Salve Regina

Zawitaj, Pani świata,

niebieska królowa,

witaj, Panno nad Panny, gwiazdo porankowa.

Wieniec Twą skroń oplata,

zwity z promiennych liści:

o niech się w nich nadzieja biednych ludzi ziści!

Biała jak śnieg Twa szata,

a z białego–ć łona

lilija Twą czystością rośnie ubielona.

A wąż, który na ziemię przyniósł śmierć, przez Ciebie

został podeptan na wieki —

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym okrąg zachodniego słońca

w olbrzymią, wiekuistą rozlewa się falę.

Nie dla was płynie pieśń,

co się w płomiennym urodziła krzewie,

święta, jak ranek wiosenny,

albo jak wieczór jesieni,

zapadający nad ciszą ugorów,

nad zwiędłą czerwienią drzew

i ponad próchnem pochylonych krzyży!

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy:

wasze to tchnienie i wasza to krew,

wasze to serce w tym śpiewie —

Salve Regina!

Bliżej! bliżej!

O nie uciekaj przede mną,

ty rozmodlony pogłosie!

Wypełniasz cały świat

swoją przedziwną melodią,

a przed mą duszą ciemną

jak gdyby stanął nieprzebity mur,

o który się rozbija twój rozlew potężny

i głuchnie...

Po co ten przestrach i po co ten lęk?

Ponad głębiami nocy,

nad skrajem uśpionej ziemi,

oblasków niewidzącej, które idą z Życia,

smug się rumieni ognistego złota

i w jednej chwili ogarnia przestworza.

A k’niemu idzie Tęsknota,

jak druhna boża,

w wianku z oliwnych gałązek

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

A w nim, w tym blasku, w tym ognistym złocie,

pali się milion dusz,

O których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg, ich szata,

a z białego łona

lilija ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Ziemio! ziemio!

Tęsknota chodzi po tobie

w wieńcu z gałązek oliwnych

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

I krople potu roni

i, dzierżąc kielich goryczy

w białej, zmęczonej dłoni,

klęka co kroku w swej drodze krzemiennej

i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli...

A jej modlitwy i łzy

i te westchnienia głębokie

co krok się w przędze zmieniają pajęcze,

jak one włókna jedwabne,

porozwieszane na rżyskach

w październikowe dni

i na kończynach więdniejących traw —

na całym tym ogromnym, rozległym obszarze

mrącego świata...

O, wy, modlitwy i łzy!

O, wy głębokie westchnienia

naszej samotnej Tęsknoty,

poklękującej na krzemiennej drodze,

z kielichem goryczy w dłoni

i z czarnym krzyżem na wątłym ramieniu!

Zmieniacie w mgły się pajęcze

i, otuliwszy jej postać

w swoje rozwiewne przędze,

czynicie z niej by30 obłok, wstający z poranku

na wielkich obszarach świata,

i rwiecie ją z sobą do góry!

O wieńcu z gałązek oliwnych!

W wieniec przemieniasz się złoty,

w promienny wieniec gwiazd,

na skroni naszej Tęsknoty

i nad głębiami nocy świecisz, niepojęty!

O ty kielichu goryczy,

z twardej wykowan miedzi!

W alabastrową przemieniasz się czarę,

na zapomnianym ustawioną grobie,

pełną słodkiego napoju wieczności,

i do bezmiarów rośniesz niepojętych,

i sam się w napój rozpływasz,

i swoją wonią przepełniasz

duszę biednego człowieka!

O krzyżu na wątłych ramionach

naszej serdecznej Tęsknoty,

wraz z tobą dźwigającej tajemnicę bólu!

W skrzydła się zmieniasz anielskie

i wnet ją niesiesz ku blaskom,

lśniącym nad nocy głębiami,

ku onym dusz milionom,

o kórych tutaj dawno zgasła wieść.

Tam lśni jej biała szata,

a z białego łona

lilija jej czystością rośnie ubielona.

I depce węża głowę

swoją promienną stopą,

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

że miała zgasnąć czas

owa szarpiąca wieść

o tajemnicy krzyżowego bólu —

śpiewa swój hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych, cichych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym czarne cyprysy

cicho schylają swe głowy...

Milczcie!

Płaczem i jękiem,

urodzonymi z nicości,

nie zakłócajcie tej pieśni,

którą śród dusz miliona

z białą liliją u łona

wieczysta śpiewa Tęsknota.

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy!

