Część II. Na Sybirze
1. Wyjazd z Warszawy
Odprowadził mnie mój dozorca do więzienia, a na drugi dzień zostałem znowu zawołany i powiedziano mi, że poślą mnie do Włodzimierza95, aby mnie tam osądzili.
Bogu podziękowałem, że jeszcze tak wypadło, bo chcieli mi koniecznie w Warszawie dowieść, że byłem żandarmem Rządu Narodowego96, i za to powiesić, bo drugich, co złapali z bronią w ręku, to zaraz wieszali.
A tego, że mnie skażą na robotę, tom się już wcale nie bał, bom myślał, że to taka robota jak każda inna, a przecież roboty człowiek zwyczajny97.
Dopiero potem przekonałem się, że krwawa to robota była, bo musiałem robić, a miałem kulę żelazną do nogi przykutą albo też nas przykuwali do taczek, i tak człowiek musiał wszędzie z tą taczką chodzić i wlec ją za sobą.
Zaraz też na drugi dzień odwieziono mnie na kolej. Jeszcze ciemno było, gdym stanął na dworcu.
Cały dworzec był zapakowany skazanymi; pociąg zajechał i wpakowano nas do zamkniętych wagonów.
Do mego wagonu wsiadło siedmiu więźniów i jeden żandarm uzbrojony. Ruszył nareszcie pociąg, a ja tylko cicho się modliłem i prosiłem Najświętszą Pannę o pomoc i opiekę, tym bardziej, że myślałem, iż na zawsze opuszczam moją kochaną Ojczyznę.
Oj, smutno, smutno mi było! Byłbym płakał, żeby mnie nie było wstyd pokazać moją słabość przed Moskalem. Zaciąłem więc zęby i poleciwszy się jeszcze raz Bogu, obejrzałem się na tych, którzy razem ze mną jechali.
Byli oni wszyscy młodzi ludzie, ale, tak jak ja, bardzo zmizerowani przez długie więzienie.
Poczęstowaliśmy naszego żandarma na jednej stacji wódką i cygarem, a on pozwolił nam spokojnie rozmawiać.
Złożyliśmy się żandarmowi na rubla, a on za te pieniądze kupił wódki i parę cygar na stacji i długi czas dał nam rozmawiać, cośmy chcieli.
Zadziwi to może niejednego, żeśmy mieli pieniądze, ale po większej części każdy więzień potrafi sobie przechować parę papierków tak, że ich przy rewizji nie znajdą.
Tylko mnie się to nie udało, bo bezprzytomny byłem, gdy mnie wzięli; ale moi koledzy chętnie się ze mną dzielili, choć ostatkiem. Już to nie ma jak bieda: ta najbardziej ludzi kupi98 do siebie.
Jak się dobrze rozwidniło, dopiero widzieliśmy, jak ta nasza ziemia prędko uciekła od nas, a coraz to inny kraj nam się pokazywał.
Jak długo jechaliśmy tak, już nie pamiętam, ale zda mi się, że dwie nocy99 i dzień byliśmy w drodze.
2. W więzieniu pskowskim
Przybyliśmy nareszcie po długich przystankach do dosyć dużego miasta, które nazywają Psków100; leży ono nad małą rzeczką nazwaną Wielikaja101 i powiadali nam, że niedaleko stamtąd jest bardzo duże jezioro Pejpus. Raz nawet widziałem to jezioro, bo wyprowadzili nas może na dwie mile do roboty koło jakiegoś kanału, ale że jeden z nas uciekł podczas drogi, już więcej nas nie wyprowadzali z więzienia. Więzienie tak było natkane samymi więźniami z Polski, że pakowali nas po trzydziestu do jednej izby. We dnie to jeszcze jakoś szło, bo każdy usiadł sobie na ziemi albo stał, ale w nocy to już była czysta męka, bo miejsca dosyć nie było, aby się wszyscy mogli pokłaść, a jak się człowiek położył i usnął, to nie był pewny, czy w nocy nie przekulnie się kto na niego albo czy mu nóg na głowę nie położy. Często też w nocy robił się krzyk o to i ledwo dozorcom udawało się te kłótnie poskramiać. Całe szczęście, że we dnie wypuszczali nas w podwórze, gdzieśmy trochę świeżego powietrza chłypnęli102, bo ten zaduch w izbach to aż dusił; dla tego pewno też zaduchu zaczęli nasi chorować, a nawet raz po raz dowiadywaliśmy się, że który z naszych skonał.
