VI
Kilka dni przebyliśmy już na wsi, a Ela nie pokazała się jeszcze ani razu. Podobno nawet wcale chorą nie była, chowała się ot tak! Przez dziwactwo, jak mówiono. Nie widywałem jej tedy157, lecz słyszałem o niej bardzo często. Stara panna, uboga kuzynka-rezydentka, bywa dobrym środkiem rozpędzania nudów familijnych posiedzeń. Ciotka opowiadała o niej różne, jak mówiła, kawałki, twierdząc stanowczo, że ta biedna Ela cierpi lekkiego bzika, Lucyś starał się być dowcipnym, naśladując jej sposób chodzenia, picia herbaty, grania w karty; wszyscy wtedy, nie wyłączając dzieci, śmiali się chórem i byli bardzo zadowoleni. A przecież było to dobre, życzliwe dla niej serca, które by jej nigdy skrzywdzić nie dały, ale taka to już dola pewnych istot. Proboszcz nawet, który ją w swój lapidarny, dosadny sposób bronił, lekceważył sobie także trochę tę biedną, zwichniętą egzystencję, niezdolny widocznie zejść do głębi jej cichej tragiczności. Ja słuchałem tego wszystkie go z niedającą się opisać przykrością. Choroba uczyniła mnie wrażliwszym na wiele rzeczy. Szczególnie drażniło mnie, gdy moja żona, znająca Elę tylko z opowiadań, dorzucała swoje uwagi lub wybuchała tym bezdusznym, przeciągłym śmiechem, którego teraz znosić nie mogłem. Zresztą były to jej jedyne chwile wesołości. Zazwyczaj chodziła zasępiona, rozwzdychana i tak sobie żadnej subiekcji z okazywaniem mi swego zobojętnienia nie robiąca, że mnie to aż wobec mojej rodziny upokarzało.
Pierwszej niedzieli po naszym przyjeździe, wszyscy wybrali się na sumę do kościoła. Moja żona odnalazła trochę dobrego humoru, strojąc się w najmodniejszy kostium, którym miała sterroryzować całą parafię.
Ja zostałem w domu. Byłem jeszcze bardzo osłabiony, a czarne myśli, jakim się ciągle oddawałem, nie mogły mi sił pokrzepić.
Dzień był ciepły, ale bezsłoneczny i denerwujący swoją wilgotną, ciężką atmosferą.
Kilkakrotnie już w ciągu ubiegłych dni, gdy mnie nikt nie widział, zapędzałem się pod drzwi Eli, chcąc zastukać, aby mnie wpuściła, ale zawsze coś mnie w ostatniej chwili odepchnęło. Lękałem się po prostu ujrzeć na własne oczy ruinę tej piękności, której każdy szczegół stał mi tak żywo w pamięci. Jakiś wyrzut niejasny, dręczący, podnosił się teraz z głębi moich wspomnień i bezwiednie cofałem się przed tym widokiem, aby nie zawołał do mnie: To twoja wina!
Dziś jednak postanowiłem przezwyciężyć się i pójść do niej.
Drzwi zastałem na wpół odemknięte, co mnie zdziwiło. Może jej powiedziano, że nikogo w domu nie ma i czuła się zabezpieczoną od najścia.
Z wewnątrz rozległ się piskliwy, dziecinny głosik, powtarzający jednostajnie strofkę jakiejś piosenki.
Zatrzymałem się nadsłuchując, po czym z największą ostrożnością popchnąłem drzwi w stanąłem w progu.
Na otwartym oknie, tak samo prawie, jak owego nigdy niezapomnianego wieczora, kiedym tu przyszedł adwokatować za Kazimierzem, siedziała Ela. Nie trzymała się tylko akacji; obie jej ręce spoczywały na czarnej, ważkiej158 bez żadnej ozdoby sukni. Włosy zawsze piękne, ale podwinięte, grubym węzłem leżały na szyi. Kwiatów w nich nie było.
