Kwiat paproci pana Leonarda

Pan Leonard jest młodzieńcem pod każdym względem bez zarzutu. Patrząc na niego, żal bierze, że go nie można, niby wielki wzór kaligraficzny, wypisać u nagłówka kajetów życia (gdyby takie po składach materiałów piśmiennych sprzedawano) wszystkich innych synów naszego grodu, by kopiując linijkę za linijką doszli do podobnej doskonałości.

Młodzieniec ten nie zna drogi do żadnego z najbardziej nawet renomowanych lombardów, nie kryje się na widok żadnego najcharakterystyczniej nawet orlego nosa, nie traci czasu na ustawicznym poszukiwaniu krawca, który by opłatę jednego garnituru rozłożył na trzy lata, nie pali więcej nad sześć papierosów dziennie, nie nosi laski ani parasola pod pachą, nie spóźnia się do swego biura więcej nad pól godziny, bywa przynajmniej raz na tydzień w Nowościach, a raz w miesiąc w Rozmaitości, lubi „Halkę” i „Violettę”, a także walca z „Wesołej wdówki”, choćby granego na gramofonie, wreszcie odwiedza sumienne każdą wystawę, jaką Warszawa zechce go uszczęśliwić.

Jest optymistą na punkcie swego rodzinnego miasta. Zimą patrzy z pobłażaniem na góry brudnego śniegu przed trotuarami268, nawet gdy mu nie pozwalają dojrzeć co się pomiędzy ich pasmami dzieje, latem z równą pogodą umysłu łyka kurz i pozwala stróżom oblewać się wodą a murarzom wapnem; z lubością śledzi naprawę bruków na pryncypalnych269 ulicach twierdząc, że co ma być dobrze zrobione, musi być robione wolno, a podmiejskie kolejki mają w nim zapalonego zwolennika i obrońcę.

Pomimo, że skończył już dwadzieścia osiem lat, żyłka awanturnicza nie zawiodła go nigdy dalej niż do Konstancina, Wilanowa lub Milanówki, skutkiem czego wieś przedstawia mu się w kształtach dziwnie fantastycznych i niejasnych, a każdy las widziany z daleka przejmuje go takim uszanowaniem, z jakiem zapewne amerykańscy pionierowie spoglądali na zastępujące im drogę żywe mury lianów270.

Wprawdzie jeden z jego dalekich krewnych, mieszkający na Wołyniu, pisze do niego rok rocznie około św. Jana, zapraszając do siebie na wieś, na kwaśne mleko i poziomki, ale pan Leonard, choć w Chinach nie przebywał, zna się na chińskiej gościnności i wie że gdyby ten kuzyn, obarczony liczną rodziną, mieszkał na przykład w skierniewickim, nie rozczuliłby się ani razu nad nadzieją (mogącą się wtedy łatwo ziścić) używania z kochanym Leonardkiem kwaśnego mleka i poziomek — więc też z chwalebną roztropnością przechodzi nad tym wezwaniem z oddali do porządku dziennego.

Zresztą ma dosyć zajęcia latem w Warszawie; chodzi bowiem co wieczór ze swoją narzeczoną i jej mamą na spacer do botanicznego ogrodu, a co niedziela wozi je najmniej przepełnionymi pociągami. O! Bo pan Leonard i pod tym względem jest przykładnym, że w zdrożnym271 celibacie trwać nie myśli; ale od roku już zaręczył się z bardzo przystojną panienką, której procent od posagu równa się jego pensji (dwa tysiące rubli, nie licząc diet, w jednym z towarzystw ubezpieczających), a jeśli się nie żeni jeszcze, to dlatego, iż czeka cierpliwie na śmierć mocno schorzałej272 babci, mającej mu zostawić pięć tysięcy rubli w gotowiźnie. Taka właśnie suma potrzebna jest panu Leonardowi na szykowne wyekwipowanie się i urządzenie domu, że zaś poprzysiągł sobie nie zaciągać żadnych długów pod żadnym pozorem, woli zatem odwlekać urzeczywistnienie swego szczęścia, gdyż miłość takich przykładnych młodzieńców umie się zawsze do ich rozsądnych kombinacji zastosować.

W tym roku przecież, może dlatego, że jest to rok ze wszech miar wyjątkowy i w katastrofy obfitujący, na kilka dni przed św. Janem prawidłową wyobraźnię pana Leonarda opanował dziwny niepokój.

Cudowne legendy o kwiecie paproci, zaklętych skarbach, amuletach wiecznego szczęścia, zaczęły mu krążyć po głowie, prześladując go przy urzędniczym biurku, przy boku narzeczonej, przy jedzeniu, we śnie, wszędzie.

Niepojęte rzeczy działy się z nim; raz nawet zasiadał do pisania wierszy, ale ocknął się w porę, wylawszy sobie karafkę zimnej wody na głowę po dwóch pierwszych rymach.

W końcu pojedyncze te osobliwsze objawy skrystalizowały się w jeden najosobliwszy, w nieprzepartą chęć poszukania w noc świętojańską kwiatu paproci. Z początku pan Leonard odtrącał tę dziwaczną zachciankę z godnym jego trzeźwej natury oburzeniem, ale po długiej walce zdecydował się — jak się decydujemy wziąć numer na loterię, który nam się kilkakrotnie przyśnił — z całą przesądną wiarą w łaskę fortuny.

Byłby przysiągł, że znajdzie cudowne ziele, byle go tylko poszukał.

Otóż szukać, to najmniejszy kłopot, ale gdzie?

Do lasu przecież w tym celu nie pojedzie, zostało mu jeszcze tyle zimnej krwi, by się takiemu szaleństwu oparł.

Ale pan Leonard rozumował w ten sposób. Ponieważ znalezienie kwiatu paproci jest dziełem cudu, więc cuda mogą się dziać wszędzie i kto ma ten kwiatek znaleźć, znajdzie go choćby na bruku, a już najpewniej w ogrodzie Saskim i w myśl tego, logicznego skądinąd273, rozumowania, postanowił dać się zamknąć na całą noc świętojańską w tymże ogrodzie.

Jeśliby komu takie zuchwałe bohaterstwo w panu Leonardzie wydawało się wprost nieprawdopodobnym, dodam, iż w poście był on na odczycie Amundsena274 i opisy przygód podbiegunowych podróżników natchnęły go już wtedy burzliwą odwagą i żądzą nadzwyczajnych wrażeń, które to nabytki teraz dopiero znalazły swoje zastosowanie.

Tak to oderwane na pozór ogniwa spajają się niewidzialnie w łańcuch jednego czynu.

Pan Leonard zabawił u swojej narzeczonej do dziesiątej, po czym zaopatrzywszy się w parasol na wypadek deszczu i w rewolwer na wypadek złodzieja, wsunął się chyłkiem do ogrodu Saskiego. Zdawało mu się koniecznie, iż ma wypisane na plecach, że on tam, wbrew przepisom policyjnym, noc przepędzić zamierza.

Przechodząc koło budki stójkowego, spuścił oczy mimo woli, rumieniec wstydu okrył mu czoło pod rondem kapelusza i dotkliwy wyrzut ścisnął jego lojalnym sercem. On, natura taka obowiązkowa, że każda czynność nieujęta w pewne reguły, nieobciążona jakimś nakazem, wydawała mu się karygodną swawolą275, on za godzin parę stanie się burzycielem porządku publicznego, kandydatem do noclegu w cyrkule276, gdyby go na gorącym uczynku schwytano.

Już chciał się cofnąć, ciągniony wstecz przez wszystkie obywatelsko-filisterskie instynkty, jakie się w nim wzbudziły, ale kwiat paproci zwyciężył i w chwilę potem pan Leonard zagłębiał się śpiesznym krokiem w ogrodową aleję.

Usiadł na ławce, by nabrać sił do czekających go wzruszeń. Migające pomiędzy drzewami światła zataczały w wilgotnym, chłodnawym powietrzu żółte kręgi, o rozmytych strzępiastych konturach, ciężkie od deszczu liście szeleściły leniwie, chmurne obłoki płynęły jeszcze leniwiej ponad wierzchołkami kasztanów. W alei było tak ciemno, że pan Leonard zaledwo mógł rozróżnić siedzące z rzadka na sąsiednich ławkach pary, których rozmowy zlewały się w ciągły szept niewyraźny, będący jakby jednym charakterystycznym głosem, nie żadnej ludzkiej istoty, lecz samego ogrodu. Trzeba tego posłuchać, żeby wiedzieć jak w ciche, letnie, ciemne wieczory gada ogród Saski. Kiedy niekiedy rozległy się kroki, zachrzęściła suknia kobieca, zaświeciły kobiece oczy i męski papieros, tuż koło pana Leonarda wymówioną w przejściu słowo zadźwięczało mu w uszach, po czym wszystko cichło, tylko ogród sam wypowiadał dalej z pod pni kasztanów swoją letnią bajkę, bajkę realistyczną w treści, o fałszywie poetycznym stylu.

Pan Leonard siedział i słuchał i myślał, czy jest na świecie drugi równie piękny i wymowny ogród?

Nagle zrobiło się w nim bardzo gwarno. Od strony stawu i głównej alei buchnęły zmieszaną falą śmiechy, wykrzykniki i liczne stąpania. To rozbawiona publiczność letniego teatru rozchodziła się do domów.

Pan Leonard drgnął na ławce i powstał. Głuche trzeszczenie grzechotki odezwało się naraz w kilku punktach ogrodu, niby tajemnicze sygnały niewidzialnych band rozbójniczych.

Panu Leonardowi zrobiło się po prostu słabo. Instynktownie poskoczył w zarośla i stał tam nieruchomy, wciskając głowę w ramiona i starając się zrobić jak najcieńszym i jak najbardziej do krzaku bzu podobnym. Serce ledwo mu nie wyskoczyło z piersi; zdawało mu się, że bije w nim sto nowych tętn, o których istnienie nie byłby nigdy podejrzewał swego organizmu.

