*** [Od rana skrzypienie dulek...]

Od rana skrzypienie dulek, warkot motorówek.

I płyną: spaleni słońcem, z psami, termosami, sami.

Mąciciele wody, siewcy śmiecia, hodowcy hałasu.

Wspominam więc innych, sudeckiego Niemca,

pogodnego starca godnie znoszącego

zmierzch pilarskiego żywota lub tę parę,

która z jakiegoś powodu wydała mi się lepsza,

choć ujrzałem ich z szosy może na pół sekundy:

dziewczyna przegięta w tył z głową zatrzymaną

by zdjąć ustami wiśnię z drzewa, gdy nogi idą dalej,

więc on przytrzymuje ją z tyłu. Zewnętrzny pozór,

brud gasi już nawet światło tych pojedynczych gestów,

lecz miło ulegać nowym perspektywom

na serpentynach: zobaczyć od spodu czyjeś życie wczepione

w spad góry, z detalami odłożonych narzędzi i suszących się ubrań,

zajrzeć do wózka kołyszącej go zniszczonej kobiecie wypluwającej robaczywy kęs jabłka

poniżej. Blisko, zupełnie inaczej, niż w oczach chłopca

mającego świat u stóp, gdy stoi na moście

szykując się do skoku dwadzieścia metrów w dół,

jeszcze się trzyma barierki, pręży, odchyla głowę

i pluje z rozmachem w wodę, okazując pogardę

wszystkiemu, żądając podziwu i zdobywając go,

choć kiedy leciał wydawał mi się głupi i stracony.

*** [„Teren prywatny, wstęp płatny...”]

„Teren prywatny, wstęp płatny. Henryk Sułuja”, namazane na desce.

A pięć jabłek podanych na dłoni rudej krowie, czy nie było zapłatą?

Mieliśmy lunetę, więc stawali mi się

bliscy ci ludzie na odległym brzegu, wystarczyło, aby ktoś

cumujący łódź nosił bardzo niebieskie spodnie

albo że inny zrobił sobie właśnie z rozwidlonej gałęzi

przybór do zgarniania zgniłego siana, które wypalał.

Na wystrzępionej bluzie Magdy napis: „If you cant run

with the big dogs, STAY ON THE PORCH”. Wiatr.

A otóż i robak na szlaku w poprzek naszej ścieżyny,

gdzie był, co robił wczoraj, gdyśmy się kochali?