SCENA VII

Wchodzi ADAM w todze, ale bez peruki. Ci sami.

ADAM

do siebie:

Aj, patrzcie, Ewka i ten drab sążnisty,

i cała tam, do diabłów stu, familia!

Czyż mnie oskarżać chcą przede mną samym?

EWA

Uchodźmy stąd! Zaklinam was, matulu!

Precz uciekajmy z tej nieszczęsnej izby!

ADAM

do Jasnotki:

Kumie Jasnotko, z czym tu oni przyszli?

JASNOTKA

Z czym? Nie wiem, fraszki! Wielki hałas o nic.

Jakiś tam pono, słyszę, dzban rozbito.

ADAM

Co? Dzban! Aj, proszę! Dzban? I któż go rozbił?

JASNOTKA

Kto go, pytacie, rozbił?

ADAM

Właśnie, kumie.

JASNOTKA

Zasiądźcie tylko, rychło się dowiecie.

ADAM

do Ewy szeptem:

Ewuniu!

EWA

tak samo:

Precz!

ADAM

Słóweczko!

EWA

Nie chcę słyszeć.

ADAM

Z czym wy tu do mnie?

EWA

Idźcie precz, powiadam!

ADAM

Co to, Ewuniu, wszystko, powiedz, znaczy?

EWA

Jeśli mi zaraz!... Zostawcie mnie, mówię.

ADAM

do Jasnotki:

Słuchajcie, kumie, nie wytrzymam dłużej!

Mdłości mi sprawia rana na goleni.

Sądźcie wy dzisiaj, ja — do łóżka pójdę...

JASNOTKA

Do łóżka? Czyżby? Czyście oszaleli?

ADAM

Aj, na wymioty mi się, kumie, zbiera.

JASNOTKA

Chyba naprawdę szał was dziś opętał!

Wszakże przed chwilą przyszliście dopiero!

Zresztą powiedzcie sami panu radcy.

Może się zgodzi... Któż wie, co was boli.

ADAM

do Ewy:

Ewuś! Zaklinam cię na wszystkie rany!

Z czym wy tu do mnie?

EWA

Rychło posłyszycie.

ADAM

Czy tylko o ten dzban tam w rękach matki,

com go wszak, Ewuś...

EWA

Tak, o dzban ten tylko.

ADAM

I o nic więcej?

EWA

O nic.

ADAM

Czy na pewno?

EWA

Idźcie, powiadam, i dajcie mi pokój!

ADAM

Słuchaj, Ewuniu, bądź rozsądna, radzę.

EWA

Bezwstydni wy!

ADAM

Pamiętaj, że w ateście13

stoi frakturą14 wypisane imię

Ruprechta Dziury. Atest mam w kieszeni

gotowiusieńki — słyszysz, jak szeleści?

Zwolni ci on Ruprechta, jak się patrzy.

Inaczej kto wie, czy za rok, Ewuniu,

nie przyszłoby ci sukni wdziać żałobnej,

kiedy ogłoszą, że Ruprecht w Batawii15

zdechł gdzieś na febrę żółtą lub czerwoną,

lub, czy ja wiem już, jaką — może zgniłą.

WALTER

Hej, proszę tam, panie sędzio Adamie,

nie wieść z stronami gawęd na uboczu.

Tutaj zasiadać, proszę was, i badać.

ADAM

do siebie:

Co mówi? Co wasza miłość raczy mi rozkazać?

WALTER

Czy nie słyszycie? Wszak wyraźnie mówię,

byście przed sesją w sposób tajemniczy

nie wiedli rozmów dwuznacznych ze stronami!

Tutaj to, sędzio, urząd wasz i miejsce,

ja zaś jawnego przesłuchania czekam.

ADAM

do siebie:

Aj, do kaduka! Lęk mnie zbiera zacząć.

Coś tam zabrzękło, gdym uciekał wczoraj!

JASNOTKA

wyrywając go z zadumy:

No, panie sędzio! Czyście...

ADAM

Nie, na honor!

Wszakem ostrożnie... wołem byłbym chyba,

jeślibym...

JASNOTKA

Co?

ADAM

Co?

JASNOTKA

Pytałem was...

ADAM

Właśnie...

Pytaliście, czym ja...

JASNOTKA

Tak, czyście głusi!

Wszak jego miłość was wzywa.

ADAM

Myślałem...

Co? Kto wzywa?

JASNOTKA

Jego miłość!

ADAM

do siebie:

Aj, bierz licho!

Jednoli z dwojga: złamie się lub zegnie!

Głośno:

Do usług, panie! Co mi wasza miłość

raczy rozkazać? Mamże przewód zacząć?

WALTER

Dziwnieście, mój panie sędzio Adamie,

dziwnieście16 jakoś roztargnieni, widzę.