Niechby277 go tak dozorca zobaczył! Nie tylko, żeby go pozbawił możności znalezienia kwiatu paproci, ale z pewnością nie uwierzyłby poetycznym pobudkom, które skłoniły pana Leonarda do schowania się w krzaki i przypisałby mu jakie niegodziwe cele, równające go ze zwykłym włóczęgą.

Na szczęście żaden dozorca w krzaki zaglądać nie myślał, grzechotki warknąwszy jeszcze kilka razy krótko i gniewnie, jak usypiające psy, zamilkły, wszystkie ławki i aleje opustoszały, ogromna cisza zaległa cały ogród.

Pan Leonard zdziwił się najprzód tej ciszy, a potem się jej dopiero przestraszył. Takim nigdy jeszcze ogrodu Saskiego nie widział, nie wyobrażał go sobie nawet. Zrobiło to na nim takie wrażenie, jak gdyby jego dobry, gadatliwy, pstro ubierający się przyjaciel położył się nagle na katafalku, cały w czerni, z milczącą na wieki twarzą.

Tak, ogród Saski skonał. Zaprzestał wciągać w siebie życie miejskie swymi siedmiu bramami, zgasł, znieruchomiał. Nurtowało w nim wciąż wprawdzie inne, potężne życie, dyszała natura i mówiła każdym szmerem liścia i trawy, każdą wonią, każdym szelestem ptaka budzącego się w gnieździe, ale pan Leonard, szczere dziecię bruku, życia tego nie czuł, nie pojmował. Dla niego ogród Saski był w tej chwili trupem, a on znajdował się wewnątrz tego trupa. Brr!

Włosy stanęły mu na głowie, gdy chcąc wyjść z krzaków, zachrzęścił gałęziami. Ten suchy odgłos przejął go takim dreszczem, jak gdyby widok poruszającego się całunu.

I nie wierzyć tu w czary nocy świętojańskiej! Nie istneż278 to czary, że on, człowiek ze stanowiskiem, przyjmujący bez drżenia wiadomość o przyjeździe samego dyrektora towarzystwa ubezpieczeń, tak się w tej chwili trzęsie i boi!

Heroicznym skokiem wydobywszy się z krzaków, począł biec szybko aleją, nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo.

Ciemne masy drzew rozstępowały się przed nim i zamykały w milczeniu, niby zaklęte wrota, tworząc po obu bokach drgające, szeleszczące otchłanie, pełne przerażających tajemnic.

Pan Leonard doznawał w okolicy karku i ramion dziwnie przykrego uczucia, jak gdyby niewidzialna jakaś ręka schwycić go miała lada chwila.

Tak dobiegł aż do wodotrysku. Tu było trochę widniej i przestronniej. Turkot dorożki przejeżdżającej Saskim placem wpadł pomiędzy filary i napełnił otuchą zamierające serce pana Leonarda. Ten odgłos znajomy przypomniał mu sąsiedztwo ukochanego miasta, całą piękną prozę tego życia, do którego za kilka godzin wróci, aby jej już nigdy nie porzucić, wyleczony raz na zawsze z fantastycznych zachcianek. Odurzająca woń róż podnosiła się z kwietników, zielonawe ogniki robaczków świętojańskich migały w trawie i na liściach; w oddali pomiędzy rzedniejącymi pniami drzew przebłyskiwał słabo staw, niby tafla czarnej lawy; w górze ciężka chmura przedarta ukośnie, ukazywała szmat chorowito bladego nieba.

Pan Leonard spojrzał na zegarek. Obie wskazówki stały na dwunastej.

I nagle, jakby pod działaniem uroku tej czarnoksięskiej godziny, dokoła niego i z nim samym zaczęły się dziać nadzwyczajne rzeczy.

Róże zapachniały tak narkotycznie, że panu Leonardowi zakręciło się w głowie, a świętojańskie robaczki błysnęły takim jasnym snopem świateł, iż olśniony przymknął oczy... Chciał iść dalej, lecz ku najwyższemu przerażeniu uczuł, jak gdyby stopy jego przebijały ziemię i wrastały w nią, przemieniając się w długie, czołgające korzenie. Jednocześnie wydało mu się, że zamiast rąk posiada długie łodygi o wachlarzowych liściach, że mu na takie łodygi cały tułów podarto, a w głowie pękło mu coś jak gdyby się czaszka rozstąpiła na dwie połowy. Ogarnął go wilgotny chłód leśnej ustroni, zaczął się chwiać... chwiać... tracąc świadomość dotychczasowego swego istnienia.

Inne władze nie opuściły go przecież.

Usłyszał wyraźnie wielki jakiś szum dokoła, jakby gromady zlatujących się ptaków, dziwne głosy zaczęły się odzywać ze wszystkich stron:

— Patrzcie! Patrzcie!

Pan Leonard przestał się już bać; tylko nic a nic tego, co się z nim działo pojąć nie mógł.

Wtem rozległo się grzmiące pytanie:

— Kto jesteś?

Pan Leonard z dziwną przytomnością umysłu wymienił swoje nazwisko, dodając:

— Urzędnik w towarzystwie ubezpieczeń.

— A czym chciałeś być?

Pan Leonard zdziwił się.

— Jak to czym? Tym, czym jestem. Sobą i urzędnikiem w towarzystwie ubezpieczeń!

— Słyszycie! Słyszycie! — zaszemrały dokoła głosy. — Jest, czym chciał być! Szczęśliwy! Szczęśliwy!

Najpotężniejszy z głosów badał dalej:

— Czy walczyłeś kiedy z twoimi przekonaniami? Czy ponosiłeś dla nich jakie ofiary?

— Ja nie mam takich przekonań, z którymi potrzebowałbym walczyć lub ponosić dla nich ofiary — odparł pan Leonard. — Dzięki Bogu nie zbywało mi nigdy na rozsądku.

Ten sam chór, co poprzednio, dał się słyszeć! — Szczęśliwy! Szczęśliwy!

— Czy nie dostałeś kiedy pierwszej nagrody na konkursie? — pytał tajemniczy głos.

— Nigdy! — odpowiedział pan Leonard mocno zdziwiony.

— Szczęśliwy! Szczęśliwy! — zaszemrano znowu.

— Czy nie dręczyła cię żądza sławy? Tęsknota za ideałami życia? Pragnienie nieśmiertelności, ciekawość nieświadomego?

— Powiedziałem już — odparł pan Leonard z przyciskiem — iż jestem człowiekiem rozsądnym i podobne mrzonki przystępu do mnie nie mają.

— A znasz ty, co to jest ból ukryty, ciągły, towarzyszący ci wszędzie, gdzie się obrócisz, ból, na który lekarstwa nie ma, chyba, że się go wraz z jego siedliskiem z piersi wyrwie?...

— Owszem — odpowiedział pan Leonard — doświadczałem takiego bólu, tylko nie w piersiach lecz w dziąsłach i poradziłem sobie, jak mówisz: kazałem wyrwać ząb. Odtąd nic mnie już nie bolało. Jestem zdrów zupełnie...

— Nie chodzi tu o cierpienie fizyczne — przerwał głos — ale jeżeli w takim tylko duchu pojąłeś moje pytanie, tym lepiej dla ciebie.

Nastała chwila milczenia.

— Powiedz mi teraz — odezwał się tajemniczy badacz — jakim sposobem znajdujesz się tutaj o tej porze? Podobni tobie ludzie zasypiają w tej chwili smaczno przy zamkniętych na klucz drzwiach i pozapuszczanych roletach.

— Masz słuszność — potwierdził pan Leonard — pierwszy i ostatni raz w życiu zrobiłem takie głupstwo i nie mogę go odżałować. Chciałem poszukać kwiatu paproci. Przeczucie mówiło mi, że go znajdę, ale widzę, że nigdy nie warto zważać na takie romantyczne brednie, jakimi są przeczucia i świętojańskie noce.

— Człowieku, nie bluźnij! — zawołał głos — jeżeliś nie wiedział dotychczas, że nosisz w sobie cudowny talizman doskonałego szczęścia na ziemi, to w tej chwili przekonać się o tym możesz. Alboż nie czujesz, że stałeś się paprocią, która mocą świętojańskich czarów zakwitła w twym samolubnym, chłodnym sercu i twojej praktycznej głowie? Ciebie teraz powinien znaleźć jaki marzyciel, poeta, filantrop, bo to są biedne dusze, na które czyha tysiące niedostępnych tobie udręczeń, niepojętych dla ciebie rozczarowań, niezaznanych przez ciebie dążeń. Wierzaj mi, w takim tylko ciasnym kółku własnych potrzeb, na takim tylko płaskim zagonie osobistych karłowatych uczuć rozwija się kwiat paproci: zupełne zadowolenie z życia i z siebie. My, duchy świętojańskich tajemnic, otaczamy cię w tej chwili kołem i cieszymy się, patrząc na to rzadkie widowisko. Gdybyś mógł widzieć, jaka z ciebie ładna, rozłożysta paproć i jak pięknie kwitniesz!

— Ja, kwitnę! — wykrzyknął pan Leonard i chociaż już rąk nie miał, zrobił taki ruch, jak gdyby sobie chciał urwać tę kwitnącą głowę.

I musiał ją urwać istotnie, bo nagle wszystko uciekło i znikło, a on sam pogrążył się w jakąś bezdenną nicość...

Wyrwało go z niej mocne szarpnięcie za ramię.

Pan Leonard otworzył oczy i zobaczył, że jest biały dzień, że on sam leży na ławce, że trzyma w ręku prześliczną, zapewne z sąsiedniego krzaka oberwaną przez sen różę, a przed nim stoi stróż ogrodu i pyta go z groźną miną, dlaczego tu noc przepędził, dlaczego zrobił szkodę i czy nie wie, czym to pachnie?

Zbytecznym byłoby dodawać, iż pan Leonard nie opowiadał mu swoich romantycznych przygód, lecz prozaicznie sięgnąwszy do portmonetki, uspokoił skutecznie drażliwość tego męża.