Wasze to życie i wasza to krew —

ta pieśń wstrząsająca,

która swym świętym pogłosem

nie o świątynne łamie się sklepienia,

ale przez pola idzie, wielkie pola,

i zmartwychwstanie zmarłym daje kościom,

i we wiosennym uśmiecha się blasku,

i śnieg na łąkach roztapia,

i zwiędłe trawy w świeżą stroi zieleń...

Dlaczego płaczesz?

Nędza jest wszędzie!

Nędza w miłości i nędza w cierpieniu!

Łam się!

Nie masz spokoju?

Rozpękające drzewa twojej ziemi

nie przywabiają cię woniami swymi?

Uciekasz przed się31, aby szukać ciszy,

która twe serce usłyszy?

Nędza jest wszędzie!

W twym sercu jest nędza

i w tych zwaliskach zagasłego świata,

na które patrzysz zadziwionym okiem,

nie — tylko nędza!

Patrz! patrz bez końca!

Patrz na ten odblask ginącego słońca,

którego czerwień zalewa te łuki —

te poszarpane arkady,

te widma kolumn

i te dalekie kopuły!

Nie masz spokoju?

Wre w tobie echo pradawnego boju,

z którego wyszła zwyciężczynią Śmierć?

Jej li to sztandar powiewa ogniami

nad tym rozległym, krwawym widnokręgiem —

tam, nad tym gajem cyprysów i pinij32 ?

Łam się i patrzaj! folgi nie daj oku!

Z bezdennych głębin wieczystego mroku

jakiś wyłania się potwór!

Cicho, powoli

nietoperzowe rozpościera błony,

zakrywa zorzę ich ciemnią

i rośnie...

I kulistymi dwoma płomieniami

swych nieruchomych źrenic

patrzy ci w duszę i błony

nietoperzowe roztacza

i rośnie...

I grube wyciąga ramiona,

i, kulistymi dwoma płomieniami

patrząc ci w duszę, w otchłań ludzkiej nędzy,

w to nieustannych gniazdo niepokojów,

podważa glob ciemniejący —

Salve Regina! —

do piersi go tuli kosmatej

i miażdży — — —

Czemu uciekasz?

Czemu w przestrzenie dążysz, jak ta plewa,

którą wichr porwał z wymłóconych kłosów

i pustą rzucił w pustkowie?

Boże!...

Czemu uciekasz, jak ten blask gasnący,

gdy się rozprasza w ciemnościach?...

Nikt cię nie kochał?

Nikt ci krwawego nie otworzył serca,

abyś w nim duszę zanurzył

i, wykąpany w jego krwi płomiennej,

mógł wszechwidzącą odczuwać źrenicą

drgania tęsknoty i bólu,

rozlanych w wielkiej, świętej duszy świata?

I sam tęsknotą i bólem

drżeć, niby harfa eolska,

z słonecznych stworzona kryształów?

Drżeć, niby świat ten ogromny,

przeczuwający

nieskończonego bytu promienistość,

przez ból idącą, przez wielkie cierpienie?...

Boże!...

Nikt cię nie kochał?!

A ty, czyjąś duszę

tak umiłował, abyś mógł zapomnieć,

że jest granica między złem a dobrem?

W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,

aby jej siła mogła ci je rzucić

do twoich stóp nieskalanych?

Do stóp bożego wybrańca,

co serca podnosi

i twórczym swym tchnieniem,

nieskazitelnym i wiecznym przez miłość,

pył z nich otrząsa i zbawia?

Co je podnosi nad wzlot własnej duszy,

nad ból swój własny i nad swą tęsknotę,

i — niby święte tajemnicze słońca,

uwite z błysków przeczuć,

powstałych z Stwórcy i dążących k’Niemu,

pomiędzy gwiazdy je rzuca,

by niestrawionym promieniały światłem?

Nigdyś nie kochał?

Łam się!

Pomiędzy sobą a morzem miłości,

huczącym pieśnią potężnych zapomnień,

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia,

sameś piekielną budował opokę.

Rozbite ciosy swej duszy

na samolubny znosiłeś Babilon,

albowiemś sądził, że jesteś sam jeden,

i że nad ciebie nie może być — życia!

I wówczas Szatan stawał na twej wieży,

śmiał się ku tobie oczyma Pokusy

i, pełną kłamstwa czarą swych przyrzeczeń

ubezwładniwszy twą duszę,

kazał ci jedno: abyś kochał siebie!

kazał ci jedno: abyś wierzył w siebie!

kazał ci jedno: abyś zbawiał siebie!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co wielbiły miłość!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co głosiły wiarę!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co brzmiały nadzieją!...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko!

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

Łam się!

