Wspomnienia chłopa-powstańca z 1863 r.

Część I. W walce

1. W wojsku pruskim

Służyłem we wsi Zimnej Wodzie1, w powiecie wówczas krotoszyńskim, za parobka. Dobrze mi się działo; państwo byli dobrzy, dbali o nas; pan urzędnik był, co prawda, chciwy na robotę, jednak był to niezły człowiek; nie dał sobie grać po nosie, ale ludzi nie krzywdził i nawet nam, parobkom, co to (jak za młodu bywa) niejeden się psoci, to niby gderał, ale i wybaczył.

Już mi 21. rok nadchodził, poszedłem też i do trzeciej miary2. Było to na jesień; przyszedł order3, i musiałem iść do wojska. Markotno mi się jakoś zrobiło, boć4 trzeba było wszystko opuścić, a Bóg wie, jak we świecie będzie. Nasi bardzo straszyli tymi unteroficerami5, że to bardzo hardzi panowie i kpin nie lubią.

Poszedłem do spowiedzi św. i zdałem się na Boga!

W tym całym nieszczęściu pocieszało mnie, że miałem nakazane do konnicy. Już bowiem z młodości miłe mi były te bydlątka najbardziej, boć to, żeby jeno6 człowiek o nie dbał, to wdzięczne są człowiekowi i człowieka znają.

Już to w całej okolicy nie było, jak moje cztery kasztany! Była tam na odkół7 brudnokasztanowa klacz, ździebłko figaczka, ale dało się jakoś jej radę, choć nieraz trzeba ją było wziąć z mańki8, jak to mówią.

Najbardziej niepokoił mnie młody dziedzic, bo cięgiem9 chciał dwa przednie wałachy10 wziąć mi do forszpanki11, alem jakoś zawdy12 szczęśliwie się wykpił; raz jeden, to znów drugi niby na nogę kulał; a ja mu byłem między podkowę a kopyto wsadził13 kawał gwoździa, dlatego niby utykał — ale jak młody dziedzic zeszedł z oczu, tom wyjął i ani znaku nie było kulawizny.

Ledwom się nie spłakał, gdym odchodził od mych kasztanków; ale cóż robić, kiedy trzeba. Mus wielki pan!14

Przymaszerowało nas ze czterdziestu z okolicznych wsi do Ostrowa15, gdzie zaraz nas zapisali do dragonów16. Tu inaczej trzeba było słuchać, jak p. ekonoma! Nieraz mi matuś mówili: „Oj, Ignaś, Ignaś, kto nie słucha ojca i matki, ten będzie słuchał psiej skóry”17.

Nie mieliśmy tam bębna przy kawalerii, ale trąbkę — toć18 już na jedno wyjdzie.

Jak zaczęli nas uganiać: „Marsz, langsam19, szryt20” i różnie nam nogi wyciągać, a prostować, a szykować, to aż się nogi trzęsły; a trzymaj nogę do góry; a pan unteroficer patrzy i ogląda, czy dobrze; aż nieraz już człowiek myślał, że się obali.

Ani jadło nie smakowało, a jak się człowiek układł, to ani wiedział, jak usnął, niby kawał drzewa.

Najgorsze to już były te pierwsze sześć tygodni, nim nas wsadzili do szwadronu; jedyną to już moją pociechą była gniada klacz moja. Już ta klacz prawdziwie ludzki rozum miała! Jak zatrąbili, to ja jeno cugle puścił, a ta jucha21 szła, jak była komenda. Nieraz nie mogliśmy się wydziwić, jaki to rozum miała.

Jak nas rekrutów na konie powsadzali, to już było pół biedy; ale to na piechotkę mustrowanie22, a ten (niech go tam Pan Bóg skarze) „langsame-szryt23 to już niepodobna ani.

Przez całą zimę nas mustrowali — ale ten karabinek, cośmy mieli u dragonów, to nam nieraz zbrzydł, choć na wojnie bardzo dobra rzecz.