Jednej nocy, pamiętam, jakiś Chwaliński z Wilna zaczął okropnie stękać, potem zaczął krztusić się; wołaliśmy o pomoc, ale dozorca pewno gdzieś był poszedł, bośmy nikogo dowołać się nie mogli. Biedny Chwaliński coraz bardziej charchotał, aż nareszcie rzucił się parę razy i skonał.
Rano dopiero przekonaliśmy się, że krew mu się rzuciła gardłem i zadusiła.
Okropna to była noc! Bylibyśmy ze serca chcieli dopomóc biednemu koledze, tym bardziej że to był podobno dzielny żołnierz; ale cóż począć po ciemku bez żadnego sposobu do ratunku!
W tę noc właśnie nawet wody nam zabrakło, którą by można cucić. Modliliśmy się tylko za nim i prosili Boga, aby mu dopomógł.
Nareszcie nas z Pskowa po pięciu tygodniach dalej wywieźli koleją do Petersburga103, miasta, w którym car mieszka. Było nas w partii104 czterystu.
3. W więzieniu petersburskim
Już tu wcale inna mowa jak u nas, i ludzie inaczej ubrani, a okolica coraz bardziej pusta, tylko gdzieniegdzie wieś, duże bory, jeziora albo wzgórza gołe, piaszczyste. Nareszcie nasz pociąg zbliżył się po różnych przystankach do Petersburga. Dużo nie mogliśmy zobaczyć, bo tylko tyle widziałem, ile z okna wagonu było można widzieć; dużo wież było widać cerkiewnych, a dachy tych wież zielono malowane. Duże to jest bardzo miasto i prawie całe zdawało się murowane, a nie mogliśmy się wydziwić, że w tak pustej okolicy takie miasto wielkie stoi i wyżywi się.
Już pod samym miastem przejechaliśmy przez dużą rzekę, którą nazywają Newa; po tej rzece pływało dużo statków parowych i szkut105, takich jak to u nas na Warcie; ale co mnie najbardziej zadziwiło, to ogromne stogi siana na tratwach, a tak, że sześć tratew jedna do drugiej była przywiązana; dziwnie się to zdawało widzieć tyle dużych stogów siana albo słomy płynących na rzece.
Pociąg nasz wolno szedł, więc mieliśmy czas przypatrzeć się wszystkiemu; nareszcie wjechaliśmy do bardzo dużego dworca, ale nie dali nam wysiadać, tylko staliśmy z naszym pociągiem ze trzy godziny, a naokoło był pociąg otoczony żołnierzami z nabitą bronią. Gdy zapadła ciemna noc, rozprowadzili nas do różnych więzień po moście. Mnie niedaleko prowadzili; bodaj o dwa tysiące kroków od dworca stało duże więzienie, w którym zamknięto nas.
Tutaj było już wygodniej niż w Pskowie, bo w jednej izbie zamknęli nas tylko pięciu; tutaj też lepiej jeść nam dawali i bardziej strzegli porządku. Dozorca nawet nam mówił, że wie, iż nie jesteśmy żadni zbóje, ale że biliśmy się za naszą matuszkę106, i widać było, że nas żałuje.
Tu zostaliśmy tylko tydzień i nocą znowu wywieźli nas, może ze trzystu, koleją do miasta, gdzie mnie mieli sądzić.