A gdy w odległych przepaściach twej duszy

jęły się budzić echa tego Słowa,

co w płomienistym rodziło się krzewie —

kiedy od brzegów tajemniczej wody

szum dolatywał przedwiecznych objawień,

poszeptujących tajemniczym głosem,

ażebyś kochał — cierpieniem,

naonczas Szatan tę twoją opokę,

twój samolubny Babilon,

w Górę przemieniał Oliwną.

I w szacie Zbawcy,

z Sfinksa obliczem, na którym wyryto

nieodgadniętą zagadkę boleści

i rzeczy przyszłych dalekie widzenie,

pełne wyrazu smutku i tęsknoty,

klękał w oblaskach33 księżyca,

na współczujące słaniał się rozłomy,

i z rąk anioła brał kielich,

i krwawym zlewał się potem,

i modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A gdzieś od strony Jeruzalem nędzy,

gdzieś od Syjonu zbrodni,

od źródła i ujścia Bytu,

gwar przypełzywał34 na łunach,

urągających wieczystemu Światłu,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność!

I rozchylały się gałęzie drzew,

i z chrzęstem łamały się krzewy,

i żwir się zsypywał po zboczach,

i w krwawych ogniach pochodni,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność,

urągających wieczystemu Światłu,

tłum się wyrzucił z Judaszem na czele...

I, obdarowan pocałunkiem zdrady,

brał krzyż na siebie, wielki, czarny krzyż,

i na Golgotę po krzemiennej drodze

szedł twój Kusiciel —

jak twa tęsknota

szedł, modlił się i wzdychał i płakał i modlił

A potem — w przepaść rzucił czarny krzyż,

w bezdenny rozdół szumiący,

i, zolbrzymiawszy, legł na twej Golgocie,

na Babilonie twej duszy.

I rozkrzyżował ręce

i, w strasznej, cierniowej koronie

na zolbrzymiałej głowie,

przygasającym patrzał na cię wzrokiem,

tak przenikliwym i smutnym,

żeś modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A na zachodzie

płonął krąg słońca,

ogromny krwawy krąg,

przecięty ogromnym obłokiem,

i rzucał ogromny

cień Kusiciela,

skrzyżowanego na twojej Golgocie,

na Babilonie twej duszy,

i topił świat w jego mroku — — —

Zaś gdy cię złamał ból,

gdyś sam się słaniał na głazy,

kiedyś brał kielich goryczy

i Judaszowej pocałunek zdrady

na swoich wargach odczuwał,

wówczas się zrywał z opoki,

stawał przed tobą, okryty

ciemną purpurą nocy,

i wzrok utkwiwszy szyderczy

w twych oczach, obłędnych z żalu,

na świat się cały rzechotał

wielkim, szyderczym rzechotem...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko! —

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

A Zbawca — oblany morzem miłości,

tym wielkim, świętym, jasnym, nieskończonym,

krzyż wyciągnąwszy z szumiącego dołu,

płakał nad tobą.

Łam się!...

Nędza jest wszędzie!

W miłości jest nędza

i nędza w cierpieniu!...

Łam się, i patrzaj, i słuchaj!...

Słoneczny błękit otula

rozległe łany ozimin...

Śniegu srebrzyste płaty

drzemią zaledwie gdzieś w rowach,

pod mokrą schowane krawędzią,

nad którą pęki traw

w wiosennych drgają powiewach.

Z posłania kiści jedwabnych

stokrotka wychyla głowę

i rość zaczyna bylica.

Z wądolców mgły się podnoszą

i w ciepłych znikają promieniach,

a nad głębiami sennej, cichej wody,

od której twórcza idzie w świat tęsknota,

krzyk czajki się rozlega albo śpiew skowronka.

Ponad brzegami dróg

wierzby już gibkie wypuściły pręty

i rząd topoli

już się w świąteczne przyozdabia wieńce.

A roztopami,

polem szerokim,

nad którym chaty sczerniałą

lśnią się dachówką,

lub mchami obrosłą strzechą,

powoli toczy się wóz...

Górą, na snopkach słomy,

zamknięte w sosnowej skrzyni,

śpi snem nieprzespanym

życie biednego człowieka...

Cicho, z wolna wóz się toczy,

na nim w żółtej skrzyni

na wiek wieków zgasłe oczy,

jak światła w pustyni.

Twój li ojciec? matka twoja?

czy najdroższe dziecię?

Gdzież jest radość? gdzież ostoja

na burzliwym świecie?

Kilka mogił, kilka krzyży

śród piaszczystej zboczy —

coraz bliżej, coraz bliżej

wóz się ku nim toczy.

