Nemezys serca

Różne są nędze na ziemi,

Są takie co litość budzą,

I ma kto płakać nad nimi

I boleść utulić cudzą.

Są inne, jakby przeklęte

Od świata, ludzi i Boga,

Gdzie serca rozpaczą wzdęte

Otacza puszcza złowroga

Asnyk

Mieszkańcy ulicy Brackiej, a zwłaszcza jednego z jej domów, którym do komfortu codziennego życia brakowało zegarków, orientowali się w godzinach za pośrednictwem wytaczającego się z bramy każdodziennie, jeżeli tylko pogoda była znośna, o jedenastej rano i o czwartej popołudniu, wózka na trzech kołach, z ceratowym fartuchem i wytartą, politurowaną168 poręczą.

Pod fartuchem mieściły się obrzękłe, kratkowanym szalem okryte nogi starca, a na poręczy opierały się grube, czerwone ręce dwunastoletniego może chłopca.

Starzec siedział nieruchomo, z głową spuszczoną latem na popielaty surdut, a w chłody na barankowy kołnierz futrzanego paltota169; ręce odziane w jelonkowe, zawsze czyste rękawiczki, trzymając sztywnie na kolanach, lub zasuwając je równie sztywnym ruchem w rękawy; chłopiec z zadartą brodą popychał wózek niedbale, rozglądając się na prawo i lewo, a w wyjątkowych tylko razach patrząc przed siebie, skutkiem czego wózek najeżdżał na przechodniów, podskakiwał na nierównościach trotuarowych170 i przechylał się nad rynsztokami.

Przechodnie usuwali się ze stłumionym syknięciem lub głośnym przekleństwem, stosownie do temperamentu, a przygarbione plecy staruszka wykonywały po każdym wstrząśnieniu jakieś bezwiedne, wahadłowe ruchy — nigdy przecież, w najbardziej ryzykownych chwilach, w których wózek zdawał się brać stanowczy rozbrat z równowagą, ręce jego nie poszukały instynktownie oparcia, ani usta nie zdradziły niepokoju. Widocznie o tyle był oswojony z tymi przypadkami, o ile pewny, że się żaden katastrofą nie skończy.

Nieraz idący po drugiej stronie ulicy, a zmysłem spostrzegawczym obdarzeni przechodnie, przypatrywali się z zajęciem tym profilom: starca i chłopca, których i tak wybitna charakterystyka tworzyła w zestawieniu dziwnie uderzające przeciwieństwo. Rzec można, że o ile w jednej twarzy wszystko się kryło, o tyle z drugiej wszystko wyskakiwało.

U starca czoło wklęsłe i niskie chowało się pod czaszką, pokrytą siwym, krótkim, sterczącym włosem; oczy małe o ściągniętych, mrugających powiekach, uciekały pod brwi; koniec długiego nosa tonął w górnej wardze, tworzącej wraz z wypłowiałym, żółtawym wąsem jakby rodzaj słomianego daszka nad zapadniętymi dolnymi ustami i ginącą w pomarszczonej szyi brodą.

Chłopak przeciwnie miał czoło wypukłe, napiętnowane myślą niespokojną, przebiegłą, wiercącą; oczy na wierzchu, blado-niebieskie, powleczone białymi, bezkrwistymi powiekami, co nadawało jego fizjonomii jakiś rybi wyraz; nos zadarty, rozdęty, o drgających skrzydełkach; usta zmysłowe, pełne; szczęki silnie rozwinięte i podbródek wydatnie górujący ponad cienką, ruchliwą szyją.

Wyglądał na służącego, ubranym był przecież bogaciej od swego pana.

Latem błyszczał w słońcu tęgo wykrochmalonym gorsem u koszuli, pozłacaną dewizką171, kołyszącą się na pikowej kamizelce i pierścionkiem z koralem na piątym palcu. Jedwabna, pąsowa chusteczka wyzierała mu zalotnie z bocznej kieszeni spencerka172, którego modnym materiałem niejeden wykwintny panicz nie byłby wzgardził; świeży kwiatek tkwił w dziurce od guzika, lśniące buty z pewną gracją migały pomiędzy zapylonymi kołami wózka.

Zimą przykrywał te wszystkie elegancje dostatnią algierką173, a na ryżawe, tłuste, jakby zawsze mokre włosy, kładł zamiast filcowego kapelusza futrzaną czapeczkę.

Często po drodze dobywał z kieszeni cygarnicę z krokodylowej skóry i zapalał papierosa, zatrzymując bez ceremonii wózek, a potem popychał go jedną ręką i puszczał nad zgarbionymi plecami i siwą głową swego chlebodawcy misterne kółka i wężyki.

Bywało, wiatr wpędzał dym pod nos staruszkowi; ten wówczas zanosił się od kaszlu, od którego w piersiach grało mu, jakby kto skorupami stłuczonych garnków potrząsał, i obracając nieco głowę, przemawiał głosem łagodnego wyrzutu:

— Jaki ty niedobry tytoń palisz, Murciulku.

— Albo mi to pan daje na lepszy? — odpowiadał Murciulko. — Pan wie, że ja nie od tego, żebym dziesięciorublowe cygara palił.

— O! Wiem, z ciebie wielki marnotrawca, mój Murku.

— Panu Bogu za to dziękuję; czy to jest większe paskudztwo na świecie, jak kiedy się człowiek skąpcem urodzi.

Szczególną tę rozmowę przerywał zwykle turkot dorożki lub starcie z przechodniami.

Wózek wlókł się leniwie, mijał plac św. Aleksandra, wjeżdżał w aleje Ujazdowskie i począwszy od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni, docierał do ogrodu Botanicznego i skręcał w bzową aleję.

W majowe, ciepłe ranki staruszek podnosił oczy ku trzęsącym się nad nim olbrzymim różowoliliowym kiściom kwiatu, wciągał w siebie heliotropową174, mocną woń i najczęściej kichał.

— To zapach! — mówił, szukając chustki do nosa — To zapach! Czujesz, Murku, jak te bzy dzisiaj silnie pachną?

— Tak samo jak wczoraj — odrzucał pogardliwie Murek.

— Ale, co gadasz — w nocy był deszcz. Po deszczu wszystko lepiej pachnie.

— I lepiej cuchnie, jak, niedaleko szukając, i na naszym podwórku. Raz by się też pan z tej paskudnej dziury wyprowadził. Jak cholera przyjdzie, to nas tam na pewnika przycapi175.

— Zlituj się, Murku! Przeprowadzka tyle kosztuje!

— Pewno co kosztuje. A pan to by chciał, żeby panu jeszcze za to zapłacili? Czy to pana nie stać na tragarzy? Trzeba i biednym ludziom dać zarobić.

— A meble? Toż to się meble strasznie niszczą.

— Niech się pan nie kłopocze. Panowym gratom to już się nic nie stanie, a choćby się i rozleciały, niewielka byłaby szkoda.

Tak rozmawiając, okrążali akwarium; wózek zostawał przy jednej z ławek, jego właściciel z wielkim trudem wydobywał z pod fartucha obrzękłe, grubymi bamboszami odziane stopy i suwając nimi powoli, zaczynał z pomocą Murka przechadzkę po słońcu, lub jeśli upał był wielki, po sąsiedniej, cienistej uliczce.

W tej porze dnia ogród Botaniczny bywał prawie pusty. Parę nianiek z dziećmi, paru emerytów z gazetami, bardzo rzadko jaki „on” lub jaka „ona” z silnie zaznaczonym charakterem szukania lub czekania, oto wszystko.

Staruszek mógł się przechadzać swobodnie, jedną ręką wsparty na grubej, wiśniowej lasce z płaską gałką ze słoniowej kości, drugą uwieszony u ramienia swego towarzysza, który dla jego wygody musiał swą wysoką, szczupłą postać mocno na jeden bok przechylać.

To też widocznym było, że spacery te wcale mu do smaku nie przypadają. Szedł skrzywiony zarówno korpusem jak twarzą; głucha niecierpliwość migotała w jego wypukłych oczach i wydymała mięsiste, czerwone wargi, a pot przyklejał mu do czoła już i tak lepkie kosmyki włosów.

— A długoż176 to będzie tego chodzenia dzisiaj? — odzywał się, gdy staruszek, odpocząwszy i wysapawszy się na środku uliczki, zabierał się do dalszej przechadzki.

— Jeszcze tylko do końca i z powrotem, mój Murciulku — odpowiadał proszącym tonem jego pan. — Jakiś rześki dziś jestem i nogi mi lepiej służą. Prędzej chodzę, prawda?

— Ano, mógłby się pan ze ślimakiem ścigać.

Staruszek śmiał się, a był to śmiech dziwny, wewnętrzny, najlżejszą grą muskułów nie rozjaśniający zwiędłej, schorowanej twarzy.

— Ze ślimakiem powiadasz? Cha, cha, cha! A z żółwiem to nie? Widzisz, okazalszego sobie biegusa wynalazłem, groźniejszego współzawodnika. Cha, cha, cha!

— Co pan dzisiaj taki wesoły? Mnie tam wcale nie do śmiechu.

— Jak to? Nie cieszysz się, żem177 zdrowszy? Tak to mnie kochasz, Murciulku?

I wsunięte pod siwe brwi ważkie, żółtawopiwne oczy starca zwracały się z jakąś szczególną, błagalną nie mal czułością na obojętną twarz chłopca, który znowu ruszał ramionami.

— Iij! Za co ja tam pana mam kochać? Albo to pan dla mnie taki pan jak się należy? Ja żebym miał kogo, co by mi tak wiernie służył. jak, na ten przykład, ja panu, to bym mu nieba chciał przychylić. A pan to co? Marnej dziesiątki mi pan żałuje. I potem się pan dziwi: To mnie tak kochasz? — Za co będę kochał?

— Dziesiątki, Murciu? Widzisz! Jakie z ciebie niewdzięczne dziecko! To ci nie dałem wczoraj czterech rubli, co?

— Ale! Mnie! To sobie pan dał, nie mnie. Jakżebym pana woził, żeby pan był nie dał? Boso? Buty musiałem kupić.