ADAM

Na honor, panie, wybaczcie! Pantarka17,

którą nabyłem od handlarza z Indii,

pypcia18 mi, ścierwo, dziś w sam raz dostała.

Knedelkiem trza ją, wasza miłość, leczyć,

a żem w tych sprawach w ciemię bity, przeto

tej się tu panny o radę pytałem.

Słabość to moja, że kuraki swoje

jak własne dzieci miłuję.

WALTER

Zasiądźcie!

Powoda proszę wezwać i przesłuchać!

Do Jasnotki:

Pan pisarz będzie protokół prowadził.

ADAM

Czy według wszelkich prawa formalności

rozkaże wasza miłość sąd odprawić,

czy też jak u nas tu, w Hajsum, w zwyczaju?

WALTER

Według wszelakich prawa formalności,

jak to w zwyczaju w Hajsum, nie inaczej.

ADAM

Wybornie, panie. — Już ja wam dogodzę!

Do Jasnotki:

Pan pisarz gotów?

JASNOTKA

Do usług.

ADAM

A zatem

sprawiedliwości, dziej się wola twoja!

Powód niech stanie!

MARTA

Tu, panie sędzio.

ADAM

Kto wy?

MARTA

Kto?

ADAM

Wy, Marto.

MARTA

Ja?

ADAM

Kto jesteście?

Imię, siedziba, stan wasz i tam dalej!

MARTA

A toć pan sędzia żarty chyba stroją.

ADAM

Żarty? Do licha! W imię prawa pytam,

prawo zaś wiedzieć musi, kto jesteście.

MARTA

Kto jestem?

ADAM

Właśnie.

JASNOTKA

półgłosem:

Dajcie pokój, kumie!

MARTA

Wszak mi pan sędzia co niedziela przecie

zaziera w okno, gdy na folwark idzie.

WALTER

Więc wam, mój sędzio, pani ta znajoma?

ADAM

Tak, wasza miłość. Zwie się Marta; we wsi,

o tam, na rogu mieszka, wśród opłotków.

Nieboszczyk mąż jej był burgrabią19 zamku,

ona zaś dziś położną jest tu, panie;

zresztą kobieta zacnej reputacji.

WALTER

Gdy więc tak dobrze ją, mój sędzio, znacie,

to te pytania są zbyteczne zgoła.

Imię jej tylko w protokół zapiszcie

dodając przy nim, że w urzędzie znana.

ADAM

Aj aj, wybornie! Wasza miłość, widać,

czczych formalności nie jest zwolennikiem.

Do pisarza:

Czyńcie, jak sobie jego miłość życzy.

WALTER

Teraz o przedmiot skargi zapytajcie.

ADAM

Mam teraz?...

WALTER

No tak, poznać przedmiot skargi.

ADAM

Proszę wybaczyć, lecz nim dzban jest przecież.

WALTER

Dzban?

ADAM

Nie inaczej.

Do pisarza:

Dzban w protokół wpiszcie

dodając przy nim, że w urzędzie znany.

JASNOTKA

Czyż na mój domysł, tak na wiatr rzucony?

ADAM

Na honor, jeśli mówią, to dzban wpiszcie, proszę!

Czy nie dzban, Marto?

MARTA

Jużci, dzbanek, sędzio.

ADAM

Ten tu?

MARTA

Rozbity.

ADAM

Czyż nie powiedziałem?

Ta pedantyczna skrupulatność!

JASNOTKA

Ależ!

ADAM

I któż go rozbił? Pewnie ten tam chłystek?

MARTA

Zaśby kto inny?

ADAM

do siebie:

Więcej mi nie trzeba!

RUPRECHT

Łże, panie sędzio!

ADAM

do siebie:

Odetchnij, Adamie!

RUPRECHT

Łże wam na gardło całe!

ADAM

Milcz, gamoniu!

Jeszcze ty dzisiaj pod pręgierzem staniesz!

Pan pisarz wpisze dzban i imię tego,

Który go rozbił. Poczekaj, hultaju!

Wnet my tu całą sprawę rozwikłamy.

WALTER

Mój panie sędzio! Cóż za procedura!

Nazbyt, przyznaję, zda mi się gwałtowna.

ADAM

Czemu?

JASNOTKA

Nieco formalniej!...

ADAM

Przenigdy!

Czczych formalności pan radca nie znosi.

WALTER

Jeśli, jak widzę, mój sędzio, nie wiecie,

jak się w myśl ustaw proces wdrażać winno,

to nie tu miejsce o tym was pouczać.

Gdy zatem tylko taki znacie sposób

praw wymierzania, to odstąpcie raczej.

Może pan pisarz lepiej to potrafi.

ADAM

Wybaczcie, panie! Wymierzałem prawo

tak, jak się w Hajsum je wymierzać zwykło

i jak mi wasza miłość przykazała.

WALTER

Ja wam?

ADAM

Na honor!

