd:

— Nie, giermku, jadę samotny...

I zapytał go giermek jego:

— Czy prędko wrócicie, panie mój?

A odparł mu Gotfryd, uśmiechając się dziwnie:

— Nie, giermku, nieprędko wrócę, najpewniej już nigdy!

I dosiadłszy rumaka pojechał Gotfryd w stronę Montclaire’u. Jechał Gotfryd dwa dni i dwie noce, aż na trzeci dzień pod murami zamku hrabiego Alberta stanął i w róg zatrąbił.

Wszedł tedy na mury wartownik i zawołał:

— Czego żądasz, obcy rycerzu? Czy w gościnę do dostojnego pana mojego przybyłeś, czy spuścić mam most zwodzony?

Ale odrzekł mu Gotfryd:

— Nie goszczę pod dachem zbójów nikczemnych, wartowniku zamkowy! Idź do pana twojego i powiedz mu, że Gotfryd Zwycięzca, rycerz Gwiazdy Wigilijnej, stoi przed bramą zamku i czeka na niego! Jeśli odda zagrabione dobra wdowie po króla Zygmunta wasalu i pieszo, bez miecza i z odkrytą głową, tę panią za gwałt i rozbój, a króla za nieposłuszeństwo, przeprosić pójdzie, wówczas odejdzie Gotfryd tam, skąd przyjechał. Jeśli jednak uczynić tego hrabia Albert nie zechce, niech przyjdzie tutaj z Gotfrydem się zmierzyć! Wyzywam jego i wszystkich jego rycerzy!

Zdziwił się bardzo wartownik Gotfryda zuchwalstwem, ale nic mu nie odrzekł, jeno panu swojemu słowa jego powtórzyć poszedł.

A ucztował właśnie hrabia Albert wraz z całą drużyną w wielkiej sali zamkowej. Stanął tedy przed nim strażnik ów i powinność swoją spełnił. Słuchał go w milczeniu hrabia Albert, a twarz jego była purpurowa i sina się stała, jakby mu wszystka krew do głowy uderzyła. Oczy mu jak u byka wściekłego na wierzch wyszły, żyły na czole nabrzmiały, a ręka jego to za miecz, to za gardło chwytała, jakby się obawiał, że go wściekłość udusi.

— Hej! — ryknął wreszcie. — Dajcie mi tu mój miecz i zbroję moją! Zuchwały młodziku, nauczę cię, co to znaczy hrabiego Montclaire’u obrazić!

Ale stary burgrabia72 zamkowy głową wstrząsnął i rzekł:

— Zaprawdę, nierozsądnie byłoby to bardzo, żebyś poszedł, panie mój, z tym młodym rycerzem walczyć! Cóż bowiem myślał Zygmunt posyłając go tutaj? Oto myślał: Jeśli hrabia Albert zuchwalstwem jego rozgniewany pachołkom go ubić każe, tedy rozgłoszę to wszędzie i zhańbię go w oczach wszystkich rycerzy chrześcijańskich. Jeśli zaś sam na walkę z nim wyjdzie, tedy albo polegnie hrabia Albert i pozbędę się buntowniczego wasala, a dobra jego zagarnę, albo Gotfryda zabije, a wtedy rozgłoszę, że zabił go nie w szlachetnej rycerskiej walce, ale zdradnie73 go ze wszystkich stron z drużyną opadłszy. Uwierzy mu w to łacno74 każdy, bo młody ten rycerz wielką się cieszy sławą i nie ma pono na dworze Zygmunta nikogo, co by mu pola dotrzymał.

Tak prawił stary burgrabia, a Alberta ponownie wściekłość dusić poczęła. Tupnął tedy nogą, aż się po sali echo odezwało.

— Cóż tedy mam robić? — zawołał. — Czyż mam pozwolić, by mi zuchwalec ten bezkarnie urągał75?!

— Panie mój — odparł burgrabia — posłuchaj rady starego sługi. Poślij pachołka do Gotfryda i każ mu powiedzieć, że nie z każdym przyjezdnym chłystkiem76 krzyżuje swój miecz Albert z Montclaire’u. Niech jedzie tedy, skąd przyjechał... Tak zawiedziesz chytre rachuby Zygmunta, a jednocześnie ukarzesz Gotfryda bardziej, niż gdybyś go pokonał. Cóż bowiem większą jest karą dla rycerza niż pogarda?

Podobała się bardzo ta rada hrabiemu Albertowi i kazał strażnikowi słowa burgrabiego Gotfrydowi powtórzyć.

