I

Z szczytu patrzałem na twe zimne tonie,

Na nieruchomą zieleń twych przezroczy,

Lśniących, jak smaragd, w olbrzymiej koronie

Wirchów lodowych i piarżystych zboczy1.

O Maerjelen! niebo wokrąg płonie,

Całe w ozdobie płomiennych warkoczy,

A na błękitnym twych głębin wygonie

Stado kier białych w cichej fali broczy.

Na Wyspie Zmarłych snać2 jest kryształ taki,

Gdzie dusze, wziąwszy rozbrat z znojną ziemią,

Zmywają z siebie doczesność i potem,

Wielkich tajemnic przeniknąwszy szlaki,

Dla ciał zamknięte, jak łabędzie drzemią,

Oszołomione swym nowym żywotem.