WALTER

Przykazałem tylko,

by sprawiedliwość wedle praw wymierzać,

i sądząc, że w Hajsum prawa są te same

co w całym naszym Państwie Zjednoczonym20.

ADAM

Z submisją21 więc o przebaczenie proszę.

My tu, za waszym, panie, pozwoleniem,

statuty mamy dość szczególne w Hajsum,

nigdzie co prawda nie spisane, ale

starą tradycją wieków przekazane.

Od tych ja formuł, wasza miłość, tuszę,

ani na jotę dziś nie odstąpiłem.

Lecz i w tej nowej procedurze prawnej,

co ją stosować mają w całym państwie,

umiem się znaleźć jak u siebie w domu.

Chcecie dowodu? Rozkazujcie, proszę.

Potrafię prawo tak i tak wymierzać.

WALTER

Złe mi o sobie mniemanie dajecie.

Lecz niechaj będzie! Zacznijcie od nowa.

ADAM

Na honor, baczcie! Będziecie kontenci.

Wy zatem, Marto, ze skargą wystąpcie!

MARTA

Ja tu, jak wiecie, o ten dzban oskarżam.

Nim jednak powiem, co się z dzbanem stało,

pozwólcie, proszę, żebym opisała,

czym mi był wprzódy ten dzbanuszek.

ADAM

Mówcie!

MARTA

Widzicie dzban ten, wielebni panowie?

Czy go widzicie?

ADAM

Jużci, że widzimy.

MARTA

Owóż przepraszam, nie widzicie wcale!

Nic prócz czerepów tych tu nie widzicie!

Rozbity w szczątki najpiękniejszy z dzbanków

W tej oto dziurze, gdzie dziś nic prócz dziury,

ongi król Filip przyjmował hiszpański

wszystkie prowincje niderlandzkie w lenno.

Tu stał w ornacie cesarz Karol Piąty,

z którego tylko nogi stoją jeszcze.

Tu klęczał Filip przyjmując koronę.

Dzisiaj on w garnku, zadek jeno został,

lecz i ten także cios śmiertelny dostał.

Tam ze wzruszenia obie jego ciotki,

królowa Francji i Węgier królowa,

łzy szczęścia sobie ocierały z oczu.

A teraz, patrzcie, gdy z nich jedna chustkę

do ócz podnosi ręką poszczerbioną,

zda się, jakoby nad sobą płakała.

Tu się Filibert pośród świty tłumnej,

ten, co to król zań cios podchwycił w boju,

oparł na mieczu; dziś by i on musiał

z Maksymilianem paść po równi — młokos!

Tu w dole miecze widać odłamane.

A tu w pośrodku, z świętą na łbie tiarą,

arcybiskupa z Arrasu widziano;

dziś go już diabli z kretesem porwali,

cień tylko po nim na bruk jeszcze pada.

Za nim zaś z tyłu straż przyboczna ciżbą

z halabardami stała i lancami.

Tu, patrzcie, domy na brukselskim rynku,

ktoś jeszcze z okna wyziera ciekawie,

lecz co tam widzi, Bóg to wiedzieć raczy.

ADAM

Zostawcie, Marto, pakt ten skorupkowy,

skoro do rzeczy nie należy wcale.

O dziurę idzie, nie zaś o prowincje,

co je tam na niej przekazywać miano.

MARTA

Za pozwoleniem! Ale piękność dzbanka

do rzeczy, panie sędzio, też należy.

Dzban zdobył ongi cny Childeryk kotlarz,

kiedy Orańczyk z gezami morskimi

gród Bril wziął szturmem. Właśnie onej chwili

przytknął go do ust pewien Hiszpan dumny

pijąc zeń wino, gdy Childeryk z tyłu

Hiszpana pięścią na ziemię powalił,

dzban mu z rąk wyrwał, wychylił i poszedł.

ADAM

Istny gez morski!

MARTA

Potem zasię dzbanek

grabarz Bogufał wziął w spadku, człek trzeźwy,

trzy razy tylko z niego pił, trzy, mówię,

a zawdy wino pomieszane z wodą,

pierwszy raz wonczas, gdy już w piętkę goniąc,

młodą małżonkę pojął; w lat trzy potem,

gdy go szczęśliwym uczyniła ojcem,

a gdy spłodziwszy dzieci piętnaścioro,

zmarła biedaczka, wypił — po raz trzeci.

ADAM

Dobrze już, dobrze. I cóż dalej?

MARTA

Potem

dzban miał Zacheusz, krawiec z Tirlemontu.

Sam on to raz nieboszczykowi memu —

świeć mu Bóg w niebie! — opowiadał, wiecie,

że kiedy dom mu grabili Francuzi,

razem z gratami dzban przez okno cisnął,

po czym sam skoczył, kark, niezdara, skręcił,

ale dzbanuszek, dzbanek ten gliniany

na równe stanął nogi — i ocalał!