Następnie wrócił do domu i położył się do łóżka, wypiwszy szklankę malinowego odwaru na poty, jako zabezpieczenie przeciw możliwemu po przespanej pod gołym niebem wilgotnej nocy, katarowi.

Można prawie ręczyć, iż to był jego pierwszy i ostatni wybryk!

Wystawa w Bezradnowie

Miasto Bezradnowo ma zaszczyt być stolicą kraju zwanego Niedołęganią. Ta znów chlubi się opartą na wiarogodnych podaniach i autentycznych dokumentach starożytnością swego narodu, sięgającą tak zamierzchłych wieków, że nawet rasa indyjska, wyhodowana w kolebce ludzkości, wobec tych przedpotopowców sprawia wrażenie podlotka.

Nie dość na tym. Naród Niedołęgów posiada proroctwa i naukowe teorie, zaczerpnięte nie tylko z jego dziejów, lecz znajdujące potwierdzenie w historii całego świata, że żywotność jego oprze się wszelkim zakusom279 kolonizacyjno-wywłaszczeniowym, bodajby o sile miliona germańskich elementów i trwać będzie, dopóki kula ziemska nie wypadnie z orbity planet zamieszkanych.

Posiada też kraj ten ambasady i konsulaty we wszystkich państwach cywilizowanych pięciu części świata, a to z powodu ogromnej liczby obywateli, osiedlających się wszędzie, gdzie się da i prowadzących opłakane dla siebie i miejscowej ludności interesy na własną rękę.

Bezradnów zaś na pierwszy rzut oka wygląda jak każde inne wielkie miasto. Posiada kluby i Towarzystwa pod różnymi wezwaniami w szczególności, a gry w karty w ogólności; teatry, w których wszystkie droższe miejsca na sztukach, mających coś wspólnego z poezją, bywają zajęte przez publiczność, robiącą „watę280”; magazyny mód, które są domami schadzek; antykwarnie, będące hurtownymi składami pornograficznych fotografii; jednokonki, których rumaki jak żołnierze kończą zwykle żywot na posterunku w trakcie przewożenia pasażera z ulicy na ulicę; rzeźnie w pobliżu szpitala dla cholerycznych; parki, do których wstęp dozwolony jest jedynie za kartami poświadczonymi przez rządcę domu i cyrkuł281; bandytów, dzieci bezdomne, staruszków czatujących z cukierkami na pensjonarki itd. itd.

Ale prawdziwą osobliwością Bezradnowa jest starszy o pięćdziesiąt lat od Juliańskiego kalendarz, według którego wskazówek wchodzą tam w życie wszelkie cywilizacyjne reformy i wynalazki. Wskutek tego i samorząd Bezradnowa znajduje się jeszcze w stanie niemowlęctwa i karmiony jest mączką Nestle’go, zmieloną z wycofanych z obiegu i uznanych za szkodliwe postulatów społecznych innych krajów.

To też ojcowie miasta, czuwający nad wątłą egzystencją tego noworodka, są niesłychanie zajęci i mają po dwadzieścia posiedzeń na dobę, z których tylko stwierdzające regułę wyjątki odbywają się kiedy niekiedy w ratuszu.

Na jednym z takich nadzwyczajnych, rzec można prawie fantastycznych posiedzeń, wyłoniła się kwestia rozpaczliwego stanu miejskich finansów. W Bezradnowie panowała rosnąca z każdym dniem drożyzna, a jednocześnie przerażająco zmniejszała się płynność gotówki. Skąd więc obywatele brali pieniądze na zakupowanie tych drogich rzeczy, pozostawało tajemnicą nieprzeniknioną.

Raz po raz jakiś zjednoczony cech urządzał strajk, po czym następowało podniesienie pracownikom płacy o grosz na godzinę, po czym chleb drożał o dziesięć groszy na funcie, co trwało do najbliższego z kolei strajku: dziennikarze zaś z czujnym palcem na pulsie społecznego życia pisali o tym sążniste282 artykuły, pobierając z rezygnacją honoraria wedle normy, ustanowionej w dzień wynalezienia druku.

W takim stanie rzeczy przewodniczący Głowa miasta zagaił posiedzenie w następujący sens:

— Przezacni panowie i dostojni koledzy! Po głębokim namyśle powziąłem283 myśl, która w umyśle moim skrystalizowała się jako pewnik niewzruszony. Trzeba koniecznie coś obmyślić.

Nastała głęboka cisza, a zagrzany nią prezydent mówił dalej:

— Nie przeszkadzajcie mi, panowie! Wiem aż nadto dobrze, jak wrzący i niecierpliwy jest duch waszej inicjatywy. Pozwólcie mi jednak w kilku słowach objaśnić was, do czego zmierzam. Przechodzimy ciężki kryzys ekonomiczny. Chodzi mi o wynalezienie czegoś, co w tym ogólnym zastoju zatargałoby, że tak powiem, obywatelskimi trzewiami mieszkańców naszego grodu i wlało nową krew w skrzepłe żyły naszej miejskiej kasy. Trzeba więc koniecznie coś wymyślić. Ale co?

Tu cisza stała się tak wielką, że miarowy oddech jednego z radców, niewywczasowanego po całonocnym preferansie284 (w Bezradnowie najmodniejszą grą był preferans), przybrał w niej łudzące pozory chrapania.

To wprawiło prezydenta w stan graniczący z ekstazą.

— Na Boga! Pozwólcież mi dokończyć, najmilsi koledzy — zawołał. — Pośpiech jest zwykle złym doradcą. Musimy tę sprawę rozważyć wszechstronnie. Musimy obmyślić coś wielkiego, coś wiekopomnego, coś, co zwróciłoby na nas uwagę całego świata. Teraz zapytuję was, panowie, uroczyście: co?

Dało się słyszeć kilka chrząknięć. Oddychającego rytmicznie radcę jeden z kolegów trącił łokciem w bok, co miało ten skutek, że radca potoczył jakby zdumionym wzrokiem dokoła i zapytał:

— Czy na mnie kolej?

— Tak — podchwycił skwapliwie prezydent. — Tak. Czekamy z niecierpliwością, aby usłyszeć, co najszanowniejszy kolega obmyślić raczył.

— Ja? Na co się to zdało? Gdy się ma totusa w kierach ze wszystkimi asami i leży się bez pięciu, to co tu obmyślać? Pech i koniec.

— Zapewne! Zapewne — przytaknął z niezmąconą pogodą prezydent, a za nim inni powtórzyli: „Zapewne, zapewne”, radzi, że nareszcie mają się z czymś odezwać.

Siedzący naprzeciwko pechowego preferansisty staruszek pochylił się przez stół i zaczął:

— Ja koledze opowiem lepszy wypadek. Jestem na ręku...

Przerwał mu inny sąsiad. Ten już coś znalazł.

— Najszanowniejszemu naszemu prezydentowi — rozpoczął tonem głębokiego wniknięcia w jądro sprawy — chodzi, jeżeli się nie mylę o jakiś szczęśliwy pomysł?

— Nie inaczej. Szanowny kolega bardzo to bystro pojął.

— A więc... Dzień kwiatka miał tak nad zwyczajne powodzenie. Ze względu na mroźną zimę proponowałbym: „Filiżankę herbaty”. Uproszone panie chodziłyby z czajnikami; panowie nosiliby filiżanki i cukier, samowary zaś...

Zaprotestowano jednomyślnie.

Nie! Nie! Tu potrzeba było czegoś na szeroką skałę. Jakiegoś zjazdu! Jakiejś wystawy! Ach, wystawy! One nigdy nie powszednieją. Byle tylko było co wystawiać. Ale w tym sęk!

Od czegóż jednak potęga, zwana viribys unitis285, i ta druga, ochrzczona nazwą emulacji. Ukłuci jej ostrogą, radni Bezradowa jak zaczęli radzić, tak istotnie uradzili coś nadzwyczajnego i nazajutrz olbrzymie plakaty, porozlepiane po rogach ulic i placach, obwieściły oszołomionej ludności niebywałą nowinę:

W dniu... Roku...

Otwarta zostanie Wielka, Powszechna

WYSTAWA KŁOPOTÓW.

Udział w niej wziąć mogą wszyscy mieszkańcy Bezradowa bez różnicy płci i wieku. Kwalifikowaniem okazów zajmie się osobna, wybrana w tym celu komisja. Uznany za najmniejszy (drogą plebiscytu) z pomiędzy wystawionych Kłopot puszczony będzie na loterię. Szczęśliwy wygrywacz po otrzymaniu go będzie miał prawo złożyć swój osobisty, choćby najuciążliwszy, Radzie miejskiej, która go przejmie na własność. Co się tyczy innych okazów, te będą mogły być wymieniane drogą dobrowolnych umów pomiędzy wystawcami.

Od jajka Kolumba i jabłka Newtona nigdy genialniejsza i prostsza myśl nie urodziła się w mózgu ludzkim.

Bezradnów zawrzał.

Już w pierwszym dniu nadesłano tyle zgłoszeń i okazy zapowiadały się tak imponująco, że komitet musiał zwiększyć o sto procent liczbę swych członków, a co do placu wystawowego jasnym się stało, że na pomieszczenie wszystkich pawilonów trzeba będzie zająć przestrzeń, dorównywającą niemal obszarowi samego Bezradnowa.

W tym celu rada miejska, na mocy przysługujących jej z dawna praw, wywłaszczyła pięć okolicznych wiosek, co pociągnęło niezliczoną ilość procesów z ich właścicielami i mieszkańcami. Dla przyjmowania samych tylko pozwów musiano mianować osobnego urzędnika i opróżnić jedną z największych sal w ratuszu na ich skład.

Trudniejsza jeszcze sprawa była z budowaniem wystawy.

Miejscowi architekci nie mieli o tym pojęcia, przyzwyczajeni będąc do stawiania jedynie domów pod rząd, w stylu specyficznie bezradnowskim. Musiano więc sprowadzić z zagranicy biegłych fachowców, którzy nie tylko kazali sobie zapłacić bajeczne sumy, lecz postawili za warunek, aby sztab robotniczy i wszystkie potrzebne materiały sprowadzono z ich ojczyzny.

