Jezioro Maerjelen

I

Z szczytu patrzałem na twe zimne tonie,

Na nieruchomą zieleń twych przezroczy,

Lśniących, jak smaragd, w olbrzymiej koronie

Wirchów lodowych i piarżystych zboczy26.

O Maerjelen! niebo wokrąg płonie,

Całe w ozdobie płomiennych warkoczy,

A na błękitnym twych głębin wygonie

Stado kier białych w cichej fali broczy.

Na Wyspie Zmarłych snać27 jest kryształ taki,

Gdzie dusze, wziąwszy rozbrat z znojną ziemią,

Zmywają z siebie doczesność i potem,

Wielkich tajemnic przeniknąwszy szlaki,

Dla ciał zamknięte, jak łabędzie drzemią,

Oszołomione swym nowym żywotem.

II

Przedziwna cisza... Ni wiew nie zawionie,

Żwir się po graniach czarniawych nie stoczy,

Śnieg w tę spokoju milczącą harmonię

Z hukiem z swej paszczy nie wypadnie smoczej.

Czułem, że skryta gdzieś w przestworów łonie

Śmierć, na twej tafli magicznymi oczy

Spoczywająca, i me ciepłe skronie

Otula z wolna chłodem swych zamroczy.

I zdało mi się, że to ziemskie życie,

Kiedym tak patrzał w twe nieme zwierciadło,

Niby strzęp jaki ze mnie już opadło,

Żem jedną z kier tych, co na twojej płycie,

Od gleczerowych28 urwane wybrzeży,

Śnią w swojej czystej, nieśmiertelnej śnieży.

III

Głębie przestworu w błękitnej oponie —

Ni jednej chmurki wędrowiec nie zoczy29;

Słońce, wpatrzone w to ciszy ustronie,

Snać swego kręgu z miejsca nie potoczy.

Rajską za sobą wiodąc eudemonię30,

Niezmierną dalą ciężka senność kroczy:

Lodowe szczyty śnią na nieboskłonie,

Bór nadrodański śni w fioletów mroczy.

Tajemnym blaskiem Maerjelen się mieni,

Gładkie, milczące, ujęte, jak w ramy,

W skał i gleczeru spadziste krawędzie...

Dusza się kąpie w lustrzanej zieleni,

A kry te białe, bez skazy i plamy,

Drzemią, jak śnieżne, uśpione łabędzie.