ADAM

Do rzeczy, proszę was, Marto, do rzeczy!

MARTA

Czasu pożaru w sześćdziesiątym szóstym

miał go już mąż mój — świeć mu, Panie, w niebie!

ADAM

Do diabła, Marto! Czy nie koniec jeszcze?

MARTA

Skoro mi, mój panie sędzio Adamie,

mówić nie dacie, nic tu po mnie; pójdę

poszukać sądu, co mnie rad wysłucha.

WALTER

Mówić wam wolno, byle nic o rzeczach,

które do rzeczy nie należą wcale.

Jeśli, mówicie, że wam dzban był drogi,

to wiemy tyle właśnie, ile trza nam,

żebyśmy waszą osądzili sprawę.

MARTA

Ile wam trzeba, by osądzić sprawę,

tego, panowie, nie wiem i nie badam.

To jednak wiem, że abym skarżyć mogła,

muszę mieć możność powiedzenia, o co.

WALTER

Dobrze więc, dobrze. Kończcie! Cóż się stało

Cóż się więc, pytam, z onym stało dzbanem

czasu pożaru w sześćdziesiątym szóstym?

Czyli usłyszym wreszcie, co się stało?

MARTA

Co się, pytacie, z dzbanem stało? Ano

nic się w tym roku sześćdziesiątym szóstym

z dzbanuszkiem tym nie stało, wasza miłość.

Nic się z nim, panie, powtarzam, nie stało.

Ostał się cało pośrodku płomieni

i z popieliska go nazajutrz rano

z taką dobyłam polewą błyszczącą,

jakby co wyszedł ze zduńskiego pieca.

WALTER

Dosyć już, dosyć! Dzban już znamy, wiemy,

co się z nim stało i co się nie stało.

Teraz cóż dalej?

MARTA

Owóż dzban wspomniany,

co, choć rozbity, wart jest jeszcze dzbana,

dzban nie za podły ni dla ust szlachcianki,

ni, bez urazy, dla panny regentki,

ten dzban, dostojni wy sędziowie obaj,

dzban ten, powiadam, rozbił mi ów chłystek!

ADAM

Kto?

MARTA

Ten tam, Ruprecht.

RUPRECHT

Nie! Łże, panie sędzio!

ADAM

Milcz mi do czasu, aż cię zapytamy!

Przyjdzie dziś jeszcze i na ciebie kolej.

Czy to pan pisarz zaprotokołował?

JASNOTKA

Jak najdokładniej.

ADAM

Wybornie.

A teraz nam tu, zacna pani Marto,

o całym zajściu opowiedzcie, proszę.

MARTA

Wczoraj więc koło jedenastej...

ADAM

Której?

MARTA

Toć mówię!

ADAM

Rano?

MARTA

Gdzieżby rano! W nocy.

W łóżku już ległam i chcę lampkę skręcić,

gdy raptem w dole, w córki mej komorze

jakiś słyszę wrzask i głosy męskie,

jakby do domu wtargnął bisurmanin22.

Zrywam się tedy, w dół po schodach zbiegam,

a tu drzwi gwałtem wyważone widzę

i ktoś tam, słyszę, w izbie klnie okrutnie;

za czym do izby wchodzę, świecę, patrzę,

i naraz... naraz, co widzę, mój sędzio?

Dzban widzę, dzban mój rozbity na szczątki,

co w każdym kącie leżą rozrzucone;

dziewczyna szlocha, załamuje ręce,

a on, ten smyk tam, prycha jak szalony!

ADAM

Do kroćset!

MARTA

Co?

ADAM

A to ci łotr dopiero!

MARTA

Więc mnie w tym gniewie, wiecie, sprawiedliwym

jakby sto rąk urosło jednej chwili,

każda zaś w pazur, jak u sępa, zbrojna.

Tak ja do niego: jakim, pytam, prawem

i czego, pytam, w noc tak późną szuka,

i jak mi w domu dzbanki śmie rozbijać?!

On zaś, zgadnijcie, co mi na to, proszę,

co mi bezwstydnik, ten łotr odpowiada!

Jeszcze ja kiedyś doczekam tej chwili,

kiedy go kaci rozciągną na kole,

albo już nigdy nie legnę spokojna!

Ktoś inny, mówi, kto tuż przed nim czmychnął,

dzban z gzymsu strącił, ktoś, proszę was, inny!

I jeszcze dziewkę mi ten wałkoń łaje!

ADAM

Ha ha, koszałki opałki! Cóż dalej?

MARTA

Więc ja do dziewki, co tam jak trup stała:

„Ewuniu — mówię, a ona siada —

czy to kto inny — pytam — był?” Zaś ona:

„Święty Józefie — woła — i Maryjo!

Co sobie matka myślą też!” — „Któż zatem?”

„A któż by — mówi — mógł być, matko, inny?”

I święcie mi, że on to był, przysięga.