Dzielna rada miejska nie zniechęciła się tymi trudnościami. Powodzenie wystawy było tak dobrze jak zagwarantowane, a dowodziła tego choćby ochoczość, z jaką kapitaliści służyli pożyczkami na tę imprezę, co wprost rozrzewniało zacnych ojców miasta.

— Mamy jeszcze przyjaciół — mawiali i zachodzili z tej racji „na kapkę” do winiarza, w którego piwnicy znajdowały się butelki, dorównywające ceną rocznej pensji konduktora tramwajowego.

W istocie, zainteresowanie się projektowaną wystawą przeszło najśmielsze oczekiwania. Zjazd ze wszystkich stron świata zapowiadał się monstrualny. Zagraniczne dzienniki zamawiały naprzód mieszkania dla swoich korespondentów.

Początkowo był zamiar dopuszczenia do udziału i krajów ościennych, ale okazało się, że i dla miejscowych kłopotów miejsca może zabraknąć. Uczyniono więc tylko wyjątek dla „Pawilonu Stolic”, w którym każde z ochrzczonych tą nazwą miast europejskich miało posiadać wspaniale urządzoną witrynę gwoli wystawieniu tego ze swoich Kłopotów, który uzna za najdokuczliwszy.

Bezradnów, w teorii pragnący wszystkim dogodzić, a w praktyce narażający się zwykle każdemu z osobna, tym razem wybrnął szczęśliwie ze swego dylematu, porozsyławszy zaproszenia, które wszędzie przyjęto skwapliwie. Bo, jeśli możność popisania się z własnym Kłopotem wydawała się dumniejszym stolicom jako zaszczyt wątpliwy, to nadzieja przypatrzenia się cudzym była tak ponętna, iż uznano ją za nieprzepartą.

Jakoż niektóre okazy znajdowały się już w drodze, gdy Liga Pokoju, na zwołanym ad hoc286 zjeździe w Hadze, uznała takowy popis jako groźny dla rozchybotanej i bez tego równowagi europejskiej i okazy cofnięto z drogi.

Ale i bez tego splendoru wystawa w dzień otwarcia odniosła niebywały tryumf.

Nad główną bramą umieszczono olbrzymi, widny o milę posąg Pandory (z papier maché287), otwierającej swą fatalną puszkę wielkości wagonu, z której za pomocą genialnie dowcipnej maszynerii wylatywał co dwie godziny maleńki aeroplanik z automatycznym lotnikiem i krążył nad całym placem dość nisko, aby publiczność zadarłszy głowy, mogła odczytać na uczepionej u nóg lotnika tablicy jaskrawymi literami wypisaną nazwę klęski, jaką przedstawiał.

Dla urozmaicenia repertuaru włączono w ich liczbę i takie, o których za czasów Epimeteusza, co się z tak niefortunną galanterią względem Pandory pokwapił, nie miano nawet najsłabszego pojęcia.

Tu nawiasowo dodać można, że Niedołęgowie mieli patriotyczne pretensje do Pandory, a uczeni ich dowodzili jak na dłoni, że skoro ona była pierwszą kobietą na świecie (na co nawet zgadzały się greckie podania), musiała być tym samym czystej krwi Niedołężanką. Ale dla lepszego zadokumentowania tego faktu miasto Bezradnów zostało zbudowane pod jej wezwaniem i wielce się tym patronatem szczyciło.

Ale, wracając do puszki. Wśród takich archaicznych zabytków, jak głód, wojna, zaraza, krążyły na skrzydłach aeroplaników i mniej zgodne z mitologią, ale za to wybornie ducha czasu ilustrujące utrapienia.

Słychać więc było tylko krzyżujące się okrzyki:

— Patrzcie! Patrzcie! Leci Giełda!

— O! O! Wybory do parlamentu!

Albo:

— Aha! Samochody, pocztowe!

— Uświadamianie niemowląt!

— Komiwojażerstwo288!

I jeszcze:

— Makabryzm!

— Kabarety!

— Gramofony!

I tak bez końca. Ale to była tylko jedna z tysiącznych atrakcji tego czarodziejskiego placu.

Zagraniczni architekci przeszli samych siebie. Z pod ich cyrkli i grafionów wytrysnęło jakby drugie miasto, barwne, lekkie, pełne nieujętego wdzięku tymczasowości, o harmonijnie pozataczanych łukach ulic i placach z malowniczo kapryśną konfiguracją. Wszędzie pieściła oko zieleń trawników puszystych; kryształowe fontanny iskrzyły się niby brylanty w oprawie drogich kamieni: rubinów-róż; turkusów-niezapominajek; topazów-margierytek; opali-storczyków. Umiejętnie zużytkowane resztki ogrodów wywłaszczonych wiosek dostarczały rzeźwiącego chłodu; a pod stuletnimi lipami, pod których cieniem z ojca na syna zaprawiały się do błogosławionej drzemki całe pokolenia „dziedziców”, rozsiadły się teraz liczne kawiarnie i bary.

Pawilony rozrzucone były na pozór bezplanowo.

Obok kiosku „Towarzystwa Dobroczynności” (w zaniedbaniu), zbudowanego w kształcie wielkiego trójkąta z okiem Opatrzności u szczytu, w którym wieczorem zapalano gasnące co chwila z niewiadomych przyczyn światło elektryczne, mieścił się ciężki w stylu egipskim trzymany „Pawilon Uczonych”, gdzie również mało kto zachodził, i gdzie u wnijścia pomysłowy, ale niefortunny optyk wyrobił sobie pozwolenie na sprzedaż okularów i trąbek akustycznych.

A tuż za nim przykuwał wzrok „Pawilon Kokotek289”, istne pieścidełko białe, różowe, pachnące, zdobne w jedwabne draperie, podtrzymywane kocimi pazurkami i ogonkami łasic.

Tu za to ścisk panował ogromny, a tłoczyły się przede wszystkim cnotliwe matki rodzin i bogobojne matrony. Wchodząc, żegnały się pobożnie lub wzruszały ramionami.

— Ciekawa rzecz — mówiły pomiędzy sobą — jakie kłopoty mogą mieć te panie.

A niektóre dodawały z przekąsem:

— Wszak nasi mężowie i synowie są od tego, żeby o nich myśleli!

I konkludowały290 chórem:

— Oto do naszego pawilonu pójść. Tam się jest czemu napatrzeć!

Tymczasem jednak pchały się tutaj jak na odpust.

A „te” panie przeciwnie. Nie tylko nie były ciekawe kłopotów domowych kapłanek, ale wręcz stroniły od grupy pawilonów, nad którymi widniały jako godła: ognisko rozpalone w obrączce ślubnej, dama w stanie interesującym, rogi jelenie i tym podobne patriarchalne symbole. Tuż zaraz znajdował się „Pawilon Starych Panien”, noszący na froncie uschnięty wianek mirtowy w otoczeniu figurek, przedstawiających menażerię. Ten dział wystawy był tak skąpo obesłany, iż wszedłszy do środka i patrząc na puste witryny, odnosiło się wrażenie, że w Bezradnowie nie ma wcale starych panien.

Największe jednak powodzenie zjednał sobie pawilon pod nazwą: „Kłopoty Dyskrecjonalne”. Tu wyznaczone były godziny oddzielnie dla pań i oddzielnie dla panów i od rana do nocy budynek ten znajdował się w istnym oblężeniu.

Każda dorosła osoba miała prawo wprowadzić po jednym dziecku; Bezradnów bowiem opieszałość swą społeczną nagradzał bajecznym pośpiechem w przyswajaniu sobie niektórych najnowszych prądów.

Ale istotnym clou291 wystawy był pawilon „Kłopotów Najdyskrecjonalniejszych”, umieszczony w samym końcu placu i posiadający zupełnie oddzielne wejście z pola.

Do pawilonu tego wpuszczano tylko za bardzo wysoką opłatą w godzinach wieczornych i obowiązkowo w maskach i dominach. Jedna jego ściana łączyła się krytym korytarzykiem z ogromną restauracją włoską, w której środkowa rotundowa sala była właściwie tylko bufetem z estradą dla muzyki, i ogniskiem całego wieńca małych drzwiczek, wiodących do prześlicznych gabinecików. Te bywały zawsze naprzód pozamawiane choć ceny potraw i win dochodziły w nich do absurdu. Ale oglądanie „Kłopotów Najdyskrecjonalniejszych” budziło w zwiedzających tak niepohamowany apetyt na kolację we dwoje, że wkraczał on już w dziedzinę siły wyższej, przed którą wszystko musi ustąpić.

W ogólnej fizjognomii292 wystawy dominował pewien rys osobliwy, na który każdy skłonny do filozoficznej obserwacji umysł musiał zwrócić uwagę.

Oto wśród tego nagromadzenia Kłopotów, takich, że poszczególni ich właściciele, nim się tu nimi pochwalili, wyrywali sobie włosy z rozpaczy, a niektórzy bliscy byli samobójstwa, krążył tłum dziwnie radosny i niefrasobliwy, jak gdyby te uwiezione za witrynami zmory ich egzystencji nigdy już ich dosięgnąć nie miały.

Gdyby rada miejska, upojona tryumfem, zdolna była zastanowić się nad czymkolwiek, objaw ten byłby jej dał wiele do myślenia...

Drugą charakterystyczną właściwością tej, jedynej od początku świata, wystawy był zupełny brak jakiejkolwiek opieki nad witrynami.

Wyjątek stanowiła tylko witryna siedemdziesięcioletniego stróża przytułku noclegowego, który po zmarłym w Ameryce bracie (mówiono, że brat ten uprawiał handel żywym towarem) odziedziczył właśnie miliard dolarów i olbrzymi ten majątek (w przekazie na jeden z banków nowojorskich) wystawił, jako nie dający mu dokonać spokojnie żywota Kłopot.

Ta witryna obwiedziona była żelazną kratą, zakończoną kolczatym drutem, a na czterech jej rogach stało tyluż żołnierzy z obnażonymi pałaszami i oddział konnych policjantów, uzbrojonych w skierowane wprost na publiczność brauningi.