Wysłuchał go spokojnie Gotfryd i rzekł:

— Wartowniku zamkowy, powiedz panu twemu, że rycerz, który broni sprawy pokrzywdzonego, może paść w walce, ale nie może bez walki sprawy tej odstąpić. Będę tedy czekał tu tak długo, aż nie wyjdzie na bój hrabia Montclaire’u!

Rzekł i stanął prosto i nieruchomo z obnażonym mieczem w dłoni, jak przystoi rycerzowi, który wyzwał wroga na walkę śmiertelną i oczekuje na jego przybycie.

Roześmiał się głośno hrabia Albert, gdy mu strażnik odpowiedź Gotfryda powtórzył.

— Niechże czeka! — zawołał. — Nie przeszkadza mi to wcale. Bawimy się tu dobrze przy kielichach!

I ucztował hrabia Albert ze swymi rycerzami, ucztował przez całą noc, dopiero nad ranem poszedł na odpoczynek do swej komnaty.

I spał snem ciężkim, mocnym i długim, miodem gęstym i złocistym i winem jak krew czerwona odurzony. A gdy się zbudził, wysoko już było słońce na niebie. Podniósł się tedy z łoża szerokiego, miękkimi skórami zasłanego, i poszedł na mury obejrzeć, czyli warty rozstawione i czyli każdy swój obowiązek czyni.

Patrzy, a tu pod murami rycerz młody, bardzo pięknej postawy, prosty i nieruchomy z mieczem obnażonym w dłoni stoi. Zadziwił się Albert i strażnika zapytał:

— Wartowniku zamkowy, co to za rycerz i na co tu czeka?

I odparł mu strażnik:

— Czy zapomniałeś już, panie mój, o wyzwaniu, którem ci wczoraj powtórzył? Ten młody rycerz to Gotfryd Zwycięzca, a czeka na ciebie, hrabio Montclaire’u. Stoi tak od wczoraj, nie drgnąwszy nawet, rycerskie swe słowo dzierżąc77.

Wzruszył ramionami hrabia Albert.

— Wielki jest upór w tym człowieku — rzekł — ale i nierozsądny bardzo. Czyż myśli, że zdoła mnie wbrew mej woli tym sposobem do walki przymusić? Śmieszne to urojenie! A niech stoi, jeśli mu to przyjemność sprawia, choć do sądnego dnia! Ty zaś każ pachołkom, aby wszystkich moich rycerzy znów na ucztę prosili.

I ucztował znów Albert dzień cały i całą noc, a kiedy już świtało, pazia zawołał i kazał mu strażników zapytać, czy dawno Gotfryd odjechał. Wrócił po chwili paź i rzekł:

— Dostojny panie! Nie odjechał wcale Gotfryd. Stoi przed bramą, prosty i nieruchomy z obnażonym mieczem w dłoni, tak właśnie jak przystoi rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje na jego przybycie.

Zaklął hrabia Albert i dziwnie gniewny i ponury odszedł do swojej komnaty, a zasunąwszy rygle samotnie nad czymś rozmyślał.

Aliści pod wieczór dnia tego straszna się zerwała burza. Najstarsi ludzie powiadają, że nigdy jeszcze takiej burzy nie widzieli.

Oślepiająca jasność błyskawic zdawała się rozdzierać niebo, huk grzmotów ogłuszał, a deszcz lejący strumieniami wypłoszył nawet warty z murów. Każdy chronił się, jak mógł i gdzie mógł. A burza szalała noc całą i dopiero ze wschodem słońca uciszać się nieco poczęła.

Wtedy to właśnie przywołał do siebie Albert pazia i rozkazał mu do burgrabiego, którego izba na wieży się znajdowała, iść i zapytać go, czy dawno Gotfryd odjechał.

Z niemałym strachem, po kolana w wodzie brodząc, dostał się do wieży burgrabiego paź i pytanie pana swego powtórzył.

Wziął go za rękę burgrabia i do okna podprowadziwszy rzekł krótko:

— Patrz.

Spojrzał paź i krzyknął z zadziwienia wielkiego. Pośród świateł i błyskawic, i huku grzmotów, wycia wichru i ulewy deszczowej stał tak Gotfryd. Stał prosto i nieruchomo z obnażonym mieczem w dłoni, jak przystoi rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje jego przybycia...

Poszedł tedy paź do hrabiego i to, co widział, mu opowiedział.

Popatrzył na niego ponuro Albert i ręką drzwi wskazał na znak, by się oddalił.