EWA

Co wam przysięgłam? Com wam przysięgała?

Nic nie przysięgłam!

MARTA

Ewo!

EWA

Łżecie!

RUPRECHT

Proszę!

ADAM

Milcz tam, szczeniaku, teraz, ty przeklęty!

Bo ci tą pięścią paszczę twoją zatkani!

Nie twoja kolej, potem będziesz gadał!

MARTA

Nie przysięgałaś?

EWA

Nie, to fałsz wierutny!

I choć mi, matko, wstyd i serce boli,

że przeciw wam tak jawnie świadczyć muszę,

ale wam wczoraj nic nie przysięgałam!

ADAM

Aj aj, ludkowie, rozsądku!

JASNOTKA

To dziwne!

MARTA

Nie zapewniałaś mnie, powiadasz, Ewo,

Pannę wzywając Świętą i Józefa?

EWA

Jużci, wzywałam, lecz nie na przysięgę.

I na to wam tu teraz wobec sądu

Najświętszą Pannę wzywam i Józefa!

ADAM

Aj, pani Marto, po cóż to! Któż widział

tak onieśmielać to poczciwe dziecko!

Skoro się panna tylko zastanowi,

skoro przypomni wszystko, co się stało,

co się, powiadam, stało już i co się,

jeśli nie zezna, jak zeznać powinna,

jeszcze stać może, wnet wam, zobaczycie,

powie to samo, co wam rzekła wczoraj,

a czy przysięgnie, czy też nie, to fraszka,

byle Józefa nie tykać ni Marii.

WALTER

Mój panie sędzio, a to rzecz niezwykła

takich rad stronom udzielać dwuznacznych!

MARTA

Kiedy mi ona tak w twarz łgać się waży —

ta bezwstydnica, dziewka ta ladaczna! —

że to ktoś inny u niej był, nie Ruprecht,

to niech ją!... No, nie powiem, co! Ale

ja wam to mówię, panie sędzio, Marta!

A choć pewności nie mam, czy przysięgła —

że tak mówiła, na to wam przysięgam,

Pannę wzywając Świętą i Józefa!

ADAM

Tego się wszak i panna...

WALTER

Panie sędzio!

ADAM

Co, wasza miłość? — Czy nie tak, Ewuniu?

MARTA

Rozewrzej gębę! Mów, czy nie mówiłaś?

Czyliś mi tego nie mówiła wczoraj?

EWA

Któż się zapiera, że mówiłam, matko?

ADAM

Proszę!

RUPRECHT

To ścierka!

WIT

A tfy! wstydź się, dziewko!

ADAM

do pisarza:

Pan pisarz wciągnie to do protokołu!

WALTER

O tym szczególnym zachowaniu waszym

nie wiem, na honor, co myśleć, mój sędzio.

Gdybyście sami byli dzban ten stłukli,

nie moglibyście gorliwiej, zaprawdę,

zwalać podejrzeń wszelakich ze siebie

na tego oto młodzieńca, jak teraz.

Pan pisarz jednak, żywić chcę nadzieję,

do protokołu nie zapisze więcej

prócz zeznań panny o tym, co przed matką

zeznała wczoraj, nic o fakcie samym.

Czy to na pannę teraz świadczyć kolej?

ADAM

Aj, wasza miłość, choć nie na nią kolej,

lecz jakże łatwo zbłądzić w takich razach!

Któż więc ma świadczyć? Pozwany? Na honor!

Dobre nauki rad przyjmuję zawsze.

WALTER

O naiwności! — Pozwany. Któż inny?

Proszę przesłuchać go i — skończyć wreszcie!

Ostatnia to w przewodzie waszym sprawa!

ADAM

Ostatnia? Co? Aj, prawda, tak, pozwany.

I gdzież się myśl twa błąka, stary sędzio!

Bogdajże piekło tę pantarkę z pypciem!

Bogdaj na pomór była w Indiach zdechła!

Ciągle mi kluski te na głowie leżą.

WALTER

Co wam?

ADAM

Aj, kluski, kluski, wasza miłość,

com je — wybaczcie! — miał dać dziś pantarce.

Jeśli mi ścierwo pigułki nie przełknie,

nie wiem, na duszę, co z tego wyniknie.

WALTER

Czyńcie, do kata, swą powinność, mówię!

ADAM

Dobrze. — Pozwany!

RUPRECHT

Jestem, panie.

ADAM

Ktoś ty?

RUPRECHT

Ruprecht, syn Wita, chałupnika w Hajsum.

ADAM

Zali23 słyszałeś, co tu pani Marta

przeciwko tobie przed sąd wniosła właśnie?

RUPRECHT

Słyszałem, panie.

ADAM

I miałżebyś czelność

przeciwko temu sprzeciw wnieść jakowy?

Przyznajesz winę, czy też śmiałbyś może

w żywe nam oczy przeczyć, jak straceniec?