— Buty? toż kupowałeś przed trzema tygodniami.

— A kupowałem. Ale przy tych diabelskich spacerach to i na dwa nie starczy. Cóż to pan myśli? Że taki wózek pchać i pana prowadzić, to niby nic? Akuracik! To jakby trzech ludzi na jednych nogach chodziło, a nie pojedynczy człowiek.

— Przesadzasz, Murciulku, przesadzasz — perswadował monotonnym głosem stary, siląc się żwawiej suwać nogami — kiedy ja sam czuję, że od pewnego czasu lżejszy jestem.

— Bodaj taka prawda była. Tylko że mi od tej lekkości już rękaw na szczęt178 się wytarł. O! Widzi pan — i usuwając bez ceremonii opierającą się na nim rękę, pokazywał zamszone trochę sukno.

Staruszek obracał głowę i niespokojnie oglądał nadwerężony szczegół stroju wykwintnego Murka.

— Bój się Boga! Tegoroczny garnitur. A toż maj dopiero!

— Czy to moja wina? Czemu się pan tak ciężko opiera? Przecież taki letni anglik to nie żelazo.

— To i cóż będzie?

— A cóż? Trzeba będzie nowy sprawić. Nie wstyd by to panu było, żeby się na mnie łachmany trzęsły?

Stary wzdychał ciężko, ale nic nie odpowiadał.

— Wiesz co, Murku? — zaczynał po chwili namysłu, przystając — A gdybym ja tak popróbował sam trochę chodzić. Jak myślisz?

— A niech pan próbuje.

Odstępował od niego i z krytycznym niesmakiem przypatrywał się, jak stary, sobie zostawiony, chwiał się przez chwilę na nogach, chwytając równowagę, potem raptownym ruchem wystawiał razem laskę i jedną nogę przed siebie, jakby je chciał wtłoczyć w twardy pocętkowany drgającymi cieniami grunt alei, i posuwał się naprzód, wlokąc za sobą drugą stopę, aby z nią ten sam manewr wykonać.

Było coś boleśnie komicznego w tej postaci drobnej, suchej, zgarbionej, rwącej się do ruchu, do życia, starą, dyszącą piersią i bezsilnymi członkami; podczas gdy smukły, prosty jak młoda topola chłopak stał nad nią, zdając się z jej niedołęstwa natrząsać.

Stał, prostował ścierpłe łokcie i zapalał świeżego papierosa.

Tymczasem pan jego, ubiwszy w ten bohaterski sposób kilkanaście kroków, słabnął i zaczynał słaniać się, walcząc z ogarniającą go niemocą.

Wtedy Murek przyskakiwał do niego i chwytał go za ramię.

— Niech no pan da pokój. Jeszcze pan rymnie, jak wtedy, i będę musiał pana dźwigać. Dosyć już tego będzie.

I stary zawracał posłusznie w stronę wózka, rozczulony troskliwością swego opiekuna.

— Poczciwe dziecko! — mówił, pocierając ukradkiem ramię, na którego skórze wszystkie pięć palców Murka musiały dokładny odcisk zostawić. — Że też ty się tak o mnie boisz!

Siadał na ławce pod drzewem i podawał chłopcu wydobyte z kieszeni ranne wydanie Kuryera.

— Co czytać? Fajtleton?

— Możesz.

I Murek zaczynał czytać monotonnym, urywanym głosem, z najgłębszym lekceważeniem dla przecinków, średników i innych subtelności pisarskiego kunsztu.

Jasne, majowe słońce sączyło się przez liście na odsłoniętą, siwą głowę i kark zgarbiony staruszka, wlewając dobroczynne ciepło w krew, krążącą leniwie pod żółtą, gąbkowatą skórą; woda w zbiorniku pluskała cicho z szelestami migających w niej rybek, szerokolistne akwarystyczne rośliny chwiały się nad nim, ostre, błyszczące kontury rzeźbiąc na tle błękitnej atmosfery, czarowne fale bzowej woni przepływały w powietrzu, raz po raz słowik odzywał się gdzieś w krzaku i zamilkł, rzekłbyś, zawstydzony, iż się wyrwał nie w porę, a młody, lecz młodzieńczej świeżości pozbawiony głos Murka dźwięczał wśród tej wiosennej ciszy twardo, sucho i równo, niby stuk kołyskowych biegunów.

I stary usypiał z przeciągłym świszczącym sapaniem. Ledwo tylko sapanie to zwiastowało Murkowi, że pan jego pogrążył się w ten stan bezwiedności, chrzczony przez filozofów nazwą przejściowej śmierci, chłopak rzucał gazetę, przeciągał się, i jeśli nikogo w pobliżu nie było, zaczynał wykrzywiać się do śpiącego staruszka.

Stawiał mu niedopałek papierosa na łysym czubku głowy, albo nakładał mu kapelusz na bakier, co brzydką, niczym szlachetniejszym nie wyidealizowaną starość tego człowieka czyniło odpychająco śmieszną; to znowu pokazywał mu język, wiercąc palcami w policzkach lub dawał mu powietrznego prztyczka w sapiący, w górnej odętej wardze zanurzony koniec nosa.

Te znęcania się sprawiały mu wyraźnie jakąś ulgę. Jego blade, rybie oczy, ciemniały wyrazem hamowanego okrucieństwa, usta rozchylały się w drapieżnym uśmiechu; zdawało się, że tylko obawa następstw zatrzymuje jego grube, płaskie paznokcie od worania się w pomarszczoną skórę bezbronnej, niczego się niedomyślającej ofiary.

— Zgniłe próchno! — mówił. — Kutwo179 obmierzły! Żebym ja się tak przy tobie mordował! Bodajżeś180 się twymi dukatami udławił.

Jeżeli w trakcie tej pięknej zabawki postać jakaś zaczerniła się w oddali, Murek z czającej się pantery przedzierzgał181 się w opiekuńczego anioła stróża.

Stawał za ławką i jedwabną chusteczką powiewał nad głową swego pana. Zaiskrzone oczy przysłaniał białymi powiekami i nadchodzącemu widzowi ukazywała się istnie wzruszająca grupa: pusty wózek kaleki, drzemiący na ławie starzec i ten wysoki, szczupły, troskliwie nad nim pochylony młodzieniaszek!

Po niejakim czasie Murek spoglądał na zegarek i budził śpiącego.

— Niech no pan wstaje. Już pora na obiad.

Stary podnosił raptem głowę.

— To ja spałem, Murciu!

— A tylko co?

— Aleś ty ciągle czytał?

— Spodziewać się.

— Tak, tak, słyszałem twój głos, słyszałem... bezustannie, alem182 nie dobrze już rozumiał w końcu... Zaczęło mi się coś majaczyć. To bardzo zajmujące. Prawda, Murku?

— Bo ja tam wiem. Pan się zna na tym lepiej.

Wracali do domu, a gdy wózek zaturkotał głucho w bramie i zazgrzytał na ostrych kamieniach ciasnego podwórka, stróż Piotr mówił do swojej żony:

— Jagnieszka, chorobo, a coś ty tak późno obiad dziś dała. Już w pół do drugiej. Stary wraca!

A w suterynie183 praczka wołała z nad buchającej parą balii184:

— Śpiesz się Jóźka! Onego185 ino co patrzeć. W pół do drugiej. Paralitnik przyjechał.

I w otwartym oknie oficyny na trzecim piętrze ukazywała się jasnowłosa głowa pochylonej nad drzeworytniczą kliszą dziewczyny, a potem zwracając się w głąb ubogiego pokoiku, gdzie na sofce siedziała blada kobieta z zamkniętymi oczyma, mówiła smutnym głosem:

— Już w pół do drugiej, mamo. Skulski przyjechał. Nie skończę chyba na czas.

Inna jeszcze twarz błyskała zwykle o dwa piętra niżej, twarz szeroka, czerwona, z kokieteryjną grzywką nad czołem i damskim stroikiem w ręku.

— O la Boga! — wołała, śmiejąc się i wdzięcząc. — Już w pół do drugiej. Murek przytarabanił186 swego starego. Pani zaraz będzie dzwonić do ubierania, a ja jeszcze tego czupiradła nie upięła.

Tymczasem żywy zegarek stróża, praczki, drzeworytniczki187 i pokojówki, windował188 się z trudem na czarne, brudne schodki, prowadzące do parterowego mieszkania, jakie tu od lat kilkunastu zajmował.

Był to jeden z tych oficynowych lokalików, w których brak powietrza walczy o lepsze z brakiem światła, a zupełne zerwanie z architektoniczną estetyką przy ich budowie harmonizuje z równie bezwzględnym zapomnieniem o wygodzie przyszłych mieszkańców.

W przepierzonym189 od kuchni korytarzyku nie stało nic, z tej prostej przyczyny, że był za wąski, aby do czego innego niż do przejścia mógł służyć, a i wózek z biedą wjeżdżał tam, obijając się nieraz w pomroce190 o ścianę.

Kuchenka miała tę charakterystyczną cechę pustki i chłodu, nawet w najskwarniejsze dnie, jaka odznacza te gospodarskie sanktuaria, gdy się w nich nie gotuje; czarna czeluść komina otwierała się jak paszcza nad trzonem, zawalonym różnymi rupieciami; żółte ściany wznosiły się nago nad brudną podłogą, po której spacerowały wywabione ciepłem karaluchy, okrążając melancholijnie cieknące dno konewki i niknąć pod przypartą do ściany kulawą szafą.

Co się tyczy pierwszego pokoju o dwóch oknach, nie można było wątpić, że był zaciąganym olejno przed jakimi siedmiu laty, mytym przed rokiem, a zamiatanym bodaj przed tygodniem.

Staroświecką, jesionową komodę pomiędzy oknami przykrywała, jak szara serweta, gruba warstwa kurzu, z widoczną lubością pielęgnowana; pod ścianami stało kilka szaf, każda innego koloru i fasonu; stół pokryty brązową w białe kwiaty serwetą, wysunięty był na środek; cztery mahoniowe, obite włosiennicą191 krzesła, strzegły jego krawędzi.