Nie spostrzegła mnie. Patrzyła w ogród i mogłem przyjrzeć jej się dokładnie. Byłem przygotowany na to, że zobaczę większą zmianę w tych rysach, które pozostały zawsze piękne i młode, tylko ta ich młodość przy cerze martwej i bladych ustach, wyglądała tak jakoś zastygło i wątło, jak gdyby robota czasu zatrzymała się tu pozornie, aby tym pewniej wewnątrz dzieło zniszczenia prowadzić. Patrząc na nią, myślało się o tych zachowanych sztucznie ciałach, co się rozsypują w proch za lada dotknięciem.
O parę kroków przed nią, na rozstawionych buńczucznie nóżkach stał sześcioletni synek państwa Lucjanów i z tą charakterystyczną w dzieciach, niezmordowaną uporczywością powtarzał swoją piosenkę:
Dzisiaj niedziela, dzisiaj niedziela,
Drobny deszcz pada,
A ciocia Ela, a ciocia Ela
Do mnie nie gada!
Piękna ta melodia musiała już dobrze mojej kuzynce dokuczyć, bo nie podnosząc oczu, odezwała się swoim cierpliwym, udręczonym głosem:
— Przestań, Bolesiu! Mnie głowa tak boli! Widzisz, tyle razy cię proszę!
Stałem nieruchomy. Ten głos! Cofnął mnie w mgnieniu oka o całą przeszłość lat jedenastu...
Ale chłopak umilkłszy na chwilę, rozstawił jeszcze szerzej nogi i zaczął znowu:
Dzisiaj niedziela, dzisiaj niedziela,
Drobny deszcz pada,
A ciocia —
Ela podniosła z wolna rękę do głowy, ale mnie ogarnęła taka niepohamowana złość na tego malca, który jej się sprzeciwiał, a którego ona z taką słodyczą moim imieniem nazywała, że w jednej chwili znalazłem się przy nim, schwyciłem go za kark i wyrzuciłem z pokoju, zanim oszołomiony zdołał pisnąć...
Ela krzyknęła. Zeskoczyła z okna i oparta o futrynę, przyciskając obie ręce do swej płaskiej piersi, w opadającej na niej habitowo sukni, blada, nieruchoma, stała podobna do owych posągów mniszek we framugach starych klasztorów.
Patrzyliśmy na siebie długo.
Z wolna ująłem jej rękę, zimną i sztywną, istną rękę statui i przyłożyłem ją do moich ust niemych, które w tej chwili nawet szeptu wydać nie mogły.
Zaczęła drżeć silnie pod tym dotknięciem, wielkie łzy napełniły jej szafirowe oczy i spadły cicho na czarny materiał stanika.
Wtedy odwróciłem się i wyszedłem prędko, unosząc palący ból tych łez na własnych piersiach.
Ku wielkiemu zdziwieniu całej rodziny, Ela ukazała się tego dnia przy obiedzie. Była bardzo spokojną. Uważałem tylko, że zarumieniła się, gdy ją zapoznawano z moją żoną, po czym usiadła między dziećmi, które jej się ciągle naprzykrzały. Proboszcz zamówił sobie zaraz partię pikiety po obiedzie, ciotka preferansa159 na wieczór.
Kazimierz, spowinowacony teraz przez małżeństwo Lucysia z naszą rodziną, przyjechał także. Wyglądał doskonale, świeżo, młodzieńczo i miał zawsze ten wyraz pogodnej dobroci na twarzy, jak gdyby przez trzydzieści kilka lat na ten zły świat nie patrzał. Przy stole ciotka prześladowała go jakąś panną Jadwigą, Lucyś namawiał gorąco, żeby raz z nią skończył, siostra dorzucała także swoją zachętę. Nikt się nie krępował obecnością Eli, jak gdyby to nie była kobieta, o którą on się tak uporczywie niegdyś dobijał. Uważano ją widocznie za stojącą już poza obrębem podobnych spraw.
On sam zdawał się być zupełnie wyleczonym. Traktował moją kuzynkę z wielkim uszanowaniem, ale oko jego ślizgało się obojętnie po jej zastygłych wdziękach, głos dźwięczał nutą przyjaznej serdeczności, z której miłosne tony uleciały bez echa. Obserwowałem ich ze smutną ciekawością. Jak wszystko mija!
Po obiedzie, moja żona, rada każdej nowej twarzy, każdej nowej rozrywce, chciała zaciągnąć Elę na przechadzkę, ale proboszcz obstawał za swoją pikietą160.