A publiczność krążyła w pobliżu, jak stado zgłodniałych wilków; miliard w przekazie ciągną tak oczy, że wyłaziły z pod powiek; i gdyby nie nadzieja wygranej, którą każdy z osobna żywił w tym tłumie, kto wie, czy wszelkie środki bezpieczeństwa byłyby się ostały wobec drapieżności amatorów na stróżowski Kłopot. Bo że ten właśnie dostąpi honoru znalezienia się w kole Fortuny, to i bez plebiscytu wiadome było od pierwszej chwili.

Biletów loteryjnych wypuszczono milion. Żaden przymiotnik nie jest dość silny na określenie ich popytu. Urzędnicy, zajmujący się sprzedażą, nie jawili się na widok publiczny bez zbrojnego konwoju, inaczej gracze byliby ich rozszarpali na kawałki.

Nadszedł wreszcie wielki dzień ciągnienia, który miał być jednocześnie dniem zamknięcia wystawy. Bo wszystko musi mieć na świecie swój koniec i wszystko powszednieje, nawet napawaniem się widokiem kłopotów swych bliźnich.

Wszelako los, który bywa figlarzem, zgotował Bezradnowi niespodziankę. Miliardowy Kłopot biednego stróża wygrał młody, chory na serce poeta.

Ten może byłby wiedział co zrobić z pieniędzmi, lecz radość okazała się dla jego wyczerpanego organizmu zabójczą i w chwili, gdy mu oznajmiono tę szczęśliwą nowinę, młodzieniec padł, dotknięty anewryzmem293.

I tu dopiero wywiązał się Kłopot rzetelny; Kłopot Monstre.

Poeta był wychowańcem domu podrzutków, a jako bezżenny nie zostawił po sobie żadnej rodziny. Z prawa więc spadek po nim przechodził na własność miasta, które go w tak lekkomyślnym fachu wychowało.

Ale ta prawna konsekwencja nie wydała się tak prostą opinii publicznej. Momentalnie w całym Bezradnowie zabiły serca i odezwał się w nich głos krwi, wołający o dochodzenie praw swoich.

Biedny poeta-podrzutek, w tym podwójnym charakterze nieskończenie ignorowany za życia, znalazł po śmierci tylu ojców i matek, ile było w Bezradnowie mężczyzn i kobiet, zdolnych do prokreacji w epoce jego urodzenia.

Nawet jeden z przywódców związku poszóstnej abstynencji, po dokładnym wpatrzeniu się w fotografię zmarłego, dostrzegł w niej uderzające podobieństwo do własnych ascetycznych rysów.

Wspomnienia, zaczerpnięte w krynicy przeszłości, nasunęły mu myśl, że może to nie być jedynie prosty przypadek; pośpieszył tedy na poufną konferencję ze swym doradcą prawnym, z której wyszedł błogo a tajemniczo uśmiechnięty.

W ogóle wszystkie adwokackie kancelarie Bezradnowa były owych dni w formalnym oblężeniu, a słoneczne do niedawna niebo rady miejskiej zaciągnęło się nowymi chmurami procesów.

Lecz była to klęska dopiero perspektywiczna. Inna bliższa, groźniejsza katastrofa wisiała w powietrzu.

Wystawę zamknięto już od tygodnia; goście porozjeżdżali się; bramy domów zakwitły kartami, głoszącymi o pokojach do odnajęcia „przy rodzinie”, włoski restaurator powrócił do krainy kwitnących pomarańcz z niepomiernie wyładowanym trzosem, a po odbiór okazów, pomimo codziennego, urzędowego wzywania właścicieli, nikt się nie zgłaszał.

I gdybyż tylko to. Młodzi demagogowie urządzali po ulicach wiece i ze szczytów latarń wzywali klasy robotnicze i proletariat w ogóle, aby zawartość swoich pawilonów rzucił na głowy burżujów.

— Niech ciężar ich, krwią waszą i potem oblany, zmiażdży podłe łby tych opasłych gadzin! — wołali. — Oto nadarza wam się jedyna sposobność wymierzenia sobie sprawiedliwości od jednego zamachu. Proletariusze! Teraz lub nigdy!

Burżujom cierpła skóra, gdy przez koronkowe story swych pięknych apartamentów słuchali tych dzikich wrzasków; i jako jedyny ratunek przedstawiał im się gremialny wyjazd za granicę i pozostawienie własnych i narzuconych im Kłopotów radzie miasta.

— Ona urządzała wystawę! Ona nawarzyła tego piwa. (Ten, do niedawna upajający, szampan był już piwem i w dodatku zwarzonym!) Niech je pije!

Gdy delegacja, złożona z najpoważniejszych właścicieli domów i finansistów, przybyła do prezydenta, aby mu takowy pogląd wyłuszczyć, nieszczęsny ten mąż chwycił się za głowę, potem zemdlał, potem, że mu nikt z trzeźwieniem nie śpieszył, sam się ocucił i czym prędzej zwołał nadzwyczajne posiedzenie.

Stawili się wszyscy, ale w jakichś wojowniczych nastrojach. Nawet radca-preferansista przyszedł wyjątkowo wyspany, gdyż w tym piekielnym chaosie, jaki obecnie przedstawiało Bezradnowo, niepodobieństwem było nawet złożyć partyjkę.

Prezydent, tym razem bez krasomówczych294 omówień, skoczył równymi nogami w jądro sprawy.

— Panowie i koledzy! — zawołał — radźcie! Jesteśmy osaczeni. Możemy być zgubieni. Wali się na nas wszystko. Co począć?

Ale koledzy zamiast radzić, zaczęli z innej beczki:

— Niech ten sobie nad tem łamie głowę, kto pierwszy podał ten idiotyczny projekt (do niedawna był genialny) i wnet jeden przez drugiego jęli wołać:

— To pan!

— Nie! To pan!

— Jak to? Alboż to nie pan?

— Panowie! Wzywam was wszystkich na świadków, że ja radziłem „Filiżankę herbaty” — darł się inny.

Zacietrzewienie tak wzrosło, że już kałamarze były w ruchu.

Prezydent obu garściami chwytał się za łysą czaszkę i, nie znajdując tam żadnej żertwy, wyłamywał sobie z trzaskiem palce.

— Panowie! panowie! — błagał. — Na miłość Boską. Panowie!

I nagle, jak to bywa czasem w chwilach ostatecznej rozpaczy, wizja ratunku zajaśniała w jego zmąconym mózgu.

Z całej siły grzmotnął dzwonkiem w stół.

— Panowie! — wykrzyknął — Uciszcie się! Znalazłem! Jesteśmy uratowani!

I jakby kto okseft oliwy rozlał po morzu, tak ułożyły się wzburzone fale radnych umysłów. Wszyscy przysiedli. Bardziej poturbowani milcząco obcierali sobie zawalane atramentem twarze.

— Znalazłem! — powtórzył prezydent. — Podamy się wszyscy do dymisji!

Wiew geniuszu ma to do siebie, że na razie obezwładnia tych, wśród których przejdzie.

I w sali radnej po słowach prezydenta zapadła bezdenna cisza. Nikt nie drgnął; nikt nie otworzył ust.

Wtem ratusz zatrząsł się w posadach i całe zgromadzenie pospadało z foteli.

Bezprzykładny, nieopisany hałas targał murami gmachu.

Huk, trzask, pisk, wycie, ujadanie, płacz, jęki, zgrzyty, przekleństwa, wszystko razem rozszalało się w jakiejś szatańskiej kakofonii295. Zdawać się mogło, iż piekło otwarło się i śle ziemi swą potępieńczą orkiestrę.

I nagle światło dzienne przygasło.

Za oknami powietrze rozdygotało i jakaś chmura nieokreślonych, ciemnych, szarych i czarnych kształtów pędziła w nim, przewalając się i kłębiąc z zawrotną szybkością.

— Koniec świata! — szepnęli leżący na ziemi ojcowie miasta.

— Koniec świata!

I wtulali twarze w dłonie, i kryli się pod fotele, na wpół umarli ze strachu.

Nie. To nie był koniec świata. To znudzone bezczynnością na pustym placu Kłopoty potłukły witryny, porozwalały pawilony i wracały całą chmarą do miasta.

Żaden wyżeł nie odnajdzie tak pana, jak one trafiały do swych właścicieli. Gdyby który skrył się był w mysią jamę, lub w dziurkę od klucza, i tam byłyby go znalazły. Ale nikt z mieszkańców nie zdążył nawet pomyśleć o tym. Zostali zaskoczeni.

Stęsknione Kłopoty rzucały im się na piersi, chwytały za gardło, właziły na karki, wżerały się w mózgi. Jak świat światem, nie widziano namiętniejszego powitania.

Demagogowie296 pozłazili z latarń; burżuje przestali myśleć o wyjeździe za granicę. Nawet radni miasta, zorientowawszy się wreszcie w sytuacji, uznali posiedzenie za skończone i rozeszli się do domów w najlepszej zgodzie.

A nazajutrz, gdy złociste słońce wytoczyło się nad Bezradnowem, zastało plac powystawowy w ruinach, wszystkie Kłopoty dobrze już zagospodarowane na swoich dawnych miejscach i bieg życia stolicy Niedołęgami płynący dawnym, wyżłobionym przez wieki, korytem.