W pobliżu okna była pusta przestrzeń, zasłana spłowiałym dywanikiem, z małym z boku stoliczkiem. Tutaj po powrocie ze spaceru stawał wózek, przeobrażając się jednocześnie w fotel.

W wąskiej sypialni jedną ścianę zajmowała gmach-kanapa, z porzuconą na niej kołdrą derową i skórzaną, wytłuszczoną poduszką, oraz łóżko żelazne, spiętrzone sutą pościelą, osłonięte wzorzystą pąsową kapą z zalotnym jaśkiem w szydełkowej po włóczce, spoczywającym na poważnej piramidzie poduszek.

Nad kanapą wisiał stary, sczerniały obraz, wyobrażający głowę Chrystusa w cierniowej koronie; oraz parę równie starych, popękanych portretów męskich; nad łóżkiem świeciły za szkłem w niegustownych papierowych ramkach fotografie aktorek minorum gentium192 i baletniczek, oraz mnóstwo pantofelków do zegarka, kapciuszków, szyfonierek i innych drobiazgów.

Na kanapie sypiał Skulski, na łóżku Murek.

Stary miał ten pojawiający się czasem w podeszłym wieku wstręt do łóżka, jako do miejsca, w którym śmierć zwykła składać swoje oficjalne wizyty, a że wielkich wygód nie wymagał, obluzowane sprężyny wyleżałej kanapy zadowalały jego siedemdziesięcioletnie kości.

Murek za to miał i siennik, i materac, i pierzynę, to też nie dziw, że gdy się w to wszystko, zimą zwłaszcza, zakopał, stawał się, jakby prosto z instytutu głuchoniemych wzięty, i żadne wołanie poruszyć go nie mogło.

Stary znał tę słabą stronę swego opiekuna i nie próbował z nią walczyć.

Zaprzestał raczej.

W początkach bowiem, kiedy trzynastoletni Murek wszedł do niego w służbę obdarty, bosy, zagłodzony, z opinią „sprytnej szelmy193”, wydaną przez rodzoną matkę, praczkę Skulskiego, która nie wiedząc, co z chłopcem próżniakiem urwisem robić, wpakowała go staremu; w początkach owych but tego ostatniego wędrował często w ciemnościach przywitać się z czołem chrapiącego Murka.

Ale gdy Murek, skoczywszy po rozum do głowy, rozmachnął się raz i odrzucił intruza tak trafnie, że bardziej jeszcze przypłaszczył nim nos swego chlebodawcy, a potem zwalił winę na karb194 rozespania, twierdząc, że człowiek nie odpowiada za to, co przez sen zrobi, stary zląkł się podobnego determinizmu i bombardowań zaprzestał.

A zresztą nadszedł czas, kiedy byłby wolał popełnić najryzykowniejszy czyn, niż ściągnąć na siebie niezadowolenie Murciulka.

Razem z podagrą195 w nogi, uczuciowość weszła mu do serca, które przez sześćdziesiąt kilka lat wybornie się bez tego dodatku obywało. Człowiek ten po wyjściu z dzieciństwa, raz tylko zapłakał, a było to wtedy, gdy piętnastoletniemu jedynakowi przybyła niespodzianie siostra. Zapłakał łzą zawiści na myśl, że mu ta malutka, krzycząca istotka, połowę tego, co już za swoje uważał, kiedyś zabierze. Było to jedyne jego rozczulenie.

Za to na pogrzebach swoich najbliższych, miewał oczy suche, a wracając z cmentarza, mawiał sobie: Jest to dobrze, żem ich nie kochał, martwiłbym się teraz niepotrzebnie.

Było wprost coś wynaturzonego w obawie, z jaką to ludzkie serce kurczyło się przed każdym tkliwszym uczuciem, co się w nie wśliznąć chciało. Przyjaźń wydawała mu się uciążliwym zobowiązaniem, miłość szalonym głupstwem, rodzina niepotrzebnym kłopotem, litość dokuczliwą zmorą, wysysającą człowieka na korzyść drugich; wszystko razem ciągłym mąceniem życiowej równowagi, na której szalach dwa tylko ciężary wzajemnie znosić się były powinny: pieniądz i używanie.

Nie miał więc nigdy ani przyjaciela, ani kochanki, ani żony. Dopóki mu ludzie byli potrzebni, przestawał z nimi, dopóki był młodym, lubił kobiety, ale znał tylko uściski płatne, jako takie, z których każdej chwili otrząsnąć się można. Umiarkowanym umiał być we wszystkim, nawet w nadużyciach.

Zdolny, wytrwały, nie mylący się nigdy w swych chłodnych rachubach, zdobył sobie niezależne stanowisko i dostatek. Chciwy na zysk, skąpcem stał się dopiero wtedy, gdy słabnące zdrowie i wiek, coraz ciaśniejsze koło używania zakreślały jego samolubstwu. Zaczął zbierać pieniądze, nie mając ich na co wydawać przywiązywał się do nich stopniowo.

Dusza jego, z szlachetniejszych popędów wyjałowiona, zniedołężniała prędzej jeszcze niż ciało. Zapatyczniał, odrętwiał, odsunął się zupełnie od świata, który już mu nic dać nie mógł; o tym zaś, aby on coś w zamian dla tego świata uczynił, nie pomyślał nigdy. Nędze pojedyncze i ogólne niedole, były dla niego zarówno nieinteresującymi hieroglifami.

Gdyby kto był przyszedł do niego i rzekł: „Dopomóż mi — masz pieniądze — zbawisz mnie od ruiny, od hańby, od śmierci”, byłby spojrzał na niego ze zdumieniem i odpowiedział: „Człowieku, nie rozumiem cię. Cóż mnie to może obchodzić, co się z tobą stanie? Alboż196 ty mną jesteś?”

Ale nikt do niego z czymś podobnym nie przychodził. Znali go aż nadto dobrze krewni i obcy. Wtem zjawił się Murek i stała się rzecz zdumiewająca. Było to tak, jak gdyby do tego starego, napęczniałego samolubstwem i niespożytkowanymi ludzkimi uczuciami człowieka, przypięła się młoda pijawka, która sprytnym swym pyszczkiem trafiła od razu na żyłę krwi serdecznej pod tą skórą, nieprzebitą dotąd i suchą jak wiór. I co dziwniejsza, nie stało się to ani za sprawą pochlebstwa, ani chytrego wkradania się w łaski starca.

Brutalna, sroga natura Murka, pchnęła go bezwiednie na tę drogę, którą już doświadczenie kazało mu potem uznać za najodpowiedniejszą do całkowitego owładnięcia Skulskim. Im był krnąbrniejszym, bezczelniejszym, tym tamten bardziej miękł i łagodniał. Czego nie dokazał nawet, anielski, tkliwy urok kobiety młodej i pięknej, która niegdyś kochała go i pragnęła przywiązać do siebie twarde serce, to sprawił teraz szorstki wpływ tego chłopaka o drapieżnych instynktach szakala.

Skulski przylgnął ślepo, namiętnie, chorobliwie do tej istoty zepsutej i cynicznej w swym zepsuciu, a serce jego poskramiane tak długo żelazną dłonią egoizmu, zbuntowało się i mściło na swoim gwałcicielu. Ta miłość niespodziana stała się jego najsroższym udręczeniem. On, który dotychczas drwił sobie z ludzkiej sympatii i obchodził się bez niej, — teraz nagle, u schyłku życia, uczuł potrzebę być kochanym, potrzebę gwałtowną, bezwzględną, jak każda reakcja.

Doszło do tego, że wprost nie pojmował możności swego istnienia bez Murka, i na samą myśl, że ten mógłby go kiedy opuścić, tracił resztę władzy w nogach, a na czoło występował mu pot zimny.

Ale niepotrzebnie się lękał.

Chłopcu za dobrze bywa z tą żywą, niewyeksploatowaną miną, a jeśli chwytał się czasem tej pogróżki, to w rodzaju młota do rozbijania twardszych odłamów egoizmu i skąpstwa swego pana. W duszy nienawidził go i gdyby nie trzeźwe liczenie się z kodeksem karnym, byłby go może której nocy udusił gracko swymi silnymi, grubymi rękami i uciekł, dobrawszy się wprzód do biurka, gdzie kilkanaście tysięcy rubli spoczywało w papierach i złocie. Ale cóż? Wcześniej czy później wydałby się ten figiel; lepiej więc było siedzieć cicho i drzeć z tego starego łyka jak największe pasy.

Zresztą Murek miał swoje ideały i swój cel w życiu, bo któż jest bez tego? Ideałem była mu najprzód197 czerwona pokojówka z grzywką z pierwszego piętra, za nim kształcący się stopniowo gust nie skierował jego zachwytów ku ogródkowym śpiewaczkom; celem doprowadzenia starego do zrobienia testamentu na jego korzyść.

Pracował nad tym już lat pięć wytrwale i bez skutku. Nie było dnia, żeby w ten lub w ów sposób nie naprowadził wody na swój młyn, ale stary, uchodzony na całej linii, w tym jednym punkcie niesfornego stawiał dęba.

Testament budził w nim wstręt większy jeszcze niż łóżko. Zdawało mu się, że gdyby tylko siadł do pisania, śmierć nie pozwoliłaby mu dokończyć zwykłej formuły W I mię Ojca i Syna i Ducha świętego, on tymczasem pragnął wierzyć, że nigdy nie umrze.

W nadzwyczajnie tylko rzadkich chwilach rzewnego rozkołysania, zapytywał Murka:

— Murciulku, będziesz ty chodził czasami na mój grób?

— Iii! — odburkiwał swoim zwyczajem chłopak. — Niech mi tam pan głowy nie zawraca. Lepiej by pan myślał, żeby mi na buty zostawić, bo inaczej nie będę miał w czym po bożym świecie chodzić, a dopiero na grób pana.

— Murku! Czym ja cię kiedy skrzywdził?

— To się da widzieć!

Stary nie pytał kiedy. Ciarki go tylko przechodziły, jak gdyby już kto przy nim gromnicę zapalał. Ach! Niewdzięczne dziecko! Wtedy dopiero oceni jego dobrodziejstwa, kiedy mu już za nie dziękować nie będzie można.