— Kolejką, kolejką — mówił śmiejąc się. — Najprzód161 będzie się grało z sutanną, potem się będzie spacerowało z falbankami... Czasu nie zabraknie naszemu Angielskiemu Pastylkowi. Ma go się pod dostatkiem!
— Spodziewam się! — dodała ciotka, ruszane jak zwykle ramionami. — Czego jak tego!
I Ela automatycznie poszła stolik do kart rozkładać.
Ja z Kazimierzem zasiedliśmy do szachów.
Po skończonej partii wyszliśmy do ogrodu i chodzili długo po brzozowej alei. Kazimierz opowiadał mi o swojej miłości i o Eli, jak się wspomina umarłych, których stratę już się przebolało. Ela pozostała zawsze dla niego jakąś istotą nieziemską, godną najwyższego uwielbienia, ale znajdował zarazem, że taki zwyczajny człowiek jak on, nie byłby potrafił jej uszczęśliwić. Nie użalał się też nad nią, w myśl doskonałego twierdzenia, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Przyznał mi się, że zamierza się żenić, gdyż marnowanie życia dla jednego zawiedzionego uczucia jest niegodną mężczyzny słabością. Potakiwałem mu głową, porównywając tę rozmowę z tą, którą my przed laty prowadzili. Jak wszystko się zmienia!
Wreszcie pożegnał mnie, śpiesząc zapewne do owej panny Jadwigi, a ja zostałem sam na ławce, okalającej drewnianym pierścieniem wielką kępę buldeneżów. Wpadłem w zadumę, z której zbudziły mnie dopiero zbliżające się kobiece głosy. Poznałem moją żonę i Elę.
Słońce już zaszło i lekki mrok, jak cieniuchny popiół sypał się na ogród. Zakryty krzakami, plecami do nadchodzących obrócony, nie mogłem ani ich widzieć, ani sam być widzianym, ale słuch mój, wydelikatniały chorobą, z daleka już odróżnił słowa rozmowy, którą Wanda zdawała się głównie podtrzymywać.
— ...zawsze po stronie pani — mówiła w dalszym ciągu jakiegoś dowodzenia. — Wczoraj jeszcze sprzeczałam się o to z ciotką. Nie mogłaś pani nic mądrzejszego zrobić.
— Tak pani sądzisz? — odpowiedział spokojny głos Eli.
— To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Zamążpójście jest zawsze rozczarowaniem dla kobiety, jeżeli nie czymś gorszym.
Uśmiechnąłem się. Moja żona, zapuszczająca się w psychologiczne gmatwaniny, była dla mnie czymś nowym i zabawnym.
Tymczasem obie kobiety doszły do ławki, na której siedziałem i zatrzymały się po drugiej stronie klombu buldeneżów, tworzących nieprzeniknioną ścianę pomiędzy nami.
— Siądźmy tu — rzekła moja żona.
Nie poruszyłem się. Nie czułem się winnym niedyskrecji, wysłuchując ich rozmowę, w której nie mogło być przecież żadnych tajemnic, a zetknięcie się tych dwóch kobiet, tak kontrastujących ze sobą duchowo, jak eteryczna, zmartwiała uroda Eli różniła się od bujnej, zmysłowej piękności mojej żony, zajęła mnie żywo.
— Nie rozumiem — ciągnęła dalej Wanda — dlaczego wszyscy litują się nad pannami, które za mąż nie wychodzą. Ja bo im zawsze zazdroszczę.
— Czego? — zapytała Ela zdziwionym głosem.
— Tego, że mogą myśleć o sobie i tylko o sobie — odparła stanowczo moja żona.
— Pani w tym widzisz szczęście?
— Jedyne! — wymówiła Wanda z przyciskiem. — Najprzód162, życie samo przez się nie jest wcale rozkoszą, a dzieląc je z kimś drugim, przyjmujemy na siebie połowę kłopotów i dolegliwości, jakimi los zechce go obdarzyć. Teraz pytam na co? Czy nie dosyć swoich własnych?
— Mnie się zdaje — rzekła Ela nieśmiało — Ze ten ktoś bierze także naszą połowę... Więc szala się wyrównywa, a pozostaje...
Moja żona przerwała jej szyderskim, przeciągłym śmiechem.
