3. Pierwsza potyczka
Wyjechaliśmy z Żelaskowa ku Błaszkom32; jest to tam niedaleko małe miasteczko, niby nasze Piaski33 pod Gostyniem34. Właśnie pod tym miasteczkiem miał nas spotkać pierwszy chrzest.
Już mówił nam chłop, który wozem jechał, że za godzinkę będziemy w Błaszkach, a jeżeli się pośpieszymy, to w pół godziny tam zajedziemy; i nasz komendant kazał kłusem35 ruszyć, gdy na skręcie od razu pokazuje nam się jakaś kupka konnych.
Ledwieśmy się spostrzegli, a tu nasz dowódca krzyknął: „Forwerc36, marsz, marsz!” i galopem wpadliśmy na nich. Zaraz, jakeśmy wpadli na nich, kropnąłem na odlewkę jednego z kosmatą czapką przez gębę, że się nieboraczysko zaraz zwalił na ziemię; ale w tej samej chwili drugi jakiś kropnął mnie przez plecy pałaszem37, to bolało, jakby porządnie kijem skropił; alem mu też nie darował, bom go wyciął koszem38 od pałasza w zęby, że aż krwią zapluł. Jakem się potem obejrzał, to już reszta tych kosmali była uciekła, a nasi gonili.
Dopiero jakeśmy się znowu zebrali, dowiedziałem się od drugich, że to były objeżczyki39, a te wielkie, niedźwiedziami obszyte czapki to od tego, aby mu głowy pałaszem nie przeciął; i też prawda: takiej czapki pałaszem nie przetnie.
Przyprowadzili nasi czterech złapanych Moskali, a moi dwaj, com ich był zwalił z konia, też wstali i tylko trochę byli pokaleczeni; jeno temu, co to przez gębę dostał, musiał golibroda40 potem w Błaszkach zeszyć.
Sześciu Moskali wsadził nasz oficer na konie, ale broń im odebraliśmy, i kazał na nich uważać, aby nie uciekli; ale tak się do nas przyuczyli, że już potem nikt ich nie pilnował — a jak przyszło do bicia się, to lepiej się bili jeszcze z Moskalem, niż nasi, gdyż bali się, żeby ich Moskale nie zabrali w niewolę, bo byliby ich zaraz powiesili.
Przejeżdżając przez Błaszki, wstąpiliśmy do cyrulika, który zeszył twarz biednemu Moskalowi. A wycierpiał też dopiero ten biedak, jak mu szył; pierwszy też raz widziałem, jak się to robi; to musiało też tego biedaka bardzo boleć, gdy mu tak w żywe ciało szpilkę wpychał, a potem dopiero nićmi ściągał.
Już nocą przyjechaliśmy do Nowej Wsi41, może na milę42 daleko od Błaszek; tam przenocowaliśmy; młody syn pana Rembowskiego chciał koniecznie pójść z nami, ale stary pan mu nie pozwolił; zabrało się jednak z nami dwóch parobków od gospodarzy i służący, któremu pan dał konia. Naturalnie, że tam nie mieli takiej dobrej broni, jak my mieliśmy, ale jednak każdy miał pałasz i stary pistolet do dania znać na placówce43, gdyby szedł nieprzyjaciel.
Szliśmy dalej ku Częstochowie i nareszcie doszliśmy do Wólki Krakowskiej44, wsi dużej, gdzie mieliśmy spotkać oddział; ale tam o oddziale nikt nam nie umiał powiedzieć; tylko nasz pan oficer dowiedział się, że może o milę dalej było coś naszych w boru45; zaraz też pośpieszyliśmy, aby się z nimi złączyć.
4. Połączenie się z oddziałem Szymanowskiego
Koło południa na drugi dzień udało nam się nareszcie dogonić ten oddział, który myślał o nas, żeśmy Moskale, i dlatego przed nami uciekał — i gdyby nie przypadek był zdarzył, żeśmy ich wpędzili pomiędzy błota, to byliby dalej przed nami uciekli.
Dopiero śmiechu było, gdy poznali, że jesteśmy swoi; było ich trzydziestu kilku (jak nam mówili) z różnych oddziałów; jakiś Szymanowski nimi dowodził. Tęgi46 to był człowiek: choć szczupłej postawy, nie bał się nikogo, samego diabła byłby się nie wyląkł, a Moskale już go dobrze znali, bo był się im już nie raz dał we znaki. Raz to go rannego wzięto do niewoli, ale szczęśliwie im uciekł, choć jeszcze rana mu się nie była zagoiła ze wszystkim47.