Zaraz po powrocie z rannej przechadzki, Murek szedł na drugie piętro po obiad, do pani komisarzowej, która ich stołowała. Niewiastę ową wprawiał często w zdumienie wybór potraw, nielicujących ze strawnością nadwątlonego wiekiem żołądka. Ilekroć wlewała do wazy dymiącą grochówkę, której zapach wzdęty nos Murka łakomie łowił, mówiła, ruszając ramionami:

— No, nie wiem, czy to zdrowo człowiekowi, co chodzić nie może.

— Nic mu nie będzie do samej śmierci. Albo to nie dobra zupa?

— Dobra — dla takiego latawca jak ty. Staremu w sam raz kaszka na mleku, albo polewka.

Zapewne — tylko że Murek kaszki na mleku i polewki nie lubił, zaś dwóch obiadów z dwiema zupami pani komisarzowa nie byłaby się podjęła gotować za piętnaście rubli miesięcznie.

Rzecz załatwiała się w ten sposób, że po paru łyżkach, troskliwy opiekun odbierał Skulskiemu talerz.

— Niech no pan więcej nie je, bo zaszkodzi.

— Masz rację, Murciulku — odpowiadał tamten posłusznie. — Ale po cóż to znowu dzisiaj grochówka? Wszak dysponowałem ci krupniczek.

— Niby to pana dyspozycja znaczy co u pani komisarzowej! Co ma pod ręką, to warzy! Kaszę, to kaszę, groch, to groch.

Pan i sługa jadali razem, siedząc naprzeciwko siebie przy dużym, środkowym stole. Skulski spoglądał zadumany na grochówkę, którą Murek dokończał za niego z zapałem.

— A żeby tak kuchnię w domu prowadzić? — odezwał się — Może by to niewiele więcej wyniosło, a byłoby zdrowiej i smaczniej.

Na to Murek, mający swoje wyrachowanie, żeby ludzi do starego nie dopuszczać, oburzał się ogromnie.

— Co panu w głowie! — wykrzykiwał — Czy pan chce, żeby pana jaka baba jędza co dzień okradała? Czy pan nie wie, co to jest koszykowe!

I w dalszym ciągu karmił go niestrawnymi obiadami swego wymysłu, głodząc go czasem po prostu, a Skulski zdziecinniały, zawojowany198, sprzeciwiać mu się nie umiał i nie chciał.

I cóż mógł poradzić? Z każdym dniem czuł się bardziej fizycznie i moralnie na łasce chłopca, który poza tym, że go tyranizował, był zwinnym, zręcznym w robocie, znał wszystkie jego przyzwyczajenia i zawsze raz na raz prał mu czysto jelonkowe rękawiczki, jedyną obecnie słabostkę Skulskiego, zabytek wyszukanej, drobiazgowej elegancji, jaką się niegdyś w młodości odznaczał.

Gdzieby on dziś taką drugą perłę znalazł!

Gdyby go tak Murek którego pięknego poranku porzucił, umarłby z głodu i pragnienia, on, co o własnej sile przez pokój przejść nie mógł, zanim by kto do niego zajrzał. Kogóż on miał na świecie?

Żeby tylko dało się odzwyczaić tego drogiego, nieocenionego chłopca od latania wieczorami Bóg wie gdzie! Bywa, położy go do łóżka o jakiej dziewiątej albo i wcześniej, a sam zabiera się, na klucz go zamknie i nie wraca jak po północy! Spytać go — odpowiada wręcz, że musi użyć świata, a Skulski przypomina sobie swoją własną młodość i milczy. Nic słuszniejszego — i on także używał, bez względu, czy to się komu podobało, czy nie. Wprawdzie nie stanowił jedynej opieki podagrycznego199 starca, a jeżeli trwonił pieniądze, to własne, różnica ta jednak mogła być za subtelną dla niewykształconego umysłu chłopca, a i on sam nie byłby potrafił sformułować jej dobitnie. — Odczuwał ją tylko.

Zdarzało się, że Murek wracał z tych wieczornych wycieczek w bardzo dobrym humorze. Czapka na bakier, twarz rozogniona, oczy zmęczone, klucz obracał się w zamku ze stukiem, a w mrocznej ciszy, napełniającej pokoiki, rozlegała się chrypliwie nucona szansonetka200.

Stary, który wśród daremnych oczekiwań powrotu Murka zasypiał nareszcie, budził się stękając:

— Czy to ty, Murciu?

— A pan myślał, co złodziej? Ha! Ha! Ha!

— Która godzina?

— Co panu po godzinie? Niech pan śpi.

Innym razem, używanie świata wprawiało młodzieńca w takie usposobienie, że przywlekał się osowiały, klnąc pół głosem i zaciskając pięści.

Wtedy biada go było zaczepiać!

Jedno z dwojga — albo milczał jak pień i zapaliwszy lampę przetrząsał kieszenie, jakby dla upewnienia się, że w nich istotnie nic nie ma i dumał nad nimi bezmyślnie po godzinach, albo wpadał w pasję, darł na sobie bieliznę i wymyślał swemu chlebodawcy najordynarniejszymi wyrazami.

A stary kulił się pod kołdrą, siwa głowa trzęsła mu się ze strachu na skórzanej poduszce, a usta powtarzały monotonnie:

— Murciu, Murciulku, upamiętaj się!

Co by to było, gdyby Murciulko nie upamiętawszy się, przyskoczył do niego i złości swojej na jego bezwładnych członkach ulżył? Z pomocą nikt by mu nie nadbiegł — mógłby go zabić jak nic, boć201 wszakże on nie tylko we śnie, ale i w gniewie nie odpowiada za swoje czyny. Tak przynajmniej twierdził nazajutrz po każdej takiej scenie, gdy, uspokojonemu, Skulski poważył się robić jakąś wymówkę.

— W Imię Ojca i Syna! — mówił, żegnając się — Ja panu powiedziałem stary durniu? Ja pana do stu diabłów posłałem? To nie ja — to moja złość przeklęta. Co ja temu winien, jak ona przeze mnie gada? Przecie wiem, co to uszanowanie dla pana, a co nie.

I trącał go brodą w rękę, co miało znaczyć, że go całuje i przeprasza.

Taki akt skruchy niezwykłej wypływał z wewnętrznego przekonania, że się trochę zagalopował. Nuż by stary wziął na kieł i wypędził?

Ale stary nie brał na kieł. Uszczęśliwiony czułością Murka, gładził go po głowie i pytał:

— A cóż cię tak rozzłościło, moje dziecko?

Murek zmyślał tragiczną awanturę: To zgubił pieniądze, to mu je ukradli, pobito go przy tym i znieważono.

Skulski wierzył święcie.

Bezczelna szczerość Murka w niektórych razach i ta okoliczność, że mu się nigdy nie łasił i nie przymilał, imponowały mu.

— Szorstka trochę natura — myślał — ale prawa.

Wmawiał nawet w siebie, że chłopak kocha go bardziej, niż się z tym chce wydać. Toż zdarzają się takie wstydliwe w uczuciu natury. Sam tak mało sercem żyjąc, nie miał w tym względzie żadnej intuicji ani doświadczenia.

Czyż dziki odróżni krzyk kosa od śpiewu słowika? Wie tylko, że ptak jest od tego, aby śpiewał.

Mniej więcej w ten sposób rozumował Skulski. Ci, którym świadczymy dobrodziejstwa, których przygarniamy do siebie, o których się troszczymy, są od tego, żeby nas kochali. Zwalona pamięć nie cofała go we własną przeszłość, która na niejednym przykładzie byłaby mu mogła wykazać błędność podobnego wyobrażenia.

Najboleśniejszymi bywały dla niego chwile, w których Murek żądał pieniędzy, czy to na sprawunki domowe, czy dla siebie.

Spoglądał z dziwną mieszaniną nieufności, błagania i obawy w niewzruszoną twarz chłopca i próbował się wypraszać.

— Znowu pieniędzy, Murku? Zlituj się — już to nie masz?

— Gdybym miał, to bym nie mówił. Czy to mnie miło skomleć u pana o każdy grosz, jak ten żebrak?

— A na cóż to potrzeba?

— Na co? Na co? Na wszystko. Albo w domu co jest? I zapałki na zapas nie znajdzie. Miednica się stłukła, samowar202 się rozlutował.

Murek zapełniał tę rubrykę nieprzewidzianych wydatków z istotnym improwizatorskim darem. Pomysłu nigdy mu nie zabrakło, a wrodzony spryt trzymał go zawsze w granicach prawdopodobieństwa.

Czasem, uprzykrzywszy sobie te podjazdowe zdobycze, przypuszczał jeden wielki szturm do kieszeni starego. Na wojnie wszystkie środki są dobre, nie przebierał w nich zatem.

I tak, raz uśmiercił swoją matkę, która niczego się nie domyślając, migała czerwonymi łokciami ponad balią w chwili, gdy synalek opowiadał zgnębionym głosem przerażonemu staruszkowi o jej nagłym, apoplektycznym203 zgonie i pytał z posępną goryczą, co warte życie takiego charłaka, który nawet matce rodzonej uczciwego pogrzebu sprawić nie może?

Lepiej powiesić się i na swój wstyd nie patrzeć, kiedy ją bez księdza, jak to zwierzę, w dół rzucą!

To też on powiesi się ani chybi, jeżeli go pan nie poratuje — powiesi się w jego oczach na klamce, jak mu życie miłe!

Naturalnie, że po tak uroczystym i właściwie zastosowanym zaklęciu, stary, którego każda wzmianka o trupach i cmentarzach, wprawiała w stan dziecinnej bojaźni, mając w perspektywie samobójstwo Murka, dał na ten uczciwy pogrzeb parę dziesiątek rubli, i tak się zgryzł swoją hojnością, że ją kilkudniową chorobą przypłacił.