— Jak to znać, żeś pani nigdy męża nie miała! Mężczyźni, kochana panno Gabrielo, są to kończeni egoiści jeden w drugiego, czemu ja się wcale nie dziwię, bo gdybym zamiast Wandą, urodziła się... dajmy na to, Bolesławem, korzystałabym tak samo z mego szczęśliwszego położenia.
Przygryzłem z lekka ust, mówiąc sobie, że moja żona nie potrzebowała przemieniać się w mężczyznę, aby posiąść tajemnice skończonego egoizmu, ona zaś ciągnęła dalej:
— Żona czy chce czy nie chce musi mieć we wszystkim męża na względzie, bo tu o nią zarazem chodzi. Zaniedba mu dom? No, to będzie sama mieszkała w nieładzie. Da mu zły obiad? Sama wstanie głodna od stołu. Zdradzi go? W rezultacie gorzej sama na tym wyjdzie niż on. Co do mnie, nigdy nie mogłam zrozumieć tych kobiet, które dlatego, że im ktoś czule w oczy popatrzy, narażają się na tysiączne nieprzyjemności, na ciągłą obawę skandalu i często na sam skandal w ostatku. Romans dla mężatki, to największy w świecie ambaras. Jeżeli więc dba o własne bezpieczeństwo i spokój, powinna być wierną mężowi. Takie jest moje przekonanie. Jednym słowem, mąż ciągnie zyski ze wszystkich przymiotów żony, ze wszystkiego co jej samej do umilenia i uwygodnienia życia służy. Nawet jej toalety robią mu reklamę. I jakby tego nie dość było, wolno mu używać na własną rękę ile się da. Może poza domem robić co mu się podoba, stworzyć sobie inną rodzinę, zaniedbywać żonę, zapomnieć nawet jak dzieciom na imię, bawić się, rzucać pieniędzmi, a do domu przynieść zły humor i pustą portmonetkę. Wszystko to jego przywileje!
Moja żona mówiła zupełnie tak, jak gdyby w pożyciu ze mną była niegodnie wyzyskiwaną ofiarą, którą, w zamian za jej poświęcenie, spotykają same przeniewierstwa i brutalności.
Nie mogłem widzieć twarzy Eli, ale wyobrażałem sobie, że musi otwierać szeroko swoje zgodne, błękitne oczy.
— A miłość? — odezwała się po chwili. — Może tak być, jak pani mówisz, ale chyba wtedy, jeżeli kobieta wychodzi za mąż bez miłości.
— Miłość! — powtórzyła wzgardliwie Wanda — miłość jest jeszcze większym głupstwem niż małżeństwo.
— Och! — zawołała moja kuzynka głosem czciciela, którego bóstwo znieważono.
— Masz pani przykład na mnie — ciągnęła moja żona — wyszłam za mąż niby z miłości, a czy może być nieszczęśliwsza nade mnie istota?
— Och! — powtórzyła znowu Ela.
— Nie wierzysz pani? Chciałabym, żebyś się znalazła na moim miejscu, a wtedy byśmy pogadały...
Tamta nic nie odpowiedziała i przez chwilę słychać było tylko chrzęst jedwabnych draperii, gniotących się pod niecierpliwą ręką mojej żony. Mnie coś wstrzymywało oddech. Cóż ja jeszcze usłyszę, co usłyszę?
— Doprawdy — odezwała się po niejakim czasie Wanda — wolałabym, żeby mnie samą jaka choroba dotknęła. Wiedziałabym przynajmniej czemu cierpię. Ale tak? Jestem zdrowa, młoda, mam wszystko, żeby mi dobrze było na świecie, a od kilku miesięcy prowadzę i Bóg wie jak długo jeszcze prowadzić będę, życie szpitalne, wśród samych aptek, lekarzy, lekarstw, aż mi się to śni czasem. Czy pani myślisz, że nie zakarakano by mnie, gdybym na przykład teraz chciała bywać trochę między ludźmi, rozerwać się po takich przejściach! A pytam, co ja Bolesławowi pomogę, jeżeli przy nim kamieniem siedzieć będę? Głosu mu nie powrócę, a siebie... zamęczę.
Zagryzłem usta do krwi tym razem.