RUPRECHT

Czyżbym, pytacie, śmiał wnieść sprzeciw jaki?

A jużci, sędzio! Jużci... ten... gdy łaska...

że ani słówka prawdy tu nie rzekła.

ADAM

Tak, ani słówka? I chciałbyś zapewne

dowieść nam tego?

RUPRECHT

Dyć bym nie chciał, panie?

ADAM

Bądźcie spokojna, zacna pani Marto,

Prawda się na jaw wyda wnet niechybnie.

WALTER

A cóż was znów, do licha, pani Marta

tak żywo, mój panie sędzio, obchodzi?

ADAM

Czyżbym, na Boga, jako chrześcijanin?...

WALTER

Co masz na swoją obronę? Mów, chłopcze! —

Panie pisarzu, zna pan procedurę?

ADAM

Aj, wasza miłość!

JASNOTKA

Czy znam? Jeśli łaska...

ADAM

Czemu tak ślepia na nas wybałuszasz?

Nie stoiż osioł ten jak bawół jaki?

Co masz na swoją obronę?

RUPRECHT

Ja?

ADAM

A któż by?

WALTER

Tak, chłopcze, opowiedz zajście całe.

RUPRECHT

Niechby mi ino do słowa dojść dali.

WALTER

Tak, w samej rzeczy, tego to już nadto!

RUPRECHT

Była więc w nocy jakosi dziesiąta

i ciepło było w nockę tę styczniową,

że niczym maj. Tak ci ja: „Tata! — mówię —

pójdę — powiadam — do Ewuni trochę”.

Bom się z nią, wiecie, żenić miał w tym roku.

Dziewka robotna. Dyciem24 ją przy żniwach

widział: robota jej się w rękach pali,

a siano jej jak mysz spod kosy leci!

Wtedym jej: „Chcesz mnie?” — rzekł, a ona na to:

„E, co też — mówi — gęgasz?” Potem zaś: „Tak” — rzekła.

ADAM

Trzymaj się rzeczy, gęgało! Hm, gęgać!

„Ja jej — »Chcesz?« rzekłem, a ona »Tak« rzekła”.

RUPRECHT

Bo i po prawdzie tak to było, sędzio!

WALTER

Cóż dalej, chłopcze? Mów!

RUPRECHT

Więc ja do taty:

„Puśćcie mnie — mówię — tata, do Ewuni.

Jeszcze se trochę u okna pogwarzym”.

Zaś tata do mnie: „Idź — powiada — ale

w komorę Ewki nie wchodź mi, pamiętaj!”

„Nie wejdę — mówię — na zbawienie duszy!”

„No, to goń! — mówi — a w godzinę wracaj!”

ADAM

Więc mów, powiadaj i gęgaj bez końca!

Czy się już rychło wygęgasz, gęgało?

RUPRECHT

„W to mi graj!” — mówię, wdziewam czapkę, idę;

chcę przejść przez kładkę, lecz woda wezbrała,

więc się na sioło wracać muszę. Ano

śpieszże się, myślę, do kroćset, Ruprechcie!

I co sił w nogach śpieszę, gdzie dom Marty.

Aliści patrzę, furta już zamknięta.

Bo dziewka furtę do dziesiątej ino

trzyma otwartą, potem zaś zawiera;

bo jak mnie, wiecie, do tej pory nic ma,

tak już nie przyjdę.

ADAM

To mi piękne rządy!

RUPRECHT

Owóż uliczką idę se lipową,

a kiedym podszedł, gdzie lipy najgęstsze

i ciemno tak jak w katedrze utrechckiej,

posłyszę nagle, jak furtka zaskrzypi!

Ha, myślę, Ewka nie śpi jeszcze widać.

I ucieszony, tam, skąd uszy moje

oną mi wieść przyniosły, ślę swe oczy,

a gdy wracają, łajam je, że ślepe,

i po raz drugi ślę je znów w te pędy,

aby się lepiej rozejrzały wkoło,

a potem znowu klnę je, że oszczerce,

że podżegacze, kusiciele podłe!

I trzeci raz wysyłam je, i myślę,

że skoro teraz spełnią swą powinność,

to mi się chyba gniewne ze łba wydrą

i w jakąś inną pójdą sobie służbę!

Bo czyli wiecie, kogo tam ujrzały?

Ewka to była! Po zapasce poznam!

Lecz oprócz niej ktoś jeszcze.

ADAM

Tak? Ktoś jeszcze?

I któż to taki, któż taki, mądralo!

RUPRECHT

Kto? Gdybym wiedział, na zbawienie duszy!

ADAM

Jakże więc wieszać, kogo nie schwytano!

WALTER

Mów dalej, chłopcze! — A wy, panie sędzio,

dajcie mu, proszę, spokój już i — milczcie!