Zaraz też nasz pan oficer oddał mu się z nami pod komendę. Już to ci ludzie byli bardzo licho uzbrojeni. Każdy miał jeno lancę48, na którą mógł liczyć, bo reszta broni to aż żal się Boże! Stare pałasiska — niektóre nawet ułamane końce miały — a pistoletów mieli w całym oddziale dwa i dwie dubeltówki, które zawsze ci brali, którzy szli na placówkę, i to jeszcze te gruchoty nie puszczały49. Bardzo byli więc wszyscy radzi50 naszym karabinkom, a szczególniej wydziwić się nie mogli, że strzelały, jak ta igła żgnęła w nabój51.
W sześćdziesiąt koni ruszyliśmy dalej; my, dragoni, mieliśmy być w drugim szeregu, a reszta z lancami poszła do pierwszego szeregu, bo jak stawaliśmy we front, to zawsze w dwa szeregi, a komenda zawsze szła dwójkami.
W marszu dogonił nas jakiś pan bryczką; rozmówił się z dowódcą naszym i zaraz nawrócił i pojechał sobie. Jakoś nasz dowódca zaczął coś sobie pod nosem mruczeć i raz po raz wąsa podkręcał; dawni jego ludzie zaraz nam mówili, że pewno się dowiedział o jakim patrolu moskiewskim i pewno w głowie układa, jakby go napaść. Niedługo też potem skręciliśmy z głównej drogi na lewo w bór.
Inny to już był kraj niż u nas, coraz więcej górzysty, a góry pokryte w wielu miejscach świerkami. A choć znów był kawał równego pola, to gdzieniegdzie pokazywały się ze ziemi duże kamienie, jakby domy albo kościoły, które się tutaj skałami nazywają. Mówili, że ta ziemia nazywa się Krakowskie, a dalej za Krakowem pod Austriakiem to cały kraj taki jest, gdzie same bardzo wielkie góry są, które nazywają się Karpaty. Ale tam tośmy wcale nie doszli, jeno w jednym miejscu z góry pokazywali nam na niebie jakby jakie chmury i powiadali, że to są nasze polskie Karpaty.
Maszerowaliśmy całą resztę dnia tego, ale to takimi ścieżkami i nad głębokimi przepaściami, że nieraz człowiek się bał, że z koniem zleci i roztrzaska się na dnie. Ale to tylko z początku tak nam się zdawało, bo potem przyzwyczailiśmy się do tego i nieraz z takiej ostrej góry galopem się na dół zjeżdżało, że u nas myślałby człowiek, że się kark skręcić musi.
5. Potyczka z kozakami
Koło północka może stanęliśmy nad jakąś szosą, poschodziliśmy z koni i nasz dowódca powiedział nam, że z godzinę lub dwie odpocząć możemy; ale ogni zapalać nie wolno, bo tutaj tą szosą do dnia ma przeciągnąć patrol kozaków52, który napaść mamy.
Już dniało, gdy nam kazano cicho ruszyć się z miejsca; nas z karabinkami i te dwie dubeltówki zaprowadził nasz stary oficer na piechotkę w krzaki nad samą szosę.
Ukryliśmy się dobrze i dopiero na komendę oficera, gdy Moskale będą przed nami, mieliśmy zacząć prędko strzelać. Tymczasem nasi ułani53 mieli wpaść na nich z ukrycia. Już tak wszystko było urządzone z pół godziny i myśmy cicho leżeli, gdy z dala zaczęło coś dudnić po szosie, jakby wozy szły albo bardzo dużo koni.
Zaraz nasz oficer dał znać naczelnikowi, który też zaraz do nas przyszedł i cicho mówił, że ten patrol pewno jakieś wozy ze sobą prowadzi, i cieszył się, że je zabierzemy. Zaraz się też wrócił do ułanów, aby na ich czele uderzyć na Moskala.
Z cztery pacierze54 czekaliśmy jeszcze, a coraz bliżej dudniało. Nagle przeleciało przed nami może z dziesięciu konnych, ale nie strzelaliśmy, bo znaku nie był dał nasz oficer. Już coraz jaśniej się robiło, gdy na szosie zobaczyliśmy kozaków, którzy sobie stępa55 jechali; po chwili byli przed nami, a że nasz oficer gwizdnął na znak, sypnęliśmy do nich z karabinków, a potem, jak który mógł najprędzej, nabijał i strzelał. Zamieszanie na szosie wielkie się zrobiło, konie padały na ziemię, kozak niejeden spadł przez łeb konia na ziemię; a jak dopiero nasi ułani napadli z ukrycia, okropne się zamieszanie zrobiło. Kozacy, z naszymi zmieszani, zaczęli uciekać, a nasi ułani pędzili ich, żgali pod żebra lancami, że aż się serce śmiało!
