Rozproszenie
Listy, od Iwony („W dodatku przed wejściem do studia
strasznie pudrują...”) i Magdy („Dziś byłam 2 razy w kościele,
chyba diabeł we mnie wstąpił”). Przejechał pociąg.
Ucichł.
W kokonie kościelnej wieży urodziła się północ.
Ktoś młody zaśmiał się głośno. Cień mojej głowy na płótnie
namiotu. W latarce nowe baterie. Mucha równo oddycha, śpi.
Starość jak głupia, spóźniona woźna
nachodzi wiecznego szóstoklasistę zakochanego po uszy,
który został we mnie jak w kozie na zawsze.
Jeszcze raz do mnie wróciło to przedhistoryczne uczucie,
zapał, by wyryć na pulpicie niepierwsze inicjały.
Zburzone będą Kraków, Sandomierz i Tarnów,
dumne ze swej urody miasta naszych spotkań.
Dzikie zwierzęta zadepczą miejsca, gdzie drżymy pośród traw.
Chtoniczne maszyny, ciągnąc żelazne brony, już idą po naszych śladach.
Krzesło prawdy
Sposób, w jaki ona chodzi. To, że czeka na peronie.
Albo, że się uśmiecha. Śmieje się jak chłopak, widać wszystkie zęby.
Rozpoznaję jej zapach. Piersi jak odwrócone spodki, żeberka żeber.
Ponazywać to wszystko, złożyć. Mówi o Oświęcimiu: nie jedź,
mniejsza o stosy okularów i lalek, ale tam wciąż wszystko śmierdzi
spalonymi włosami. Obcałowuję jej piegi na nosie i policzkach,
„skandynawska uroda”, coś między Liv Ulmann a Pippi Langstrumpf.
Dlaczego, dlaczego drży przy byle okazji. Powtarzamy swoje imiona
niczym daremne zaklęcia. Pojutrze skończy siedemnaście lat,
powinna być szczęśliwa z tym zapałem do rollersów, narciarstwa
i Mikołaja Gomółki. Obejmując się mocno, idziemy na wystawę
narzędzi tortur z epoki procesów o czary.