A przy pagórkach,

na tajemniczych rozdrożach,

gdzie święty duch ludu

Boże zbudował Męki,

cicho przystaje wóz...

I orszak zdejmuje w milczeniu

trumnę sosnową,

w której, jak światła w pustyni,

zagasłe drzemią źrenice

twojego ojca czy matki,

brata czy siostry,

czy najdroższego dziecięcia,

i na murawie ją stawia,

u stóp pobożnej figury.

Razem z żałobnym orszakiem

zmęczona klęka Tęsknota

i zdjąwszy z ramion swych krzyż —

ach, ten przeciężki, wielki, czarny krzyż,

o smutną opiera go skrzynię

i modli się i płacze i wzdycha i modli.

A nad roztopy,

nad łany,

nad świeżej trawy podściela,

na pędy ożyłych wierzb

i nad dzwonnice topoli,

nad strzechy sczerniałe

ulata pieśń przenajświętsza:

Salve Regina!

Ku złotym płynie obłokom,

w których skowronek

nuci hymn wiosny,

albo opada ku dołom,

hen! ku ukrytym parowom,

gdzie śniegu ostatnie bryły

pod mokrą konają krawędzią.

Albo na skrzydłach przedziwnego smętku

ku grząskim wzlatuje bagnom,

gdzie pod pochyłą trzciną,

nad ostrowiami sitowia

zrywa się czajki jęk.

Lub ku dalekim idzie widnokręgom,

ku modrym pasom borów,

w mgły otulonych sinawe,

i w wielkie rozlewa się morze,

wszechmocnych pełne zapomnień,

i zbawiających pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień szczęścia,

którego ludzkie nie widziało oko,

o którym ludzkie nie słyszało ucho.

A na jej odzew anielski

ziemia, od brzegu do brzegu

podeptanymi zasiana grobami,

otwiera wielkie swe wnętrze:

Zmarłe powstają kości

i za tym biednym zdążają orszakiem

ku garstce mogił i krzyży,

ku tej piaszczystej zboczy,

ku której bliżej, wciąż bliżej

ten prosty rydwan się toczy.

Siermiężne płyną tłumy,

króle i senatory,

biskupy w białych ornatach,

i świętych wieniec liliowy,

i mistrze, co ducha bożego

zaklęli w barwę i kształt

i w pieśni natchnionej dźwięk

lub grzmieli głosem proroczym.

I zbrojni kroczą rycerze

niby na wielki bój,

w którym się wszystko ma złamać,

co było Życia wielkiego przeczeniem.

A wszyscy w blaskach słonecznych

nieba sięgają czołami

i grzmiącym śpiewają głosem:

Salve Regina!...

A ponad nimi

pali się milion dusz,

o których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg ich szata,

a z białego łona

lilija ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i, z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa nadniebny hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!...

A w ślad za nimi wlecze się twój ból...

Hahahaha!

(Szatan się zaśmiał, albowiem on jeden wie, że:)

Nędza jest wszędzie —

nędza w miłości

i nędza w cierpieniu!

Śmiej się!

A moja tęsknota,

na barkach ciężki dźwigająca krzyż,

otwiera usta,

by wraz z Tęsknotą świata

zaśpiewać hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Hymn Św. Franciszka z Asyżu

Bądź pochwalony, Rozdawco cierpienia!

Ręceś mi przekłuł i nogi

i krew mi cieknie z głowy,

a oto z Krzyża

zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach

biały Serafin

i radość w serce mi leje

i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,

ażebym śpiewał i grał,

ażebym sławił i wielbił

Rozdawcę bolesnych stygmatów,

z których się rodzi Wesele

i Miłość...

I śpiewam i gram

do wtóru anielskich Zastępów,

mogących patrzeć w oblicze

Twórcy...

I śpiewam: bądź pochwalony!

A wy, stworzenia boże, słuchajcie mej pieśni

i chwalcie razem ze mną Tego, co was kocha.

Ty, słońce, przede wszystkim, zestrój swoje blaski

w hymn płomienisty,

albowiem przezeń nam świecisz

i przezeń siewców rozbudzasz,

ażeby ziarno siewali

na sytny35 chleb Ducha...

Długom–ci czekał na przedwieczne Słowo,

jakkolwiek we mnie było i poza mną,

we wszystkich drzewach i we wszystkich trawach,

w wszystkich jasnościach i wszystkich ciemnościach,

w róży i lilii,

w robaku i płazie,

w głębinach wody i w górach pustynnych,

w płaczu, nadziei, w uciesze i trwodze.