Trzeba przyznać Murkowi, że z większą niż zwykle starannością gotował mu rumianek, a i to dodać należy, że część tak zręcznie wyłudzonej sumy zaniósł matce, po trosze, aby się przed nią sprytem swoim pochwalić, a po trosze, aby ją zobowiązać do niepokazywania się na oczy staremu.

— Bieliznę ja sam będę przynosił i odnosił — dołożył — a już niech mamina noga u nas nie postanie, bo miałbym bal! Stary by umarł ze strachu, jakby mamę zobaczył, a jakby nie umarł, to by mi nigdy nie darował, żem204 go tak wziął na kawał! Bo też to jest rzetelny kawał. O świecie!

I tak uśmiercona za życia rodzicielka, jak jej rozkoszny potomek, co ją uśmiercił, śmiać się do rozpuku zaczęli.

Innym razem już nie ambicja, ale honor Murka zagrożonym został. Nieszczęście wyciągnęło ku niemu szponiastą swą rękę, nie z poza bram cmentarnych, lecz zza zielonego stolika.

— Zmusili go — mówił — wciągnęli gwałtem, karty do ręki pakowali, więc — czegóż człowiek dla kompanii nie zrobi? — zaczął grać — No, i przegrał; trzydzieści pięć rubli, czy coś. — A grosza przy duszy nie miał, jak zawsze. Czy to on ma kiedy pieniądze? Cóż teraz zrobi? Oddać odda, choćby zabić kogo i do kryminału iść, boć to dług honorowy, a on wie, co honor znaczy!

I tutaj tak łyskał honorowymi oczyma i tak znacząco zaciskał honorowymi pięściami, że Skulskiego aż coś podrzucać zaczęło na wózku ze strachu. Kogoż205 by on mógł najporęczniej zabić w tym honorowym uniesieniu, jeśli nie jego? Październikowy, chłodny zmrok szarą gazą przesłaniał mętne szyby; na podwórzu cicho było zupełnie; nikt by go nie zobaczył... nikt nie usłyszał...

— Murku — zaczął płaczliwie — nieszczęśliwe dziecko! Widzisz — gdybyś wieczory po bożemu ze mną spędzał...

— Jeszcze mi pan będzie dogadywał. Spędzał! Spędzał! Niech sobie pan drugiego takiego grzyba szuka, jak pan, na to spędzanie.

— Nie byłby z ciebie karciarz.

— Ja nie żaden karciarz. Karciarze są od tego, żeby wygrywali. Diabeł by im kazał grać inaczej.

Mówił prawdę. Żyłka szulerska wymaga pewnej ryzykowności, której Murek w swojej naturze nie posiadał. A i ta przegrana była wymysłem. Pieniędzy potrzebował — ale na olśnienie pewnej knajpowej syreny, która pełnością kształtów wynagradzała głos niepełny.

Przedstawił jej się dnia poprzedniego jako syn obywatelski i obiecał wyprawić kolację. Było to w chwili zapału — nie zdążył przeto206 rozważyć, za co ją wyprawi.

Dziś, ochłonąwszy, ujrzał przed sobą dwie drogi; albo cofnąć się ze wstydem, albo wydusić pieniądze na starym.

Chwycił się tej ostatniej.

— Cóż, da pan, czy nie?

— Murciulku! Jak cię kocham...

— Ładnie mnie pan kocha. Pan chce mnie wykierować na szubienicznika207. Zobaczy pan...

— To... to ileż ci potrzeba?

— Czterdzieści rubli.

— Mówiłeś trzydzieści pięć.

— Ja już sam nie wiem, co mówię. I, jak Boga kocham, tak nie wiem co zrobię, jeżeli pan nie da. Taki wstyd. Lepiej iść do więzienia.

Stary dźwignął się na wózku.. Ręce mu się trzęsły. Błyszczące w pomroce jak u kota oczy Murka wpatrywały się w niego z natężoną ciekawością. Da, czy nie da? Zamierzyć się na niego, czy się nie zamierzyć?

— Zaprowadźże mnie do biurka — przemówił Skulski z rezygnacją. — Zaprowadź i — wyjdź.

Murek odetchnął. Nie lubił wszelkich ostateczności; dobrze więc, że się i tym razem bez skandalu obejdzie. Gdyby stary dłużej marudził, byłby go musiał poturbować; a tak — spełnił tylko jego rozkaz, jak na powolnego służebnika przystało.

Skulski, stanąwszy przy biurku, obejrzał się podejrzliwie na drzwi, dobył wiszącego na piersiach kluczyka i otworzył klapę, zasłaniającą mnóstwo szufladek i skrytek. Oczy Murkowe nigdy wnętrza tego biurka nie widziały. Jego pan byłby mu prędzej pozwolił zajrzeć na dno swego sumienia, niż tutaj.

Ufając mu bezgranicznie we wszystkim, lękał się instynktownie obudzić śpiące w nim licho widokiem swego złota. Bo w kimże ono nie śpi? Murek wprawdzie wielką był doskonałością, lecz przezorność nigdy nie zawadzi. Tutaj była ona chyba z tego jednego względu zbyteczną, że licho w Murku dawno się już obudziło — ale zaślepiony starzec, harców jego zdawał się nie widzieć.

W pół godziny po bolesnej operacji przejścia czterech dziesięciorublówek z jednych żółtych, skąpych rąk w drugie czerwone i marnotrawne, Skulski znalazł się sam w mieszkaniu — sam, na cały, długi, jesienny wieczór.

Murek wmówił w niego, że powinien się wcześniej położyć, leżał więc na kanapie, mając przy sobie na krześle lampkę o bladym płomieniu i niedopitą szklankę herbaty i dumał.

Nie bawił się on nigdy we wspomnienia; dziś wszakże przed oczami, co się do snu kleić nie chciały, stał mu wciąż syn jego jedynej siostry, biednej wdowy, którą mąż, awanturnik, zrujnowawszy, w nędzy zostawił.

Młodzieniec ten przyszedł do niego kiedyś w wytartym, studenckim mundurze i z rumieńcem upokorzenia na czole a niedobrymi wypiekami na policzkach, prosił go także o czterdzieści rubli. — Był może w wieku Murka, ale jakże do niego niepodobny! Nie groził i nie wymyślał; przepraszał wuja zdławionym głosem, że mu się pierwszy i ostatni raz w życiu narzuca, ale... potrzebuje opłacić wpisowe, inaczej cała jego kariera zwichnięta, starość matki zatruta... rozpacz... głód.

Skulski odpowiedział mu wtedy, że mężczyzna powinien zawsze umieć sobie radzić, że jeśli zacznie żądać pomocy od krewnych, skończy na publicznej żebraninie i odprawił go z niczym.

W niespełna pół roku wyczytał w Kuryerze sensacyjny opis zgonu młodego studenta, którego zabiły suchoty i nadmierna praca; matka zaś — bo zostawił matkę — nad trupem syna dostała pomieszania zmysłów.

Ponieważ nazwiska nie wymieniono, a przeczucie nic nigdy Skulskiemu nie mówiło, nie mógł przeto wiedzieć na razie, że te biedne ofiary nędzy i nieszczęścia tak z bliska go dotyczyły. Później, przypadkiem doszła go ta wiadomość.

A dziś, po latach, pierwszy raz przyszło mu na myśl upatrzyć jakiś związek pomiędzy swoją odmową a tą przedwczesną śmiercią biednego chłopca i zaczął się zastanawiać, co by się było stało, gdyby się do jego prośby przychylił?

Może chłopak skończyłby studia, może dziś byłby jakim wziętym lekarzem lub prawnikiem; może odwiedzałby teraz starego wuja przez wdzięczność ze swoją rodziną? Kiedy niekiedy, to by mogło nawet być wcale przyjemnym, zwłaszcza, że już by nic od niego nie potrzebował. — Ot na przykład, w taki wieczór jak dzisiejszy, gdy Murek poszedł swoje honorowe długi oddawać i Bóg wie kiedy wróci! Czterdzieści rubli jak miało pójść, tak poszło, a zawsze lepiej było opłacić nimi wpisowe, niż przegraną w karty umorzyć.

Tak! Ale ten siostrzeniec był mu wtedy o tyle niepotrzebnym o ile obojętnym, podczas gdy Murek! — Toż to jedyny, najdroższy jego Piętaszek na tej bezludnej wyspie starości i osamotnienia, na którą wyrzuciły go nie fale przeciwne i awanturnicze prądy, ale rozmyślne, obliczone poprzecinanie wszystkich nici, co by go ze światem i życiem łączyć mogły. Nie pora je teraz nawiązywać, choćby nawet chciał. Gdzie szukać tych końców porwanych, podeptanych, przegniłych w sercu, jak stare powrozy, co zbyt długo na spodzie okrętu leżały. Los jedną świeżą linkę rzucił mu z brzegu, w postaci tego wyrostka o rybich oczach i zwierzęcych ustach, jej się więc czepił i wszystko prędzej w morze ciśnie, niż ją z rąk wypuści. Ale ona nie dosyć silnie go trzyma; co chwila lękać się musi, aby się nie zerwała i to go męczy bardzo, tym bardziej, im starszy jest i słabszy.

Nie, Murek nie powinien go tak zostawiać samego wieczorami. Nieraz, tak by mu się chciało pogawędzić, przypomnieć coś z przeszłości, owocami własnego doświadczenia nakarmić tę młodą dusze. Jak to pięknie, kiedy stary opowiada, a młody słucha! A tu, tymczasem, młody buja gdzieś daleko, zdobywając doświadczenie na własną rękę, a stary musi leżeć w tęsknocie i nudzie, nadsłuchiwać kroków na dziedzińcu i mówić sobie co chwila: — To on. — Nie, to nie on.

Trzeba temu koniec położyć. Uzbrojony świeżo wyświadczonym dobrodziejstwem, śmielej dopomni się o to, co mu należne, rozmówi się z nim stanowczo, jak tylko chłopiec wróci.