— Ale go pani możesz pielęgnować! — zawołała Ela — możesz mu swoją obecnością, swym przywiązaniem osłodzić cierpienia. Nie jestże to wielką pociechą? Pomyśl pani! On taki biedny teraz... Pani mu jesteś najbliższą... Ja bym się czuła dumną i szczęśliwą, gdybym wiedziała, że komuś naprawdę potrzebną jestem... Co warte życie, jeżeli go nie ma komu poświęcić?...
Urwała i cichszym głosem dorzuciła:
— To ja pani zazdrościć powinnam...
— Czego? — podchwyciła Wanda sucho — Męża kaleki?...
Wzdrygnąłem się, a po drugiej stronie ławki Ela poruszyła się gwałtownie, aż liście buldeneżów163 zachwiały się nad naszymi głowami, jak gdyby dziwiąc się plątaninie losów ludzkich.
— Nie nazywaj go tak pani! — wykrzyknęła. — On nie jest kaleką!... On wyzdrowieje!...
— Z pewnością nikt sobie bardziej tego nie życzy ode mnie — odparła moja żona. — Ale jak dotychczas, polepszenia żadnego nie ma. Paraliż jest jedną z najbardziej upartych chorób. To się może przeciągnąć lata całe.
— Ależ nadzieja wyzdrowienia nie stracona — zawołała Ela. — Proboszcz mi dzisiaj mówił przy kartach, że głos bardzo często wraca sam przez się, niespodziewanie, a proboszcz nigdy nic bez słuszności nie powie.
— Zapewne — rzekła moja żona z namysłem. — I ja bym najwięcej w takie nagłe wyleczenie wierzyła. To pewna, że mnóstwo już było takich wypadków, że paraliż ustępował pod wpływem jakiegoś gwałtownego wstrząśnienia, przestrachu, niebezpieczeństwa. Bezwładni jak kłody chorzy, uciekają czasem o własnych siłach z palących się domów. Mnie nawet jeden z lekarzy o tym mówił. Ale na to liczyć nie można.
— Dlaczego? — zapytała żywo Ela.
— Dlatego, że nadzwyczajności nadzwyczaj rzadko się zdarzają. Ja się przecież z pierwszego piętra w jego oczach nie rzucę dla eksperymentu.
Zaśmiała się, a mnie dreszcz przejął od tego śmiechu.
— Ale pani powiadasz, że to by mu mogło głos powrócić? — zapytała znów moja kuzynka zmienionym głosem.
— Co takiego?... Żebym skoczyła z pierwszego piętra? Bardzo pani jesteś miła. Dobrze, że tu dom parterowy, bo widzę po twoich oczach, że gotowa byś mnie na próbę wyrzucić przez okno.
— Ach! — zawołała Ela boleśnie — Nie żartuj pani. To takie smutne. Nie, ja pytam, czy... czy... coś takiego niezwykłego, co by się w jego oczach stało, mogłoby mu pomóc?
— Jestem głęboko przekonaną — odrzekła moja żona. — Babka męża mojej siostry miała bratową, która także zaniemówiła i odzyskała głos na ulicy wołając na swoje dziecko, które wpadło pod konie. Ale, jak powiadam, nie ma o tym co myśleć i trzeba mi się z dolą pogodzić.
— Może już pójdziemy — dodała po chwili. — Chłodno jest. Tego by tylko brakowało, żebym i ja głos straciła. To byśmy się dopiero bawili w mruczka!
Wstały i oddaliły się w milczeniu.
Wychyliłem się z poza krzewów i patrzyłem, jak postępowały obok siebie, jedna pływająca w strojnych, jasnych garnirunkach, druga jakby zaszyta w wąską, czarną sukienkę. Ela wygadała jak blady, nikły cień przy mojej żonie, ale mnie przyszły na myśl te księżycowe cierne, które rosną i pną się na każdą spotkaną po drodze wyżynę, podczas gdy ci co je rzucają, idą zawsze dołem i tym mniejsi są od nich im dalsi.
Kiedy już znikły między drzewami, ukryłem twarz w dłoniach. Oto, co mogłem był wziąć od życia, a co wziąłem! Zaiste, los miewa dziwnie okrutny sposób otwierania nam oczu po czasie!