Długom—ci czekał, albowiem me plecy

okrywał jedwab i pasem błyszczącym

były ściągnięte me biodra

i drogocenne trzewiki

chroniły stopy me,

aby ich piasek nie zbrudził,

po którym stąpa — człowiek.

Długom–ci czekał, o Panie,

żądny się oprzeć na Twojej światłości,

albowiem w ręku moim była laska,

w kosztowny metal okuta,

a zaś w marzeniach sięgałem po berło,

by rozkazywać wszystkiemu, co żyje.

A oto dzisiaj spłynął na mnie zdrój

Łaski,

iż mogę

z wyciągniętemi rękoma

patrzeć w Krzyż

i z ran rozkosznych przelewać

krew.

I widzę twarz Serafina,

całą w ognistych rozbłyskach,

i słucham wiewu, któryś dał nam, Panie,

abyśmy przezeń rozumieli tchnienie

Twojej Istoty!...

I słucham szeptów, któreś dał nam, Panie,

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!

I słucham dzwonu, jak dzwoni

w sferach powietrznych, pełnych Twego Ducha,

wzywając ludzi i głazy

i ryby w rzece i ptactwo,

nim jeszcze zaśnie po gniazdach,

i mchy na dachach i zielsko w szczelinach

zwalonych bramic i schodów,

i te różowe cyprysy

na świętym miejscu umarłych,

i kości, złożone w ziemi:

aby ci bracia moi i me siostry

zmówili pacierz wieczorny,

aby na jego rozbrzmieniach,

na śpiewnych rozlewach dzwonu,

płynęli duchem ku Tobie...

Raduj się, serce, weselem

twojego Zbawcy!

Dzwoń, szumiej i szeptaj36 poszumem,

szeptem i dźwiękiem okręgów,

boś oto cząstką ich serca,

bo oto przyszło ku tobie

Ocknienie!

O miasto, z zimnych zbudowane głazów,

na których zorza przygasa!

Ciepło jest w tobie i ogień,

albowiem w twojem ubóstwie

kryje się Miłość!...

O moi bracia i siostry

z jarzmem na plecach,

z ciężarem konwi na głowie!

Już ja w rzemiennym przepasaniu swoim

nie mam–ci złota ni srebra,

już ja rzuciłem laski i trzewiki

i śpieszę ku wam ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co mnie przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw

wyrwało z obierzy Zła.

Już ja się nie gnę przed Blichtrem i Próżnią,

lecz idę ku wam, aby jarzmo wasze

wziąć na swe barki

i, konwie wasze dźwigając na głowie,

nierozerwalny zawrzeć ślub

z wyzwalającą Miłością!

Zbliżam się ku wam, pragnąc razem z wami

i razem z wszystkim rodzeństwem,

co kwitnie, pełza i świeci i gaśnie,

mężnie anielską oślepiwszy bronią

Centaura Pychy,

zaśpiewać pieśń tę jedyną:

Bądź pozdrowione Cierpienie,

gdyż z ciebie rodzi się Miłość!

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Świecicie nad mrokami mojej siostry ziemi,

co, mając Jutro przed sobą,

nie umie zasnąć w łasce i spokoju,

a tylko w myślach się wije,

jakby, powstawszy rano,

rozpuścić wszystkie swe żądze...

I Zazdrość się zerwie

i będzie zazierała pod okna sąsiada,

zali nie bielszy chleb na jego stole...

A potem, przeklinając dzień, który ją zrodził,

pod fartuch schowa garnek z rozżarzonym węglem

i pójdzie go podłożyć między snopy zboża...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Chwalcie wraz ze mną Miłość,

ażeby Chciwość

nie wyciągała pokurczonych palców

po kruszec drogi, schowany w piwnicach

zamków, ujętych w parów i ostrokół...

Albowiem wszystko jest marność,

blichtrem i próżnią

potęga możnych,

a błogosławion li ten,

który w rzemiennem przepasaniu swoim

nie nosi złota ni srebra,

lecz bosy, z odkrytą głową

idzie pomiędzy swą brać...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Na lśnistych waszych drogach, w tęczach waszych blasków

rząd apostołów i świętych,

proroków i pustelników

i zachwyconych dziewic,

oczy utkwiwszy w Krzyż,

wyrzeczeń nuci psalm.

I słodkość mają w oczach,

na głowach kwiaty lilii,

krew z nich strumieniem ciecze,

a ręce ich oparte

na przewiązanych słupach,

na rozżarzonych rożnach,

na kołach żelazistych,

na mieczach i toporach,

a z warg im uśmiechniętych

wypływa zbożny psalm.