Odszedł paź, ale pachołek, co u drzwi na rozkazy oczekiwał, słyszał, jak hrabia Albert bez spoczynku, ciężkimi krokami po izbie się tłukł niby zwierz dziki, w klatkę pojmany.

A nazajutrz skwar taki po owej burzy nastał, że zdawało się, iż żar roztopiony z nieba się leje. I znowu najstarsi ludzie powiadali, że jako żywo upału takiego nie widzieli. Nikt z komnat nie wychodził, bo powietrze parzyło płuca, kamienie dziedzińca stały się jak rozpalone żużle78, a woda w studni wyschła.

Roztworzył drzwi swej komnaty książę Albert i po krętych schodach na basztę wyszedł, a potem w dół spojrzał.

Pod murami zamku, na których ani jeden nie został wartownik, na polu, którego zboża i kwiaty tak wypaliło słońce, że w piaszczystą zamieniło je pustynię, stał Gotfryd. Zbroja jego rozpalona była do czerwoności, iż wydawał się ognistym słupem, od którego blaski i światła szły dziwne. Stał prosty i nieruchomy z obnażonym mieczem w dłoni, jak przystało rycerzowi, który wyzwał przeciwnika na walkę śmiertelną i oczekuje jego przybycia.

Patrzył na niego długo hrabia Albert, ale na twarzy pana na Montclaire nie było ani gniewu, ani naigrawania się.

Hrabia Albert był bardzo blady, a oczy jego były pełne łez.

I nagle zachwiał się Albert, jakby go tamten rycerz z dołu strzałą w samo serce ugodził, i padł na kolana.

I bił się w piersi hrabia Montclaire’u, i szlochał jak dziecko. A potem kazał dać sobie włosiennicę79 i worek z grubego płótna i bosy, z odkrytą głową, w dół zeszedł po moście zwodzonym i przed Gotfrydem stanął.

Ale Gotfryd nie widział go.

Twarz rycerza była spalona, usta popękane od żaru i pragnienia, a oczy zaszłe krwią i oślepłe od słońca.

Klęknął tedy przed nim Albert i kolana jego obejmując rzekł:

— Oto zwyciężyłeś mnie, Zwycięzco! Oddaj wdowie, o której cześć walczyłeś tak mężnie i wytrwale, jak żaden jeszcze nie walczył rycerz, ziemie jej należne, moje zaś dobra i zamek mój prawem łupu wojennego do ciebie należą. Niewolnikiem jestem twoim i uczynię wszystko, co rozkażesz. Jedną mi tylko łaskę wyświadcz: wejdź pod ten dach, który dotychczas swoim zwałem, pokrzep się nieco i spocznij.

Ale Gotfryd przytulił głowę jego do piersi i odparł:

— Niech mnie Bóg broni, bym ci dobra twoje i zamek twój zabierał! Napraw jeno krzywdę, którąś wyrządził, bądź mi przyjacielem, a do domu twego chętnie wejdę i spocznę w nim bardzo rad.

Weszli więc do zamku, a hrabia Albert, ugościwszy rycerza, na posłaniu go ze skór miękkich ułożył i do rana sam nad nim czuwał.

Nazajutrz obudził się Gotfryd zdrów i wypoczęty i do stolicy pojechał.

Ale sława jego czynu biegła przed nim i kiedy do zamku królewskiego się zbliżył, oczekiwał przed bramą na niego sam król najjaśniejszy i księżniczka Roksana, i dwór cały, i wszyscy wasale.

Zsiadł z konia Gotfryd i do króla z powitaniem podszedł.

Aliści rzekł król:

— Bądź pozdrowiony, Gotfrydzie Zwycięzco! Odtąd nie tylko „Zwycięzcą”, ale i „Niezłomnym” będziemy cię zwali. — A potem miecz swój odpasując dodał: — Za stary już jestem, bym mógł sam sprawiedliwość wymierzać i rycerzy mych na bój prowadzić, a nie dał mi Bóg syna. Bądź tedy odtąd drużyny mojej dowódcą! Masz miecz mój jako godło twej władzy.

I zawołali rycerze:

— Zaprawdę, słuszny to wybór, albowiem jest tu między nami wielu starszych od niego, ale nie ma godniejszego!

Wziął tedy Gotfryd miecz z rąk królewskich i do boku swego przypasał, a rycerze otoczyli go kołem.

Ale Gotfryd popatrzył ponad nich, tam gdzie stała obok króla księżniczka Roksana i uśmiechała się do niego najpiękniejszym ze swych uśmiechów.