Przypisy:

1. kapryfolium — pnącze o różowych, białych lub żółtawych kwiatach. [przypis edytorski]

2. girlanda — dekoracyjny, roślinny ornament w formie podwieszonej wiązanki kwiatów, liści i owoców. [przypis edytorski]

3. Nachkuhr (niem.) — wypoczynek po odbytej kuracji. [przypis edytorski]

4. parole d’honneur (fr.) — słowo honoru. [przypis edytorski]

5. koliganci — osoby postawione wysoko w hierarchii społecznej. [przypis edytorski]

6. parole d’honneur (fr.) — słowo honoru. [przypis edytorski]

7. obroki — pasza dla koni. [przypis edytorski]

8. ekwipaż — lekki, luksusowy pojazd konny. [przypis edytorski]

9. koroniarz — mieszkaniec Korony, od: Korona Królestwa Polskiego, oznaczającego królestwo polskie (w odróżnieniu od Rzeczpospolitej, czyli państwa złożonego z Polski i Litwy). [przypis edytorski]

10. pośledniejszy — gorszy od innych tego samego rodzaju. [przypis edytorski]

11. Raubritterin — określenie raubritter, które pojawiło się dopiero w XVIII-wiecznych niemieckich romansach rycerskich, oznacza rycerzy lub osoby z rycerskiego rodu, trudniące się napadami, szczególnie na przejeżdżających w pobliżu ich zamku kupców i podróżnych. [przypis edytorski]

12. Baedecker — nazwisko księgarza niemieckiego Karla Baedekera, znanego ze swoich przewodników turystycznych; jako rzeczownik pospolity: przewodnik turystyczny. [przypis edytorski]

13. antiquo modo (łac.) — starym sposobem, według starych zwyczajów. [przypis edytorski]

14. bon enfant (fr.) — dobre dziecko. [przypis edytorski]

15. przemożnie — decydujący, wielki. [przypis edytorski]

16. korna dań — daw. dar składany w pokorze. [przypis edytorski]

17. niechby — partykuła wprowadzająca zdania i równoważniki zdań wyrażające życzenie. [przypis edytorski]

18. Passery — piękna lodowcowa rzeka znana z zawodów slalomowych odbywających się w Merano. [przypis edytorski]

19. szewiot — tkanina ubraniowa z wełny tych owiec; też: tkanina z wełny czesankowej. [przypis edytorski]

20. cyceron — właśc. Marcus Tullius Cicero (106–43 p.n.e.) — filozof, mówca i pisarz rzymski. Tu: towarzysz do wspólnego filozofowania. [przypis edytorski]

21. kataplazm — gorący, wilgotny okład z nasion oleistych, piasku, papki kartoflanej. [przypis edytorski]

22. modniarka — osoba zajmująca się szyciem i sprzedażą ubrań. [przypis edytorski]

23. Fraulein (niem.) — panienka. [przypis edytorski]

24. ruczaj — potok, strumień. [przypis edytorski]

25. ukontentowanie — daw. odczuć zadowolenie, satysfakcję. [przypis edytorski]

26. genre (wł.) — rodzaj. Tu: rodzaj towarzystwa. [przypis edytorski]

27. blagier — osoba mówiąca rzeczy niepokrywające się z prawdą w celu wywarcia na kimś wrażenia. [przypis edytorski]

28. bawidamek — mężczyzna lubiący kobiety i nadskakujący im. [przypis edytorski]

29. koroniarz — mieszkaniec Korony, od: Korona Królestwa Polskiego, oznaczającego królestwo polskie (w odróżnieniu od Rzeczpospolitej, czyli państwa złożonego z Polski i Litwy). [przypis edytorski]

30. zrekuzować — odmówić czegoś, nie przychylić się do czyjegoś życzenia. [przypis edytorski]

31. zwłóczyć — daw. zwlekać. [przypis edytorski]

32. paltocik — daw. palto. [przypis edytorski]

33. rzęsiście — intensywnie. [przypis edytorski]

34. wypomadowany — wysmarowany pomadą. [przypis edytorski]

35. urzeczona — wzbudzająca zachwyt, podziw. [przypis edytorski]

36. ondulacje — falowane bądź kręcone włosy. [przypis edytorski]

37. zdetronizować — pozbawić kogoś lub coś dotychczasowego dużego znaczenia lub wysokiej pozycji. [przypis edytorski]

38. gromnica — duża woskowa świeca, używana w niektórych wyznaniach chrześcijańskich w trakcie najważniejszych wydarzeń religijno-społecznych w życiu wiernego. [przypis edytorski]

39. perkal — cienkie płótno bawełniane. [przypis edytorski]

40. takam —skrót od: taka jestem. [przypis edytorski]

41. pasyjka — krzyżyk z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. [przypis edytorski]

42. kontuar — mebel, lada oddzielająca sprzedawcę lub barmana od klientów. [przypis edytorski]

43. terre à terre (fr.) — przyziemny. [przypis edytorski]

44. terre à terre’skości — przyziemności. [przypis edytorski]

45. dokonywać — dziś: dokonuje. [przypis edytorski]

46. moral insanity (ang.) — obłęd moralny. Historyczny termin określający szczególną postać rozstroju psychicznego; szaleństwo charakteryzujące się wypaczeniem uczuć, skłonności, temperamentu bez zauważalnych zaburzeń wiedzy czy zdolności rozumowania. [przypis edytorski]

47. podwalina — coś, co daje czemuś początek lub jest podstawą istnienia czegoś. [przypis edytorski]

48. portwein — wzmacniane wino portugalskie, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Douro (hiszp. Duero) na północy kraju, w jej środkowym biegu. [przypis edytorski]

49. anatema — potępienie czegoś lub kogoś, klątwa. [przypis edytorski]

50. lichwa — pożyczanie pieniędzy na bardzo wysoki procent. [przypis edytorski]

51. omne trinum perfectum — przysłowie łacińskie: każda trójca tworzy doskonałość. [przypis edytorski]

52. tedy — daw. zatem, więc. [przypis edytorski]

53. podług — przestarz. wtedy. [przypis edytorski]

54. dystynkcja — elegancja i wytworność. [przypis edytorski]

55. nierogacizna — trzoda chlewna. [przypis edytorski]

56. plastron — szeroki krawat zakrywający gors, noszony do fraka. [przypis edytorski]

57. niezgrabiasz — osoba niezgrabna. [przypis edytorski]

58. Mucjusz Scewola — właśc. Gaius Mucius Cordus; legendarny bohater rzymski, który został wysłany, by zamordować króla etruskiego Porsennę oblegającego ze swą armią Rzym w 508 p.n.e.; gdy został jednak schwytany w obozie wroga, włożył rękę w ogień, by dowieść, że nie straszne mu tortury ani śmierć; takie męstwo przekonało Porsennę, by puścić wolno zamachowca; nosił on odtąd z chlubą przydomek Scaevola, tzn. Mańkut. [przypis edytorski]

59. kontredans — zbiorowy, figurowy taniec towarzyski pochodzenia angielskiego. [przypis edytorski]

60. bajadera — hinduska tancerka. [przypis edytorski]

61. draperie — dekoracyjne fałdy na tkaninie. [przypis edytorski]

62. fornal — robotnik na folwarku, który zajmuje się końmi i wykonuje nimi prace na roli. [przypis edytorski]

63. odaliska — biała niewolnica w haremie sułtana. [przypis edytorski]

64. onyks — kamień półszlachetny o naprzemianległych warstewkach białych i czarnych lub ciemnobrunatnych. [przypis edytorski]

65. piołun — wywar z rośliny o silnej, ostrej woni, używanej m.in. do wyrobu likierów i wódek, mający bardzo gorzki smak i właściwości lecznicze. [przypis edytorski]

66. Ahaswerusowska żyłka — Żyd Wieczny Tułacz, bohater legendy popularnej w Europie szczególnie w XVII, XVIII oraz XIX w., z zawodu miał być szewcem, człowiekiem, który zgubił swoją śmierć i przez to stał się nieśmiertelny; w niektórych wersjach legendy Ahaswerus wiecznie wędruje dlatego, że znieważył Chrystusa i został obarczony klątwą tułaczki. W tekście: skłonność do tułaczki, włóczęgi. [przypis edytorski]

67. en tout cas (fr.) — w każdym przypadku. [przypis edytorski]

68. wartoż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy warto. [przypis edytorski]

69. przekawęczywszyć — przecierpieć, przemęczyć. [przypis edytorski]

70. krepdeszynowy — miękka, lekka tkanina jedwabna, rodzaj krepy. [przypis edytorski]

71. bella veduta (wł.) — piękny widok. [przypis edytorski]

72. Baedecker — nazwisko księgarza niemieckiego Karla Baedekera, znanego ze swoich przewodników turystycznych; jako rzeczownik pospolity: przewodnik turystyczny. [przypis edytorski]

73. patronowie — tu: opiekunowie, gospodarze. [przypis edytorski]

74. vis-à-vis (fr.) — naprzeciwko. [przypis edytorski]

75. pietra serena — szary piaskowiec szeroko stosowany w renesansowej Florencji jako detal architektoniczny. [przypis edytorski]

76. signora (wł.) — pani. [przypis edytorski]

77. Fa niente (wł.) — nic się nie stało. [przypis edytorski]

78. Come (wł.) — jak to? [przypis edytorski]

79. bambino mio (wł.) — dziecko moje. [przypis edytorski]

80. Fa niente! Fa niente! (wł.) — nic się nie stało! nic się nie stało! [przypis edytorski]

81. pleu-reuse’ami — płaczki; kobiety wynajmowane dawniej do okazywania rozpaczy i opłakiwania czyjejś śmierci; też: fryzura męska, w której włosy zaczesane są na kark. [przypis edytorski]

82. facchin’ach (wł.) — tragarz. Tu: tragarzach. [przypis edytorski]

83. en face (fr.) — z przodu. [przypis edytorski]

84. scusate, signora (wł.) — przepraszam panią. [przypis edytorski]

85. żem (...) popsuła — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że popsułam. [przypis edytorski]

86. Piazza del Duomo — zespół zabytkowy w Pizie, składający się z czterech arcydzieł architektury średniowiecznej: katedry, baptysterium, kampanili, zwanej „Krzywą Wieżą” oraz cmentarza. [przypis edytorski]

87. bella signora (wł.) — piękna dama. [przypis edytorski]

88. Addio, signora, addio! (wł.) — żegnaj, pani, żegnaj! [przypis edytorski]

89. fioraje (wł.) — kwiaciarki. [przypis edytorski]

90. granita — lody włoskie z mrożonego soku owocowego. [przypis edytorski]

91. bumblerka — pijatyka. [przypis edytorski]