I rozmówił się; a raczej mówił sam, stękającym, osłabłym głosem, bo przebyte wzruszenia i długie czuwania osłabiły go zupełnie. Wyglądał tak mizernie, tak zgrzybiało na tej ogromnej kanapie, pod tą kołdrą, wznoszącą się ostro na jego skulonych, kościstych kolanach, przy dogasającym świetle lampki, w wyziębionym nocnym chłodem pokoiku, do którego wraz z Murkiem rozpromienionym, rozgrzanym, weszła jakby inna jakaś atmosfera gwaru, światła, wesołości, urągająca temu wszystkiemu, co się tam znajdowało.

Murek wysłuchał go w pobłażliwym milczeniu. Był upojony swoją własną osobą. Szyk i hojność, jakimi zaimponował na tej kolacji, nie tylko pulchnej pannie Florze, ale i jej bratu (bo przyprowadziła ze sobą brata, czego się, prawdę rzekłszy, nie spodziewał), napełniły go taką dumą i poczuciem własnego znaczenia, że gderania Skulskiego nie mogły go na tym piedestale dosięgnąć.

— Czy on wie, stary truteń, z kim ma do czynienia?

Gdyby go był widział tam, w restauracji, jak zbił dwie szklanki, dzwoniąc nożem na garsona208, aby podawał szampańskie, gdyby widział, jak go ten brat, rudy Szwab, wcale do panny Flory niepodobny, ściskał i całował i pił jego zdrowie, dziękując za taki pański traktament209, to by zrozumiał dopiero, co to Murek!

— Czego pan ode mnie chce? — odezwał się wreszcie lekceważąco, rozstawiwszy nogi szeroko i patrząc z góry na starego. — Czy pan jeszcze ze snu nie wytrzeźwiał?

Cóż to? Pożyczył mnie pan sobie u pana Boga na wieczne nieoddanie? Mnie na życie idzie. Nie dosyć mnie pan całymi dniami przy sobie wędzi?

— Murku! Czy ja czego za darmo od ciebie wymagam? Czy nie wszystko mnie zawdzięczasz! Nie dalej jak dziś... tyle pieniędzy!

— Otóż masz! Będzie mi pan teraz do sądnego dnia te marne kilka rubli wymawiał. Wielka rzecz! Niby to pan z serca dał. Ale!

— Pan się bał, żeby mnie diabli nie wzięli, albo jeszcze co gorszego.

— Widzisz więc, jak mnie obchodzisz. Powinieneś to cenić i za to samo...

— Niech pan głupiemu gada. Wiem ja gdzie raki zimują. Takie obchodzenie! Phii!

— To nie wierzysz, że cię kocham, jak rodzonego syna!

— Co pan wie, jak się rodzonego syna kocha! Żeby pan miał choć krztę serca dla mnie, to by się pan nie sierdził, że sobie trochę wieczorem po takim paskudnym życiu odetchnę. Ech! Niech pan lepiej śpi i mnie da spać, bom zmęczony.

Nazajutrz Murka znowu wieczorem nie było — Tak świetnie zaczęta kariera knajpowego Amfitriona210 domagała się podtrzymania swego blasku. Ale! O znikoma gwiazdo szczęścia! Panna Flora zawiodła go haniebnie. Zaproszona na inną ucztę, nawet patrzeć na niego nie chciała, a w dodatku pokazało się, że ten brat nie był wcale jej bratem...

Przez tydzień Murek chodził jak struty. Nie można się nawet dziwić, że po takiem rozczarowaniu zaniedbywał się w spełnianiu codziennych obowiązków, których trywialność zbyt rażąco odbijała od jego bajronicznego211 nastroju. Takim zawiedzionym kochankom to tylko przystoi pić bez upamiętnia, albo awantury robić, a nie wozić podagrycznych212 staruchów!

To też znęcał się nad swoim panem za tę ironiczność losu, ile się dało. Fukał na niego, udawał że nie słyszy, gdy do niego mówił, raz go nawet omal na zakręcie nie wywrócił.

Biedny stary w głowę zachodził, co się Murciulkowi stać mogło i łasił mu się jak bity pies.

Nie jeździli już teraz po południu do botanicznego ogrodu; poprzestawali na alejach, bo dnie bywały chłodne i dżdżyste.

Skulski, który zawsze choć trochę ruchu potrzebował, wysiadał z wózka i wlókł się z ciężkością po rozmiękłej ziemi, obryzgując nieraz błotem wykwintne inseparable213 Murka, gdy stopa jego bezsilna zapadła się w kałużę.

— Co pan wyprawia! — ofukiwał go tamten z pasją. — Z pana to istne prosię. Miejsca suchego tyle, nie! Pan z umysłu lezie w błoto.

Stary w milczeniu przyjmował to grubiaństwo, oglądał się tylko, czy kto nie słyszy, pergaminowe jego policzki zapalały się słabo; szarpnięty mocno przez Murka, wydobywał się z błota i sunął dalej dysząc głośno, aby znowu gdzie zagrząźć i nowe wypomnienie usłyszeć.

Jeżeli w dnie słoneczne, na tle rozkwitłej natury, w atmosferze bzów i słowiczych trelów214, widok tych dwóch postaci, spacerujących wolniuteńko, sprawiał wrażenie tylko oryginalne a nawet śmieszne, to w takie szare, wilgotne mroki, pod obnażonymi gałęziami drzew alejowych, w brunatne arabeski215 haftującymi popielate tło nieba, wśród przejmującego chłodu stygnącej ziemi, ten starzec zniedołężniały, ciągniony niedbale przez zachmurzonego chłopca, wydawał się czymś nieskończenie opuszczonym, poniewieranym, nieszczęśliwym.

Rzekłby kto, iż jakiś niewidzialny tyran wysyłał go na te przechadzki po błocie ze srogim dozorcą, który mu spocząć nie dawał, tak cała jego postać była jedną, milczącą prośbą o politowanie.

A jednak, te spacery, takiem współczuciem mogące przejąć tkliwego przechodnia, to była jedyna jego rozrywka, jedyny zapas wspomnień na długie, samotne wieczory. Widział przynajmniej ludzkie twarze! Gdybyż choć jedna znajoma a serdeczna pomiędzy nimi! — Słyszał urywki rozmów, śmiechu — gdybyż choć jedno słowo pozdrowienia rzucone w przejściu!

On sam nawet nie czuł i nie rozumiał, ile bolesnych rzeczy mówiła tym, co go mijali, jego starość bezsilna, wydana tak na pastwę jesiennej niepogodzie i najemnej, nieczułej opiece.

Tymczasem — pewnego dnia wygładziło się raptem Murkowe czoło. Coś nadzwyczaj pomyślnego musiało, albo raczej miało go spotkać, bo był jakby w gorączce rozkosznego oczekiwania.

Od rana krzątał się koło Skulskiego, zagadywał doń, śmiał się, żartował, a co najdziwniejsze, gdy po obiedzie wyjeżdżali na spacer, sam zaproponował, że go do „Botaniki” zawiezie. Byli tam przed południem, ale to nic nie szkodzi, od paru tygodni nie widzieli, jak też nad wieczorem wygląda.

Stary mniej się ucieszył tą propozycją, niż się należało po jego rozmiłowaniu w ogrodzie spodziewać.

Przed miesiącem jeszcze byłby jeździł, choćby trzy razy dziennie; gdyby go tylko Murek chciał wozić. Ale dziś czuł się bardzo osłabionym i wszystko go męczyło. Ostatnia pieniężna przeprawa z Murkiem i brewerie216, jakie ten przez kilkanaście dni wyprawiał, nie poszły mu na zdrowie. Sam nie wiedział, co mu było. Głuchy, dziwnie dokuczliwy ból chodził mu po kościach; dręczyły go bezustanne obawy i niepokoje, widzenia nawet jakieś przesuwały się chwilami przed zmąconym wzrokiem.

Z tym wszystkim nie śmiał odrzucić niepożądanej łaski. Wszak łaska każda na pstrym koniu jeździ, więc choćby ten koń trząsł niemiłosiernie, siedzieć trzeba cicho, bo gotów zrzucić.

Pojechali zatem.

Ogród przedstawiał się bardzo brzydko i pusto. Wysoki, pstry wał opadłego liścia leżał pod parkanem, z winogronowych u wejścia altanek zwieszały się pęki starych postronków, w tak wdzięczną jeszcze niedawno koronkę zieleni splątanych, bzy podnosiły swą ciemną nagość, drgającą od chłodnych podmuchów wiatru, który pędził z północy grube, bawełniaste chmury, podczas gdy na zachodzie niebo dymiło się krwawo nad tonącą już w mrokach ziemią.

Murek zatrzymał wózek koło akwarium i obejrzał się.

Skulski drżącymi rękoma zaczął odpinać fartuch.

Spostrzegł to chłopak i szybko zwrócił się ku niemu.

— E! Niech pan da spokój — rzekł przekonywająco. — Pan wygląda mizernie. Dosyć się pan rano naspacerował.

— Kiedy mi zimno, Murciu, bardzo mi zimno — odparł stary, wzdrygając się. — Chciałbym się trochę rozgrzać!

— Od ziemi wilgoć ciągnie. Zaziębi się pan. Już niech mnie pan usłucha.

Murek mówił niezwykle łagodnie, a Skulskiemu aż się w duszy rozpływało od tej jego dobroci. Kochany chłopiec! Zawsze troskliwy! A on o nim takie brzydkie rzeczy myślał w ostatnich czasach!

— Mój Murciulku! — zaczął po chwili — Mój Murciulku!

Chciał mu powiedzieć: Jakiś ty dobry dzisiaj! — ale zatrzymał się w obawie, aby go tą pochwałą nie spłoszyć. Nieraz mu to już na złe wyszło. Nie wiedział nigdy na pewno, jak z nim postępować.

Murek wciąż się oglądał.

Nagle, mimo woli uniósł się na ławce. Bzową aleją szła szybko wysmukła w obcisłym kaftaniku kobieta. Była młoda i przystojna.

Mijając ich posłała długie, znaczące spojrzenie Murkowi, który wyprostował się jak struna, przyłożyła parę razy chusteczkę do ust, na co on odpowiedział przyciśnięciem swojej grubej ręki do lewego boku algierki217 i skręciła w boczną uliczkę.

Upłynęło chwil parę.