RUPRECHT

Komunii świętej wziąć bym na to nie mógł,

bo ciemno było, że choć oko wykol,

w noc zaś, wiadomo, wszystkie koty bure.

Lecz — to wam powiem, że pocięgiel25 Lebrecht,

co go onegdaj z wojska wypuścili,

mej dziewce z dawna na pięty nastawał.

Tociem jej w łońską jeszcze mówił jesień:

„Słuchaj, Ewuniu, nie chcę, by mi łotr ten

jak pies tu szwendał się dokoła domu!

Powiedz mu sama: nie dla psa kiełbasa!

Bo inak mówię ci, że jakem Ruprecht,

Wszystkie mu gnaty do szczętu połamię!”

Ona zaś „Odczep się!” fuknęła na mnie

i coś mu rzekła tam ni w pięć, ni w dziewięć,

ni pies, ni wydra. Tak ci sam poszedłem,

łap za kark draba i fora ze dwora!

ADAM

Ha, więc to Lebrecht zowie się ów łotrzyk?

RUPRECHT

Jużci.

ADAM

Wybornie! Mamy wreszcie imię.

Wszystko już teraz na wierzch wyjdzie gładko.

Do pisarza:

Czy to pan pisarz zaprotokołował?

JASNOTKA

Jak najdokładniej; to i wszystko inne.

ADAM

Teraz mów dalej, synu mój Ruprechcie.

RUPRECHT

Kiedym więc oną parkę tam w ogrodzie

O jedenastej — biło właśnie — zdybał,

zaś o dziesiątej odchodziłem zawdy,

nagle, jak piorun, myśl mi do łba strzeli:

Czekaj, Ruprechcie! — myślę — jeszcze pora,

jeszcze ci rogi na łbie nie urosły,

więc sobie ciemię troskliwie obmacaj,

czy ci już kiełków gdzieś tam nie puszczają.

I poprzez furtę chyłkiem się przekradam,

w cisowym krzaczku przycupnę i słucham,

i szept tam taki słyszę, panie sędzio,

i szamotanie, i baraszkowanie,

że mnie samego ciągoty brać jęły!

EWA

A ty nędzniku, wstydź się! To bezecne!

MARTA

Jeszcze ja tobie, gdy będziemy sami,

pokażę zęby, drabie ty, hultaju!

RUPRECHT

Kwadrans bez mała trwały one gody.

Co z tego — myślę — będzie? Czy wesele?

I nimem myśl tę do końca przemyślał,

oni oboje hyc! w dom — i bez księdza!

EWA

Chodźcie stąd, matko! Niech się, co chce, stanie!

ADAM

Milcz mi tam, radzę, bo cię piorun trzaśnie!

Nie powołana ty gęgało jedna!

Czekaj do czasu, aż cię nie zawezwę!

WALTER

Dziwne to, dziwne, w samej rzeczy.

RUPRECHT

Teraz,

o, teraz mi, panie sędzio Adamie,

jak przed wybuchem krew do łba uderza!

Uf, na serdaku pękł mi guzik! Za czym

rozrywam serdak i „Tchu!” — wołam, potem

idę i prę, i kopię co sił, wreszcie

widząc, że dziewka drzwi zaryglowała,

zaprę się tęgo, buchnę w nie i w oścież —

jak grom wywalam!

ADAM

Zuch chłop!

RUPRECHT

A kiedy

drzwi się rozwarły, dzban bęc! z gzymsu spada

i ktoś mi smyk! przez okno wraz wyskoczy,

żem tylko poły dojrzał wiewające.

ADAM

Byłże to Lebrecht?

RliPRECHT

Zaśby kto inny?

Tu stoi dziewka, więc ją w bok odepchnę,

biegnę do okna, patrzę w dół, a w dole

drab, widzę, wdział się na kół u szpaleru,

skąd się winograd aż po sam dach wspina.

A że mi klamka z drzwi ostała w ręce,

gdym je wywalał, klamka z funt ważąca,

więc go nią z góry w połę rżnę jak z procy,

bom ino poły mógł dosięgnąć jeszcze.

ADAM

A więc to klamka?

RUPRECHT

Co?

ADAM

Czy klamka?

RUPRECHT

Jużci.

ADAM

Więc to dlatego!

JASNOTKA

Wam się szpadą zdała?

ADAM

Mnie? Szpadą? Czemu?

JASNOTKA

Ha, mój Boże!

Jakże się łatwo człek przesłyszeć może,

a klamka przecie do szpady podobna!

ADAM

Żarty!

JASNOTKA

Trzon klamki...

ADAM

Trzon?

RUPRECHT

Lecz to nie trzon był wcale,

jeno odwrotny koniec klamki.

ADAM

Proszę!

RUPRECHT

Na chwycie zasię guz był ołowiany,

taki co prawda jak rękojeść szpady.

ADAM

O, jak rękojeść!