92. vettura (wł.) — auto, pojazd. [przypis edytorski]

93. Asti spumante — białe, słodkie, musujące wino [przypis edytorski]

94. marabut — ptak o łysej głowie, silnym dziobie i nagiej szyi ze zwisającym workiem skórnym, żyjący w Afryce. Tu: ozdobne pióra. [przypis edytorski]

95. ongi — daw. kiedyś. [przypis edytorski]

96. Alla bella e soave signora Polacca (wł.) — do pięknej i delikatnej Polki. [przypis edytorski]

97. ongi — daw. kiedyś. [przypis edytorski]

98. boć (daw.) — bo; bo przecież. [przypis edytorski]

99. girlandie — zwój liści lub kwiatów, podwieszony po bokach. [przypis edytorski]

100. Eros — w mit. grec. bóg miłości. [przypis edytorski]

101. najniespodziewaniej — daw. niespodziewanie. [przypis edytorski]

102. połowica — żart. żona. [przypis edytorski]

103. podówczas — w tych czasach, o których była mowa poprzednio. [przypis edytorski]

104. dlań — dla niego. [przypis edytorski]

105. bodaj — pierwotne: Bóg daj. [przypis edytorski]

106. nań — na niego. [przypis edytorski]

107. alboż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż; znaczenie: albo czy. [przypis edytorski]

108. modry — intensywnie niebieski. [przypis edytorski]

109. niezabudki — niezapominajki. [przypis edytorski]

110. tejże — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż; znaczenie: tej właśnie. [przypis edytorski]

111. leciuchno — lekko. [przypis edytorski]

112. konfesata — w dawnym prawie: zeznanie wymuszone torturami. [przypis edytorski]

113. pierwocina — początek, zalążek. [przypis edytorski]

114. sianożęć — łąka przeznaczona do zbioru traw na siano. [przypis edytorski]

115. na wskroś — do głębi, całkowicie. [przypis edytorski]

116. toć — daw. przecież. [przypis edytorski]

117. zacny — godny zaufania i szacunku. [przypis edytorski]

118. dlaczegóż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

119. bodaj — pierwotne: Bóg daj. [przypis edytorski]

120. fryga — ktoś zwinny i ruchliwy. [przypis edytorski]

121. czemuż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

122. przecie — przest. przecież. [przypis edytorski]

123. liberia — pierwotnie oficjalny ubiór służby królewskiej lub magnackiej, obecnie używany głównie przez służbę hotelową. [przypis edytorski]

124. rekuza — daw. odrzucenie przez kobietę propozycji małżeństwa. [przypis edytorski]

125. ufestonować — osłabić intensywność. [przypis edytorski]

126. muślin — przezroczysta tkanina o lekkim splocie. [przypis edytorski]

127. znijść — daw. zejść. [przypis edytorski]

128. nieprawdaż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

129. nie pierwej — daw. wpierw. [przypis edytorski]

130. zmiarkować — daw. domyślić się czegoś. [przypis edytorski]

131. żem (...) nie rozbił — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że nie rozbiłem. [przypis edytorski]

132. zagon — długi pas ziemi uprawnej. [przypis edytorski]

133. zgoła — całkowicie, zupełnie. [przypis edytorski]

134. credo — poglądy i zasady, którymi ktoś kieruje się w życiu. [przypis edytorski]

135. dlaczegóż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

136. nadobłoczny — znajdujący się nad obłokami. [przypis edytorski]

137. Rotschildowie — rodzina niemieckich Żydów, zajmująca się bankowością i finansami, jedna z najbogatszych rodzin na świecie. [przypis edytorski]

138. rubaszny — bardzo bezpośredni i bezceremonialny w sposobie bycia; też: będący wyrazem takiego usposobienia. [przypis edytorski]

139. dysputa — dyskusja na poważny temat. [przypis edytorski]

140. kariatyda — o kobiecie atletycznie zbudowanej. [przypis edytorski]

141. krotochwilny — daw. dowcipny. [przypis edytorski]

142. żem (...) przypomniał — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że sobie przypomniałem. [przypis edytorski]

143. skądsiś — skądciś; skądś. [przypis edytorski]

144. czerep — skorupa stłuczonego naczynia. [przypis edytorski]

145. tyluż — wzmocniony zaimek tyle. [przypis edytorski]

146. skwapliwy — ostentacyjnie okazujący gotowość do czegoś; też: świadczący o czyjejś gotowości do czegoś. [przypis edytorski]

147. bom — dziś: bo odgadywałem. [przypis edytorski]

148. reunion — daw. większe spotkanie towarzyskie połączone z tańcami. [przypis edytorski]

149. mantyla — daw. krótka jedwabna pelerynka damska. [przypis edytorski]

150. najprzód — daw. najpierw. [przypis edytorski]

151. żem (...) nie przyjął — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że nie przyjąłem. [przypis edytorski]

152. requiescat in pace (łac.) — niech spoczywa w pokoju. [przypis edytorski]

153. Wiktor Hugo — francuski pisarz, poeta, dramaturg i polityk. Jeden z najważniejszych twórców literatury francuskiej i czołowy przedstawiciel romantyzmu francuskiego. Autor poezji, dramatów wierszem i prozą oraz powieści, jak również listów i przemówień politycznych. [przypis edytorski]

154. in natura — w naturze (nie pieniędzmi). [przypis edytorski]

155. zawalidroga — ktoś przeszkadzający innym. [przypis edytorski]

156. konsolacja — pociechy w zn. dzieci, potomstwo. [przypis edytorski]

157. tedy — daw. zatem, więc. [przypis edytorski]

158. ważki — mający duży ciężar fizyczny. [przypis edytorski]

159. preferans — dawna gra w 32 karty, przypominająca brydża. [przypis edytorski]

160. pikieta — dawna gra w karty. [przypis edytorski]

161. najprzód — daw. najpierw. [przypis edytorski]

162. najprzód — daw. najpierw. [przypis edytorski]

163. buldeneż — krzew parkowy o kulistych kwiatostanach. [przypis edytorski]

164. com — dziś: co mówiłam. [przypis edytorski]

165. buldeneż — krzew parkowy o kulistych kwiatostanach. [przypis edytorski]

166. fular — chustka na szyję z tkaniny jedwabnej. [przypis edytorski]

167. impresaria — organizator występów danego artysty, sportowca. [przypis edytorski]

168. politurowany — powlekana politurą powierzchnia drewna w celu nadania jej połysku. [przypis edytorski]

169. paltot — daw. palto. [przypis edytorski]

170. trotuar — część ulicy odgrodzona krawężnikiem od jezdni, przeznaczona dla ruchu pieszego. [przypis edytorski]

171. dewizka — łańcuszek do zegarka kieszonkowego. [przypis edytorski]

172. spencer — ubiór męski z połowy XIX w. przypominający frak z obciętymi połami. [przypis edytorski]

173. algierka — rodzaj dawniej noszonego długiego, sutego palta męskiego. [przypis edytorski]

174. heliotrop — roślina o drobnych, silnie pachnących kwiatach. [przypis edytorski]

175. przycapić — niespodziewanie złapać, schwycić. [przypis edytorski]

176. długoż — wzmocnione „długo”. [przypis edytorski]

177. żem — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że jestem. [przypis edytorski]

178. szczęt — daw. pozostałość czegoś. [przypis edytorski]

179. kutwa — człowiek chciwy, skąpy nawet dla samego siebie. [przypis edytorski]

180. bodajże — wzmocnione „bodaj”, tu: bodaj byś. [przypis edytorski]

181. przedzierzgać — nabierać innych cech, zmieniać swoją postać. [przypis edytorski]

182. alem — dziś: ale ja. [przypis edytorski]

183. suteryna — część budynku znajdująca się pod parterem, częściowo poniżej poziomu ziemi, wykorzystywana np. na warsztaty lub tanie mieszkania. [przypis edytorski]

184. balia — naczynie służące do prania bielizny. [przypis edytorski]

185. onego — daw., (gwarowe) jego, tamtego. [przypis edytorski]

186. przytarabanić — dotrzeć z trudem i wysiłkiem do jakiegoś miejsca. [przypis edytorski]

187. drzeworytnik — osoba robiąca drzeworyty. [przypis edytorski]

188. windować — wnosić coś na górę. [przypis edytorski]

189. przepierzony — oddzielony ciemną, prowizoryczną ścianką. [przypis edytorski]

190. pomroka — prawie całkowita lub całkowita ciemność. [przypis edytorski]

191. włosiennica — szorstka szata noszona dawniej na gołe ciało dla umartwienia, pokuty lub z powodu żałoby. [przypis edytorski]

192. minorum gentium — niższego rzędu, drugorzędny. [przypis edytorski]

193. szelma — z dezaprobatą lub z uznaniem o osobie sprytnej, umiejącej sobie radzić w życiu, nie zawsze w uczciwy sposób. [przypis edytorski]

194. zwalać winę na karb — wskazywać coś jako przyczynę. [przypis edytorski]

195. podagra — choroba charakteryzująca się pogrubieniem stawu dużego palca u nogi i ograniczeniem jego ruchów oraz napadowymi bólami i obrzękiem w okresach zaostrzeń. [przypis edytorski]

196. alboż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż; znaczenie: albo czy. [przypis edytorski]

197. najprzód — daw. najpierw. [przypis edytorski]

198. zawojowany — posiadający czyjąś sympatię, przychylność. [przypis edytorski]

199. podagra — choroba charakteryzująca się pogrubieniem stawu dużego palca u nogi i ograniczeniem jego ruchów oraz napadowymi bólami i obrzękiem w okresach zaostrzeń. [przypis edytorski]

200. szansonetka — piosenka o lekkiej, wesołej treści, śpiewana w kabaretach, ogródkach kawiarnianych itp. [przypis edytorski]

201. boć — wzmocnione „bo”. [przypis edytorski]

202. samowar — naczynie metalowe do gotowania wody i parzenia herbaty ogrzewane węglem drzewnym lub elektrycznie. [przypis edytorski]

203. apopleksja — nagły wylew krwi do mózgu. [przypis edytorski]