Murek zdawał się namyślać.

— Proszę pana — odezwał się raptem. — Niech pan tu poczeka. Ja zaraz wrócę.

Stary podniósł na niego wzrok niespokojny.

— A gdzież chcesz iść, Murciulku?

— Ja zaraz wrócę.

I chciał iść, ale Skulski przytrzymał go z instynktową jakąś obawą.

— Ale wrócisz? Zaraz wrócisz? — powtórzył uparcie. — Nie zostawiałbyś mnie samego. Już się ściemnia. Cóż tu za interesy mieć możesz? Jedźmy lepiej do domu.

— Jaki też pan dziwny! Kiedy powiadam, że zaraz wrócę.

— Pamiętaj Murciulku, bo mi zimno.

— Zaraz, zaraz!

I rzuciwszy mu niecierpliwie to zapewnienie, poskoczył w stronę, gdzie zniknęła kobieta.

Stary spuścił z rezygnacją głowę na piersi i czekał czas jakiś nieruchomo.

Chmury przebałwaniły się na drugą stronę nieba i starły resztę brudnego karmazynu z jego krańców. Suche szelesty latały po gałęziach; powietrze napełniało się coraz większą wilgocią. Deszcz tylko co wisiał.

Z głębi ogrodu rozległy się stąpania. Stary szybko podniósł głowę. To Murek! Nie, to jakichś dwóch panów, żywą zajętych rozmową.

Okrążając akwarium, spojrzeli z niejakim zdziwieniem na samotnego kalekę i poszli między bzami ku furtce.

Popatrzył za nimi. Jaka szkoda, że ich nie zaczepił i nie spytał o Murka. Może go spotkali?

Wydobył zegarek. Dopiero kwadrans czeka, a myślał, że najmniej godzinę. Jednakże Murek powinien by już wrócić. Co on tak długo może robić w ogrodzie?

Spuścił znowu głowę i zaczął dumać.

Ogarniał go niepojęty smutek, a było to także jedno z obcych mu uczuć. Umiał się gniewać, niecierpliwić, narzekać — nigdy smucić. Ale ta melancholijna, bliska płaczu natura, ta pustka chłodem wiejąca, te coraz gęstsze mroki, owijające się dokoła nagich drzew, zaraziły go bezdenną tęsknotą. Za czym? Sam nie wiedział, czuł tylko, że mu czegoś brak było w całym życiu, a w tej chwili najbardziej.

— Gdzie ten Murek? Gdzie ten Murek być może? Zginął, czy co?

I znowu spojrzał na zegarek. Już więcej niż pół godziny, jak poszedł. A mówił, że zaraz wróci.

Wtem na rękawiczce zobaczył ciemną plamkę, a jednocześnie kilka drobnych kropel uderzyło go po twarzy. To deszcz się opuścił.

Skulski zżymnął się głośno! Przeklęty chłopak! Nienawidził go w tej chwili z całej duszy.

Dźwignął się na wózku i obracał głowę na wszystkie strony, wytężając swe małe, przygasłe oczy w przestrzeń zaćmioną.

— Wszędzie pusto jak w grobie! — zamruczał.

Wzdrygnął się mimo woli. Jak w grobie! Skąd mu to porównanie? A jeżeli Murek nie wróci? A jeżeli go tu noc zaskoczy, noc na deszczu i chłodzie, to cóż to jest innego niż śmierć! Cóż to jest innego niż grób? O! Boże! O Boże miłosierny!

Strach go ogarnął. Czuł, że nie wysiedzi na tym wózku okropnym, że musi jakim bądź sposobem ratować się, uciec przed czyhającym nań niebezpieczeństwem.

Rozpaczliwie zaczął się z pod fartucha gramolić. Pójdzie szukać tego niegodziwca, tego rozpustnika, tego — on przecież tu gdzieś być musi. Niepodobna, aby wyszedł z ogrodu, aby go tak nikczemnie porzucił.

A może go jakie nieszczęście spotkało?

Niecierpliwość, żal, trwoga, gniew mąciły mu w głowie. Z tego tylko zdawał sobie wyraźnie sprawę, że jest sam w tym pustym ogrodzie, który lada chwila zaniknąć mogą, że wieczór coraz ciemniejszy, a deszcz coraz gęstszy.

Gorączkowe podniecenie dodało mu ostatnich sił. Raźno niemal wysiadł z wózka i posuwał się naprzód, podpierając się laską. Jakie to dobrodziejstwo móc chodzić! Zaraz uczuł się większym panem sytuacji, a do chęci znalezienia Murka dołączyło się pragnienie zemsty. Zbije go jak psa, tego łotra! Laskę na nim połamie! Jak on śmiał? O! Dosyć tego pobłażania. Raz go przecież zasłużona kara nie minie.

Szedł żwawo jak na niego, mamrocząc pod nosem przekleństwa i sapiąc głośno. Było w nim coś fantastycznego w tej chwili, coś, co mogło przestraszyć każdego, kto by go spotkał. Ale nikt go nie spotkał..

Nagle stanął i prawie przykucnął przy ziemi. Kolana ugięły się pod nim, a gdy je znowu z trudem wyprostował, były jakby z drewna. Nim doszedł do końca uliczki, całe junactwo i mściwość rozwiązały się bez śladu.

Przestał kląć; sapanie zamieniło się w rodzaj przyduszonego jęku, władza w nogach odstępowała go z każdym krokiem.

Zrozumiał, że dalej nie pójdzie. Instynktownie wyciągnął jedną rękę, drugą, całym ciężarem opierając się na grubej lasce i uchwycił nisko zwieszoną, nagą gałąź.

Zapewniwszy sobie w ten sposób równowagę, obejrzał się dokoła. Nikogo! Nikogo! Wózka nawet nie widać. Poznał teraz cały nierozsądek swego przedsięwzięcia. Tam Murek wrócił z pewnością i szuka go na swoją rękę. Niepodobna, aby nie wrócił; to poczciwy chłopiec, niepotrzebnie się na niego obruszał i odgrażał. Kto wie, co go tam zatrzymać mogło?

Dobył więc głosu z piersi i zawołał parę razy przeciągle: Murku! Murku! I stał znowu nasłuchując.

Nic — oprócz szumu deszczu po wierzchołkach drzew, wiatr ustał i gdyby nie ten mokry szept, jakim szare niebo do czarnej ziemi przemawiało, cisza byłaby zupełną.

Co będzie? Co będzie? — Co robić? Puścić gałąź i próbować iść dalej, a jeżeli upadnie, gdy ją puści? Upadnie niewątpliwie; ale czy podobna stać tak i czekać może godzinę jeszcze, może dwie? Łzy okropne, palące, łzy niemocy, pokrzywdzenia, buntu wszystkich ludzkich uczuć, puściły mu się z oczu.

Płakał po raz drugi w życiu, a gałąź, której się trzymał, chwiała się nad nim, wstrząsana jego łkaniem i zdawała się płakać z nim razem deszczowymi łzami. Ach! Bo też to była dola, nad którą drzewo zapłakać by mogło. Taki stary! Taki bezsilny kaleka i taki opuszczony!

Na całym szerokim świecie nie ma nikogo, co by się w tej chwili o niego zatroszczył, co by zapytał: Co się z nim stało? Skoro go nie będzie!

Ten chłopiec, którego tak kochał, porzucił go nikczemnie na pastwę nocy i samotności. Czy to możliwe, aby ludzkie serce do tego stopnia niewdzięcznym było? Czy postąpiłby z nim w ten sposób jego syn, albo wnuk, albo chociaż ten siostrzeniec, ten biedny student w suchotach? Nie! Głos krwi zawsze się odezwać musi, a Murek, to był obcy; wśród cudzych najmniej cudzy — więcej nic.

Tłum najróżnorodniejszych myśli, wspomnień, rwących się lub płatających dziwacznie, rozsadzał mu głowę. Chciał się nad jedną jakąś myślą zatrzymać, bo go to wirowanie o zawrót przyprawiało — nie sposób! Uciekała wnet, a za nią pędziła druga, trzecia, pędziła prędzej, niż ten deszcz pędził z wysoka na ziemię, niż wiatr, co się znów zerwał, po gałęziach, niż ciemność po niebie.

Bo — może to tylko tak jemu mroczyło się w oczach, ale nic już prawie nie było widać. Nogi jego w rozmiękłej ziemi, od której chłód wchodził mu aż do szpiku kości, zdrętwiały zupełnie, krew pędzona do głowy szumiała w uszach i oślepiała oczy.

— Murku! — wykrzyknął rozpaczliwie. — Murku! — powtórzył raz jeszcze.

Zesztywniałe palce puściły gałąź; postąpił parę kroków na oślep z wyciągniętymi rękoma i padł jak długi twarzą w kałużę, którą kilkudniowe deszcze utworzyły w pobliżu.

Przez długą chwilę ludzka ta postać, rozpłaszczona na ziemi, czarna w obejmujących ją ciemnościach, szamotała się boleśnie, próbując podźwignąć; twarz żółta, straszna, wykrzywiona męczarnią ostatnich wysileń, obryzgana błotem, unosiła się z ponad kałuży i opadała w nią z pluskiem, któremu towarzyszyło okropne charkotanie; ręce w uwalanych mokrą ziemią rękawiczkach, wyprężały się i oślizgiwały — wreszcie wszystko ucichło, znieruchomiało.

Przez ten czas Murek siedział w restauracji Doliny Szwajcarskiej, a piękność w obcisłym kaftaniku i pąsowej woalce, dopomagała mu gorliwie w unicestwianiu polędwicy na półmisku i wina w butelce.

Murek promieniał. Była to kapitalna przygoda!

Spotkał tę piękną pannę przed paru dniami na ulicy i tak mu się podobała, że poszedł za nią. Nie okazała się zbyt nieprzystępną; pozwoliła powiedzieć sobie kilka pięknych komplementów, uśmiechnęła się parę razy zachęcająco, ale gdy ich na skręcie ulicy tłok rozdzielił, prysnęła mu z oczu, jak bańka z mydła.