— Do koni! — zabrzmiała komenda, bo już i tak nie było do kogo strzelać, gdyż cała kupa galopem już była się od nas oddaliła.
Jak kto mógł, najprędzej biegł do koni, aby pośpieszyć z naszymi. Dopadamy koni i galopem szosą za drugimi.
Jakie było nasze zadziwienie, gdy wyjeżdżając z boru, ujrzeliśmy, jak nasi ułani wracali galopem na powrót, a za nimi może ze trzysta moskiewskiej konnicy pędziło! Dalej zaś na szosie ujrzeliśmy armaty i piechotę.
Zaraz nasz oficer kazał nam wykręcić na prawo za dużą skałę i co prędzej zsiąść z koni; trzech ludzi zostało przy naszych koniach, aby je trzymać, a myśmy się czym prędzej rozsypali w krzakach nad szosą, aby ścigających Moskali przyjąć ogniem z karabinków. Nasi może na trzysta kroków przed Moskalami pędzili; jak nasi mijali, pokazał im się nasz oficer, aby dowódca wiedział, gdzie my jesteśmy — a potem zaraz, jak Moskale nadjechali, sypnęliśmy do nich z karabinków, co ich bardzo zmieszało, bo myśleli, że ich nasi wciągnęli w zasadzkę.
Te nasze karabinki to jednak bardzo dobre były: dobrze strzelały, a nabijały się tak prędko, że zdążyłem aż pięć razy do Moskali strzelić i nabić.
Cała ta kupa konnicy nawróciła się56 i pędem do swoich uciekła; myśmy zaś czym prędzej do koni pobiegli i po chwili pędziliśmy do naszych.
Tymczasem nasi ułani złapali ze dwadzieścia koni moskiewskich i zebrali ze ziemi, co się dało, broni, a po chwili uciekaliśmy na złamanie karku borami, i to przez takie drogi spadziste i głębokie wąwozy, że szczęście prawdziwe, żeśmy wszyscy karków nie pokręcili!
Dowódcy meldował ten pan, co to nas dogonił, że stu Moskali jako podjazd57 ma tą drogą jechać, a to tymczasem z tysiąc Moskali tą szosą szło i prawdziwy cud Boski, żeśmy się tak szczęśliwie wykpili.
Czterech naszych brakło do apelu, a tymczasem nie tylko, że nam się nic więcej złego nie stało, ale jeszcze zebraliśmy dwadzieścia koni i dużo broni, która nam się nadzwyczajnie przydała; prócz tego leżało na szosie z piętnastu Moskali, a drugie ze dwadzieścia koni latało luźno, bośmy nie zdążyli złapać. Co prawda, uciekaliśmy jeszcze ze cztery godziny aż do jakiegoś zabudowania brzozowego w lesie i tam stanęliśmy nareszcie. Nasze konie takie były pomęczone, żeśmy tam stali trzy noce.
Wygodnie nam było w tej leśniczówce, bo wprowadziliśmy wszystkie nasze konie do stodółki, obory i szopy od siana. A poczciwy borowy58 dał znać do sąsiednich wsi, aby nam jeść i pić przywieziono. Co noc też przychodziły z prowiantami ze cztery wozy. A już chyba nie zapomnę bigosu, który nam we wannie blaszanej przywieźli: dziś mi jeszcze smakuje.
Przez te trzy dni nasz komendant zaczął nas także mustrować; my, pruscy żołnierze, znaliśmy mustrę doskonale, ale ci z Królestwa59 to ciągle się błąkali — a ponieważ nie było takich koni starych, dobrze wymustrowanych, jak myśmy mieli w pruskim wojsku, co na trąbkę same chodziły, czasem więc wielkie było zamieszanie, a panowie oficerzy bardzo się nagniewali.
Przybyło też do naszego oddziału dużo nowego rekruta, tak żeśmy już nasz oddział liczyli na sto pięćdziesiąt chłopa. Osiemdziesiąt ludzi było z karabinkami, a reszta była ułanów — ale już każdy ułan miał pistolet albo rewolwer do dania alarmu na placówce, gdyby nieprzyjaciel się zbliżał.