JASNOTKA

Niechby — jak rękojeść.

Bądź co bądź broń to była groźna widać.

WALTER

Do rzeczy proszę! Do rzeczy, panowie!

ADAM

Et, faramuszki, same faramuszki.

Mów dalej, chłopcze!

RUPRECHT

Więc kiedy drab runął,

zaś ja od okna już odstąpić chciałem,

nagle tam w dole coś się, słyszę, rucha.

Jeszcześ żyw? — myślę i na okno włażę,

aby mu do cna giczały przetrącić,

aż tu, panowie, gdy się w skok gotuję,

raptem mi, wiecie, garść grubego piachu,

niby grad, w oczy prysnęło kurzawą,

że naraz wszystko: okno, łotr, świat cały,

zdawało mi się — Bóg mnie skarż, gdy kłamię!

w jakiś się bez dna wór wraz ze mną sypią!

ADAM

Ha, tam do kata! I któż to był taki?

RUPRECHT

Lebrecht!

ADAM

To łotr!

RUPRECHT

Sumiennie... Jeśli to on tylko!

ADAM

A któż by inny?

RUPRECHT

Więc mnie jakby grad sprał

z góry wysokiej tak na dziesięć sążni.

Z okna bęc! w izbę walę się jak długi!

Podłogę sobą, myślałem, rozwalę!

Ale na szczęście ni karku, ni krzyża,

ani też innych nie złamałem członków,

tylko żem draba już dosięgnąć nie mógł.

Więc się podnoszę i przecieram oczy,

a ta tu ku mnie podchodzi i: „Boże!

Co ci to — krzyczy — co ci, mój Ruprechcie?”

Więc jak nie machnę nogą! Ano szczęście,

żem jeszcze wówczas, gdzie kopię, nie widział!

ADAM

Niby przez piasek?

RUPRECHT

Jużci, że przez piasek.

ADAM

To ci dogodził, do kata!

RUPRECHT

Więc wstaję

i: Szkoda — myślę — pięści sobie psować.

Klnę więc i: „Ścierka — wołam do niej — taka!”

I myślę sobie, że to w sam raz dla niej.

Ale mi ślozy26 jej odjęły mowę,

bo gdy do izby weszła pani Marta

i gdy do góry podniosła swą lampkę,

a ona tam jak ten listek dygoce,

że, żal się Boże! — ona, co tak śmiele

patrzała zawdy w świat — tak myślę sobie:

Ślepym, bom ślepy, wola widać boska!

I byłbym sobie gały wyrwał z oczu,

aby tam nimi już, kto chce, grał w gałki.

EWA

O niegodziwcze, nie wart, żebym...

ADAM

Milcz tam!

RUPRECHT

Reszta wiadoma.

ADAM

Jaka reszta?

RUPRECHT

Ano,

że z strasznym krzykiem wpadła pani Marta,

przyszedł Ralf sąsiad i sąsiad Jan przyszedł,

i kuma Zofia, i kuma Ludwina,

przyszły parobki, dziewki, psy i koty.

Istna komedia, mówię wam, a Marta

tej się tam dziewki: „Kto dzban — pyta — rozbił?”

Ona zaś, wiecie, mówi, żem ja rozbił.

I nie tak znowu ze wszystkim zełgała,

bo też po prawdzie ja ten dzban rozbiłem,

co z nim do studni po wodę chodziła;

pocięgiel Lebrecht zaś ma dziurę we łbie.

ADAM

I cóż wy na to, pani Marto?

MARTA

Co ja,

pytacie, na to? Ano, że jak kuna

ta się tu jego mowa chyłkiem wkrada

i dusi prawdę, jak gdaczącą kokosz!

Za kół jąć winien, kto miłuje prawo,

by żywcem ubić tę przeklętą stworę!

ADAM

Ubić? Zapewne, lecz dowodu trzeba.

MARTA

Dowodu? Dobrze. Oto świadek.

Do Ewy:

Gadaj!

ADAM

Nie, pani Marto!

WALTER

Czemuż to nie, sędzio?

ADAM

Córka za świadka, wasza miłość? Jakże?

Nie stoiż to w kodeksie titulo

quarto czy quinto27, że gdy dzban lub czy ja

wiem co tam jeszcze rozbiją młokosi,

nie mogą matkom własne świadczyć córy?

WALTER

W głowie się waszej nauka i głupstwo,

jak ciasto w dzieży, pomieszały razem.

Nie świadczy jeszcze panna, lecz oświadcza.

Czy zaś i za kim świadczyć będzie mogła,

to z oświadczenia wyniknie dopiero.

ADAM

Oświadcza? Dobrze! Więc titulo sexto.

Lecz, co bądź powie, wiary dać nie możem.

WALTER

Do Ewy:

Pójdź, moje dziecię!

ADAM

Hej, Ludka! — Przepraszam,

język mi przysechł. — Małgoś!