A tutaj, w mrokach ziemi, śród pałacu Zbytku,

na stopniach bazaltowych, pod urną z porfiru,

ciężki zasypia Przesyt...

O zwisłe piersi oparł

obrzękłą twarz i śpi...

Dłoń jego ściska puchar,

z niego się wino leje

na róże, pozrywane w wirydarzu37 wiosny!

O róże, siostry moje, o najmilsze dzieci

kochającego Twórcy,

co posiał was, by upleść niebiańską koronę

dla Przenajświętszej Panny:

przebaczcie, że was ręce dotknęły nieczyste!

O zbudź się, Grzechu grzechów, i patrzaj: tam Szatan

na barki wziął Rozpustę,

zbiegłą z uścisków twych,

i, skrzydła rozpostarłszy, wzniósł ją nad twój gmach

i rzuca z wysokości, sięgającej niebios,

na wieków wiek zamkniętych, w straszne widmo Sądu.

Słyszę:

anielskie huczą trąby —

widzę:

umarli wstają z grobów,

kłąb ciał w śmiertelnych kurczach

przeklina, ryczy, wzdycha

westchnieniem, od którego ślepnie przerażenie...

Potworne sznury wężów

wpiły się w potępieńców,

a czarny Szatan–zwierz

rozrywa ich widłami

i strąca w piekielny ogień.

A nad ostatnim szczeblem

drabiny Jakubowej,

na chmurze spłomienionej

siadł sprawiedliwy Sędzia

i sądzi złych i dobrych,

i sądzi tak przez wieki, długie, straszne wieki.

Zasię Bóg–Człowiek,

Krzyż dźwigający w jednej,

a drugą na swe blizny wskazując otwarte,

Cierpienia wzywa głosem,

aby ukochać Miłość,

gdyż ona li odwlecze

dzień Sądu...

A na maleńkiem ziarnku,

dokąd dotychczas nie dotarły jeszcze

grzmoty anielskich surm,

wykwita kwiat ostatniej,

najhaniebniejszej zbrodni:

tam Chciwość, Pycha, Zazdrość

do walki bratobójczej pogania plemiona.

Widzę:

leje się krew człowieka.

Wilk, szakal i hiena

rzucają legowiska.

Łuna za łuną bije,

sieroty płaczą głodne

i matka pierś rozrywa!

Widzę:

kalekom z rąk wyschniętych

na ziemię lecą krokwie,

a starce, bez podpory, daremnie oczyma

szukają oślepłymi, gdzie znaleźć kęs chleba.

A Dżuma, owinięta w szary, długi całun,

przebiega z kosą w ręku zagon za zagonem

i kosi resztę kłosów, których nie stratował

szalony, Miłosierdziu wrogi tabun wojny.

O biedni staruszkowie! o słabe sieroty!

O matki zrozpaczone! do was–ci ja idę!

O ziemio, siostro moja, rodzicielko Winy,

do ciebie ja przychodzę bez złota w rzemieniu,

pokorny i ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co dziś przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw,

stało się dla nas orędziem pokoju!

O ziemio, siostro moja, żądna krwi i hańby,

do ciebie ja przychodzę,

bosy, z odkrytą głową,

i jarzmo twe i grzech twój i wszystką twą grozę

chcę dźwigać razem z tobą

i razem z tobą śpiewać

przedziwny hymn Miłości,

boć ona li odwlecze

dzień Sądu...

O bracie mój, księżycu, o siostry me, gwiazdy!

O róże, które dłonie zrywają nieczyste —

chwalcie wraz ze mną i z wszystkim stworzeniem,

z mym drogim bratem ogniem

i z siostrą moją wodą,

z wszystkim, co rośnie i pełza i kwitnie,

z wszystkim, co szumi i szepce i dźwięczy,

z wszystkim, co płonie i gaśnie

chwalcie, chwalcie, chwalcie

sprawiedliwego Sędzię,

który odwlecze dzień Sądu

przez Miłość...

Ręceś mi przekłuł i nogi

i w bok mi włócznię wbiłeś,

a biały twój Serafin

zstępuje ku mnie z Krzyża,

zaś na promiennym obłoku

ptaszęta wiją gniazda

i nucą...

Uciszcie się, ptaszkowie! Brat wasz pieśń chce śpiewać,

albowiem serce mu rośnie,

że może cierpieć Cierpieniem,

z którego rodzi się Miłość...

