XIX
W Wiedniu ordynat niespodziewanie spotkał na dworcu kolejowym baronową Elzonowską. W ciągu całej zimy starannie unikał spotkania, wiedząc, że baronowa przebywa razem z hrabią Barskim i z rozwiedzioną księżną Zaniecką. Spotkanie rozdrażniło go, lecz na szczęście baronowa była sama. Zaczęła się od razu skarżyć na Lucię.
— C’est une fille folie28 — mówiła z najgłębszym przekonaniem — Siedzi w tych Słodkowcach jak zakonnica. Chyba papa tego nie wymaga? Dwie znakomite partie odrzuciła. To szaleństwo!
Waldemar zmienił rozmowę, lecz baronowa prędko powróciła znowu do Luci.
— Wyobraź sobie: ona nie pisuje do mnie!... Obrażona za to, że przyjaźnię się z Barskimi. Voilà!29 Smarkata! Dla jej kaprysu nie wyrzeknę się przyjaciół.
Waldemar zgrzytnął zębami, ale odrzekł spokojnie, tylko z ironią.
— Tak, to byłoby dziwniejsze, gdyby ciotka po wszystkim, co zaszło... unikała Barskich.
— Co ty mówisz? Voyons!30
— O! Nic! Żegnam ciotkę.
— Zaczekaj! Kogo ty wieziesz ze sobą? Un beau garcon!31
Ale Waldemar nie zaczekał. Szedł prędko, zapomniawszy nawet przedstawić pani Idalii Bohdana, który trzymał się z daleka, świdrując zajadle oczyma w różowej buzi młodej Niemeczki, podróżującej z papą i z mamą.
W drzwiach do sali ordynat ujrzał wchodzących Barskiego i Zaniecką. Pot wystąpił mu na czoło. Gniew, obraza, wściekłe wspomnienie ugryzło go w serce. W oczach miał zimne żelazo. Żaden rys mu nie drgnął, tylko twarz zbladła.
Hrabia i księżna spostrzegli go. On cofnął się i poczerwieniał; oczy wylazły mu na wierzch. Księżna Melania, również mocno pąsowa, utkwiła bezczelny wzrok w sztywnych oczach ordynata i szła naprzód śmiało, urągliwie.
Ordynat przeszedł, udając, że ich nie widzi, jak koło słupów telegraficznych i znikł w wielkich drzwiach dworca.
Księżna przymknęła oczy, bo źrenice Waldemara ukłuły ją boleśnie, niby długim ostrzem kamiennym.
Wzburzony Waldemar siedział już w wagonie, gdy wszedł Bohdan.
Był roześmiany. Rzekł z komicznym żalem:
— Pożegnałem swoją Gretchen32! Pojechała do Iszlu. Wie wuj! Ani rusz nie mogła wytrzymać mego wzroku. Ja mam siłę piorunującą! Przedstawiłem się jej jako książę Abrakadabra-Abra z linii świętych tureckich. Uwierzyła. Niewiniątko! A ona Müller... a taka ładna! Ale, ale, wuju!
Spojrzał na Waldemara i umilkł. Śmiech zgasł mu na twarzy.
Ordynat zdawał się obojętnie czytać gazetę.
Gdy pociąg ruszył, Bogdan podusnął się bliżej i spytał cicho:
— Wuju, czy ta... piękna pani, którą wuj minął, to... ta sama co... anonimy...
— Tak — przerwał prędko ordynat. — To był Barski z córką.
Bohdan zamyślił się. Po długiej chwili szepnął:
— Ma za swoje.