204. żem (...) wziął — daw. konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; dziś: że wziąłem. [przypis edytorski]

205. kogoż — wzmocnione „kogo”. [przypis edytorski]

206. przeto — spójnik przyłączający zdanie lub inne wyrażenie, które przedstawia skutek tego, o czym była wcześniej mowa lub wniosek wynikający z treści poprzedniego zdania. [przypis edytorski]

207. szubienicznik — człowiek wart kary śmierci na szubienicy. [przypis edytorski]

208. garsona — daw. kelner. [przypis edytorski]

209. traktament — daw. poczęstunek, uczta. [przypis edytorski]

210. Amfitrion — w mitologii greckiej królewicz oraz król Tyrynsu i Teb. W powszechnej tradycji postać ta stała się symbolem gościnności. [przypis edytorski]

211. bajroniczny — tendencje literackie ukształtowane pod wpływem twórczości i biografii Byrona; cechy: tajemnicze, melancholijne. [przypis edytorski]

212. podagra — choroba charakteryzująca się pogrubieniem stawu dużego palca u nogi i ograniczeniem jego ruchów oraz napadowymi bólami i obrzękiem w okresach zaostrzeń. [przypis edytorski]

213. inseparable (ang.) — nieodłączne. [przypis edytorski]

214. trel — melodyjny śpiew niektórych ptaków charakteryzujący się szybkim powtarzaniem dźwięków. [przypis edytorski]

215. arabeska — delikatny ornament ze stylizowanych motywów roślinnych i geometrycznych o układzie symetrycznym. [przypis edytorski]

216. brewerie — kłótnie, awantury. [przypis edytorski]

217. algierka — rodzaj dawniej noszonego długiego, sutego palta męskiego. [przypis edytorski]

218. rozegzaltować — wywołać egzaltację, pobudzić. [przypis edytorski]

219. tedy — daw. zatem, więc. [przypis edytorski]

220. odezwa — apel, zwykle pisemny, do społeczeństwa z wezwaniem do jakiejś akcji. [przypis edytorski]

221. wprzód — najpierw. [przypis edytorski]

222. tom — dziś: to sobie. [przypis edytorski]

223. cyrkuł — komisariat policji państwowej. [przypis edytorski]

224. kontorsja — grymas twarzy. [przypis edytorski]

225. ambaras — daw. kłopot sprawiany przez jakąś osobę lub rzecz albo trudna, przykra sytuacja. [przypis edytorski]

226. ciupa — pot. więzienie. [przypis edytorski]

227. któraż — wzmocnione „która”. [przypis edytorski]

228. derkacz — ptak o rdzawobrunatnym upierzeniu i charakterystycznym terkoczącym głosie. [przypis edytorski]

229. wujenka — żona wujka. [przypis edytorski]

230. zrazu — daw. początkowo. [przypis edytorski]

231. poste-restante — sposób wysyłki polegający na dostarczeniu przesyłki pocztowej lub przekazu pocztowego pod adres dowolnego urzędu pocztowego, wygodny dla odbiorcy, zamiast pod jego adres. Nie musi to być urząd „właściwy” miejscu zamieszkania, nie musi to być nawet urząd w miejscowości, w której mieszka. [przypis edytorski]

232. chimera — mit. gr. potwór ziejący ogniem, o postaci lwa z głową kozy i wężem zamiast ogona. [przypis edytorski]

233. wyłajać — ostro kogoś zganić. [przypis edytorski]

234. feston — motyw dekoracyjny w kształcie półwieńca. [przypis edytorski]

235. buduar — daw. pokój pani domu służący do odpoczynku. [przypis edytorski]

236. roić — myśleć, marzyć o czymś. [przypis edytorski]

237. nieodbicie — nieodzownie, nieodparcie. [przypis edytorski]

238. zrazu — daw. początkowo. [przypis edytorski]

239. ingrediencja — składnik mieszaniny. [przypis edytorski]

240. na kiego — dziś: po co. [przypis edytorski]

241. relsy — szyny kolejowe. [przypis edytorski]

242. kontyngens — określona liczba wojska, którą dawniej miało obowiązek wystawić dane państwo, miasto itp.; też: obowiązkowy podatek płacony przez nie na rzecz wojska. [przypis edytorski]

243. poste-restante — sposób wysyłki polegający na dostarczeniu przesyłki pocztowej lub przekazu pocztowego pod adres dowolnego urzędu pocztowego, wygodny dla odbiorcy, zamiast pod jego adres. Nie musi to być urząd „właściwy” miejscu zamieszkania, nie musi to być nawet urząd w miejscowości, w której mieszka. [przypis edytorski]

244. delia — dawny wierzchni ubiór męski, podbity futrem. [przypis edytorski]

245. kupe — (z fr. coupé) czteroosobowy przedział w wagonie. [przypis edytorski]

246. kupe — (z fr. coupé) czteroosobowy przedział w wagonie. [przypis edytorski]

247. przepaścisty — bardzo głęboki, bez dna. [przypis edytorski]

248. sakwojaż — torba podróżna, walizka. [przypis edytorski]

249. roztasować — ulokować się gdzieś. [przypis edytorski]

250. manatki — pakunki, rzeczy osobiste, które się ze sobą zabiera w drogę. [przypis edytorski]

251. okrywka — wierzchnie okrycie, narzutka. [przypis edytorski]

252. flegma — temperament charakteryzujący się brakiem gwałtownych emocji i nadmierną powolnością w działaniu. [przypis edytorski]

253. bramin — indyjski kapłan posiadający świętą wiedzę. [przypis edytorski]

254. hydropatia — wodolecznictwo. [przypis edytorski]

255. spotniały — pokryty potem. [przypis edytorski]

256. sybaryta — człowiek rozmiłowany w zbytku, wygodach i przyjemnościach życia. [przypis edytorski]

257. hreczkosiej — daw. gospodarz zasiedziały na roli. [przypis edytorski]

258. sybaryta — człowiek rozmiłowany w zbytku, wygodach i przyjemnościach życia. [przypis edytorski]

259. galanteria — wyszukana grzeczność w zachowaniu. [przypis edytorski]

260. pomroka — prawie całkowita lub całkowita ciemność. [przypis edytorski]

261. czubatka — kura wyróżniająca się ozdobnym czubem z piór. [przypis edytorski]

262. Opoponax — kadzidło żywiczne. [przypis edytorski]

263. tedy — daw. zatem, więc. [przypis edytorski]

264. najpożądańsza — daw. najbardziej pożądana. [przypis edytorski]

265. rumel — dwuosobowa gra w karty. [przypis edytorski]

266. wartko — szybko się toczący. [przypis edytorski]

267. Numinibus vota exaudita malignis (łac.) — „Bowiem słuchając twego pożądania,/ Złośliwe Bóstwo zguby ci nie wzbrania!” (Juvenalis, Satyry X, 111–112; tłumaczenie za: Felicjan Faleński, Płonne zachcianki: Satyra X Juvenalisa, Warszawa 1884). [przypis edytorski]

268. trotuar — część ulicy odgrodzona krawężnikiem od jezdni, przeznaczona dla ruchu pieszego. [przypis edytorski]

269. pryncypalny — daw. najważniejszy, główny. [przypis edytorski]

270. liana — roślina o bardzo długich i cienkich łodygach, wijąca się lub czepiająca innych roślin, rosnąca w dżunglach tropikalnych. [przypis edytorski]

271. zdrożny — o czynach, myślach itp.: naganny, gdyż przekracza pewien zakaz obyczajowy. [przypis edytorski]

272. schorzały — ktoś cierpiący na ciężką chorobę. [przypis edytorski]

273. skądinąd — partykuła używana w wyrażeniu wtrąconym, nawiązującym do wcześniejszej wypowiedzi i uzupełniającym je nową, zwykle mniej istotną informacją. [przypis edytorski]

274. Amundsen — Roald Engelbregt Gravning Amundsen – norweski badacz polarny, pierwszy zdobywca bieguna południowego. [przypis edytorski]

275. swawola — daw. brak posłuszeństwa i samowolne działanie. [przypis edytorski]

276. cyrkuł — komisariat policji państwowej. [przypis edytorski]

277. niechby — partykuła wprowadzająca zdania i równoważniki zdań wyrażające życzenie. [przypis edytorski]

278. istneż — wzmocnione „istne”. [przypis edytorski]

279. zakusy — próby zdobycia czegoś. [przypis edytorski]

280. wata — wypowiedź pozbawiona istotnej treści. [przypis edytorski]

281. cyrkuł — komisariat policji państwowej. [przypis edytorski]

282. sążnisty — o tekście: bardzo długi. [przypis edytorski]

283. powziąć — zdecydować coś. [przypis edytorski]

284. preferans — dawna gra w 32 karty, przypominająca brydża. [przypis edytorski]

285. viribys unitis (łac.) — wspólnymi siłami. [przypis edytorski]

286. ad hoc (łac.) — tymczasowo, dla zrealizowania określonego celu. [przypis edytorski]

287. papier maché — masa papierowa z domieszką kleju i gipsu, używana do wyrobu opakowań, dekoracji, zabawek, kukiełek itp. [przypis edytorski]

288. komiwojażer — przedstawiciel firmy podróżujący w celu zdobywania klientów i przyjmowania zamówień na towar. [przypis edytorski]

289. kokotka — daw. prostytutka. [przypis edytorski]

290. konkludować — podsumowywać wypowiedź. [przypis edytorski]

291. clou — najważniejsza lub najciekawsza część czegoś. [przypis edytorski]

292. fizjognomia — daw. fizjonomia. [przypis edytorski]

293. anewryzm — daw. tętniak. [przypis edytorski]

294. krasomówca — człowiek potrafiący pięknie przemawiać. [przypis edytorski]

295. kakofonia — nieprzyjemnie brzmiąca mieszanina dźwięków. [przypis edytorski]

296. demagog — działacz głoszący hasła obliczone na łatwy efekt, chcący pozyskać nieświadomych zwolenników. [przypis edytorski]