Że wyciągnąwszy ramiona

i zapatrzony w tę jasność,

opływającą ciernie,

zwite na Krzyża wiązaniu,

może dziś słuchać wiewów,

któreś mu dał,

abyśmy przez nie rozumieli tchnienie

Twojej Istoty —

że może słuchać tych szeptów,

któreś nam dał

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!...

Lub nie! śpiewajcie wraz ze mną

hymn jaśniejący, jak słońce,

gdy pada na tę łąkę, na te złomy stare,

na moje miasto rodzinne,

na grzbiety tych mgławych gór!

Chwalcie Go razem ze mną,

boć On wam dał skrzydła,

abyście mogły kąpać się w błękitach!

On to wam krągłe dał oczy,

abyście mogły patrzeć na ten Krzyż,

na Serafina twarz!

On wam dał bruzdy i miedze,

krzewinę głogu i wierzchołki drzew,

abyście miały gdzie spocząć!

On–ci tak swoim każe świecić żarom,

iżby się ziarna kruszyły

na zapas dla waszych spichlerzy!

Śpiewajcie, braciszkowie, i ty, siostro pszczółko,

i ty, mój świerszczu polny,

i ty, moja muszko,

i ty, mój kwiecie rumianku,

i ty, daleki a głęboki szumie

mojego brata wiatru,

i ty, jedwabny promieniu,

który oprzędzasz ten stok!

I ty, siostro Klaro,

którą wybrałem między niewiastami,

albowiem wdzięczna jesteś i zachodna,

a zasię dusza twa

jest jak przedziwne zwierciadło,

odbijające świętą wolę Twórcy!

W wysokiej, białej wieży

zamknęłaś swe Dziewictwo,

a święci aniołowie

znoszą mu kwiaty hołdu.

Strzeże go Czystość i Męstwo,

wszystko się przed nim kłoni,

i jam cię nie obraził

choćby najmniejszym drgnięciem

przyczajonego Grzechu.

Zaś patrząc w twoje oczy,

w ciche, głębokie oczy,

w których się zamknął Raj,

nim jeszcze zdradny wąż

owinął w swoje kręgi drzewo Zła i Dobra,

Miłości czuję prawdę,

jeżeli jest jaki oddech,

którym poranna zorza

owiewa tron niebieski w dzień Wniebowstąpienia.

A oto wczoraj w nocy,

gdym legł na garści słomy,

Kusiciel, wszedłszy do mnie,

celę mą zmienił w kościół.

O Sędzio, przebacz grzech!

Księża, siedzący w stallach,

śpiewali Miserere,

a każdy dźwięk się stawał

czerwoną lub białą różą

i padał na marmury.

O Sędzio, przebacz grzech!

W kosztownych kadzielnicach

paliły się kadzidła,

a na opalach dymu

słały się chóry świętych,

pomiędzy nimi Szatan.

O Sędzio, przebacz grzech!

A kiedy zaśpiewali:

„Wieczysty spokój, Panie,

racz dać tej grzesznej duszy!”

z pomiędzy grona świętych na drodze róż i blasków,

tyś zeszła ku mnie naga —

O Sędzio, przebacz grzech!

I kościół się przemienił

w kosztowny pałac Zbytku;

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni

bez uzdy i wędzidła.

Wino się strugą lało,

gięły się srebrne stoły

od pozłocistych zastaw.

Śpiew, harfy, chutne38 krzyki

i nagie ciała w pląsach:

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni

bez uzdy i wędzidła.

Sam Szatan mu przygrywał

i suknie zdzierał z kobiet

i warkocz im rozplatał

i rzucał je pijane

w szalony tłum pijanych.

Śpiew, harfy, chutne krzyki

i nagie ciała w pląsach:

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni —

sam Szatan mu przygrywał...

A ja, zluźniwszy rzemieńca,

pełnego srebra i złota,

ległem pod urną z porfiru,

na stopniach bazaltowych.

I twarz skłoniwszy obrzękłą

na tłustą pierś Satyra,

z jedwabiów odsłoniętą,

ledwiem udzierżył puchar.

Z niego się wino lało

na róże podeptane,

a z objęć mych uciekła —

wyrwała się Rozpusta,

mająca twoje oczy...

I Raj się w nich zamykał

z oślizgłym wężem Zdrady,

kiedy już w swoje kręgi

owinął Zło i Dobro.

Uciekła przesycona —

Szatan ją wziął na skrzydła

i uniósł nad mój gmach,

w którym się świat rozszalał

jak tabun dzikich koni...

Do wysokości niebios,

na wieków wiek zamkniętych,

wzniósł ją na swoich barkach

i rzucił w widmo Sądu.