To tajemnicze zniknięcie rozegzaltowało218 do reszty duszę romantycznego młodzieńca, która zraniona świeżo zdradą panny Flory, domagała się jakiegoś balsamu.

Murek jeszcze z tak dystyngowaną i szykowną osobą nie rozmawiał. Byłby przysiągł, że co najmniej w balecie występować musi. Jednocześnie z tym przeświadczeniem przyszła mu genialna myśl napisania do tego bóstwa strzelistą odezwę w korespondencjach prywatnych Kuryera, z błaganiem o schadzkę w ogrodzie Botanicznym.

Byłby już dawniej taką suplikę wystosował tylko nie miał do kogo; bo te korespondencje prywatne zawsze go napełniały najżywszą zazdrością; każdy ich wyraz wydawał mu się tajemnym kluczem do jakichś zaczarowanych krain. Czytał na przykład:

Daktylowi. Kocham Cię. Przybądź, bo umrę z rozpaczy. Twoja na wieki

Figa.

Albo:

Zapałce. Jeżeli oczy twoje nie kłamią, ogień, jaki w mojem sercu zatliły, palić się będzie zawsze. Kiedy i gdzie? — Odpowiedz.

Cygaro.

Co to za szczęśliwi ci ludzie, którzy w ten sposób publicznie ze sobą rozmawiać mogą. To się dopiero nazywa szyk! To dopiero używanie!

Wystylizował tedy219 z wielkim mozołem odezwę220 do pięknej Nieznajomej z ulicy Widok, podpisał się Oleander, bo mu się ten pseudonim nader wspaniałym wydał i czekał z gorączkową niecierpliwością odpowiedzi.

I doczekał się.

Róża odpowiedziała Oleandrowi, że przyjdzie „Szarą godziną”, no i dotrzyma słowa, jak na porządną Różę przystało.

Murek, dopędziwszy ją w uliczce, chciał zaraz plany dalszej znajomości rozwijać, ale ona wytłumaczyła mu, że o wiele przyjemniej rozmawiać pod dachem, niż na wilgoci, a jeszcze przyjemniej przy pieczeni i winie, skutkiem czego znaleźli się w restauracji Doliny Szwajcarskiej.

Murek raz tylko się zawahał, gdy wychodzili boczną furtką od Obserwatorium.

— A mój stary? — rzekł. — Jakże go tak zostawić? Może by lepiej wieczorem.

Ale Róża musiała mieć inne plany na wieczór, albo też była bardzo głodna i pociągnęła go bez ceremonii.

— Co tam stary! — rzekła — poczeka. My młodzi nie możemy czekać.

I spojrzała mu w oczy tak obiecująco, że byłby poszedł za nią nie tylko do restauracji, ale do samej Ameryki, gdyby mu dane było wprzódy221 opróżnić biurko Skulskiego.

Nie pamiętał tak rozkosznej uczty. Ale takie już było jego nieszczęście, że mu coś zawsze każdą satysfakcję zatruć musiało. Tamtym razem ów fałszywy brat, teraz ten stary. Co się rozochoci, kieliszkiem o kieliszek trąci, rączkę Panny Róży przez stół ściśnie, lub jej nóżkę pod stołem przydepnie, wnet jakiś głos szepce mu do ucha: Wracaj już! Wracaj! Stary czeka. Stary się niecierpliwi. Zupełnie jak gdyby kto jadł miód, a tu cały rój os brzęczy dokoła niego i ten biedak już sam nie wie czy jeść, czy się opędzać, czy rzucić wszystko do pioruna.

Parę razy Murek wstawał z determinacją.

— Trzeba już iść — mówił.

Na to jego towarzyszka spoglądała najprzód z żalem na pełną jeszcze w połowie butelkę, a potem jemu w oczy.

— Jeszcze chwilkę — mówiła syrenim głosem i nalewała mu świeży kieliszek.

Ile razy się to powtórzyło i jak długo przeciągnęło, nie wiedział. Rozmarzony winem i spojrzeniem tej, co mu je nalewała, stracił zupełnie rachubę czasu.

Gdy wreszcie wyszli z restauracji, noc była czarna i deszcz gesty padał.

Na świeżym powietrzu Murek wytrzeźwiał raptem.

— Jezus Maria! — zawołał — Tom222 sobie dał!

I chciał biec ku ogrodowi, ale przyszło mu na myśl, że tam przecież znalazł się ktoś taki, co starego zawiózł do domu. Przypuszczenie to było mu tym bardziej na rękę, że piękna Róża mieszkała w tamtych stronach, odprowadzi ją więc za jednym zachodem.

— Co tam! Kiedy wisieć, to już za obie nogi. Kwadrans wcześniej czy później, i tak stary skrzyczy go porządnie.

Poszli tedy razem prędko, a przez drogę nie tylko ułożyli się o następną schadzkę, ale wspólnymi siłami usnuli historyjkę, mającą Murka przed pierwszym impetem gniewu starego zasłonić.

Ktoś go potrącił; on go odepchnął, zrobiła się burda; wzięto ich do cyrkułu223 i tyle czasu przetrzymano — albo to te łotry policjanty mają jakie wyrozumienie? Opowie to wszystko tak długo i szeroko, że staremu nie da dojść do słowa.

Mimo to, serce biło mu jak młotem, gdy wbiegł na schodki, bo spojrzawszy w okna, zobaczył, iż się nie świeci. Przeląkł się — nie tego, co się z biednym, niedołężnym starcem stać mogło, po tylogodzinnym czekaniu na deszczu i zimnie, ale co się z nim samym stanie za taki wybryk. Odpędzi go, ani chybi. To była jedyna jego troska, gdy drugim kluczem, jaki miał przy sobie, otworzywszy puste mieszkanie, wypadł z niego po chwili i pocwałował z powrotem.

Ogród naturalnie był już zamkniętym. Bez namysłu przeskoczył niską furtkę i wpadł między czarne szkielety drzew.

Cisza dokoła panowała przejmująca, szybkie stąpania Murka rozległy się w niej jakimś niemiłym chlupoczącym dudnieniem. Woda w kałużach przebłyskiwała czarno.

Chłopak dopadł do wózka i włosy dębem stanęły mu na głowie, gdy zobaczył puste, przemokłe od deszczu siedzenie.

— Jezus Maria! — krzyknął po raz drugi, i przestraszył się własnego głosu.

Co się z tym starym zrobiło? Czy go diabli żywcem porwali?

Dygocąc z dziwnego wzruszenia, jakiego nigdy dotąd nie doświadczył, puścił się na poszukiwania.

Niedługo to trwało. Bystre jego oczy rozróżniły na ziemi czarną jakąś masę, w której domyślił się swego pana.

— Zemdlał dziad — pomyślał, przyśpieszając kroku — potrzebnie mu było z wózka wyłazić. To dopiero cholera!

Pochylił się, dźwignął go za ramiona i wrzasnął przeraźliwie.

Chłód śmierci go zaleciał; bielmem zaszłe, nieruchome oczy łysnęły blado z pośród zastygłej w kontorsjach224 konania twarzy.

Rozległ się znowu plusk. To Murek opuścił trupa w kałużę na powrót, a sam zaczął uciekać jak szalony. Zimny pot spływał mu kroplami po rozognionych policzkach; zgroza, wstręt, przerażenie, ścigały go jak furie przez ten ciemny, najeżony gołymi drzewami, szumiący deszczem ogród.

Zdawało mu się, że lada chwila jakaś zimna trupia ręka chwyci go za ramię; jakieś bielmem zaszłe oczy łysną nań okropnie.

W alejach dopiero ochłonął nieco i zwolnił kroku. Zaczął zbierać myśli i zastanawiać się nad swoim położeniem.

Nie zdejmowała go litość nad tym ludzkim życiem, co tak nędznie w kałuży brudnej wody zgasło, ani ogarniał żal nad trupem człowieka, który był jego dobroczyńcą, który jego jednego kochał, a którego w poniewierce, na błocie, pod gołym, zadeszczonym niebem zostawił.

Niechby tam leżał i gnił aż do sądnego dnia, ale to bieda, że go zaraz jutro znajdą, a jak znajdą, będzie śledztwo, ambaras225... gotowi jego jeszcze posądzić, wziąć do więzienia i skazać niewinnie. Boć on nie winien śmierci starego, sumienie mu nic nie wyrzuca; zresztą nie ma czasu na słuchanie tego nudziarza. Tu o ważniejsze rzeczy chodzi. Co tu począć?

I szedł coraz wolniej; nagle stanął i uderzył się w czoło.

Uczucie srogiego pokrzywdzenia opanowało go teraz wyłącznie. Jego, Murka, wsadzą do ciupy226, a pieniądze wezmą jacy krewni, bo się zawsze znajdą, choćby z pod ziemi wyróść mieli, gdy jaki bogacz umrze; albo szpitale, gdyż i to diabelstwo tylko na takie spadki czyha. Nie! Tyle niesprawiedliwości stać mu się nie może. Byłby głupi, gdyby do niej dopuścił. Wszak raz już sobie powiedział, że jak wisieć, to za obydwie nogi. A może się i uda?

I udało się — gdyż poszukiwania policji, przedsięwzięte wskutek znalezienia trupa Skulskiego w ogrodzie Botanicznym i popełnionej tejże nocy w mieszkaniu denata kradzieży przez odbicie biurka; poszukiwania w celu trafienia na ślad jego lokaja Maurycego, podejrzanego o podwójną zbrodnię, nie doprowadziły do żadnego rezultatu.

Sekcja wykazała śmierć przez uduszenie przypadkowe, bez udziału gwałtu; Murek wraz z pieniędzmi przepadł na zawsze.

O Skulskim wspominali czasami tylko ci, którzy w nim stracili żywy zegarek. Serca nikt w nim nie stracił. Drętwe przez całe życie, spłaciło swój dług pod koniec nieprawemu wierzycielowi i zastygło, przeszedłszy straszliwe tortury, których nie było się komu domyślać; bo nie ma okrutniejszej Nemezys, niż miłość pod jaką bądź postacią, kiedy się mści za swe zapoznane prawa.