Anielskie grały trąby,

świat wszystek jęczał, płakał,

klął, wił się, ryczał, wzdychał,

że od tych westchnień strasznych

oślepło Przerażenie...

Zaś na maleńkiem ziarnku,

leżącym u mych stóp,

wykwitał kwiat ostatniej,

najhaniebniejszej zbrodni:

to Pycha, Chciwość, Zazdrość

do walki bratobójczej popchnęła plemiona...

Ale nad srogi Twój rozgniew

możniejszą, Sędzio, Twa litość,

co z straszliwego zbudziwszy mnie snu,

kazała iść między ciernie

i żądze wytarzać w ich kolcach...

I popłynęła ma krew,

i ciernie zakwitły różami,

ażebym razem z nimi

i razem z tobą, o siostro ma, Klaro,

mógł sławić i wielbić Twórcę!

Ażebym razem z wonnym kwiatem róż

i razem z duszą twą

mógł dziś zaśpiewać hymn,

że Miłość idzie przez ciebie,

Miłość niewinna i czysta,

która zwycięży nas!

O nućcie razem ze mną, braciszkowie moi,

ptaszęta, na promiennym siedzące obłoku!...

Serafin stoi przy mnie,

i patrzy jej oczyma,

i rodzi się Miłość —

i świat się obsypuje kwiatem i zielenią!

O nućcie, braciszkowie i ty, siostro pszczółko,

albowiem rodzi się Miłość

i dźwięk płynie po ziemi, nigdyć niesłyszany,

gdy Życie było li Ciałem!

O nućcie, me ptaszęta i ty, siostro muszko,

i ty, mój świerszczu polny,

i ty, mój bracie wietrze,

i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu,

albowiem Miłość się rodzi

i pokolenia idą w imię Ducha

do walki z przemocą i Zdradą!

A w bohaterstwo okuta ich pierś —

we wielkiej idą procesji,

w śmiałym szeregu,

a Czystość wieńczy im skroń,

a hasło: Zbawienie przez Miłość!...

Raduje się moje serce,

raduje się wielką radością,

żeś ręce mi przekłuł i nogi,

że krew mi z boku ciecze,

że mogę patrzeć w Krzyż,

że mogę cierpieć Cierpieniem,

z którego rodzi się Miłość...

Raduje się moje serce,

raduje się wielką radością,

że Twój Serafin biały

Śmierć już prowadzi ku mnie:

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć!

Nie na to ją stworzyłeś,

aby nam była zniszczeniem,

tylko w łagodnych jej oczach,

patrzących na mnie błękitną światłością

źrenic mej siostry Klary,

potęgę–ś zamknął zbawczą,

przez którą człowiek się staje

szczęśliwym uczestnikiem

nieśmiertelnego Żywota!

Ręce–ś mi przekłuł i nogi

i w bok mi włócznię wbiłeś,

i biały Twój Serafin

zstępuje z Twego Krzyża

i w blaskach promienistych

Śmierć już prowadzi ku mnie —

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć!

Nie szukam–ci ja ulgi,

bom na to jest, by cierpieć,

a tylko–m wielce spragnion

wiekuistego Żywota,

którego bramy, pełne chwały Twej,

otwiera mi w tej chwili

siostrzyca ukochana,

przednia wśród Twoich córek —

Śmierć!

Bądź pochwalony

przez jej wybawczą Moc!

Bądź uwielbiony

przez ukochanie Śmierci!

Oto spogląda na mnie

głębią łagodnych źrenic

Twojej wybranki Klary,

a świeżych ust dziewiczość

szepce mi słodkie słowa,

że już się zbliżył utęskniony czas

tych moich z nią zaślubin...

Krew sączy mi kroplami

z przekłutych rąk i nóg,

strumieniem krew mi cieknie

ze zranionego boku,

a ciało przebiega dreszcz...

Kleją się ciężkie powieki,

bezwładnie opadają

ponad gasnącą jaśnią moich ócz,

które za chwilę, za chwilę

blask ujrzą przewspaniały

Twojego Majestatu.

O wschodzie nowego bytu!

Płonie już moja góra,

pali się ogród róż,

anieli na skrzypcach grają

u wejścia Porcjunkuli,

ptaszęta wyśpiewują,

oliwek liście szepcą

poranny cichy pacierz,

a korni braciszkowie

na prostych niosą marach

to grzeszne ciało moje,

owite w czarny habit...

Serafin schodzi z Krzyża

i Śmierć spogląda ku mnie

łagodną głębią źrenic

Twojej wybranki Klary —

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć...

. . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . .